Kronika

Kroniki V: Erik

W Gardionie Zachodnim Kriss i jego towarzysze poznają Erika, a sprawy świątyń, magii i lokalnych układów zaczynają prowadzić drużynę ku nowym kłopotom.

7.06.2026 • Prosiak • Kriss Lazarus • Kroniki Krissa Lazarusa

Ósmego dnia pod wieczór dotarliśmy do karczmy mieszczącej się pięć kilometrów przed bramami Gardionu, do Koniczynki. Postanowiliśmy się w niej zatrzymać, mając w pamięci słowa Kartisa, iż w Gardionie pytano o grupę pasującą z opisu do nas. Wspólnie, wyjątkowo zgodnie ustaliliśmy, że Sheila sama pójdzie do miasta, aby zbytnio nie rzucać się w oczy. Miała tylko zobaczyć co z Drumem. I następnego dnia mieliśmy się wynosić jak najszybciej. Rano Tomos, ni stąd ni zowąd, oświadczył, że on też musi iść do miasta. Ręce w takich chwilach opadają. Tylko siłą woli zmusiłem się do pozostania spokojnym, nawet nie miałem ochoty wnikać jaki jest powód jego decyzji. Czy był to może boski znak, sen, czy może to iż w Imperium susza spustoszyła plony. Każdy powód dla niego mógł być dobry, coraz częściej zastanawiam się nad jego zdrowiem psychicznym. Lecz póki jest członkiem grupy walczącej o ten sam cel, postaram się tolerować jego bzdurne decyzje. Mam nadzieję, że nam to nie zaszkodzi. Ja w tym czasie miałem czas aby zapisać wydarzenia poprzednich dni w pamiętniku.

Kiedy koło południa zszedłem zamówić obiad u karczmarza, ze stolika na środku sali zaczepił mnie pewien młodzieniec. Podszedłem do jego stolika i zapytałem czy mogę w czymś pomóc. W oczy rzucił mi się pewien kontrast. Mianowicie młodzieniec ubrany był w dosyć bogaty i zapewne modny mieszczański strój, lecz jego twarz zdecydowanie pasowała raczej do portowego bandyty niż bogatego mieszczanina. Jego twarz była paskudnie poobijana i napuchnięta, kolory siniaków wyraźnie mówiły o tym, iż młodzik dostał lanie całkiem niedawno, możliwe że kilka godzin wcześniej. Jego wzrok, wypływający spod ogromnej opuchlizny, spoczywał na medalionie, który noszę z dumą na piersi. „Panie widziałem już kiedyś ten symbol lecz nie mogę sobie przypomnieć gdzie” - moja czujność wzrosła. W tych stronach symbol przenajświętszego Richitera widziałem tylko u trzech osób: u Aramisa, dziwnego starszego kaznodziei i u mnie. Niewątpliwie była to rzecz, która była wymieniana jako symbol rozpoznawczy mojej osoby. Mimo, że wiedziałem iż symbol ten zdradza moje pochodzenie, wystawia mnie na cel moich prześladowców, nie chciałem go kryć. Z dumą i mam nadzieję z honorem niosę go jako symbol mej wiary i obranej życiowej ścieżki. Jeśli moim kompanom nie będzie to przeszkadzać nie schowam go. „To całkiem możliwe, że widziałeś, podróżuje tu pewien kaznodzieja, który ma na szyi taki symbol. To symbol Szlachetnego, jak nazywają go w tych okolicach ludzie.” Młodzian dalej siedział z dziwnym wyrazem twarzy, widać moje wyjaśnienie nic mu chyba w głowie nie rozjaśniło lub od początku wie kim jestem i co to za symbol. „Zmierzasz może do Lupis?” zagaił. „Nawet gdyby, to dlaczego pytasz?” - zapytałem obserwując coraz uważniej jego reakcje. „A bo wybieram się tam właśnie i szukam kogoś z kim mógłbym się tam udać” - cała ta rozmowa zaczynała mi się coraz mniej podobać. „Nie, niestety nie wybieram się do Lupis, czekam na swych kompanów i wybieramy się do Miasta Mgieł” - skłamałem. „Kompanów powiadasz, a nie ma ich być przypadkiem czterech?” Zbaraniałem całkiem, ten młodzian wyraźnie daje mi do zrozumienia, iż wie o nas wszystko, mimo że było nas teraz tylko trzech, poszukiwana jest piątka osób. Powoli zaczynałem się gubić, dawno wypadłem z obiegu jeśli chodzi o techniki śledzenia i rozgryzania osób. Może tak bezpośrednie wypytywanie ma wprowadzić jakiś stan zagrożenia do umysłu ofiary i zmusić ją do popełnienia błędu. Postanowiłem być bardzo ale to bardzo czujny. „Hm czterech powiadasz? A skąd taka myśl? Tak się składa ze czekam na dwóch znajomych.” Młodzian zmieszał się troszkę i rzekł „właściwie to troszkę interesuję się przepowiadaniem przyszłości, strzelałem.” Zaczynałem się bać, jeśli to była jakaś nowa technika inwigilacji to nie mogłem nawet zbliżyć się w kierunku jej zrozumienia. Cóż, czas na to abym i ja go pognębił, może i on popełni jakiś błąd. „Wiesz, zastanawia mnie, dlaczego szukasz kogoś podróżującego do Lupis, w karczmie, za miastem, w stronę Miasta Mgieł.” W odpowiedzi młodzian zaczął coś kręcić, sprawiło mi to nie lada przyjemność. W tym momencie do karczmy wtoczyli Sheila i Tomos, obładowani pakunkami. „O, Krisie, widzę, iż masz nowego kompana” - zawołała Sheila. „To nie mój kompan, tylko niejaki Erik (przedstawił się wcześniej), szuka kogoś z kim mógłby podróżować do Lupis.” Tomos wypalił „jestem Zdzich a to …” (niestety nie pamiętam jakie durne imię mógł wymyślić dla Sheili) wskazując na Sheilę. Ich postawa i durne imiona zaskoczyły mnie chyba bardziej, niż to co wygadywał Erik. Pomijam fakt, iż wchodząc do karczmy, od progu wołali: „oooo tu jesteś Krisie!” Kris to mało maskujące moją osobę imię. Na szybko wyjaśniłem im przebieg naszej rozmowy, akcentując w ironiczny sposób wszystkie dziwne rzeczy, o których mówił Erik. Po spożytym posiłku, udaliśmy się do pokoju, ignorując prośby karczmarza, aby zgodzić się na to, by Erik mógł spać w naszym pokoju, jako iż mamy jedno łóżko wolne, a wszelakie pokoje już są zajęte. W pokoju naradziliśmy się i doszliśmy do wniosku, że Erik może się do nas dołączyć. Jeśli jest naszym wrogiem, lepiej nie zostawiać go za plecami. „Jeśli zrobi fałszywy ruch to się go …” i tu Tomos wykonał ruch palcem symbolizujący podcinanie gardła. Wyjątkowo się z nim zgodziłem. „Jeśli zrobi fałszywy ruch, to rozwlokę jego flaki na długości strzału z łuku.” Byłem w paskudnym nastroju. Jak okazało się, Drum całkiem niedawno doszedł do siebie i wyruszył na południe, w tylko sobie znanym celu. Sheila i Tomos natknęli się w mieście na trójkę, która dybie na nasze życie, na szczęście zdołali w porę ukryć swą obecność. Dzięki temu, że Sheila ma więcej rozumu niż Tomos, poczynili w mieście zakupy, niezbędne na dalszą drogę.

