Kronika

Kroniki IV: W poszukiwaniu Zerrikana II

Wyprawa po Zerrikana schodzi głębiej w grobowiec, a drużyna musi zdecydować, co naprawdę wolno wynieść z miejsca chronionego przez przodków olbrzymów.

7.06.2026 • Prosiak • Kriss Lazarus • Kroniki Krissa Lazarusa

Kiedy tylko upewniliśmy się, że jaszczury zrezygnowały z pościgu, przystąpiłem do ściągania, z martwych ciał, elementów uzbrojenia. Wszelakie kawałki skór, które miały na sobie jaszczury, zawiązałem w jeden wielki pakunek i podciągnąłem w kierunku ostrza. Owinąłem ostry kawałek stali tak dokładnie, jak tylko umiałem. Nie chciałem ryzykować, istniała możliwość, że gdy będę się wspinał, objedzie mi noga i znów zsunę się po rynnie,a wtedy chwila nieuwagi i mogę zostać zgilotynowany. Kiedy dokończyłem pracę, zorientowałem się, że została nam ostania pochodnia. Czasu było coraz mniej.

Pośpiesznie rozebrałem zbroję oraz odpiąłem wszelaki oręż aby mieć jak największą swobodę ruchów. Z drzewców włóczni, które leżały przy martwych jaszczurach, skleciłem stelaż, z jedną, mocno wyciągniętą do przodu włócznią, do której przymocowałem pochodnię. To wszystko, niczym plecak, umocowałem sobie na plecach. Tomos doskonale się bawił, widząc jak usiłuję zmontować coś, co da mi światło, a równocześnie pozwoli mi zachować wolne ręce. Jak zwykle sam nie wymyślił nic konstruktywnego. Kiedy zobaczył mnie, z konstrukcją przytroczoną do pleców, nieomal turlał się po ziemi. Tym bardziej chciałem, żeby mi się udało, przynajmniej przytarł bym mu nosa.

