I tak pożegnaliśmy się z naszymi towarzyszami. Z dużą radością skierowaliśmy nasze kroki w kierunku Krain Mrozu na zachód od Dominium i południe od Leredeonu. Ojciec chciał zdać raporty dla swojej Świątyni w naszej osadzie w Verdhil, ja natomiast miałem nadzieję, że w końcu lud dowie się, iż należę do rodu un Nathrek.
Nasza podróż przebiegała spokojnie i dopiero w rodzinnej wiosce dowiedzieliśmy się, że dwóch Plugawych Rycerzy, najpotężniejszych sług Lorda Keth, wraz ze swymi armiami skierowało się w stronę naszych ziem. W związku z tym wszystkie klany wysłały swoich wojowników, by powstrzymać zagrożenie nadciągające ze wschodu, z Doliny Cierni.
Gdy tylko znaleźliśmy się w Verdhil, Goth udał się do Świątyni, a ja przywitałem się z matką i złożyłem tradycyjny hołd tymczasowemu przywódcy mego klanu, czyli Brandergom. Wódz Brandergów, Sardborg Branderg, wyjechał na wojnę, tak jak każe nasze prawo wojny.
Ojciec otrzymał od kapłana tutejszej świątyni, Dariusa, w randze Dłoni Lorsha, list nakazujący stawić mu się w Świątyni Wilków. Po kilku dniach wraz z ojcem wyruszyliśmy do tego Świętego Miejsca, aby tam spotkać się z kapłanem wysokiej rangi, który szczycił się stopniem Oka Lorsha.
Z nieskrywaną dumą przyjąłem fakt, iż tak zacna osoba jak Namiru Ged zaprosiła na audiencję także mnie. Goth długo dyskutował z kapłanem o sytuacji politycznej, nie pominął też sprawy świątyni Richitera, która powstała w Zandarze. Ja z niepokojem czekałem, chcąc się dowiedzieć po cóż to zostałem wezwany. Szybko okazało się, że kapłan zainteresowany był moimi umiejętnościami bojowymi i o dziwo chodziło mu o zaklęcia, a nie umiejętność posługiwania się bronią. Ta wiadomość pozytywnie mnie zaskoczyła, wszak mimo, iż sam Lorsh w swym strategicznym kunszcie dostrzegł przydatność magów walki, nie oznaczało to, że zakorzenieni w dawnych uprzedzeniach wyznawcy szybko się z tym pogodzą. Jak widać wszystko powoli się zmienia. Zostałem wypytany o stopień w jakim opanowałem zaklęcia. Widać było znaczne poruszenie kiedy oznajmiłem, iż opanowałem czwarty Krąg magii. Entuzjazm kapłana przygasł troszkę w chwili, kiedy powiedziałem, że aktualnie nie posiadam żadnych zaklęć z tego Kręgu. Zaciekawienie powróciło na jego oblicze, kiedy wymieniłem natomiast czary pozwalające uderzyć Błyskawicą, Przyspieszyć czyjeś ruchy, czy też wyssać z przeciwnika energię życiową i uleczyć się samemu przy jej pomocy.
Kapłan od razu zażądał pokazu. Wysłał sługę świątynnego po jakiegoś niewolnika, a następnie kazał go przywiązać do stojącego na małym placu pala. Kiedy pytałem jaki czar chce zobaczyć, niespodziewanie chwycił moją rękę i na sporej odległości rozorał ją nożem. Zasyczałem z bólu, ale zrozumiałem, że interesuje go zaklęcie Wampirycznego dotknięcia. Podszedłem do niewolnika i aktywowałem czar, a wokół mej dłoni pojawił się zimny, jasnoniebieski płomień. Kiedy tylko dotknąłem ciała skrępowanego sługi, poczułem rozkoszne uczucie, kiedy to jego energia życiowa przelewała się w moje ranne ciało. Chwilę później niewolnik wył z bólu, a ja pokazałem całkowicie zasklepioną ranę na mojej ręce. „Dobij go” – powiedział kapłan. Stanąłem w pewnej odległości i powoli zacząłem recytować czar przyzywający Błyskawicę. Aby zrobić jeszcze większe wrażenie, odpowiednio go wzmocniłem. Po kilku sekundach błyskawica, przy wtórze ogłuszającego huku, trafiła w niewolnika, który martwy bezwładnie zawisł na krępujących go sznurach. Ostatnim pokazem był pokaz możliwości czaru Przyspieszenia ruchów. Kapłan nie ukrywając zadowolenia, opowiedział, że ryzykując swoją reputację i pozycję, zdecydował kilka lat temu o stworzeniu gruby magów bojowych. Jako, iż Kościół poświęcił dużo czasu i pieniędzy na ten projekt, zależało mu na tym, by wyniki przeszkolonych magów, którzy niedawno wrócili z Akademii Magii w Paddar, były zadawalające.
