Kronika

Kroniki X: Księżycowa Skała

Po oczyszczeniu imion i szkoleniu w Viskani Gotrek wraca do sprawy amuletów, Golemów Mocy i Ogona Diabła. Prośba Adriana o pomoc przy Księżycowej Skale odsłania ukryte źródło magii, harpie na ruinach wieży i pierwszy wspólny majątek drużyny.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Przez ostanie miesiące żyliśmy w stresie spowodowanym nagonką na nasze osoby, a wszystko za sprawą tego nędznego klechy Adriana. Przedstawiciel toczonego przez wiele zdrad kościoła, przez swoją ufność, a może naiwność, sprowadził na nas wyrok śmierci. Jedynie nasza determinacja doprowadziła do szczęśliwego zakończenia tej fatalnej sytuacji. Co więcej, udało nam się na tym trochę zarobić. Cała ta nerwowa atmosfera wpłynęła na prowadzony przeze mnie dziennik, ciągła gonitwa i nieustanne obracanie się za siebie skutecznie męczyło zarówno ciało jak i umysł. Resztkę koncentracji, którą umiałem z siebie wykrzesać, poświęciłem na studiowanie nowych czarów.

Na szczęście ten etap mamy już za sobą. Siedzę teraz w skromnym pokoju w Akademii Viskani i mimo zmęczenia całodniowym treningiem z nieskrywaną radością kreślę te słowa. Postanowiliśmy „odpocząć” w tej znakomitej szkole walki, prowadzonej przez ród Viskanich i za zarobione pieniądze podszkolić się we władaniu orężem. Mimo iż wszyscy doskonale wiemy jak posługiwać się swym orężem, obiektywnie muszę stwierdzić, że przy instruktorach Viskani byliśmy niczym dzieci wymachujące patykami. Szkolenie było trudne, a nauczyciele wymagający, lecz już po 2 tygodniach dostrzegłem dużą poprawę zarówno techniki jak i szybkości z jaką wywijałem swoją ulubioną szablą. Po prawie dwóch miesiącach stwierdziłem, że to czego nauczyłem się wcześniej w Lupis było tylko podstawami. Po miesiącu żal za pieniędzmi, które tu zostawiłem przeminął bezpowrotnie.

Szkolenie zakończyłem grubo przed ojcem oraz Ziriel. Tak jak ustaliliśmy na początku, czas potrzebny do tego by dokończyli oni swoje ćwiczenia poświęcić miałem na szukanie wiadomości odnośnie tajemniczego medalionu, który posiadaliśmy. Większą część wiedzy zdobyłem w Bibliotece Lupis ale i najemnicy z Białego Miasta okazali się pomocni. I tak bogatszy o pewne wiadomości wróciłem do Ziriel i ojca.

W umówionym miejscu w gospodzie „Stara Kuźnia” oprócz ojca, elfki i kapłana Aziela, siedział dziwnie odziany człowiek. Nosił wykutą na tesijską modłę zbroję, mimo iż sam Tesijczykiem zapewne nie był. Widząc go przypomniałem sobie, iż widziałem go wcześniej na szkoleniu. Z krótkich słów mojego ojca dowiedziałem się, że Din został wprowadzony w nasze plany i jest zainteresowany podróżą, w którą zamierzamy się udać. Zrozumiałem, że mogę zatem otwarcie mówić o tym czego się dowiedziałem. Lecz najpierw poprosiłem Adriana, by on przedstawił to czego się dowiedział. Okazało się, że nasze informacje okazały się bardzo podobne.

– O samym amulecie dowiedziałem się tyle, że przedstawia Golema Mocy. O samych Golemach Mocy niewiele niestety w naszych czasach wiadomo, jedynie tyle, że stworzył je potężny zanzibarski mag Shadizzar. Golemy zostały stworzone po to, by brać udział wojnie przeciwko Andianowi Nabadanowi Przedwiecznemu. Nikt nie wie dlaczego te maszyny napędzane magią, którą byli wstanie kontrolować tylko naprawdę potężni magowie, nie zostały użyte w toczącej się wojnie. Golema kontrolować można podobno właśnie za pomocą odpowiednich amuletów i pierścieni.

Tu padł grad pytań na temat samych golemów, niestety niewiele mogłem na ten temat opowiedzieć.

