Kronika

Kroniki I: Spotkanie

W Lupis Radagast szuka wiedzy o Zanzibarrze i sposobu na wyrwanie się z dotychczasowego życia. Spotkanie z Dinem przed biblioteką staje się początkiem propozycji, która obiecuje mu podróż, potęgę i miejsce w drużynie awanturników.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Lupis było pięknym i olbrzymim miastem. Ulice zatłoczone, żyły własnym życiem, a krzątający się po nich mieszkańcy i przyjezdni, zapełniali je po brzegi. Strzeliste wieże i strażnice na murach pięły się wysoko, a budowle sprawiały wrażenie nowych, właśnie postawionych. Mało było w mieście dzielnic, gdzie nocami strach było zaglądać, a strażnicy musieli chodzić parami. Miasto słynęło ze spokoju, a szczyciło się jeszcze handlem i wyśmienitymi rzemieślnikami. W samej dzielnicy targowej, placu tak olbrzymim, że nie sposób się było odnaleźć, można było spotkać wszelakiej maści wyuczonych czeladników i mistrzów w danym fachu. Płatnerze, zbrojmistrzowie, magowie, pomniejsi kupcy i handlarze, trupy aktorskie i cyrkowcy, najemnicy i żołnierze, jubilerzy i złotnicy, alchemicy i wielu, wielu innych, których stragany i butiki rozpościerały się na calutkim placu. Wszyscy oni byli dostępni dla każdego, który w zamian za ich usługi, mógł odwdzięczyć się wypełnionym po brzegi mieszkiem.

Tego dnia Radagast postanowił wybrać się po kolejny tom Historii Zanzibarru do wielkiej biblioteki Akademii. Ostatnimi czasy, tylko tę wiedzę zgłębiał młody czarodziej. Nie mógł skupić się na własnych studiach i zaklęciach, nękany wydarzeniami sprzed kilkunastu dni. Nie mógł pozbyć się z głowy Niguelli i jego nauk, nie mógł się skoncentrować na niczym innym… Nocami mierzył się z duchami przeszłości, stawał twarzą do lustra i z zaciśniętymi pięściami groził sobie, powtarzając, że musi zapomnieć, ale na razie nie potrafił…

Pogoda sprzyjała. Wiał lekki wiaterek, chłodząc przepocone twarze tłoczących się w mieście ludzi. Słoneczko świeciło mocno, zawisłe na niebie, bez ruchu i chmur je otaczających. Radagast założył dziś te same szaty co zwykle, czarne i szczelnie zakrywające jego ciało. Kaptur, dość głęboki, całkowicie przykrywał twarz wychudłego czarodzieja, ale najbardziej zależało mu na ukryciu jego oczu. Mleczno-białych, bez źrenicy, chłodnych, ślepych oczu. Bał się tych samych, negatywnych reakcji ludzi w stosunku do jego osoby. Zwykle przestraszeni jego obliczem, później nie byli już skorzy do rozmów i interesów. Dlatego nauczył się zakrywać twarz kapturem, a oblicze pokazywać tylko, gdy chciał celowo wywrzeć negatywną reakcję. Szedł równym krokiem, wspierając się na swoim okutym w żelazne kości kiju. Z daleka wydawało się, jakby sunął nad ziemią, a tylko jego luźna, acz długa szata, szurała po podłożu. Co jakiś czas stawał żeby złapać oddech i odkaszlnąć. Całe życie był słabym, chorowitym mężczyzną, wzbudzając tym samym niezadowolenie u ojca, rosłego drwala.

Po kilkunastu minutach wolnego spaceru doszedł do gmachu biblioteki. Był lekko spocony, ale cieknące strugi jego potu, wchłaniał kaptur, narzucony na głowę. Patrzał tylko w spokoju i cierpliwości na scenę rozgrywającą się na schodach przed głównym wejściem. Tam trzech żołnierzy straży bibliotecznej odzianych w bufiaste kaftany i otwarte hełmy, siłowało się z rosłym wojem, który chyba siłą starał się wtargnąć do środka. Groteskowa scenka wzbudziła zaciekawienie przechodniów, którzy chętnie i z uśmiechem na twarzy zbierali się wokół uważnie obserwując zajście.

