Dzięki zdobytym informacjom wiedzieliśmy, iż początkiem naszej wyprawy będzie mała osada drwali Hugg. Widmo nadchodzącej z oddali zimy niepokoiło nas coraz bardziej, w Akademi Viskani zabawiliśmy dłużej niż zakładaliśmy to od samego początku. Dowiedzieliśmy się, że praktycznie do samego Hugg droga jest na tyle dogodna, że przejedzie przez nią niewielki wóz. Decyzja o zakupie wozu zapadła szybko, dodatkowo zakupiliśmy solidną latarnię i zapas oleju. Postanowiliśmy podróżować w miarę możliwości nawet nocą. Średnio co osiem godzin w magiczny sposób przywoływałem konia pociągowego, który ciągnął nasz wóz.
Droga minęła nam spokojnie i sprawnie. W wiosce dowiedzieliśmy się, iż jeden z traperów, mieszkający poza wioską, będzie wieczorem w karczmie i że będziemy z nim mogli ustalić szczegóły. Kiedy tylko zagailiśmy o tym, że wybieramy się na Ogon Diabła, karczmarz zainteresował się tym i opowiedział o grupie zbrojnych ubranych w jednakowe uniformy, która też wyruszyła w tamtym kierunku. Ponoć prowadzili ze sobą bandę goblinów i kilku koboldów. „Faktycznie” – pomyślałem – „Przecież gospodarz z karczmy w Kelte, w której spaliśmy jedną noc, też opowiadał o takiej samej grupie. Tamtejszy karczmarz opisał ich jako grupę karną i zdyscyplinowaną, z wyraźnie obcym akcentem. Prawdopodobnie byli to żołnierze. Dowodził nimi człowiek w zbroi z gadziej skóry. Nikt nie słyszał, aby ktoś zwracał się do niego po imieniu. Karczmarz usłyszał tylko, że połowa grupy udaje się po coś do Bezsłonecznej Cytadeli, a druga wraz z dowódcą kieruje się właśnie do Hugg.” Zainteresowany zapytałem czy grupa wróciła już z tej wyprawy. Z tego co odpowiedział karczmarz z Hugg, to po powrocie grupy ich liczebność się zmniejszyła, a dowódca wyglądał na wściekłego.
Traper okazał się człowiekiem interesu. Wiedział, że sami nie damy rady dostać się na miejsce, więc bez zbytnich chęci targowania się skasował nas jak za zboże. Jedyne ustępstwo na jakie poszedł to, to że drugą połowę zapłaty dostanie wtedy, gdy bezpiecznie przetransportuje nas z powrotem. Nasza umowa obejmowała przeprowadzenie nas przez Szepczące Bagna, tam traperzy mieli czekać na nas 5 dni. Traperzy w cenie wliczyli też specjalny wywar, który redukuje szkodliwy wpływ oparów z bagien.
Rankiem następnego dnia wyruszyliśmy wraz z przewodnikami w stronę bagien. Do skleconego ze starych gnijących już desek pomostu przycumowane były, małe z wyglądu, dosyć niedbale zbudowane tratwy. Ku mojemu zdziwieniu tratwy na błotnistej powierzchni bagien spisywały się nad wyraz dobrze. Traperzy z samego początku nakazali nam wypicie tajemniczego wywaru. Z pewną nieufnością wypiliśmy zawartość flakoników. Ziriel stwierdziła, że nie będzie piła. Po wypiciu traperzy podali nam chusty nasączone wywarem z jakichś wonnych ziół, w celu zredukowania smrodu bijącego z bagien. Po kilku minutach od wypicia tajemniczego wywaru poczułem fale otępienia, która uderzyła z zaskoczenia. Czułem się jak po wypiciu solidnego kubka mocnego bimbru. Zapachy oraz dziwne odgłosy dobiegające z bagien oddalały się i zniekształcały, miałem problem ze skupieniem wzroku na czymkolwiek. Usiadłem, bojąc się, iż przewrócę się i wpadnę w mętną toń. Kątem oka dostrzegłem jak Ziriel stojąca na brzegu tratwy, nagle bez widocznego powodu i ostrzeżenia, wskakuje w śmierdzącą maź. Nie zdążyłem pomyśleć nawet o tym, by ją ratować, nie mówiąc o wykonaniu choćby najmniejszego gestu. Na szczęście mój ojciec zachował więcej przytomności umysłu, a i instynkt wojownika szkolony przez długie lata nie zawiódł go. W ostatniej chwili, zanim głowa elfki zniknęła pod powierzchnią, chwycił ją za włosy i pociągnął w stronę tratwy. Udało mi się przezwyciężyć spowolnione odruchy i pomogłem ojcu wciągnąć Ziriel na „pokład”.