Zostałem poproszony o taktyczne przeszkolenie grupy dwunastu magów oraz wybranie z nich sześciu najzdolniejszych. Z grupy czterdziestu świeżo upieczonych magów walki, wybrałem dwunastu, a z tej dwunastki wybrałem sześciu dowódców przyszłych kompanii.
Szkolenie, które przeprowadzałem, miało trwać 9 miesięcy, w tym czasie Goth miał poświęcić swój czas na oczyszczenie się z brudów świata zewnętrznego oraz medytację w Świątyni Wilków. W trakcie szkolenia, uzupełniłem bardzo skromne świątynne zbiory o czary, które zdobyłem w czasie moich podróży.
Dni mijały szybko i kiedy nadszedł czas naszego wyjazdu, zostaliśmy ponownie wezwani przed oblicze Wysokiego kapłana Namiru Ged’a. Za pomoc udzieloną Świątyni, dostałem sowitą opłatę oraz pierścień, który posiadał magiczną właściwość. Po aktywacji działał tak jak zaklęcie Wykrycia magii. Dodatkowo na drogę ojciec wypożyczył dla nas konie.
Kiedy do Świątyni Wilków przybyli także starzy słudzy rodziny Nathrek, zabójcy i wojownicy świątynni w jednej osobie, bracia Vorn i Vern, mogliśmy się w końcu udać w kierunku Wysokiej Wieży. Bracia przez ostatnie 2 lata nie podróżowali z nami, ponieważ ojciec zlecił im kilka ważnych zadań i nasze drogi rozminęły się na jakiś czas. Był już początek marca i musieliśmy się spieszyć, żeby zdążyć do Wysokiej Wieży na umówione spotkanie, ponieważ zima w tych stronach bywa nieprzewidywalna.
Po drodze docierały do nas coraz to nowe wieści o tym, że wojna Dominium i Krain Mrozu z Lordem Keth ma się ku końcowi. Niektórzy mówili też, że zabito samego Lorda Keth. Po niezbyt miłej podróży, gdzie pogoda nie chciała nas zbytnio oszczędzać, dotarliśmy do Twierdzy Argh, gdzie mieliśmy się spotkać z Dinem, a następnie razem ruszyć do Wysokiej Wieży na spotkanie z Ziriel. Dowódca tejże warowni, kiedy tylko dostrzegł kapłański symbol mojego ojca, zaprosił nas do środka i ugościł jak najlepiej potrafił. Ku naszemu zdumieniu, wieczorową porą, kiedy to wieczerza powoli przeradzała się już w libację, podszedł do Gotha jeden ze strażników i zapytał czy znamy niejakiego Dina – „Osoba ta stoi przed bramą i twierdzi, że przybywa na Twoje zaproszenie”. Ojciec przytaknął i po chwili do środka wszedł Din wraz z dziwnym towarzyszem. Był to wysoki, bardzo wychudzony mężczyzna, ubrany w czarne szaty. Na pierwszy rzut oka widać było, iż jest to osoba parająca się magią. Skórzany pas na składniki oraz charakterystyczna podręczna torba na księgę tylko przekonały mnie w tym odczuciu. Osobnik ten szedł ciężko, opierając się na solidnym kiju, który został okuty małymi srebrnymi kośćmi. Na zwieńczeniu kija widniał średniej wielkości rubin, a szybkie Wykrycie magii uświadczyło mnie tylko w fakcie, iż jest to pojemnik na energię magiczną. Nieznajomy podszedł bliżej i odrzucił kaptur osłaniający jego głowę. Dosyć przystojną twarz szpeciły oczy, które były całe mlecznobiałe. Pierwsza myśl jaka przeszłą mi przez głowę to, że człowiek ten oślepł. Lecz szybko okazało się, iż mimo wyglądu, Radagast, bo tak na imię miał przyprowadzony przez Dina kompan, ze wzrokiem problemów nie ma. Przywitaliśmy się serdecznie z naszym kompanem i przy gorzałce dowiedzieliśmy się, że Din i Radagast poznali się prawie rok temu, kiedy to razem wykonywali jakieś zlecenie. Jako, że dobrze się im układała współpraca, a i śmierć Adriana, naszego maga, utkwiła Dinowi w głowie, postanowił zaproponować Radagastowi przyłączenie do nas. Okazało się, że mag w czarnych szatach jest czymś na kształt historyka, pasjonującego się wiedzą o Zanzibarze.