– To bezprawie! – krzyczał wojownik. Odziany w lekko zakurzoną zbroję, ale całkiem ładną, bez problemów przesuwał siłujących się strażników z miejsca na miejsce. – Ta biblioteka jest publiczna i w dupie mam jakieś członkostwa! – darł się w niebogłosy. Salwy śmiechu zebranych gapiów podsycały atmosferę.

– Nie możesz panie! Takie są przepisy…! – odepchnięty strażnik upadł na podłogę, strącając przy tym oparte o ścianę trzy halabardy.

– Ostatnie ostrzeżenie! Eeehhh… Zaniechaj panie, albo wezwiemy straż miejską! – drugi ze strażników bezskutecznie blokował napierającego wojownika. W końcu leżący strażnik chwycił za nogi wojaka i pociągnął mocno do siebie. Huk padającego, ciężkiego męża w zbroi, odbił się echem na korytarzach biblioteki. Radagast stracił cierpliwość i podszedł do szamotających się jegomości.

– Panowie… – zaczął czarodziej – to nie przystoi, to przecież poważne miejsce studiów i nauki, a nie arena… – spojrzeli po sobie i zamarli w bezruchu – to nie pole bitwy, tylko skarbnica wiedzy, więc raczcie zaprzestać, bo tylko obrażacie majestat tego miejsca! – wykrzyczał ostatnie zdanie, aż część gapiów się rozeszła, zawiedzona zakończeniem przedstawienia.

– Wybaczcie panie Radagaście… – jeden ze strażników wstał rozpoznając członka biblioteki – ale ten jegomość nie chce odstąpić, a nawet nie jest członkiem…

– Sam jesteś członkiem! Bęcwale jeden! – wojownik pozbierał się z podłogi i zaczął otrzepywać spodnie. Stali tak w piątkę i obserwowali się wzajemnie. Większość gapiów rozeszła się szybciej, niż się pojawiła, a ci, co zostali byli najwyraźniej znudzeni.

– Powiedz panie… – Radagast zwrócił się do wściekłego wojownika – cóż tak interesującego i ważnego jest dla ciebie w owej bibliotece, skoro wtargnąć siłą jesteś tu gotów, nie bacząc na strażników? – zakończył i cierpliwie czekał na odpowiedź.

– Nie twoja sprawa! – burknął mężczyzna – Chodzi o historię… – dodał szybko, jakby z nadzieją na bardziej pozytywny rozwój sytuacji. – Interesuje mnie wszystko związane z Zanzibarrem, a te pacany… – spojrzał wrogo na blokujących wejście strażników – …usilnie utrudniają mi to zadanie!

– Zanzibarr powiadasz? – czarodziej uśmiechnął się pod kapturem – może jak powiesz co konkretniej cię interesuje, to będę w stanie Ci pomóc panie? – ponownie poczekał na odpowiedź, tym razem dłużej i widać było, że wojownik ciężko zastanawia się nad jego słowami. Po kilku chwilach woj odstąpił od wejścia i podszedł do zakapturzonej postaci. Nachylił się lekko, ale dalej zaciekawiony, nie potrafił spojrzeć czarodziejowi w twarz, tak szczelnie zakrytą w cieniu kaptura.

– Dobrze opowiem ci, co chcę wiedzieć, ale nie tutaj… – odczekał chwilkę – w gospodzie „Kwitnący Bluszcz” pod bramą wschodnią, idziesz? – zapytał zakapturzoną postać. Czarodziej zastanawiał się przez chwilę, po czym odwrócił się plecami do wejścia i stojących przy nim strażników i ruszył powoli w kierunku wschodniego placu. Wojownik zaskoczony tak szybko podjętą decyzją, pozbierał leżącą broń i z nogi na nogę podążył za czarodziejem…


Siedzieli już dłuższą chwilę w milczeniu. Wojownik z nudów zaczął skrobać zabrudzonymi paznokciami, zeschnięte na stole plamy po piwie. Czarodziej siedzący naprzeciwko rosłego męża, stukał nierytmicznie końcówkami palców, o ten sam blat, co jakiś czas przerywając na kolejny łyk czerwonego wina. Po izbie zaciemnionej gospody, lekko chwiejnym krokiem krzątał się oberżysta, pogwizdując starą, sprośną, karczemną przyśpiewkę. Dziewka służebna sprzątała ladę, obserwując klientów, co jakiś czas puszczając oczko w kierunku czekającego na decyzję czarodzieja, wojownika. W karczmie, mimo godzin popołudniowych, panował spokój i wyjątkowo nie było tłoczno. Gdzieniegdzie słychać było szepczących gości, zaangażowanych we własne, prywatne rozmowy.