Ziriel na chwilę straciła przytomność, a gdy tylko udało się nam ją ocucić, podaliśmy jej wywar, który przygotowali dla nas traperzy. Ziriel twierdziła, iż widziała machające do niej dzieci i dziwne światła. Jeśli by się dobrze wsłuchać, to faktycznie gdzieś na granicy słyszalności wyczuwało się obecność bawiącej się jakby gromadki dzieci. Po przyjęciu specyfiku nikt już nie miał zamiaru uganiać się za błędnymi ognikami lub iluzorycznymi dziećmi. Po długiej i meczącej przeprawie, ubłoceni oraz przesiąknięci smrodem bagien, dobiliśmy do brzegu. Tu, tak jak umówiliśmy się, mieli zostać nasi przewodnicy, którzy dokładnie wytłumaczyli nam jak kierować się, aby dostać się na Ogon Diabła. Kiedy kończyliśmy obgadywać resztę szczegółów, nagle niespodziewanie z drzew zeskoczyły między nas cztery istoty. Trolle były doskonale zamaskowane wśród drzew i zaatakowały znienacka zyskując przewagę. Zostaliśmy odrzuceni od siebie. Na szczęście Goth pobłogosławił przed wyruszeniem naszą broń, inaczej bylibyśmy prawie bezbronni. Sekundy ciągnęły się jak minuty, odczuwaliśmy jeszcze skutki wywaru. Lecz w końcu pozbieraliśmy się i przystąpiliśmy do kontrataku. Din, Ziriel oraz mój ojciec atakowali zaciekle swoją bronią, natomiast ja atakowałem szablą i na zmianę z Adrianem przypiekałem potwory Płomieniami Agannazara. Udało nam się uniknąć poważniejszych obrażeń, jedynie Din i jeden z traperów odnieśli spore rany. Wspólnie z Gothem pomodliliśmy się o łaskę uzdrowienia dla naszych towarzyszy.
Czujni i zdenerwowani wyruszyliśmy w głąb Gadurskiego Lasu. Kierowaliśmy się ciągle na północ i wypatrywaliśmy punktów odniesienia, które opisali nam przewodnicy. Trwało to wiele godzin. Nagle Ziriel podniosła dłoń nakazując nam się zatrzymać. Wszyscy rozglądaliśmy się czujnie, a Ziriel wskazała na coś w oddali. Ostrożnie podeszliśmy bliżej, były to zwłoki człowieka ubranego w zielony uniform opisany przez karczmarzy z Hugg i Kelte. Jako iż ciało było nadszarpnięte już zębem czasu oraz toczone przez robale, trudno było ustalić przyczynę śmierci. Znaleźliśmy jeszcze dwa ciała. Po tym fakcie wzmogliśmy naszą czujność, w końcu coś musiało ich zabić.
Wdrapywaliśmy się na małe wzniesienie, kiedy to nagle na szczycie pojawiły się trzy osoby. „Stójcie” – krzyknął Goth. Trojka ludzi zatrzymała się i zdyszanymi głosami odkrzyknęła – „Gonią nas, gonią, pomóżcie!” Na piersi tego, który przemówił widniał herb, Murowana Wieża. Nigdy podobnego herbu nie widziałem, ale w sumie niedziwne, nigdy nie umiałem znaleźć ani czasu, ani ochoty na studiowanie heraldyki. Osoba ta na pierwszy rzut oka wyglądała na maga. Ziriel wpatrywała się w herb, po czym szepnęła w naszym kierunku – „Dziwne, ten herb to godło jednego z zanzibarskich rodów. Myślę, że ten człowiek nie ma prawa istnieć.” Goth wykrzyczał „Kto was goni i co tu robicie?!” „Trupy” – odpowiedział mag – „Ożywione szkielety zaatakowały nas znienacka i zabiły dwóch naszych towarzyszy, jeśli nam pomożecie podzielimy się skarbem, po który tu przyszliśmy, a który znajduje się w jaskini nieopodal.” „Musimy się zastanowić” – odkrzyknął Goth. „Myślę, że to iluzja” – upierała się Ziriel. Goth zamyślił się i odpowiedział – „Mogę spróbować ją rozproszyć, lecz jeśli okaże się, że ten mag jest prawdziwy, odbierze to jako atak. „No to dobrze” – powiedział Din – „Mag na pewno ma coś cennego, to się go złupi.” „Też tak myślę, ojcze rozpraszaj.” Goth wzniósł słowa modlitwy i dosłownie po chwili postacie przed nami rozpłynęły się w powietrzu jak gdyby nigdy ich nie było. „Miałaś nosa Ziriel” – wszyscy pochwaliliśmy ją za przeczucie, które jej nie zawiodło.