Podjąłem mozolną wspinaczkę po stromej i diabelnie śliskiej pochylni. Do ostrza doszedłem szybko, posługując się zaczepioną na nim liną. Potem było już znacznie gorzej. Pomyślałem sobie wtedy, że gdybym miał drugi pergamin z czarem, gdybym nie użył go tak wcześnie, nie sprawdzając uprzednio czy do ostrza dojdę bez czaru, to teraz byłoby o wiele łatwiej. Byłem wściekły na siebie, wszystko to przez to, że jestem nadmiernie impulsywny, a czasem uparty. Już kilku przebytych „krokach” wiedziałem, że w ten sposób nie dam rady dojść do góry. Rampa wyszlifowana była zbyt dokładnie. Pochodnia nieubłagalnie odliczała czas, który został nam do pogrążenia się w całkowitych ciemnościach. Zjechałem na dół, jeszcze raz skorzystałem z ekwipunku martwych stworów. Wyciąłem cztery kawałki z najbardziej szorstkich skór jakie znalazłem i obwiązałem sobie nimi kolana i ręce tuż za nadgarstkami. Miałem nadzieję, że to zwiększy moją przyczepność. Dodatkowo tak ukierunkowałem pochodnie by krople rozgrzanej smoły kapały w jedno miejsce. Kiedy plama była wystarczająco duża ubrudziłem nią skóry. Wiedziałem, że lepszego tarcia już nie uzyskam, reszta była zależna od moich umiejętności i woli boga. Podjąłem żmudną wspinaczkę. Piąłem się w górę w ślimaczym tempie, jeden nieostrożny ruch i wysiłek kilkunastu minut szedł na marne i zaczynałem od początku. Kiedy tylko pojawiałem się na dole, Tomos zawsze musiał wypowiedzieć jakąś kąśliwą uwagę. Jeszcze kilka razy zjechałem, zanim udało mi się dojść do miejsca, gdzie gwałtownie zmieniał się kąt nachylenia pochylni. W tym miejscu rampa była niemalże pionowa. Domyśliłem się, iż dotarłem do miejsca w którym spadliśmy przez zapadnię, domyśliłem się także, że nie mam żadnych szans, aby się tam wspiąć. Do przebycia pozostał mi około dziewięciometrowy odcinek prawie że pionowej gładkiej ściany. Nadzieja, na uratowanie, się powoli gasła, wraz z nią coraz bardziej przygasała pochodnia. Położyłem się płasko na plecach i uważnie obserwowałem ukształtowanie pochylni. Nie dostrzegłem nic co było by wstanie mi pomóc. Gdyby nawet udało mi się rzucić kotwiczką z tak niewygodnej pozycji to i tak nie miała się o co zaczepić. Leżałem tak przywarty całym ciałem do pochylni i po raz kolejny wściekałem się na siebie. Gdybym teraz miał czar. Pochodnia dawała coraz niklejsze światło, wiedziałem że wraz z pochodnią zgaśnie nadzieja. Bez pochodni nie mieliśmy nawet szans przedostać się przez grobowiec naszpikowany pułapkami, aby dojść do świątyni jaszczurów i tam próbować przebić się na powierzchnię lub zginąć. „Musi być jakieś wyjście” - ta myśl kołatała mi się w głowie i nie chciała mnie opuścić. Jak zawsze, w takich chwilach, odruchowo złapałem się za swój medalion i spróbowałem wyciszyć. Przyglądałem się rampie, która zawijała się niczym ślimak. Gdyby udało mi się odbić w kierunku bocznej ściany rampy, a potem od razu wybić, zanim spadnę,była szansa ze doskoczę do wyjścia. Musiałem się spieszyć, wiedziałem że zostało mi czasu tylko na to, aby zjechać zabrać pochwę z magicznym kryształem i bezbłędnie dojść do końca rampy za pierwszym razem. Jeśli w połowie drogi znów się zsunę, zginiemy tu z głodu. Czym prędzej zjechałem na dół. Nawet nie usłyszałem co do mnie mówili Sheila i Tomos. Porwałem miecz i wspinając się na górę rzuciłem tylko przez ramię, że zabieram im linę. Przypasałem miecz do boku i na przemian modląc się i klnąc mozolnie, z niesamowitą ostrożnością, piąłem się w górę. Kiedy dotarłem na miejsce, byłem zlany potem, a mięśnie miałem na skraju wyczerpania. Wiedziałem, że mam jedną jedyną szansę. Obróciłem się na brzuch, poszukałem pozycji, z której mógłbym się jak najlepiej wybić. Chwila koncentracji. Pogładziłem ręką czule pochwę miecza i pomyślałem „nie zawiedź mnie.” Aktywowałem umieszczony w niej magiczny kryształ. Skok, pochodnia umieszczona na włóczni uderza o sklepienie, zanim dotarłem do przeciwległej ściany zasypuje mnie fala iskier, parząc kroplami płonącej smoły. W zupełnej już ciemności uderzam ciałem o ścianę, na szczęście nogi na ułamek sekundy znajdują oparcie, kolejny raz aktywuję kryształ. Z rękoma wyciągniętymi w ciemność lecę do przodu. Uderzenie o krawędź pułapki przez, którą tu wpadliśmy. Ponad połowa mojego ciała wisi jeszcze w otworze, z którego wyskoczyłem. Ręce trzymają się kurczowo podłogi ponad zapadnią. Czuję, że nieubłaganie zsuwam się w dół, zmęczenie spowodowane wspinaczką daje o sobie znać. Każdy mięsień płonie żywym ogniem. „To koniec” - pomyślałem. Kiedy praktycznie już się poddałem, czyjaś silna dłoń chwyciła mnie za nadgarstek i jednym zdecydowanym pociągnięciem wydostała na górę. Chciałem powiedzieć „dziękuję Gandarze” lecz zamilkłem, byłem pewien, że w pomieszczeniu jestem sam. Na kolanach obszukiwałem podłogę w celu zlokalizowania otworu, w który wpadliśmy, po otwarciu się zapadni. Kiedy go odnalazłem po omacku brnąłem w kierunku wyjścia z grobowca miałem tylko nadzieję, iż Gandar czeka na nas tak jak obiecał.

