Kronika

Kroniki II: Wysoka Wieża I

Radagast dołącza do Drużyny Prim w Twierdzy Argh, poznając Gotha, Gotreka, Ziriel oraz ciężar ich dawnych spraw. Śmierć Draggaka prowadzi kompanię do Wysokiej Wieży, gdzie śledztwo w sprawie porwanej Teresy odsłania karhańskich najemników i tajną aukcję niewolników.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Śnieg sypał niemiłosiernie, wiał mroźny dokuczliwy wiatr. Wraz z Dinem wędrowaliśmy w kierunku Twierdzy Argh, gdzie, jak twierdził, szliśmy na spotkanie z jego kompaniją. Nieokrzesanym człekiem był ów woj. Pamiętam jak zeszłego roku wpadłem nań przypadkiem, kiedy to robiąc awanturę próbował siłą wtargnąć do biblioteki w Lupis… Niesłychana rzecz i godna ogniskowych opowieści, ale o tym już pisałem. Czasami ten śmiertelnik wzbudza we mnie odrazę i pogardę swoim prostackim zachowaniem, ale jak na obrońcę nadaje się wyśmienicie… Tak więc przy znienawidzonej przeze mnie pogodzie szliśmy przez wysoki śnieg na spotkanie po półrocznej przerwie. Kompani Dina postanowili się rozstać na jakiś czas, aby doszkolić swe umiejętności, jak również powrócić w rodzinne strony i pozałatwiać dawno odłożone sprawy. Dodatkowo elfka Ziriel wyruszyła do Leredeonu szukać pomocy u tamtejszych uzdrowicieli, ponieważ w jednej z wypraw straciła dłoń. Tylko dzięki drużynowemu kapłanowi udało się jej przeżyć i nie umrzeć z wykrwawienia. Din dość często opowiadał mi, że potrzebują człeka, kompana nowego, do swych podróży. Człeka, który wyuczony jest w historii Tragonii, a głównie w historii Zanzibarru, w której się specjalizuję. Ponadto ich poprzedni czarodziej, towarzysz, poległ, a z racji tego, iż są aktywną grupą potrzebowali nowego czarodzieja. Jestem jak szczęśliwy dlań los, byleby był szczęśliwy również dla mnie…

Mijały dni w mroźnej podróży, aż w końcu u schyłku mego wysiłku i resztek zdrowia dotarliśmy późnym wieczorem bezpiecznie pod Twierdzę. Din zapowiedział nas strażnikowi Wilka, bo trzeba wiedzieć, iż Twierdza ta jest niczym innym jak siedzibą wojowników Lorsha, po czym zostaliśmy wpuszczeni. Kamień spadł mi z serca, kiedy przekroczyliśmy bramę wielkiej Argh. Wokół aż huczało od opowieści o wojnie z Lordem Keth, okolice, po których podróżowaliśmy też nie należały do bezpiecznych, dlatego na mej zmęczonej twarzy pojawił się lekki uśmiech, ulga i spokój… W Twierdzy Argh mieliśmy się spotkać z częścią kompanii Dina, po kolejną osobę, po Ziriel, mieliśmy już wspólnie wyruszyć do Wysokiej Wieży, która jest bramą do Leredeonu.

Zaproszono nas do komnaty. Ogień z kominka rozgrzewał izbę, dając lekką poświatę na dalszy jej kąt. Zewsząd roznosiły się odgłosy rozmów i wrzaski wojowników Lorsha biesiadujących przy głównym stole w komnacie. Rozglądałem się uważnie i momentalnie rozpoznałem członków drużyny, z którą mieliśmy się spotkać. Pośród podobnie przyodzianych i zamkniętych w pancerze wojowników Wilka, siedziały też cztery inne osoby, dość mocno wyróżniające się… Rodzina un Nathrek, czyli Goth, poważny i olbrzymi mąż na służbie kapłańskiej u Lorsha i przyodziany w solidny pancerz kolczy jego syn Gotrek, który jak się później okazało jest magiem walki, oraz wojownicy na służbie u Gotha i Kościoła Lorsha, bracia Vorn i Vern. Cała ta czwórka serdecznie nas powitała i przychylnie spojrzała też na moją osobę, jako nowego członka ich kompanii. Poczęliśmy rozmawiać o wspólnym spotkaniu Dina ze mną, jak również o mojej wiedzy, która może przydać się w dalszych, już teraz naszych wspólnych, wyprawach. Kilkadziesiąt minut zapoznawania się starczyło, aby wyrobić sobie chociażby powierzchowną opinię o ludziach, z którymi przyjdzie mi podróżować. Goth jest największym człekiem, jakiego w życiu widziałem. Kapłan dobrze posługujący się orężem, noszący kilkudziesięciokilogramową zbroję, który co krok prawi morały i kazania. Z początku miałem obawy co do ich fanatyzmu religijnego, ale Goth w porównaniu ze swoim synem Gotrekiem, posiada jeszcze zdrowy rozsądek i życiowe doświadczenia. Ten drugi zaś, młodzian, wyraźnie lubuje się w przemocy. Nie żeby mnie to przerażało, ale nie sądziłem, iż takimi prawami kierują się wyznawcy Lorsha i ludzie w krainach na południu. Wieszanie, niewolnictwo, i tym podobne… no cóż trzeba będzie przywyknąć… Niguella już się przekonał, iż przywyknąć mogę bez żadnych oporów… Dwoje pozostałych wojów na służbie u Gotha, to bracia. Typowe maszyny, czekające tylko na rozkaz i bez oporów wykonujące swoje obowiązki, marionetki, ale bardzo przydatne…

