Patrzeliśmy na zmasakrowane ciało Adriana i chyba wszyscy, mimo tej tragedii, zastanawialiśmy się, co stało się z amuletem, który miał zawieszony na szyi. Ciało leżało kilka metrów od drzwi, jego stan nie zachęcał zbytnio do wejścia w korytarz. Na szczęście Ziriel posiadała małą kotwiczkę, którą posługuje się przy wspinaczce. Przywiązaliśmy ją do kawałka liny i zarzuciliśmy w kierunku krwawej miazgi. Za którymś razem kotwiczka zaczepiła o pas, na którym kapłan trzymał sakiewki ze składnikami czarów. Pociągnęliśmy to co zostało z Adriana w kierunku drzwi. Z ogromnym obrzydzeniem, ale też zarazem z dużą ulgą, wygrzebaliśmy z tej krwawej masy nasz amulet. W dosyć ponurych nastrojach ruszyliśmy na powierzchnię.
W naszym obozowisku czekał na nas wyraźnie znudzony i objedzony do granic możliwości kobold Mepo. Jak zwykle w takich chwilach ktoś przejął moją wartę. Ja cały swój czas poświęciłem na naukę czarów oraz spokojny odpoczynek. Intensywność ostatnich dni nie pozwalała mi w spokoju zebrać energii potrzebnej do rzucania czarów. Goth głośno myślał na temat tego, by jakoś przez wodę przetransportować latarnię, a ja zgodziłem się z nim, że marnowanie energii na czarowanie Światła było zwyczajnym marnotrawstwem. W końcu wspólnie wpadliśmy na pomysł, by lampę przetransportować bez oliwy i knota. Knot oraz hubkę i krzesiwo ochroniliśmy kawałkiem natłuszczonego materiału i wsadziliśmy wszytko do pustego bukłaka. Oliwę transportowaliśmy w zalakowanych dzbanach. Po całej operacji mieliśmy na dole zapewnione światło na wiele godzin.
Następnego dnia wyruszyliśmy z nadzieją, że napis na tablicy przed korytarzem, w którym zginął Adrian, wyjaśni nam co dalej robić. Rzucając zaklęcie Rozumienia języków odczytałem treść tabliczki na głos: „Klucz: Ten który nie okaże strachu, ten przejdzie dalej.” Wszyscy długo zastanawialiśmy się nad tymi słowami. Minuty mijały, lecz nikt się nie odezwał. Myśląc nad tym wszystkim przypomniało mi się, iż w wiadomościach, które uzyskałem o tym miejscu, była wzmianka, że potrzebne jest wiele kluczy, ale o niektórych kluczach informuje sama góra. W sumie nie bardzo wiedzieliśmy jak to zinterpretować. Myślą, która ciągle kołatała mi się po głowie, było to że trzeba po prostu odważnie przejść przez korytarz, nie okazując przy tym strachu. Ten pomysł nie spodobał się nikomu. Wszyscy stwierdzili, że owszem przejść, ale z uaktywnionym amuletem. Po wielu debatach ustaliliśmy, że rozwiązaniem tej zagadki będzie jednak przejście korytarza z amuletem.
Postanowiliśmy, że to los zdecyduje kto sprawdzi słuszność naszych domysłów pierwszy. Wszyscy po kolei rzucaliśmy kością do bakaraka, a osoba z najmniejszym wynikiem miała iść jako pierwsza. Szczęście nie było tego dnia zbyt przychylne dla Ziriel. Los wskazał na nią. Widziałem, iż mimo to, że stara się uspokoić, drżącą dłonią brała amulet od mego ojca. Stojąc przed wejściem do korytarza, kilkakrotnie głęboko zaczerpnęła powietrza, po czym wypowiedziała słowa aktywujące amulet. Jej ciałem wstrząsnął skurcz, zachwiała się, lecz po chwili wyprostowała i ruszyła w głąb korytarza. Z niepokojem patrzeliśmy jak dochodzi do miejsca, gdzie na ścianie widniała krwawa plama. W ciszy modliłem się do Lorsha, by nasze rozumowanie było słuszne. Ziriel szła i nagle z ogromną prędkością, ogromny kawałek prawej ściany korytarza, wystrzelił dociskając Elfkę do przeciwnej ściany. Skalny blok tak jak szybko się wysunął, tak szybko wrócił na swoje miejsce. Ziriel leżała na podłodze i z trudem się podnosiła. Trudności ze wstaniem wynikały na szczęście tylko ze zdezorientowania, ponieważ siła uderzenia przewróciła ją i obróciła twarzą do nas. „Nic mi nie jest. Amulet działa.” – krzyknęła po chwili Elfka. Wiedzieliśmy, że amulet działa tylko chwilę, a zaskoczenie spowodowało, że Ziriel straciła zbyt dużo cennych sekund. Nakazaliśmy jej zawrócić.