– Ciekawe rzeczy opowiadasz Dinie… – czarodziej przerwał długie milczenie – …klucze, Zanzibarr, drużyna szukająca maga… – patrzał uważnie na wojownika, który bez mrugnięcia, spokojny i całkowicie poważny, przytakiwał głową na potwierdzenie jego słów.

– Już wiesz, dlaczego te informacje były dla mnie tak ważne, tylko nie dano mi szansy ich sprawdzić… – Din zacisnął pięść przypominając sobie incydent na schodach biblioteki. Czarodziej kiwnął głową, dając tym samym do zrozumienia, że czuje rozdrażnienie wojownika i powagę tej sytuacji i sytuacji jego drużyny, w której się znalazła. Siedzieli w gospodzie już dobrych kilka godzin, podczas których Din snuł opowieści o przygodach, jakie spotkały jego i kompaniję, z którą podróżuje. Radagast w milczeniu i z powagą słuchał i pochłaniał każde słowo, wyobrażając sobie, samego siebie, w centrum takich wydarzeń. „Może to moja szansa, na wyrwanie się z tego miejsca”, powtarzał sobie, „Może szczęście uśmiechnęło się do mnie…?”, zachwycony propozycją wojownika, nie mógł opanować podniecenia, ale starał się tego po sobie nie pokazywać i spokojnie, z udawaną obojętnością, dobierał kolejne słowa.

– Dobrze Dinie… – zaczął czarodziej – rozpatrzę twoją, albo raczej waszą propozycję, ale póki co, dowiem się czegoś więcej o tym, co was tak interesuje.

– Dzięki Radagaście… – odparł wojownik, uśmiechając się szeroko. Obaj po chwili wstali i uścisnęli sobie dłonie. Din próbował zajrzeć pod kaptur czarodzieja, ale dalej mógł zobaczyć tylko tajemniczą ciemność.

– Pamiętaj Dinie – Radagast przerwał starania woja – to trochę potrwa, ale myślę, że możemy się umówić tutaj za jakieś dwa tygodnie…

– Dwa tygodnie?! – wojownik zerwał uścisk i spojrzał z niedowierzaniem na czarodzieja. – Nie możesz krócej? Nie wiem, użyj swoich mocy, czy coś… – wysilał się w propozycjach, co tylko rozbawiło zakapturzoną postać.

– Haha… – Radi nie wytrzymał i parsknął śmiechem – Wierz mi, jakby się dało szybciej, to tak bym zrobił… – uspokoił roztrzęsione ciało i kontynuował – dwa tygodnie to te minimum Dinie, zgadzasz się? – spojrzał oczekująco na wojownika. Ten okazał się być niezadowolony i zawiedziony z takiej decyzji, ale najwyraźniej nie miał innej możliwości.

– W porządku, jakoś to przeczekam. Do zobaczenia za kilkanaście dni Radagaście i powodzenia… – jeszcze raz uścisnęli sobie dłonie i wyszli z gospody.

Czarodziej stał przez chwilkę przed wejściem do karczmy, obserwując oddalającą się postać rosłego wojownika. Myśli kłębiły mu się w głowie, a co jedna była bardziej podniecająca i zachęcająca do podróży w nieznane, z prawdziwą grupą poszukiwaczy mocnych wrażeń. Słońce znikało za horyzontem, pozostawiając czerwono-żółty kolor nieba. Radagast powolutku ruszył w stronę swojej karczmy. Ulice były puste i tylko co jakiś czas spotykał po drodze patrol miejskiej straży.

– Od jutra czeka mnie intensywna praca… – szeptał do siebie – a później wyruszam w podróż swojego życia.

Zatrzymał się, żeby złapać oddech i odkaszlnąć. Spojrzał na powolutku wydłużający się cień swojej osoby i uśmiechnął się…

– To będzie droga do potęgi… – czarodziej podjął już decyzję i ruszył w głąb miasta…