Po tak spędzonych kilkudziesięciu minutach, do komnaty wtłoczyli się kolejni wojownicy Wilka. Widać było, iż świeżo z dworu, nieśli jakieś ciało. Specjalnie nie wzbudziło to we mnie zainteresowania, ale u rodziny Nathreków owszem. Jak się później okazało ów ciężko ranny wojownik, to bliski krewny naszych religijnych towarzyszy. Draggak, bo tak się nazywał, na łożu śmierci opowiedział im, że wraz ze swoim klanem wracali z walk z Plugawymi Rycerzami do Twierdzy, kiedy zaatakowały ich Lodowe Giganty. Walka nie skończyła się dla nich dobrze, wielu z klanu zginęło, a ci co przeżyli pomogli ciężko rannemu Draggakowi wycofać się do Twierdzy Argh. Umierający Draggak opowiedział Gothowi o obietnicy, którą złożył swemu przyjacielowi z dawnych lat i której pragnie dotrzymać. Goth postanowił wypełnić ją, aby Draggak nie splamił honoru swego klanu i tak nasza pierwsza wspólna misja zaczęła się wypełniać…

Zadanie tyczyło się problemów osobistych niejakiego barona Erhardta de Alvera, z którym Draggak był w przyjacielskich stosunkach – dawno temu byli towarzyszami broni. Baron ów był kupcem w Wysokiej Wieży, ale popadł w niełaskę i konflikt z tamtejszym hrabią Toresem Verkovich. Hrabia był właścicielem Gildii rodziny Verkovich, jednej z większych gildii kupieckich w tej części kraju, i ponoć władców miasta miał w kieszeni… Tak więc wspólnie postanowiliśmy pomóc nieboszczykowi Draggakowi w wypełnieniu jego obietnicy, i kiedy pogoda ustabilizowała się, następnego ranka ruszyliśmy do Wysokiej Wieży.

Wysoka Wieża, miasto „granica”, w której ludzie i elfy przeprowadzają rozmowy, debaty i handlują wspólnie. Piękne miejsce, gdzie handel jest na wysokim poziomie, a budowle elfich wież z różowego marmuru wychodzą poza mury dzielące miasto. W pierwszej kolejności udaliśmy się do barona, któremu mieliśmy pomóc. Dom, choć wielki, wydawał się martwy i zaniedbany. Drzwi otwarł nam lokaj barona, i po krótkiej rozmowie skierował nas na piętro do pana włości. Baron zasmucił się na wieści o śmierci Draggaka, ale gdy obiecaliśmy mu pomoc począł wprowadzać nas w temat swojego problemu. Okazało się, że około dwa tygodnie wstecz córka barona, Teresa, zniknęła bez śladu. Prawdopodobnie została porwana, a ślady pozostawione w domu tylko utwierdzały w tym przekonaniu – zginął jeden z lokajów barona, który był wtedy w domu. De Alvera wezwał straż, ale ta ponoć opieszale podchodziła do całej sprawy, a w szczególności sierżant Amara, pod którego dowództwem inspektorat nic nie zrobił i wkrótce zawiesił śledztwo… Sam baron nie był w stanie nikogo nająć, ponieważ hrabia Verkovitch totalnie zniszczył jego interesy, przez co popadł w długi i ubóstwo. Dlatego też o pomoc w sprawie poprosił Draggaka. Zaczęliśmy śledztwo na własną rękę i od razu podpadł nam sam hrabia, któremu mogło nie wystarczyć wyeliminowanie de Alvery z życia kupieckiego. Myśleliśmy, że z zemsty mógł posunąć się nawet do porwania córki barona. W domu były ślady morderstwa służby, a jeden z lokajów opowiedział o znalezionych zwłokach i uprowadzeniu. W między czasie Gotrek za pomocą swoich czarów wypytał sąsiada z naprzeciwka, który opowiedział o tamtym wieczorze. O czarnej karecie, która odjeżdżając spod domu barona miała awarię koła, a woźnica uporał się z nią dość prowizorycznie i szybko odjechał. Wywnioskowaliśmy, że tego typu uszkodzenie musi zostać naprawione w warsztacie kołodziejskim.