Dobrnąłem do miejsca, w którym miał czekać na nas olbrzym. Niestety nie było go. Krzyczałem jego imię tak głośno jak tylko potrafię. Na szczęście po kilku minutach pojawił się, wraz z pochodnią, a ja poczułem się o wiele swobodniej. Pytaniom Gandara, o to czy mamy Zerrikana, nie było końca. Gdy pokrótce opisałem mu naszą sytuację, wyraźnie się poirytował. Zapytałem go o linę, a kiedy dał mi dwa duże jej zwoje, zagaiłem na temat symbolu kobry, spowitej w płomienie. Olbrzym wiedział, gdzie w tych górach są jaskinie z takim symbolem. Zatem szansa na odzyskanie Zerrikana nie przepadła, to wyraźnie poprawiło mi humor. Poprosiłem Gandara o pochodnie oraz jedzenie dla moich przyjaciół. Tak zaopatrzony, spuściłem linę na sam dół. Kiedy Sheila i Tomos zaspokoili swój głód, ruszyliśmy do wyjścia. Radość z faktu, że przeżyliśmy, przyćmiewało nam pochmurne oblicze zafrasowanego olbrzyma. Poprosiłem Sheilę i Tomosa aby wyszli z olbrzymem, a sam zostałem w sali z posągiem Richitera i odmówiłem krótką, aczkolwiek płynącą z głębi serca modlitwę dziękczynną. Po powrocie do komnaty, w której gościł nas olbrzym, widziałem, że Tomos i Sheila naświetlili już sytuację, panującą w grobowcu. Gandar wygrażał, że zabije wszystkie jaszczury, które splądrowały grobowiec jego przodków. Jego wojownicza poza zniknęła w momencie, kiedy usłyszał o szalejącym w starożytnej świątyni demonie. Chciałem wyciągnąć od niego co wie na ten temat, lecz olbrzym po swojemu nic nie powiedział. „Gandarze” - powiedziałem - „Tomos zaproponował Ci, że odzyskamy Zerrikana z grobowca, ja natomiast chcę zaproponować, że wspomogę cię mym orężem w walce z jaszczurami.” Sheila i Tomos także wyrazili chęć pomocy. Sheila paliła się jednak do walki najmniej z nas. Powiedziała, że owszem pójdzie z nami, ale uważa to za niemądre. Podkreślała, że mamy pieśń, po którą wyruszyliśmy i dostarczenie jej powinno mieć dla nas największe znaczenie. Bo cóż komuś po pieśni jeśli tu zginiemy i nikt jej nigdy nie zobaczy. Zaproponowałem jej, aby została, jeśli nie chce narażać pieśni. Zdecydowanie odmówiła. Jako, że mikstury które wypiliśmy z Sheilą, nie wyleczyły naszych ran do końca, poprosiłem olbrzyma, by jeszcze raz wybłagał u swych przodków wodę, która pomogła nam ostatnim razem. Przed snem zastanawiałem się nad tym, co stało się kiedy wisiałem i ponownie miałem spaść w otwór pułapki. Od początku czułem instynktownie, że Richter jakby kieruje wzrok na grobowce olbrzymów. Mój medalion, który zapłonął złotym blaskiem w trakcie modlitwy, coś miał mi przekazać, niestety nie umiałem pojąć co. Nachodziła mnie myśl, że to ingerencja, mojego ukochanego boga, uratowała mnie z opresji. I w myśli tej nie było ani grama pychy i zadowolenia. Wręcz przeciwnie, pierwszy raz od bardzo dawna uwierzyłem, że kroczę ścieżką, jaką za pokutę za moje niecne czyny wyznaczył mi onegdaj kapłan. Myśl ta dodała mi siły spokoju ducha. Po wypiciu wody przodków udaliśmy się na spoczynek.