– Medalion, który posiadamy my, prawdopodobnie został stworzony przez jednego z uczniów Shadizzara – dzieliłem się dalej zdobytymi przeze mnie informacjami – niejakiego Verkordu Ahi. Niestety nie zdołałem ustalić czy amulet może kontrolować golema, natomiast prawie że pewne jest to, iż jest to pewna forma klucza. Sam amulet emanuje potężną dawką Magii Cieni i może być równie niebezpieczny co przydatny. Wiemy zresztą już wszyscy, za wyjątkiem Ciebie Dinie, iż medalion po aktywowaniu chroni przez krótki okres przed wszelakimi obrażeniami fizycznymi natury niemagicznej. Jednak moc Magii Cieni czerpie swą energię z życia używającego tegoż talizmanu. Gdy amulet zostanie aktywowany nie da się już go wyłączyć. Podobno w skrajnych przypadkach amulet ten tak mocno sięga do sił witalnych, iż użycie go równa się śmierci. Jak pamiętacie golem widnieje na awersie, pozostaje nam jeszcze rewers.

Upiłem solidny łyk piwa, aby po chwili kontynuować…

– Ogon Diabła – tak zwie się szczyt, który wyryty jest na spodniej stronie amuletu. Szczyt ten wznosi się w Górach Czerwonych. Ponoć to właśnie tam Shadizzar pokonał przy pomocy potężnego artefaktu, Włóczni Przeznaczenia, samego boga trolli Oze Dakhe. W tamtych czasach, czyli podczas dominacji Zanzibarru, został wydany dekret, który narzucał wiarę w Nieśmiertelnych Władców 21 Miast Zanzibarru. Trolle, które umiłowały sobie swojego boga, nie podporządkowały się dekretowi. Ten jawny bunt przeciwko woli władców doprowadził do walki. Shadizzar wraz ze swoją armią ruszył na świątynię przeklętego Oze Dakhe. Bitwa między siłami maga, a trollami odbyła się niedaleko wzgórza, natomiast walka Shadizzara oraz boga trolli rozegrała się na wzgórzu.

– Chyba dopisało mi szczęście, ponieważ znalazłem też dosłownie jedną notatkę, mówiącą o tym, że Verkordu, jak już wiecie, był prawdopodobnie twórcą tego amuletu i przy jego pomocy miał za zadanie ukryć coś bardzo cennego. Co więcej, podobno szukał „tego czegoś” sam Andian Nabadan i jeśli wierzyć tej informacji, to szukał, lecz nie odnalazł. Więc jest duże prawdopodobieństwo, że to co ukrył uczeń Shadizzara nadal czeka na odkrycie.

– W Białym Mieście udało mi się zasięgnąć języka i dowiedziałem się, iż najdalej wysunięta w stronę Ogona Diabła jest wioska Hugg. Dosłownie dwa dni drogi od dobrze nam znanego miasteczka Kelte. Aby dojść do celu należy przebyć owiane złą sławą Szepczące Bagna oraz Gadurski Las. Na nasze szczęście w pobliżu wioski żyje kilku traperów, którzy za odpowiednią opłatą zaprowadzą nas pod samą górę.

Jako iż udało nam się wszystkim spotkać grubo przed umówionym czasem, Adrian poprosił nas byśmy pomogli mu pozbyć się pewnych harpii. Wiedzieliśmy o czym mówi, lokalny władyka oferował 10 srebrnych centarów za łapę harpii, które uwiły sobie gniazdo w starej zrujnowanej wieży wybudowanej na wysokiej skale zwanej Księżycową. Zdziwiła nas troszkę ta prośba, jako iż wcześniej wszyscy parsknęliśmy śmiechem widząc oferowaną nagrodę. Adrian zasypany gradem pytań odpowiedział, że baron rządzący tymi ziemiami ofiaruje mu kawałek skały wraz ze zrujnowaną wieżą. Jako iż nie musieliśmy zbytnio zbaczać z kursu, postanowiliśmy wspólnie, że pomożemy Adrianowi zdobyć tą wieżę.

