Następnego dnia braciszkowie przystąpili do realizacji planu. Z obleśnym uśmiechem na twarzy poprosili ojca o pieniądze. W tym wzroku dało się wyczytać wręcz nieopisaną radość z nadchodzącego obcowania z dziwkami oraz wlewania w siebie zacnych trunków. Ich misja przedłużała się niepokojąco, a Goth z dnia na dzień coraz mniej chętnie dzielił się z braciszkami złotem. Dzień balu maskowego, kiedy to miała odbyć się aukcja niewolników, zbliżał się niepokojąco szybko, a my nadal nie mieliśmy nic. Po kolejnym spędzonym w zamtuzie dniu, braciszkowie przyszli równie podnieceni co pijani. Chuchając na lewo i prawo odorem wódki zmieszanego z winem, a i prawdopodobnie każdym rodzajem piwa serwowanego w burdelu, opowiedzieli o pewnym wydarzeniu. Mianowicie z zaplecza Uśmiechniętych Ust wypadł niczym pocisk z katapulty kupiec, jak się później nasi „szpiedzy” dowiedzieli, o nazwisku Etchevery. Krzyczał i awanturował się „że to niedorzeczne, iż nie dostał zaproszenia.” Obsługa szybko udobruchała go i zapewniła, że zaproszenie na pewno zostanie mu dostarczone, po czym w ramach przeprosin wysłali go na zaplecze z kilkoma ponętnymi paniami. „W końcu coś” – pomyślałem. Po długich i burzliwych dyskusjach postanowiliśmy porwać Kupca, odebrać mu zaproszenie i dowiedzieć się jak najwięcej o planowanej aukcji.
Plan wydawał się prosty, aczkolwiek pozbawiony jakiejkolwiek przyjemności i zabawy, jako iż z jednym z głównych założeń było to, że nikt ma nie zginąć. Cóż czasem życie awanturnika bywa niesprawiedliwe. Od barona, któremu zniknęła córka, dowiedzieliśmy się jakim herbem posługuje się kupiec Etchevery. W okolicy zamtuza dostrzegliśmy karetę z takim właśnie godłem. Według planu ja miałem zająć się woźnicą, Din miał zająć jego miejsce, Ziriel natomiast miała zadbać o to, by kupiec, po tym jak wejdzie do karety, nie zechciał robić głupstw. Braciszkowie mieli czekać w szopie, w której zaparkowana była kareta porywaczy. Ich zadanie polegało na tym, by zrobić tam miejsce na nasz wóz, a w późniejszym terminie pilnować przywiezionego tam kupca i woźnicy. Goth i Radagast mieli udać się za nami tuż po porwaniu i zabezpieczać tyły. Plan w sumie był prosty lecz ryzykowny, w związku z Wielkim Targiem, odbywającym się w Wysokiej Wieży, ulice przez całą dobę pełne były przechodniów. Musieliśmy wszystko zrobić ostrożnie i bez zbędnego hałasu.
Ostrożnie podszedłem do woźnicy wymawiając słowa zaklęcia usypiającego. Woźnica osunął się z ławy. Wraz z Dinem szybko wrzuciliśmy go do karocy, gdzie został sprawnie związany i zakneblowany. Din przebrał się w jego płaszcz oraz ubrał jego kapelusz. Usiadł na miejscu woźnicy, a my z Ziriel cierpliwie czekaliśmy w karocy. Nasza cierpliwość została nagrodzona, po jakimś czasie z zamtuza wytoczył się lekko pijany kupiec. Din momentalnie podjechał pod drzwi zamtuza i otworzył mu drzwi karocy. Ziriel działała z szybkością atakującej kobry, jedną rękę położyła mu na ustach, a drugą wciągnęła go do środka. Pomogłem jej go przytrzymać. Wyciągnięty przez Ziriel, przypominający rozmiarem prawie że krótki miecz, sztylet zrobił na naszym więźniu odpowiednie wrażenie. Kupiec całą drogę błagał (bardzo po cichu), abyśmy go wypuścili, oraz że odda nam całe swoje złoto. Miałem wrażenie, że nasze słowa, iż wcale nie chodzi nam o pieniądze i że dowie się wszystkiego na miejscu, wcale go nie uspokoiły. Co więcej, gdy na miejscu zobaczył Gotha oraz braciszków, wraz z Radagastem, resztki jego spokoju rozpadły się jak domek z kart. Dobrą chwilę zajęło nam przekonanie go, że zasadniczo nic mu nie grozi, jeśli tylko odda nam zaproszenie i opowie co nieco o aukcji.