Wstaliśmy wypoczęci i pełni sił. Olbrzym, tak jak poprzednio, spał na swym wielkim tronie. Posililiśmy się, zimną już, pieczenią. Tomos wyglądał na dziwnie poważnego. Zwróciłem na to uwagę dopiero, kiedy Sheila zagaiła go, czemuż to od rana ma taka minę. Tomos z jego wrodzonym brakiem ładu i składu opowiedział nam o tym, że wszystko tej nocy zrozumiał i że pod żadnym względem, nie możemy zaatakować tego płomiennego demona, jako iż we śnie widział naszą śmierć. Gdyby nie mina i ton z jakim to powiedział, sądziłbym, że to znów tylko jakiś jego głupi żart, mający na celu wystraszenie nas. Kiedy obudził się olbrzym, musieliśmy wyperswadować mu jakąkolwiek walkę z demonem. Gandar długo nie chciał przyjąć do wiadomości tego, że gdy tylko demon pojawi się w polu widzenia, musimy uciekać. Dopiero powołanie się na szacunek do przodków Tomosa i ich przepowiedni, zmienił nastawienie olbrzyma.

Wyruszyliśmy w kierunku jaskiń jaszczurów. Droga była długa, lecz w końcu dotarliśmy na miejsce, z którego było widać wejście do jaskini. Kiedy mieliśmy już iść w kierunku groty, zobaczyliśmy nadciągającą duża grupę jaszczurów. Ukryliśmy się i obserwowaliśmy całe zajście. Jaszczury obładowane były upolowaną zwierzyną, prowadzili też kilku jeńców. Wspólna decyzja była taka: nie atakujemy. Otwarte pole da przewagę liczniejszemu wrogowi. Postanowiliśmy odczekać chwilę, zakraść się do wejścia i błyskawicznie zabić pełniących wartę. Jak się okazało wejście pozostało niestrzeżone. Zaczęliśmy eksplorować jaskinie. Nigdzie nie było śladu jaszczurów. Gandar pomrukiwał coraz bardziej niezadowolony, po pierwsze dlatego, iż musiał chodzić ciągle pochylony i od tej pozycji bolało go już całe ciało, a po drugie dlatego, że nie widział stworów, które chciał zabić. Kiedy przeszukaliśmy wszystkie tunele, na tyle duże, aby mógł zmieścić się w nich człowiek bądź, jaszczur okazało się, że wszystkie są ślepe lub zmniejszają się do tak wąskich, że nie sposób się przez nie przedostać. Pozostały nam tylko 2 tunele, w których tak jak i od strony krypt, były podziemne jeziorka. Na samą myśl, o nurkowaniu w zimnej wodzie, przeszedł mnie dreszcz. Tomos tak jak i ostatnio, zanurkował najpierw w jednym, potem w drugim. Drugie okazało się trafnym wyborem. Znów natknął się na podwodne przejście, prowadzące w głąb kompleksu jaskiń. Niestety, po krótkiej penetracji, okazało się, że tunel jest za wąski dla olbrzyma, a po drugiej stronie, po przejściu kawałka, tunel kończy się ogromną grotą, wypełnioną dziesiątkami, a być może nawet setkami jaszczurów.