Przez całą drogę zastanawiałem się na co Adrianowi kawałek skały, na który właściwie nie da się wejść, nie mówiąc już o odrestaurowaniu wieży, a raczej postawieniu na nowo czegokolwiek. W drodze do wieży zaatakowała nas mała grupka harpii, która szybko jednak zrozumiała swój błąd. Niedobitki odleciały w stronę wieży i już więcej nas nie nękały. Z godziny na godzinę, gdy zbliżaliśmy się do celu, widzieliśmy coraz wyraźniej duże sylwetki, unoszące się nad ruinami wieży. Harpie zaatakowały ponownie i dzięki temu atakowi pojawiła się odpowiedź na dręczące mnie pytanie. Kiedy utkałem zaklęcie pomniejszego drążenia, poczułem nienaturalnie dużą moc napełniająca me ciało. Kiedy atakujące harpie poległy, przeprowadziłem kilka szybkich testów. Skała, na której stała wieża, była istną fontanną energii magicznej. Prawie widziałem jej pasemka wirujące w powietrzu. Czułem jak organizm chłonie ją w niesamowitym tempie.

Poprosiłem ojca na stronę. Nasza rozmowa była krótka, lecz treściwa. „Ojcze, zastanawiałeś się kiedyś po co komuś kawałek skały ze zrujnowana wieżą?” „Właściwie to nie,” – odpowiedział ojciec – „lecz w wypadku Adriana raczej mnie to nie zdziwiło.” „Otóż wyjaśnię Ci zatem ojcze, że ten nędzny klecha doskonale wiedział, a teraz i ja, dzięki kilku testom, wiem, że ta skała to ogromne, naturalne źródło energii magicznej i jeśli mu pomożemy będzie miał to na własność. A ja się na to nie godzę. Doskonale o tym wiedział i po prostu chce nas okraść. Prawda jest taka, że to głównie my będziemy nastawiać karku, on jak zwykle schowa się za nami i będzie robił nic.” „Ile to jest warte synu?” „Nie jestem w stanie określić, ale dla maga jest to właściwie bezcenne.” „Dobrze wracajmy do wszystkich” – odpowiedział Goth.

„Adrianie czy masz nam coś do powiedzenia na temat tej skały i tego dlaczego chciałeś mieć to miejsce na własność?” – zapytał Goth. Adrian nie zdążył odpowiedzieć, bo wszedłem mu w słowo. „Rozumiem, że wiedząc o tym czym jest to miejsce, nie uznałeś za stosowne nas o tym poinformować? Chciałeś bezczelnie wykorzystać naszą znajomość, abyśmy pomogli ci zdobyć kawałek „bezwartościowej” skały z ruinami. Znając życie nie biorąc przy tym udziału w walce. I nie ryzykując niczym?” „Ale o co Ci chodzi? – powiedział wzburzony Adrian. „Oto, że dokładnie wiem jaką wartość ma ten kawałek skały i doskonale wiem, że Ty też o tym wiedziałeś. Żądam renegocjacji umowy, nie godzę się na zabijanie tych harpii za kilka srebrników, kiedy ten kawałek skały może okazać się bezcenny.” „Nie rozumiem jak chcesz renegocjować umowę, obiecaliście mi, że zabijecie harpie i za odcięte nogi weźmiecie nagrodę!” „Masz czelność jeszcze robić z nas idiotów?” – odwróciłem się do Ziriel i Dina, którzy stali troszkę zdezorientowani – „Nie wiem czy wiecie, ale nasz szanowny Adrian pominął pewną kwestię mówiąc o tym, że dostanie tą skałę na własność. Mianowicie pominął fakt, iż jest to silne źródło czystej magicznej energii. Wykorzystując nasze zaufanie i znajomość chciał nam za zdobycie takiego czegoś zaproponować kilka marnych srebrników.” Zarówno Ziriel jak i Din łypnęli na Adriana mało przychylnym wzrokiem. Dalszych rozmów, które przebiegały dosyć gwałtownie, nie pamiętam, lecz stanęło na tym, iż skała będzie własnością nas wszystkich. Adrian zgodził się chyba tylko dzięki temu, iż przez chwilę poczuł przy sobie obecność Razina.

W grobowych nastrojach podążaliśmy w kierunku skały. Widać, że zarówno woda i wiatry nie oszczędzały tego gigantycznego głazu. Schody niegdyś wykute dookoła i wznoszące się łagodnie w górę, w wielu miejscach były popękane lub nawet całkiem oderwane wraz z ogromnym kawałkiem skały. Wiedzieliśmy, że harpie nie zaatakują nas na dole, musieliśmy pofatygować się do nich sami.