Kiedy okazało się, że Ziriel faktycznie wyszła ze spotkania z ogromnym, kamiennym blokiem bez szwanku, postanowiliśmy, że następny w kolejce będę ja. Ubrałem amulet i rzuciłem na siebie czar Światła, aby nie narażać na stłuczenie latarni. Stanąłem przed wejściem do korytarza, zmówiłem krótką modlitwę do Lorsha, po czym wypowiedziałem słowa aktywujące amulet. Moje ciało przeszył ból tak okropny, jakby tysiące małych ran otwarły się naraz w mych wnętrznościach. Mimowolnie przyklękłam na jedno kolano starając się zwalczyć ból. Po chwili udało mi się opanować i ruszyłem biegiem. Korytarz wydawał się nie mieć końca, raz po raz ze ścian wyskakiwały potężne, kamienne bloki. W pewnym momencie gdy czułem już, że działanie amuletu kończy się, dobiegłem do końca tego morderczego tunelu.
Zdyszany i wystraszony rozejrzałem się dookoła. Pomieszczenie, w którym się znajdowałem było ogromne. Magiczne światło nie było w stanie oświetlić ani jego sklepienia, ani jego ścian. Kilka metrów przede mną, na granicy widoczności, majaczyły ogromne kolumny, dookoła których owinięte były rzeźby jakichś dziwnych stworów. Kiedy patrzyłem się na nie tylko kątem oka, wydawało mi się, że nieustannie zmieniają swoją pozycję lub obracają swymi demonicznymi oczami. Zacząłem oglądać ściany zaraz przy wyjściu z korytarza i dosyć szybko rzuciło mi się w oczy pewne wgłębienie widniejące w ścianie. Otwór miał około 40 centymetrów głębokości, a na końcu wyżłobionych było pięć małych otworków. Dwie myśli chodziły mi po głowie, albo to urządzenie wyłącza pułapki w przebytym przed chwilą przeze mnie korytarzu albo to kolejna pułapka i wsadzając tam rękę stracę ją zanim zdążę coś zrobić. Długie chwile walczyłem ze sobą, by wsadzić tam rękę. Po chwili zastanowienia ściągnąłem pasek i mocno owinąłem nim lewą rękę, około 15 centymetrów nad dłonią. „Jeśli mam ją stracić” – pomyślałem – „to nie chciałbym się od razu wykrwawić.” Z duszą na ramieniu i słowami modlitwy na ustach, wsadziłem rękę w otwór. Kiedy tylko moje palce natrafiły na pięć wgłębień, bez trudu udało mi się je przekręcić. Po chwili usłyszałem mechaniczny dźwięk i z ulgą wyciągnąłem nienaruszoną rękę. Wiedziałem, że coś uruchomiłem, niestety nie miałem pewności, że był to mechanizm blokujący pułapkę.
Przygotowany już na ból aktywowałem amulet. Ruszyłem w stronę czekających po drugiej stronie towarzyszy. Żaden ze skalnych bloków nie wysunął się, udało się dezaktywować tą piekielną maszynę. Wiedząc już jak poradzić sobie z problemem korytarza, postanowiliśmy wrócić tu następnego dnia. Noc minęła spokojnie.
Przewidywaliśmy, że pułapka dezaktywuje się tylko na jakiś czas, a nikt z nas nie chciał ryzykować. Dlatego też następnego dnia wytypowaliśmy Dina, by to on użył amuletu i poszedł dezaktywować pułapkę. Rzuciłem na niego zaklęcie światła i szybkim krokiem zniknął w korytarzu. Tak jak spodziewaliśmy się pułapka działała. Minęło kilka chwil, a Din nie pojawiał się z wiadomością, że pułapka jest zdezaktywowana. Niemożliwe, żeby przeoczył otwór w ścianie, ponieważ dokładnie wytłumaczyłem mu gdzie go szukać. Minuta mijała za minutą, a my nie wiedząc czy Din dezaktywował pułapkę byliśmy uziemieni. Postanowiliśmy czekać.