Kupiec, jak można się było tego spodziewać, szybko oddał zaproszenie. Na nasze szczęście zaproszenie było na okaziciela, co więcej, okazujący zaproszenie mógł zabrać ze sobą osoby towarzyszące. Braciszków wraz z porwanym kupcem i woźnicą zostawiliśmy w szopie. Kupiec dostał nasze słowo, że będzie uwolniony zaraz po tym jak będziemy zmywać się z miasta. Ustaliliśmy, że na aukcję pójdziemy we trójkę, Radagast jako kupiec, Ziriel jako jego partnerka oraz ja jako ochrona. Din oraz Goth mieli czekać w karocy koło zamtuza na rozwój wypadków. Mieliśmy dwa plany, pierwszy nudny, polegający po prostu na wylicytowaniu Teresy oraz oddaniu jej ojcu oraz drugi, o wiele ciekawszy, polegający na odbiciu jej z rąk kogoś kto ją kupi. Żeby nie wzbudzać podejrzeń w trakcie licytacji, zebraliśmy nasze wszystkie pieniądze i oddaliśmy Radagastowi, aby miał czym licytować. Przed zmrokiem zakupiliśmy jeszcze maski i udaliśmy się do Uśmiechniętych Ust na aukcję w połączeniu z balem maskowym. Do godziny dziesiątej w nocy zabawa toczyła się jak zwykle, bogaci klienci pili drogie trunki i raz po raz znikali w pokojach z pięknymi kurtyzanami. Po dziesiątej wszyscy goście nie posiadający zaproszeń zostali grzecznie wyproszeni. My oczywiście zostaliśmy i z niecierpliwością czekaliśmy na to co się wydarzy. Prowadzący aukcję podchodził do każdego ze stolików, sprawdzał zaproszenia oraz pytał się pod jakim imieniem zapisać licytującego. Radagast przedstawił się jako Zahary. Po kilku zapewnieniach organizatorów o tym jak bardzo się cieszą, iż znów spotykamy się w tak znakomitym gronie oraz zapewnieniach, że tegoroczne towary są najwyższej klasy, aukcja rozpoczęła się na dobre. Jako pierwsza została zlicytowana Tesijka o orientalnej i dzikiej urodzie. Już cena jaką zapłacono za nią była poza naszym zasięgiem. W tym momencie wiedziałem już, że skoro lepsze kąski zostawiają na koniec aukcji, to na pewno będzie trzeba ją odbić i uśmiechnąłem się sam do siebie pod maską. Następnie wylicytowane zostały dwie przepiękne młode kobiety, które według zapewnień organizatorów doskonale nadawały się na kurtyzany. I w końcu naszedł moment, w którym na podeście stanęła Teresa. Została okrzyknięta atrakcją wieczoru, przedstawiona jako córka arystokraty. Po sali przebiegł pomruk aprobaty dla organizujących aukcję. Tak ja przypuszczałem, Teresa była poza zasięgiem naszych sakiewek. Po zaciętej licytacji została zakupiona przez niejakiego Pana Nocy za sto złotych centarów. Kiedy tylko aukcja zakończyła się, udaliśmy się za Panem Nocy w kierunku wyjścia.
Gdy Pan Nocy wraz z Teresą zasiedli do swej karocy, w bezpiecznej odległości ruszyliśmy za nimi. Kiedy ich powóz zatrzymał się przed jednym z domów, my też zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości. Odczekałem chwilę, po czym używając zaklęcia Pajęczego chodu wdrapałem się na dach, by stamtąd zerkać na tył domu. Nie wiem czemu, ale miałem przeczucie, że może wiedzą, że są śledzeni i to tylko próba wyprowadzenia nas w pole.
Tym razem przeczucie mnie myliło i już nikt z domu nie wyszedł. Zszedłem na dół i dałem sygnał reszcie, by podeszli. Po szybkim rekonesansie i spenetrowaniu piętra, doszliśmy do wniosku, iż w domu zwyczajnie jest za cicho. Przeszukaliśmy parter i w końcu pod schodami prowadzącymi na górne piętra znaleźliśmy klapę prowadzącą do piwnicy. Po cichu i ostrożnie zeszliśmy na dół. Prosto od schodów prowadził krótki korytarzyk kończący się drzwiami, spod których wylewało się światło.