Rano zatem, gotowi byliśmy już do wymarszu. Ustaliliśmy, że przez miasto przejdziemy parami, najpierw ja i Sheila, potem Tomos i Erik. Erik nadal wyrażał chęć podróżowania z nami. Z pewną sadystyczną przyjemnością odchodziłem z Sheilą, wiedząc, że Erik będzie musiał użerać się z Tomosem. Wyruszyliśmy przodem, kiedy naszym oczom ukazała się brama miasta, wiedzieliśmy, że coś jest mocno nie tak. Przed bramą tłoczyli się kupcy i zwykli podróżnicy. Wszyscy poddawani byli jakiejś kontroli. Nie wiedząc co się dzieje, zasięgnąłem języka u czekających w kolejce ludzi. Okazało się, że w mieście zamordowana została jakaś znana osobistość. Wzruszyłem ramionami i stałem cierpliwie w kolejce. Nie miałem niczego do ukrycia, mogli mnie spokojnie kontrolować. Jakże złudna okazała się ta pewność siebie. Po około 15 minutach podszedł do nas Tomos i rzekł: „Erik chciałby wam coś oznajmić.” Niezadowoleni z faktu, iż będziemy oglądani razem, podeszliśmy na koniec kolejki. Erik powiedział: „obawiam się, że ta kontrola może dotyczyć was.” „ Skąd to wiesz?” Starałem się obrać jakiś paskudny wyraz twarzy. „Przez przypadek, kiedy byłem u lichwiarza oddać mu dług, kilka osób w dość władczy sposób, wręcz groźbami, kazało mu zrobić coś, aby osoby pasującego do waszego opisu odnaleźć. Zdziwiło mnie to bo lichwiarz ten ma tu całkiem znacząca pozycję. Podobno wynajęto jakiegoś maga, który para się odnajdywaniem zaginionych rzeczy oraz osób. To właśnie jego zamordowano.” Oblałem się zimnym potem, to może być sytuacja, która pozbawi nas życia i to jeszcze w imieniu prawa. Miałem tylko nadzieję, że Erik mówi prawdę, jeśli nie, to on ciągnie nas w pułapkę na okrężnej drodze.