Rozpoczęliśmy wspinaczkę po starych zdewastowanych stopniach. Mniej więcej w połowie drogi doszliśmy do miejsca, w którym schody urywały się na dobre kilka metrów. Ziriel zadeklarowała się, że postara się wejść na kawałek schodów widniejący wyżej i spuści nam linę. Ten moment okazał się doskonały dla atakujących nagle znienacka harpii. Nadleciały szybko, skrzecząc głośno. Nasza sytuacja stawała się krytyczna. Staliśmy na wąskich schodkach, pozbawieni praktycznie możliwości manewru. Zdążyłem tylko wypowiedzieć słowa zaklęcia ochronnego, usłyszałem modlącego się do Lorsha ojca i rozpoczęła się walka. Pierwszy cios wyprowadzony w moim kierunku, mimo zaklęć ochronnych oraz błogosławieństw mego ojca, boleśnie wbił się w moje ramię. Myślę, że gdyby nie magia i wola boska, byłaby to ostania rana w moim życiu. Szybko ponowiłem czar ochrony i w tym czasie kątem oka ujrzałem ojca, który osuwa się z kruchych stopni i spada w dół. „Nie!” – Krzyknąłem i z furią, nie patrząc na własne bezpieczeństwo, zaatakowałem poczwary. Ignorując czary ochronne, raz po raz wysyłałem w kierunku harpii niszczące płomienie, by zaraz potem poprawić szablą, jeśli tylko podleciały na tyle blisko. Nie widziałem jak radzą sobie inni, chciałem po prostu jak najszybciej zabić jak największą ilość tych maszkar. I zobaczyć co z ojcem. Wydawało mi się, że walka trwała godzinami. Kiedy ostania harpia, lecąc w dół, zaznaczała swoją drogę smugą dymu ze zwęglonych piór, ja już rzucałem czar pajęczego chodu i pędziłem do ojca. Dzięki niechaj będą Lorshowi żył.

Wszyscy udaliśmy się z powrotem w dół i ustaliliśmy, że Ziriel i ja spenetrujemy starą wieżę i zobaczymy czy oczyściliśmy skałę ze wszystkich harpii. Po dłuższej chwili i zawieszonej przez Ziriel linie, dostaliśmy się na sam szczyt. Smród odchodów, rozkładających się resztek mięsa, uderzył w nas z ogromną siłą, mimo silnego wiatru smagającego szczyt. Nie tracąc czujności podeszliśmy do wejścia wieży. Schody na pierwsze piętro były w fatalnym stanie, nie odważyliśmy się nawet kręcić w ich pobliżu. Natomiast bardzo zainteresowało nas wejście do piwnicy. Po krótkiej chwili wyczarowałem magiczne światło i wiedziony złym przeczuciem poprosiłem bystrooką elfkę, by podczas schodzenia w dół uważała na ewentualnie pozostawione tu czynne pułapki. Mój instynkt nie zawiódł mnie tym razem. A i Ziriel faktycznie wykazała się znajomością tematu. Szybko i bezbłędnie oznaczyła schodek, który odpowiedzialny był za zwolnienie jakiegoś mechanizmu. Nie mieliśmy najmniejszej ochoty sprawdzać jakiego i czy jeszcze po tylu latach jest sprawny.

Schodziliśmy w dół, aż naszym oczom ukazała się komnata, której ściany pokryte były dziwną odmianą elfiego dialektu. Ziriel mimo tego, iż sama jest Elfką, nie rozumiała tekstu. Na środku komnaty na podwyższeniu płonął dziwny niebieski płomień, zalewający wszystko niebieskawą poświatą. Poprosiłem Ziriel, by przepisała choć jedną kolumnę tekstu w celu późniejszego przetłumaczenia. Bardzo zaintrygowało mnie to pomieszczenie. Zanim zeszliśmy do towarzyszy, umówiliśmy się, że póki co o znalezisku nie powiemy Adrianowi. Po odcięciu nóg martwych harpii, udaliśmy się do Barona sfinalizować transakcję przejęcia Księżycowej Skały wraz z wieżą. Baron zdziwił się troszkę, że skała ma być pisana na wszystkich, ale bez większych problemów uczynił całą drużynę współwłaścicielami. Bogatsi o glejt potwierdzający nadanie ziemskie, udaliśmy się do karczmy „Stara Kuźnia” w Gardionie Wschodnim, gdzie ojciec postanowił wykurować ostatnio odniesione rany.