Niewiele myśląc, wdarliśmy się do środka w standardowym dla nas szyku. Naszym oczom ukazał się następujący widok: kilku zbrojnych ostrzeżonych chyba wcześniej naszym głośniejszym zachowaniem, gotowych do ataku, Pan Nocy stojący naprzeciwko lustra, w kierunku którego wypowiadał jakieś słowa oraz nieprzytomna Teresa, leżąca pod ścianą. Przystąpiliśmy do ataku. Ja oraz mój ojciec raziliśmy wrogów, wzajemnie się osłaniając. Ziriel błyskała swymi sztyletami wszędzie tam, gdzie uważała, że poczyni największe straty. Din starał się podjąć walkę z wszystkimi tymi, którym wpadło do głowy atakowanie Radagasta rzucającego czary zza naszych pleców. Walka była stosunkowo krótka i bardzo krwawa. Wszyscy przeciwnicy oddali żywot w kilkadziesiąt pierwszych sekund, lecz po chwili okazało się, iż oni nie byli naszym jedynym zmartwieniem. Jak się okazało, lustro, w kierunku którego Pan Nocy kierował swe słowa, było rodzajem jakiegoś magicznego urządzenia do komunikowania się z kimś. Na nasze nieszczęście tym kimś był ktoś o wiele potężniejszy od Pana Nocy oraz jego żołdaków. Usłyszeliśmy głos „Zapłacicie za to głupcy”, po czym usłyszeliśmy słowa wypowiadanego zaklęcia. Mimo iż sam nie znam tego typu zaklęcia, nie wiem skąd, ale wiedziałem, że ktoś po drugiej stronie usiłuje coś przywołać. Najbardziej przytomnie zachował się Radagast, podbiegł i uderzył w lustro. Lustro przewróciło się, ale nie pękło. W tym samym momencie postać po jego drugiej stronie zakończyła intonować czar. Na ścianie koło lustra, z ogromną prędkością, zaczął pojawiać się falujący wir, który nieustannie się powiększał. Wszystko to trwało raptem sekundę, a po tej sekundzie wir ustabilizował się, a jego powierzchnia stała się gładka. Nagle zobaczyliśmy przestrzeń za wirem. Była to jałowa i zapewne gorąca pustynia, ponieważ powietrze drżało i falowało. W oddali pojawiła się nienaturalnie szybko zbliżająca się istota. W następnej chwili ogromny rogaty stwór z wielką kosą, trzymaną w szponach, wyskoczył z portalu prosto do piwnicy. Radagast rzucił się na ziemię i chyba tylko to uratowało mu życie, ponieważ kosa z furkotem przeleciała nad jego głową, rozcinając, niczym gorący nóż masło, łóżko stojące pod ścianą. Przystąpiliśmy do ataku. Rzuciłem czar „Tarczy” i dzięki temu tylko przeżyłem pierwsze uderzenie, które wyprowadził nasz przeciwnik. Mimo ochronnego czaru poczułem siłę tego uderzenia. Wiedziałem, że następnego takiego ataku mogę nie przeżyć. Przeszedłem w defensywę i starałem się razić demona „Błyskawicami.” Walka była zacięta, lecz mimo potęgi przeciwnika, udało się nam go powalić. Nie zdążyłem jeszcze odetchnąć z ulgą, kiedy usłyszałem z lustra dochodzące kolejne słowa inkantacji. Decyzja była szybka, Din wraz z Ziriel pod ręce ujęli Teresę i zaczęli wyprowadzać ją do wyjścia, natomiast ja krzyknąłem do ojca „Rozproszenie magii.” Wiedziałem, że Lorsh może obdarować mego ojca taką mocą, równocześnie byłem wściekły sam na siebie, że sam nie potrafię rzucić tego zaklęcia. Gothowi nie trzeba było powtarzać dwa razy, wzniósł Modlitwę, po czym głos z lustra urwał się w połowie czaru.
Radagast rozbił lustro i zmęczeni oraz zalani krwią wydostaliśmy się z piwnic. Na zewnątrz Goth i ja pomodliliśmy się szybko w podziękowaniu za piękną walkę. Po chwili odpoczynku udaliśmy się do Barona. Po drodze zaświtała mi w głowie pewna myśl. Przypomniałem sobie jak to baron opowiadał nam o tym, że praktycznie trzyma córkę pod kluczem i nie dopuszcza do niej adoratorów. Wniosek nasunął się jeden, Teresa prawdopodobnie była dziewicą i do tego arystokratycznej krwi. Być może dlatego była tak cenna dla tajemniczego kogoś „zza lustra”. Podzieliłem się swoimi rozmyśleniami z grupą i poprosiłem Ziriel, aby delikatnie wypytała o to Teresę. Okazało się, iż istotnie Teresa jest jeszcze dziewicą.
Radości barona nie było końca, jego dobre nastawienie i wdzięczność ostudziła wprawdzie moja sugestia, iż być może utrata dziewictwa bardziej ochroni jego córkę, niż wyjazd z miasta. Kiedy baron wspominał o zapłacie, równocześnie z Gothem stwierdziliśmy, iż o takiej nie może być mowy. Pomoc, którą mu ofiarowaliśmy była sprawą honoru i zapłaty nie przyjmiemy. Baron zaproponował zatem, iż powierzy nam mapę do miejsca, gdzie zakopany jest łup. Mapę dostał kiedyś od jakiegoś dłużnika, a ku naszemu zadowoleniu okazało się, iż miejsce, gdzie ukryty był teoretycznie skarb, leżało nam po drodze. Pożegnawszy się z baronem, uwolniliśmy kupca Etchevery’ego oraz jego woźnicę i wraz z braciszkami udaliśmy się na wyprawę po zakopany łup.