Gdy dotarliśmy na szczyt wzniesienia, naszym oczom ukazał się szereg uzbrojonych rycerzy. Na przedzie stał ich dowódca i gdy tylko nas ujrzał, odezwał się tymi słowami – „Zdaliście pierwszy test, nie spiskujecie z naszymi wrogami z Zanzibarru. Przed wami drugi, decydujący. Jeden z was musi umrzeć za innych i stanąć do pojedynku ze mną. Wtedy przepuścimy resztę. Jeśli będziecie walczyć wszyscy to zginiecie tu. Jesteśmy nieśmiertelnymi strażnikami tego lasu. Bronimy Twierdzy Gadur. Wybierzcie jednego z was i niech staje do pojedynku o życie.” Rycerz skończył wypowiedź i czekał na naszą reakcję. Widząc ich zbroje i symbole Rycerzy Krwi z Wielkiego Dominium wystąpiłem i powiedziałem takie słowa – „Przynosicie wstyd Zakonom Krwi, jaki rycerz może żądać takiego poświęcenia w jakiejkolwiek sprawie?” Nie dokończyłem swojej wypowiedzi, jako że rycerz mi przerwał. „Przyjmuję twoje wyzwanie. Stań do walki i giń!” – rzekł. Poczułem za sobą poruszenie i szepty towarzyszy. Powiedziałem, by się nie wtrącali, bo wszyscy zginiemy.
Rycerz szedł powolnym krokiem z mieczem skierowanym w mym kierunku. Miałem troszkę czasu. Rzuciłem czar Tarczy i od razu wykorzystując przewagę odległości chciałem uderzyć jakimś czarem bojowym, lecz w Matrycy utrwalone miałem tylko zaklęcie Pomniejszego drążenia Larlocha. Niestety czar ten zapewne nie zadziałby na istotę nieumartą, którą ów rycerz na pewno był. O ostatnich Rycerzach Krwi słyszano kilkaset lat temu. Postanowiłem rzucić Magiczny pocisk nie korzystając z Matrycy. Czasu było mało, wiedziałem, że zaraz po tym czarze opadną pierwsze ciosy miecza. Wyciągnąłem w kierunku nadchodzącego rycerza rękę z rozstawionymi palcami i wypowiedziałem słowa magii. Zdecydowanie coś poszło nie tak, silny huk przeciął powietrze i towarzysze stojący za mną padli przewróceni przez energię, którą niechcąco wyzwoliłem. Kto wie, czy ten wypadek nie uratował nam życia. Z tego co potem mówili kompani, aż świerzbiło ich by mi pomóc i w chwili, w której już prawie ruszyli mi z pomocą, fala uderzeniowa przewróciła ich i ogłuszyła na chwilę. Ta chwila wystarczyła, by zobaczyli, iż jakoś radzę sobie w pojedynku i może przetrwam. Na rycerzu huk nie zrobił najmniejszego wrażenia, zaatakował z furią. Po nieszczęśliwym wypadku sprzed kilku sekund, porzuciłem pomysł pozamatrycowego rzucania czarów i skupiłem się na czarach ochronnych, które miałem wpisane w Matrycę. Postawiłem wszystko na jedna kartę i dosyć brawurowo przystąpiłem do ofensywy, licząc że magia, którą się wspieram, wystarczy do pokonania wroga. Pojedynek się przedłużał, lecz w końcu rycerz powiedział – „Wystarczy! Gdybym mógł umrzeć, to po ostatnim twoim ciosie byłbym martwy, ale mnie nie da się zabić. Wygrałeś z żywą istotą, walczyłeś dzielnie. Teraz możecie bezpiecznie przejść.”