Jak okazało się, spotkanie z Dinem to nie był koniec zaskakujących wydarzeń tego dnia. Ledwo zdążyliśmy się poznać z naszym nowym towarzyszem, kiedy to na noszach, w otoczeniu wojowników ubranych w charakterystyczne dla wyznawców Lorsha skóry wilków, został wniesiony jakiś człowiek. Z zaciekawieniem podeszliśmy zobaczyć co się stało. Ku naszemu przerażeniu na noszach w opłakanym stanie leżał Draggak Jednooki, kuzyn Gotha i wódz Burzy Kłów – drugiego z klanu Nathreków. Z szybkich opowieści jego ludzi wynikło, że podczas powrotu ze zwycięskich walk z upiornymi rycerzami, niedaleko twierdzy Argh zostali zaatakowani przez Lodowe Giganty. Tylko dzięki męstwu i poświęceniu Draggaka zdołali ubić jednego z nich i wycofać się bezpiecznie. Kuzyn Gotha niestety opłacił to straszliwymi ranami i złamanym kręgosłupem. Goth nakazał wszystkim się odsunąć i zaczął odmawiać modły nad zmasakrowanym kuzynem. Po chwili dowódca twierdzy nakazał przenieść dzielnego wojownika do specjalnie przygotowanej komnaty.
Minęło kilka chwil, kiedy Komendant Berger wrócił, oznajmiając memu ojcu i mnie, że Draggak ocknął się i chce nas widzieć. Czym prędzej udaliśmy się do rannego. Wojownik nakazał nam, byśmy się zbliżyli, nawet ciche słowa były dla niego nadludzkim wysiłkiem. Opowiedział nam, że jego znajomy z dawnych bitew, baron Erhard de Alvera, ma problemy i zgłosił się do Draggaka po pomoc. Chodziło o to, że jego córka została porwana. Baron trudnił się kupiectwem w Wysokiej Wieży, gdzie jednak popadł w niełaskę parę lat temu, narażając się potężnemu hrabiemu Ronaldowi Verkovich. Nie mógł oczekiwać pomocy od nikogo, był bankrutem, więc dawny towarzysz i przyjaciel był dla niego ostatnią deską ratunku. Wojownik dał swe słowo, że pomoże baronowi i rozwiąże jego problemy. Niestety będąc już w obliczu śmierci, wiedział, iż danego przyrzeczenia nie wypełni. W trosce o swój honor poprosił nas byśmy to my w jego imieniu zajęli się tą sprawą. Ochoczo przystaliśmy na tę prośbę, a ojciec mój mocą Kapłana rozgrzeszył go z niewypełnionej przysięgi i nakazał mu dzielnie walczyć u boku samego Lorsha.
Kiedy Draggak zmarł, poinformowaliśmy naszych towarzyszy o tym, że w Wysokiej Wieży musimy wypełnić to zadanie. Mimo, iż robiliśmy to honorowo i nie mogliśmy zapewnić towarzyszom jakiejś nagrody, ochoczo wszyscy stwierdzili, że chętnie nam pomogą. Jeszcze tego wieczora wytoczono beczki z winem i upieczono kilka sztuk dziczyzny. Do białego rana piliśmy, wychwalając czyny zmarłego woja. Kiedy tylko śnieżyca zelżała, wyruszyliśmy w kierunku Wysokiej Wieży, by tam odwiedzić wskazanego przez kuzyna ojca kupca. Gdy baron de Alvera usłyszał nasze wieści, wielce się zasępił, wspomniał o wielkich czynach Draggaka i o tym jak wielką stratą jest jego śmierć.