Nie wiem ile czasu minęło, ale prawie straciłem nadzieję na to, że zobaczymy młodego wojownika jeszcze żywego. Jego śmierć oznaczała też koniec możliwości zdobycia tego co tu zostało ukryte, ponieważ Din zabrał amulet. Siedzieliśmy tak w ciszy, kiedy to Ziriel zerwała się i powiedziała – „Wydaje mi się, że słyszałam niewyraźny głos Dina.” Wsłuchała się w ciszę. „Tak, jestem pewna, że z trudem mówi, że droga wolna.”
Niepewnym krokiem weszliśmy w korytarz, na szczęście pułapka była zdezaktywowana. Szybkim krokiem doszliśmy do końca tego śmiertelnie niebezpiecznego tunelu, na jego końcu pod ścianą leżał skrajnie wyczerpany Din. Jego stan już na pierwszy rzut oka nie wróżył nic dobrego. Amulet, który ochronił go przed wyskakującymi blokami skalnymi, sięgnął do jego najgłębszych rezerw energii życiowej. Ojciec szybko pochylił się nad młodym wojownikiem i rozpoczął modły. Po pewnym czasie rzekł „Wszystko w rękach bogów, ja nie jestem w stanie już ci wiele pomóc.”
Postanowiliśmy, że Din zostanie a my ruszymy dalej. Ziriel powolnym krokiem przecierała szlak, nie chcieliśmy napotkać już więcej pułapek. Powolnym krokiem zagłębiliśmy się między upiornie zdobione kolumny, wrażenie tego, że rzeźby nas obserwują było wręcz nieodparte. W końcu doszliśmy do miejsca, gdzie na środku pomieszczenia stała ogromna rzeźba maga z włócznią w ręku. U stóp tego ogromnego pomnika ułożonych niczym w jakimś hołdzie dla niego były przeróżne dary. Wszystko pokrywał kurz, wiele z przedmiotów takich jak zbroje czy miecze zostały strawione przez rdzę. Przedmioty mniej wytrzymałe rozsypały się po prostu w proch.
Kilkanaście metrów za pomnikiem jaśniały czerwonym blaskiem ogromne zamknięte wrota. Był to widok piękny i niesamowity – wrota bowiem ukształtowane były z płomieni. Powoli podchodziliśmy bliżej, aż żar bijący od nich był nie do zniesienia. W dosyć dużej odległości przed wrotami w podłogę wmurowana była kolejna tabliczka. Splotłem zaklęcie Rozumienia języków i odczytałem na głos „Klucz: Ogniu Krocz Ze Mną.”
Zrozumieliśmy, że na dzień dzisiejszy to koniec badania tej dziwnej budowli, ponieważ potrzebowaliśmy kolejnego klucza. Całe nasze skupienie padło na przedmioty rozrzucone pod pomnikiem. Wykorzystując czar Wykrycia magii odnalazłem dwa emanujące średnią magią przedmioty: kamienny kielich oraz małą, kamienną tabliczkę. Prócz tych dwóch przedmiotów, udało nam się znaleźć kilka złotych kielichów, sakiewkę szmaragdów oraz kilka pierścieni. W moje oczy rzuciła się jeszcze pęknięta kamienna tablica i po krótkich oględzinach doszedłem do wniosku, że to wzorzec jakiegoś zaklęcia. Owinąłem części tablicy w grubą warstwę materiału, nie mogłem pozwolić sobie na utracenie potencjalnego czaru, tym bardziej, że nie wiedziałem jakie zaklęcie może być na nim zawarte.
Z niejakim poczuciem bezradności wycofaliśmy się do pomieszczenia, w którym odpoczywał Din. Stan Dina był kiepski, więc wzięliśmy go z Gothem pod ręce i z trudem zaczęliśmy prowadzić w kierunku korytarza. „Zobaczmy czy pułapka jest dezaktywowana” – powiedziałem do Ziriel, która podeszła do otworu w ścianie i wsadziła rękę. Usłyszeliśmy cienki metaliczny zgrzyt oraz krótki urwany jęk Elfki. Ziriel osunęła się nieprzytomna na podłogę, znacząc obficie krwią ścianę z obciętej dłoni. Niemal rzuciliśmy Dina i doskoczyliśmy do kobiety. Tylko dzięki błyskawicznej reakcji ojca oraz dobrej woli Lorsha, udało nam się powstrzymać gwałtowny upływ krwi. Odcięta dłoń tkwiła w otworze blokując dostęp do mechanizmu.