Osunąłem się na kolana ściskając broczące krwią głębokie rany. Ojciec podszedł i rzekł – „To była dobra walka, pomódlmy się o łaskę uzdrowienia do Pana naszego Lorsha.” Po chwili ogarnęło mnie przyjemne poczucie ulgi. Rany zasklepiły się, a ja przepełniony miłością do Boga gotowy byłem do dalszych wyzwań. Ruszyliśmy w dalszą drogę i spokojnie dotarliśmy pod ostatnie podejście na sam szczyt Ogona Diabła.
Cały wzniesienie, od miejsca, w którym staliśmy, aż po sam szczyt, porośnięte było dziwnymi cierniami. W jednym miejscu ciernie tworzyły wysoki na mniej więcej dwa metry tunel, gdzie do góry prowadziły wyżłobione w skale niby schody. Z góry po tych schodach cały czas lała się dziwna maź, przypominająca na pierwszy rzut oka krew. Kiedy dobrze się jej przyjrzałem, zobaczyłem, że źródłem dziwnej cieczy są wypustki krzewów tworzących tunel. Zerkałem na towarzyszy i widziałem, iż wszyscy z nieskrywaną niechęcią patrzą w stronę otwierającego się przed nami tunelu. Kiedy tak staliśmy, kątem okaz zobaczyłem jakiś ruch w cierniowych krzakach, dosłownie kilka metrów od nas. Jako że już prawie zmierzchało, po cichu zagaiłem do Adriana, by rzucił czar Światła we wskazanym przeze mnie kierunku. Adrian widocznie też coś dostrzegł, bo umiejscowił światło dokładnie tam, gdzie chciałem. Naszym oczom ukazała się noga i część jakiejś sylwetki, która utknęła w cierniach. Podeszliśmy tam ostrożnie i ku naszemu zdziwieniu w krzakach utkwił na dobre Mepo.
Mepo to kobold, którego poznaliśmy w Bezsłonecznej Cytadeli podczas naszych poprzednich przygód. Na nasz widok ucieszył się niezmiernie. Po chwili jego radości wypytaliśmy o to jak to się stało, że tu jest. Z dosyć nieskładnej relacji kobolda wynikało, że zostali tu przyprowadzeni przez ludzi, którzy wcześniej wdarli się do Bezsłonecznej Cytadeli, zabijając wszystkich współplemieńców Mepo, za wyjątkiem grupy, którą przyprowadzili tutaj. Mepo z dumą w głosie stwierdził, że uciekł głupim ludziom i że nawet strzały, którymi do niego strzelali nie powstrzymały go. Dowiedzieliśmy się też, że ludzie schodzili pod wodę. Za pomocą suszonej kiełbasy z naszych zapasów, nakłoniliśmy Mepo, by wskazał nam to miejsce. Kobold zadowolony z kiełbasy dosyć chętnie wszedł w tunel utworzony przez ciernie.
Kiedy wyszliśmy na szczyt, naszym oczom ukazał się rozległy płaski teren, po środku którego ział ogromny krater. W dole widniała ciemna toń wody. Cały szczyt, jak okiem sięgnąć, pokryty był grubą warstwą nagich, pozbawionych mięsa kości. Trudno się nawet domyślać jakie istoty tu zginęły, niektóre kości był długie prawie na dwa metry, inne o dziwnych kształtach. Wiedziałem jedno, obojętnie po jakich istotach zostały, musiało tu ich zginąć setki, jeśli nie tysiące. I nagle powietrze jakby zafalowało, a czas zatrzymał się w miejscu. Po drugiej stronie krateru zobaczyłem niewyraźną wizję jakiejś walki. To prawdopodobnie wspomnienie walki Shadizzara z bogiem Trolli. Wydarzenie to musiało tak mocno zaburzyć wymiar w tym miejscu, że czasami można zobaczyć szczątki tych wydarzeń. Widać było maga stojącego naprzeciwko potężnej i nieprawdopodobnie brzydkiej istoty, jeśli moje przypuszczenia są prawdziwe to był to bóg Oze Dakhe. Mało któremu śmiertelnikowi dane jest spoglądać w prawdziwe oblicze boga. Wizja była półmaterialna, jakby nierealna. Shadizzar, jeśli to był on, przywoływał coraz to nowe istoty do walki z bogiem, raził go coraz to potężniejszymi czarami, a w dłoni dzierżył wielką włócznię. Wizja minęła tak szybko jak się pojawiła. Po wyrazie twarzy moich kompanów zrozumiałem, że i oni widzieli to co ja.