Kiedy zapewniliśmy go, że pomożemy mu w jego sprawie, kupiec zaczął opowiadać o swym problemie. Mianowicie 2 tygodnie wcześniej, pod jego nieobecność w domu, porwano jego jedyną córkę Teresę. Wezwani gwardziści wyjątkowo opieszale podchodzili do wykonywania swoich obowiązków. Kiedy kupiec-arystokrata starał się dowiadywać jak toczy się śledztwo, zawsze zostawał odesłany z kwitkiem. Zapytaliśmy się czemu nie wynajął już wcześniej kogoś, kto na własną rękę poprowadził by śledztwo. Zmartwiony de Alvera opowiedział, że kilka lat temu naraził się głowie jednej z tutejszych gildii handlowych, Gildii Rodziny Verkovich. Hrabia Verkovich w akcie zemsty doszczętnie zniszczył jego interesy, pozbawiając go głównych źródeł dochodów.
Nasze pierwsze myśli powędrowały właśnie w kierunku hrabiego, lecz zrozpaczony de Alvera sam nie bardzo chciał w to wierzyć. Kiedy moi kompani oglądali miejsce zbrodni, ja wyszedłem i podszedłem do kamienicy mieszczącej się po drugiej stronie ulicy. W oknie siedział miły staruszek, który wcześniej wskazał nam drogę. Szybko splotłem czar Przyjaciele i skierowałem go w stronę wyglądającego przez okno staruszka. Zadałem kilka pytań odnośnie wieczoru, kiedy to została porwana córka arystokraty. Staruszek związany zaklęciem, ufnie i chętnie opowiedział mi o tym, że tamtej nocy obudził go jakiś hałas i kiedy wstał, by zobaczyć co to może być, zobaczył odjeżdżającą spod drzwi domu de Alvery czarną karetę. Kareta ujechała kawałek, po czym woźnica zaklął szpetnie i na chwilę stanął, by zerknąć na uszkodzone koło. Po prowizorycznej naprawie wolno odjechał.
Bogatsi o tę wiedzę odwiedziliśmy dwa miejsca, w których można było wynająć karetę, aby dowiedzieć się czy ktoś nie zwrócił uszkodzonej. Okazało się niestety, że nie. Dowiedzieliśmy się natomiast, że w mieście jest trzech kołodziejów, zajmujących się właśnie naprawą karet. Odwiedziliśmy wszystkie zakłady i znaleźliśmy to co chcieliśmy. W obskurnym zakładziku, w dzielnicy biedoty stała nasza czarna karoca. Korzystając z dobrodziejstw naszych sakiewek, kołodzieje podzielili się chętnie swoją wiedzą. Dowiedzieliśmy się kto i kiedy ma po karetę przybyć. Muszę jeszcze wspomnieć, że tego wieczoru w karczmie, w której się osiedliliśmy na czas śledztwa, doszło do spotkania z elfką Ziriel, która już od jakiegoś czasu przebywała w Wysokiej Wieży i rozglądała się za nami. Dopiero dziś wpadła na nas w gospodzie i przyłączyła się do wspólnych poszukiwań Teresy. Jeśli chodzi o jej dłoń to elfy i ich magiczne, lecznicze sadzawki zregenerowały ją, ale wedle słów Ziriel jeszcze wiele miesięcy będzie wracać do pełnej sprawności.
Braciszkowie, bo tak nazywam dwóch braci, których świątynia przydzieliła jako sługi memu ojcu, wyśledzili dokąd udają się odbierający karocę. Dowiedzieliśmy się, że sama kareta stoi w starej szopie, natomiast ludzie, którzy ją powozili, mieszkają w jednej z biedniejszych kamienic tej dzielnicy. Jako, iż w mieście obowiązuje całkowity zakaz chodzenia z bronią, na porę ataku wybraliśmy noc. Od dziwki mieszkającej na parterze kamienicy, dowiedzieliśmy się, że dwójka, która prowadziła karetę to Karhańczycy. Karhan jak wiadomo słynie z zawodowych armii i chętnych do bitki mężczyzn, których wyszkolenie wojskowe stoi na bardzo wysokim poziomie. Wojownicy z tego państwa traktowani są z zasłużonym respektem i obawami.
Dziwna chęć współpracy ladacznicy wzbudziła we mnie niepokój. Postanowiłem wrócić do niej i pozbyć się na wszelki wypadek. Kiedy ponownie wszedłem do jej domu, skuszony niby jej wdziękami, po prostu wypatroszyłem ją jak rybę. Niestety nie zauważyłem, iż w pokoju obok, prawdopodobnie ukryta za drzwiami, stała druga ladacznica. Zanim się zorientowałem wybiegła z kamienicy.