Nie wiem, czy w zgiełku spraw i kłębiących się we mnie myśli, z upływem czasu nie pomyliłem wydarzeń, ale sam sobie i Jej winien jestem wspomnienie owego powitania… W karczmie, w której się osiedliliśmy na czas śledztwa, doszło do spotkania z ostatnią członkinią mojej nowej kompanii. Wprawdzie według opowieści Ziriel, bo tak owa elficka piękność się nazywa, miała dołączyć do nas za miesiąc w Wysokiej Wieży, ale widać udało jej się przyspieszyć rehabilitację i pojawiła się wcześniej, ku uciesze wszystkich. Jest piękną, elfią wojowniczką, zgrabna i zarazem groźnie wyglądająca kobieta, niejednemu osiłkowi dałaby i da radę. Na mnie osobiście zrobiła wielkie wrażenie swą urodą, figurą, ale też intelektem i umiejętnościami, których powinien pozazdrościć niejeden z nas, a co poniektórzy na pewno zazdroszczą… Ja sam dowiedziałem się, że Ziriel utraciła dłoń podczas ostatniej wyprawy i czas rozstania poświęciła na regenerację i rehabilitację odnowionej ręki. Po spotkaniu i przedstawieniu sobie szybko wprowadziliśmy ją we wcześniejsze wydarzenia i wspólnie zaczęliśmy wykonywać zadanie.

Tak więc wracając do wcześniejszego wątku ruszyliśmy za śladem najpierw do wypożyczalni wozów i karoc. Mimo, iż miasto jest wielkie i zatłoczone, zdołaliśmy znaleźć owe miejsca, ale nikt nie oddał uszkodzonej karocy. Postanowiliśmy zatem poszukać warsztatów i u jednego z kołodziejów wpadliśmy na obiekt naszego zainteresowania. Gotrek użył swojego czaru „Przyjaciele” i zdołał się dowiedzieć, kiedy właściciel przyjdzie po naprawioną już karetę. Na polecenie Gotha, bracia wyśledzili miejsce parkowania karocy, które to znajdowało się w biednej dzielnicy, w szopie, a właściciele, którzy okazali się najemnikami karhańskimi, zatrzymali się w kamienicy w pobliżu. Z uwagi na to, iż (o czym wcześniej zapomniałem wspomnieć) w mieście można było nosić broń długą tylko pomiędzy 9, a 12 godziną, w pozostałych porach było to całkowicie zakazane i surowo karane przez straż, postanowiliśmy pójść do kamienicy w nocy i wypytać najemców karocy o interesujące nas sprawy. Wcześniej w ciągu dnia kręcąc się po tej części miasta, wypytywaliśmy ludzi o karocę i szopę, i w tym czasie Din przeszedł samego siebie dając przykład skończonego debilizmu i totalnego braku rozumu… W ataku szału, podczas przepytywania, zwyczajnie zabił żebraka, jak gdyby nigdy nic, a ofiara wyraźnie nie miała nam nic ciekawego do powiedzenia. Ten kretyn Din, dostrzegł w żebraku „spisek” i zwyczajnie skręcił mu kark… Musieliśmy szybko się wycofać i schronić w karczmie, aż sprawa przycichnie, a Gotrek podając się za mieszkańca i żebraka wprowadził w błąd szukających nas strażników, i skierował podejrzenia na zwykłe porachunki półświatka… Niestety podczas rocznych podróży z Dinem ten tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że rozumu nie posiada, a i sam dla siebie i innych stanowić może zagrożenie… Żałosne…