Mepo wskazał nam drogę w dół krateru. Ścieżka kończyła się małym, mierzącym raptem kilka metrów brzegiem. Mepo wskazał na ścianę kilka metrów dalej, twierdząc, że tam wpływali ludzie. Goth rozebrał się ze zbroi, pomodlił się i ku naszemu zdziwieniu stanął na powierzchni wody. Poczym ruszył w kierunku wskazanego przez Mepo miejsca. Po chwili wrócił i stwierdził, że jeśli coś tam jest to musi zanurkować. Jak powiedział tak uczynił.
Goth wyłonił się po niedługo później, stwierdzając, że po chwili nurkowania jest grota, która wychodzi do jaskini nie zalanej wodą. Jako że moje zasoby magicznej energii zostały wykorzystane w walce z rycerzem, postanowiliśmy, że to Adrian zejdzie na dół i tylko się rozejrzy. Goth, który miał na sobie dogasające już zaklęcie Światła, udał się do jaskini, gdzie zaczepił linę, którą wyciągnął na powierzchnię. Pół metra nad taflą wody, w skale znajdował się wbity stalowy hak, który musiała tutaj umieścić wyprawa pod dowództwem człowieka w gadziej zbroi. Goth zaczepił linę o ten hak, aby później łatwiej było nam się przedostać do podwodnej jaskini.
Tymczasem Adrian, który także umiał pływać, udał się do jaskini. Po około 10 minutach Adrian wynurzył się i stwierdził, że na dole jest korytarz i że przejdzie się nim kawałek. Po czym znów zniknął w wodzie. W czasie kiedy nie było Adriana, ja odpoczywałem oraz uczyłem się zaklęć. Kiedy Adrian nie pokazywał się przez następne długie minuty postanowiliśmy poczekać, aż odzyskam energię.
Wykorzystując czar Światło rozjaśniłem nam drogę w głąb podwodnej jaskini. Poruszaliśmy się ostrożnie, za mokrymi śladami, które zostawił Adrian. W zasadzie droga była tylko jedna. W końcu dotarliśmy do ogromnej Sali, na której końcu widniały otwarte wielkie wrota. Wrota pokryte był złotem oraz srebrem. W drodze do nich na drodze znaleźliśmy martwego kobolda. Nic jednak nie wskazywało na to, że zabiła go jakaś pułapka, prawdopodobnie chciał uciec i został zamordowany przez jednego z najemników. Kilka metrów dalej, w podłogę wmurowana była tabliczka, w języku którego nikt z nas nie rozumiał.
Kiedy tylko podeszliśmy do drzwi, naszym oczom ukazała się makabryczna scena. Dosłownie trzy metry za progiem, w długim i ciemnym korytarzu, na podłodze leżały krwawe ochłapy, które kiedyś były Adrianem. Jego postać została przez coś z dużą siłą zgnieciona. Jego kości i mięso stanowiły krwawą miazgę. Poświeciliśmy sobie kawałek dalej, wzdłuż ścian w ciągnącym się za drzwiami korytarzu. Co kilka metrów widać było krwawe plamy. Din przytargał martwe ciało kobolda i wrzucił je z rozmachem za próg. Ciało nie zdążyło jeszcze dobrze opaść na posadzkę, kiedy to ze ściany korytarza wysunął się, z ogromną szybkością, wysoki aż po strop, blok skalny i docisnął ścierwo do przeciwległej ściany. Z kobolda pozostała krwawa papka. Przyglądając się ponownie korytarzowi, którego końca nie było widać w lichym świetle czaru, zauważyliśmy stosunkowo świeżą plamę krwi na wysokości około 3 metrów. Wnioski nasunęły się same. Adrian doszedł do tego miejsca, zobaczył krwawe plamy świadczące o tym, że coś zgniotło tu koboldy, myślał, że pułapkę aktywuje naciśnięcie czegoś w podłodze, zatem rzucił na siebie Pajęczy chód i chciał przejść po ścianie. Pomysł nawet dobry, tylko niestety ta pułapka działała inaczej. Wszystkich interesowało co pisze na tabliczce przed tymi drzwiami. Lecz tego dowiedzieć mieliśmy się dopiero następnego dnia. Musiałem zregenerować energię oraz nauczyć się odpowiednich czarów.