Wyciągnąłem jeden ze sztyletów Elfki i próbowałem nim wyciągnąć tkwiącą tam dłoń. Znów usłyszeliśmy metaliczny świst i ułamany sztylet z ogromną siłą wbił się w moją pierś na wysokości serca. Poczułem ból, na szczęście kolczuga przyjęła znaczną część impetu. Podszedłem do leżącego nieopodal Dina i ściągnąłem mu z szyi medalion, który ubrałem i z duszą na ramieniu wsadziłem rękę w otwór. Nic się nie stało. Odetchnąłem z ulgą, przekręciłem mechanizm i usłyszałem znajomy już dźwięk. Droga była wolna.
Z trudem przetransportowaliśmy Dina, a Ziriel, dzięki mocy Lorsha, odzyskała przytomność i apatycznie wpatrzona w kikut, szła o własnych siłach. Goth przechodził sam siebie, by bezpiecznie przetransportować naszych kompanów. Po wydostaniu się do obozowiska, postanowiliśmy, że przynajmniej jeden dzień odpoczniemy, ponieważ do umówionego z traperami terminu mieliśmy dwa dni. Stan Dina wydawał się stabilizować, lecz wiedzieliśmy, że nie da rady iść o własnych siłach. Gdyby mój ojciec zaprzestał Modlitw leczniczych, to Din szybko by zmarł. Postanowiliśmy, że będę przywoływał Wierzchowca, na którym będziemy transportować wojownika.
Po przespanej nocy przyszedł też czas, by zmierzyć się z tragedią Ziriel. Walka dwoma sztyletami to jej całe życie. Powoli zaczęliśmy się zastanawiać nad magicznymi, bądź alchemicznymi sposobami regeneracji dłoni. Wiadomość, że coś takiego w ogóle jest możliwe, wlała w Ziriel trochę nadziei. Wyruszyliśmy w stronę bagien, gdzie umówiliśmy się z traperami. Po drodze nie niepokoili nas już ani rycerze ani żadne miraże. Mimo naszych obaw przewodnicy czekali na nas i bezpiecznie odtransportowali do wioski. W wiosce zdecydowaliśmy, że spędzimy tu kilka dni, a potem wyruszymy do kolejnej osady, czyli do Kelte, gdzie Dinem zaopiekuje się tamtejszy uzdrowiciel, który leczył nas po wyprawie do Bezsłonecznej Cytadeli.
U uzdrowiciela w Kelte, który zwał się Damalar, zostawiliśmy Dina i Ziriel, a sami z ojcem udaliśmy się do Arkany. Na miejscu udało nam się spieniężyć zdobyte dobra. Ja sam ubiłem niezły interes ze znajomym nam już tamtejszym magiem półelfem, Almerisem. Wymieniłem tablicę z wzorcem na kilka innych czarów, zyskując przy tym wzorzec na pergaminie. Okazało się, że złamana tablica zawierała wzorzec czaru V Kręgu Ogień Sola.
Udaliśmy się także do Lupis, gdzie dowiadywaliśmy się o możliwość nabycia mikstury regeneracji. Jeden z alchemików był gotów podjąć się tego, lecz zażądał sporej kwoty. Bez wahania wpłaciliśmy zaliczkę i nakazaliśmy mu gromadzić niezbędne komponenty. Wróciliśmy do wioski, gdzie Ziriel dosyć beztrosko poinformowała nas, że przytłoczona myślami o utraconej dłoni, zapomniała, iż Wiedzący z jej lasu mają moc regeneracji i jest szansa, że jej ręka na nowo zagości w jej ciele. Poinformowała nas też, że proces regeneracji dłoni może trwać nawet ponad rok.
Ojciec podzielił się ze wszystkimi tym co ustaliliśmy po drodze do Lupis. Mieliśmy na rok wyruszyć do swych rodzinnych ziem, lecz skoro sprawa z regeneracją wygląda tak, a nie inaczej, zaproponowaliśmy, aby spotkać się za półtorej roku między 1, a 20 kwietnia w mieście Wysoka Wieża obok Lasu Leredeon. Jako iż Din planował udać się na szkolenia do Akademii Viskani, a jego rany skutecznie opóźniały ten plan, chętnie przystał na propozycję. Postanowiliśmy, że jeśli bogowie nam pozwolą, spotkamy się w Wysokiej Wieży, aby ruszyć w kierunku Miasta Mgieł. To właśnie tam, z tego co się dowiedzieliśmy, skierował swe kroki dziwny człowiek w gadziej zbroi. Co więcej, wszystko wskazywało na to, iż posiada on drugi, niezbędny do otwarcia kolejnej bramy, klucz.