Wiedząc, że nie mamy zbyt wiele czasu, poszedłem po mych towarzyszy. Postanowiliśmy zaatakować Karhańczyków nie cackając się zbytnio, czyli wybraliśmy metodę typowo siłową. Stanęliśmy przed drzwiami, ja rzuciłem na siebie czar Tarcza, a ojciec pobłogosławił nas i wyprosił dla mnie łaskę Korowej Skóry. Silnym kopniakiem wywarzył drzwi na piętrze, a ja w tej samej chwili wbiegałem już do środka. Widać wojownicy zaalarmowani zostali przez zamieszanie, które powstało przy ucieczce ladacznicy, ponieważ stali zaraz za drzwiami z naładowanymi kuszami. Poczułem jak bełt przebija mi kolczugę, która na szczęście na tyle złagodziła jego impet, że niegroźnie odbił się od wzmocnionej magicznie skóry. Obróciłem się na pięcie i wykrzyczałem czar Lustrzanego Odbicia. W pomieszczeniu pojawiło się kilka moich duplikatów co troszkę zdziwiło przeciwników. Ojciec wraz z Dinem wbiegli z okrzykiem do środka, natomiast Radagast wspierał nas Magicznymi Pociskami z korytarza. Walka była szybka i skuteczna. Krzyknąłem – „Poddajcie się, a daruję wam życie!” – a oni widząc swoją krytyczną sytuację rzucili broń. Po krótkim przesłuchaniu dowiedzieliśmy się, iż pracowali na zlecenie niejakiego Daniela Estebaro, który zapłacił im niezłą sumkę za porwanie arystokratki. Niestety nie wiedzieli jak się z nim skontaktować, ani po co mu była Teresa. Oszczędziliśmy ich marne żywoty, wiedzieliśmy, że nie będą w stanie nam zagrozić i sami pewnie czym prędzej czmychną z miasta.
Bogatsi o nową wiedzę wyszliśmy z kamienicy. Naszym oczom ukazał się widok, którego zdecydowanie nie chcielibyśmy zobaczyć. Przed drzwiami budynku stało kilkadziesiąt osób uzbrojonych w miecze, pałki, a nawet widły i kosy. Za kordonem tej grupy stała dziwka, która uciekła mi przed kilkoma minutami. Z przodu całej bandy stał jej herszt, który wysunął się naprzód i powiedział – „Nikt, kurwa, nie zabija moich dziwek”. Zanim zdążył zareagować lub wydać jakąś komendę, przerwałem mu – „Ile może być warte życie takiej nędznej dziwki? Dogadajmy się i rozejdźmy w spokoju do domów. Ja, tak jak i ty, jestem człowiekiem interesu. Co proponujesz?” Herszt popatrzał chwilę na nas, pomyślał i rzekł przebiegle – „Dziesięć złotych centarów i jesteśmy kwita”. Tu wtrącił się Goth – „Dziesięć? Tyle to ona nie zarobiłaby przez 5 lat! Damy Ci pięć, a to i tak będzie uczciwa cena”. Herszt pomyślał i zgodził się, był to chyba interes jego życia. Lekko spocony wydobyłem z sakiewki pięć centarów. „Hmm, poczekaj” – powiedziałem, kiedy herszt dał znać grupie, by opuściła broń. „Skoro nam się tak miło rozmawia, to może chciałbyś jeszcze zarobić? Potrzebuję informacji o niejakim Danielu Estebaro”. „Hmm, to będzie kosztować ekstra, najchętniej w ogóle bym się w to nie mieszał. Śliska sprawa. Daniel organizuje w zamtuzie Uśmiechnięte Usta targ niewolników, na którą to imprezę, zaproszenie dostają tylko specjalni goście. Ale niestety przyjaciele, nie powiem wam ani kto może mieć takie zaproszenie, ani jak je dostać. Tu moja wiedza się kończy. Bywajcie, miło z wami robić interesy”. Ekipa odeszła, a my zostaliśmy sami w ciemnej ulicy. Plan na następny dzień był prosty, mieliśmy zamiar wysłać braciszków na obserwację do Uśmiechniętych Ust.