Życiorys
Nazywam się Erik Sigurd. Urodziłem się w Lupis, gdzie od pokoleń mieszkała rodzina mojego ojca. Nasza rodzina, czyli ja, moi rodzice oraz młodszy o cztery lata brat Ingwar, odkąd pamiętam, utrzymywała się z handlu. Mój ojciec prowadzi sklep z medykamentami, ziołami, składnikami do czarów i tym podobnymi rzeczami. Interes ten dawał i daje naszej rodzinie godziwe utrzymanie. Prócz sklepu, w którym zwykle zatrudniony był jeden pracownik, ojciec często starał się wystawiać stoiska na targowiskach z okazji świąt i podobnych wydarzeń.
Od małego byłem dzieckiem żywym i niesfornym. Lubiłem zabawę i nienawidziłem monotonnej pracy. Ojciec, odkąd tylko podrośliśmy, starał się, abyśmy zdobywali solidne wykształcenie i wiedzę, które pozwolą nam utrzymać oraz rozbudować rodzinny interes. Sam takiego wykształcenia nie posiadał i było widać, że mu to przeszkadzało. Miał ambicję, aby znacznie rozbudować swój sklep i zdobyć jako klientów miejscowych uczniów szkół magicznych oraz samych magów. Do tego brakowało mu jednak wiedzy i pozycji. Dlatego starał się nas wykształcić.
Ja z naszej dwójki byłem zdecydowanie bardziej oporny, jeśli chodzi o realizację tego planu. Wolałem pijackie zabawy niż pracę w sklepie czy naukę. Jednak jakimś cudem dostałem się do szkoły magii w Lupis. Podejrzewam, że kosztowało to mojego ojca straszne pieniądze. Byłem uważany za ucznia zdolnego, lecz leniwego. Wielokrotnie groziło mi wyrzucenie ze szkoły, ale skończyło się dobrze. Jako specjalizację wybrałem szkołę iluzji, która wydawała mi się łatwa. Potem wielokrotnie musiałem się przekonać, że byłem w błędzie.
W międzyczasie prowadziłem bogate życie towarzyskie, polegające głównie na zabawach w karczmach. Na początku kariery w szkole, podczas jednej z ostro zakrapianych imprez, dostałem straszliwy łomot od miejscowego żula. Kosztowało mnie to parę tygodni w łóżku. Od tego czasu zapisałem się na treningi boksu girdańskiego. Z czasem treningi stały się częścią mnie; dzięki nim utrzymywałem dobrą kondycję fizyczną i czułem się bezpieczniej na mieście.
Dzięki uporowi ojca i jego rózdze udało mi się ukończyć szkołę magii. W tym czasie mój brat rozpoczynał swoją karierę jako uczeń alchemika. Został przyjęty na nauki u miejscowego specjalisty od wykonywania napojów leczących. Na całe szczęście Ingwar był osobą o zupełnie innym charakterze niż ja i doskonale dopasował się do pomysłu ojca, czyli planu przekazania rodzinnego interesu młodszemu pokoleniu. Spokojny i pracowity, zaangażował się w naukę sztuki alchemii. Widać było, że planuje kiedyś na poważnie zająć się sklepem.
Kiedy moja nauka w szkole magii zbliżała się do końca, podczas jednej z wizyt w karczmie poznałem bardkę o imieniu Sarah. Spędziłem z nią dwa wspaniałe dni. Niestety zawróciła mi kompletnie w głowie. Zachowałem się jak niespełna rozumu. Naopowiadałem jej bzdur o moim niewyobrażalnym bogactwie i pozycji mojej rodziny. Ku mojej rozpaczy musiała wyjechać, jednak ja o niej nie zapomniałem. Żyłem myślą, że jeszcze się z nią zobaczę.
Kiedy udało mi się dostać dyplom ukończenia szkoły, w domu zapanowała radość. Musiałem ją jednak szybko zgasić moim stanowczym postanowieniem, że wyjeżdżam. Powiedziałem, że jadę do przyjaciela mojego nauczyciela. Prawda była jednak inna: ruszyłem na poszukiwanie Sarah.
Dowiedziałem się, że jest w Treoss. Zanim jednak tam ruszyłem, musiałem zorganizować sobie dużo gotówki, aby poprzeć moje bajki faktycznym stanem posiadania. Wiedziałem, że nie mogę zapożyczyć się w rejonie Lupis, bo mój ojciec zaraz by się o tym dowiedział. Wcześniej kilkakrotnie byłem w Gardionie Zachodnim i znałem tam kilku podejrzanych ludzi, więc właśnie tam się udałem.
Dotarłem na miejsce bez większych problemów i bez większych problemów, po wsparciu się imieniem mojego ojca, uzyskałem pożyczkę od miejscowego lichwiarza Natana Lirsa na ogromną dla mnie sumę: czterdzieści złotych centarów. Następnym moim przystankiem był Treoss, gdzie odnalazłem Sarah.
I tak rozpoczął się miesiąc hulaszczego życia. Szastałem pieniędzmi na lewo i prawo. Sarah z uśmiechem przyjmowała moją błazenadę. Raz było gorzej, raz lepiej, ale w końcu zrozumiałem, że ona nie będzie moja. Co gorsza, zrozumiałem też, że moje pieniądze się kończą i nie mam z czego oddać pożyczki. Szczególnie dobrze przypomnieli mi o niej ludzie Natana. Pewnego piątkowego wieczoru znaleźli mnie w Treoss i przyszli odebrać dług. Moje umiejętności bokserskie na wiele się nie zdały. Efektem spotkania była złamana ręka i świadomość, że muszę bardzo szybko oddać dług, bo inaczej sprawa może się rozbić o moją rodzinę w Lupis.
W Treoss poznałem Marka, syna bogatego członka rady miasta. Pił dużo więcej niż ja i potrafił zrobić imprezę, której nie powstydziłby się największy hulaka w kraju. Miał jednak pewien kłopot: palił ogromne ilości Różanego Ziela. Widziałem, że powoli go to zabijało, ale jego to nic nie obchodziło. Widziała to też jego rodzina, dlatego odcięła mu dostęp do pieniędzy, a on bardzo ich potrzebował.
Od słowa do słowa wpadliśmy na demoniczny plan. Sfingujemy jego porwanie, odbierzemy okup i podzielimy się po połowie. Plan opracowaliśmy dość dokładnie. Po sfingowaniu porwania i wymianie paru anonimów umówiliśmy się na wymianę w pobliskim lesie. Mieliśmy dostać sto pięćdziesiąt złotych centarów.
W momencie wymiany Marek „wyrwał” mi się, co oczywiście było zaplanowane, i podmienił worek z pieniędzmi tak, żeby uciekający ojciec myślał, że wieje z synem i pieniędzmi. Miało mi to zapewnić trochę czasu na ucieczkę i wpłatę części Marka do depozytu. Wszystko poszło jak należy. Pieniądze Marka zostawiłem w depozycie, a sam ruszyłem konno do Gardionu Zachodniego, aby spłacić dług.