Późnym wieczorem znaleźliśmy się pod kamienicą wskazaną przez braci. Za pomocą „Otwarcia” Gotrek pomógł nam wejść do przedsionka. Kamienica wyglądała dość obskurnie i mrocznie, a ciemność na sieni, zewsząd nas otaczająca, wprowadzała tylko nastrój niepokoju i podbijała emocje już powoli buzujące w nas samych. Zaczęliśmy przeszukiwać cichaczem piętra, ponieważ kamienicę zamieszkiwało więcej obcych sobie ludzi, a nie chcieliśmy wpaść do byle jakiego mieszkania z okrzykiem i pianą na ustach. To tylko zaalarmowałoby mieszkańców ulicy i ściągnęło na nas straż. Bystrym, choć mlecznym i pozbawionym uczuć okiem obserwowałem też Dina, aby uprzedzić, w razie potrzeby, jego nadpobudliwe zachowanie i głupotę, przy tak delikatnej akcji. W końcu na parterze usłyszeliśmy rozmowy i po kilku minutach okazało się, że mieszkają tam dziwki. Z początku myśleliśmy, że tylko jedna, ale jak później opiszę, myliliśmy się…

Po krótkiej, szeptanej rozmowie dowiedzieliśmy się, że właścicielami karocy są Karhańczycy, najemnicy, wojownicy i dobrze wyszkoleni żołnierze – z czego ich kraj właśnie słynie. Gotrek, kierowany nieodpartą chęcią zrobienia dziwce krzywdy, za zgodą ojca (rodzina jak marzenie…) wszedł do jej mieszkania pod pretekstem wyuzdanego i brudnego seksu… Tak jak chciał, tak zrobił. Dał upust swoim chorym zboczeniom i wypatroszył dziewkę, jednak w całym zamieszaniu nie zauważył, iż miała ona współlokatorkę, wtedy to właśnie dowiedzieliśmy się o jej istnieniu… Obserwując kamienicę z zewnątrz, marznąc i czając się w mrocznym zaułku, zobaczyliśmy jak z kamienicy wybiega spanikowana „druga” kobieta, a Gotrek za nią. Niestety mimo chęci, nie zdołaliśmy jej schwytać…

Zmuszeni chwilą postanowiliśmy dopaść Karhańczyków, aby jak najszybciej czmychnąć z tego miejsca. Przed drzwiami ich mieszkania wzmocniłem się czarami obronnymi, jako że jedyny z całej kompaniji, nie znoszę i nie noszę ciężkich blach na sobie, poza tym to takie prymitywne w porównaniu z potęgą magii… Goth po krótkiej modlitwie wyważył drzwi, a że jak wspomniałem wcześniej jest mężem o dwumetrowym wzroście i wielkiej wadze, jego noga rozbiła zamek niczym robaka. Goth, Gotrek i Ziriel wpadli do środka i okazało się, że nasze wcześniejsze zachowania i akcje z dziwkami, musiały zaalarmować ofiary. Z przygotowanymi do strzału kuszami już na nas czekali. Din z polecenia kapłana ochraniał mnie, a ja sam stojąc w progu pomieszczenia wspierałem ich czarami ofensywnymi, które na chwilę obecną posiadałem w swojej księdze. Walka była zacięta, ale krótka. Mimo iż Karhańczycy bronili się mężnie, jeden z nich padł, a drugi od naszych okrzyków „poddaj się!”, rzucił broń. Sytuacja dla nich była kiepska, dlatego postanowiliśmy darować im życie w zamian za informacje, a i tak przy swojej klęsce prawdopodobnie sami musieli szybko opuścić miasto. Zagrożenia z ich strony więc nie dostrzegliśmy. Po krótkim przepytywaniu dowiedzieliśmy się, że odpowiedzialnym za faktyczne już teraz uprowadzenie Teresy jest niejaki Daniel Estebaro. On zapłacił im pieniądze za całą tą maskaradę i uprowadzenie, ale sam też nie zdradził, w jakim celu. Wyszliśmy…

Jednak moje przeczucia mnie nie mylą. Po wyjściu z kamienicy naszym oczom ukazał się niemiły widok… Dziwka, która zbiegła, doniosła na nas swojemu alfonsowi, a ten czekał już na nas na zewnątrz ze zgrają pięćdziesięciu uzbrojonych w pałki i inne prymitywne bronie miejskich bandytów. Po krótkim targu musieliśmy zapłacić za skrajne zboczenia Gotreka i śmierć dziwki. Dodatkowo zapytaliśmy o Daniela i ku naszemu zaskoczeniu i dodatkowej opłacie, herszt powiedział nam, że ów człek organizuje targ niewolników w zamtuzie „Uśmiechnięte Usta”, ale dostać nań mogą się tylko wybrani goście i ze specjalnym zaproszeniem. Alfons, widać, niechętnie w ogóle mówił o Estebaro, bo jak wspomniał woli się w to nie mieszać… W pokoju, w karczmie ustaliliśmy plan. Bracia obserwują zamtuz, a my jeszcze pójdziemy do barona popytać o tego Daniela, a nóż coś będzie wiedział…