Wspólnie zdecydowaliśmy, że jedyną naszą szansą, jest atak z dwóch stron. Plan zakładał, że prędzej czy później, wypłynie tu jakiś wartownik lub dwóch. Olbrzym zabije tylu, aby któryś zdołał uciec i zawiadomić pozostałych. Zakładaliśmy, że czujność w samej świątyni spadnie i będziemy mogli wkraść się od strony grobowca. Gandar z miłą chęcią przystał na nasz plan i zapowiedział, że będzie skutecznie wybijał wszystkie zaalarmowane jaszczury. Jaskinia, w której było jeziorko, w sam raz nadawała się dla olbrzyma. Była znacznie większa od samych korytarzy co dawało olbrzymowi pełną swobodę ruchów. Wyjście natomiast z wody, stawiało w gorszej sytuacji jaszczury.

Udaliśmy się z powrotem do jaskini, w której znajdowały się krypty olbrzymów. Tam bezproblemowo opuściliśmy się do grobowca i udaliśmy się niespiesznie w stronę podwodnego przejścia. Lina, która uprzednio rozciągnęliśmy, na całe szczęście nie została chyba zauważona przez jaszczury, jako że ciągle wisiała na swoim miejscu. Z o wiele mniejszymi już problemami niż ostatnio, przedostaliśmy się na drugą stronę. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że musimy zbadać chodnik, z którego poprzednim razem wybiegł na nas wysoki i postawny jaszczur. Ostrożnie udaliśmy się w tamtym kierunku. Ku naszemu zadowoleniu, aż do miejsca, w którym zaatakował nas ten dostojny jaszczur, nikt nas nie niepokoił. Gdy doszliśmy do skrzyżowania, Tomos wyjrzał za róg i błyskawicznie się cofnął. „Jest dwóch na końcu korytarza jeden po prawej drugi po lewej stronie” - powiedział. „Dobrze” – powiedziałem - „musimy zabić ich jak najszybciej.” Naładowałem dwa bełty i szepnąłem „kiedy tylko strzelę, biegniecie na nich, będą dostatecznie zmiękczeni.” Wziąłem głęboki oddech, wyskoczyłem z za rogu i zanim zdążyli mnie zauważyć, wystrzeliłem. Kiedy bełty dosięgły swych celów Tomos biegł już, a jego dłonie przemieniały się w mordercze szpony. Chwilę za nim pobiegła Sheila. Ja też sięgnąłem po miecz i tarczę. Kiedy miałem już ruszać do przodu, Tomos zrobił coś, co tylko w trakcie walki mógł wymyślić. Chwycił się za głowę i z dziwnym okrzykiem ni to bojowym ni to strachu, obrócił się na pięcie i zaczął uciekać. Dwa nadbiegające stwory starły się z zaskoczoną, postępowaniem Tomosa, Sheilą. Widząc to zacząłem biec w kierunku Sheili, impet z jakim uderzyłem w stwory zaskoczył je. Spowolnione bełtami sterczącymi z piersi, nie miały szans z brutalnym siłowym atakiem, wzmocnionym poprzez pęd. Nie było w tym grama techniki. Czasem ponosiło mnie, choć od zawsze wpajano mi i uczono iż zbyt wątły jestem na siłowe wygrywanie pojedynków. „Twoją jedyną szansą w pojedynku jest doskonalenie techniki” - mawiał mój nauczyciel w gildii. Czasem jednak i mi udawało się rozwiązanie siłowe.

Kiedy strażnicy leżeli już martwi, stanęliśmy przed ogromnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Tomos, który przestał pajacować, podszedł do drzwi i ostrożnie je pchnął. Ja w tym czasie ładowałem kuszę i miałem złe przeczucia. Tomos zachęcony tym, iż w pomieszczeniu nie ma nikogo, pchnął szeroko drzwi i wszedł do środka. Zza uchylonych drzwi poleciał w jego kierunku oszczep. Dwóch jaszczurów czekało ukrytych po lewej i prawej stronie. Instynktownie zwolniłem dwa bełty w jednego z nich. Nie miałem czasu na przycelowanie, lecz odległość była tak bliska, że dwa bełty zagłębiły się w korpusie jednego z atakujących.

Walka była krótka. Przed nami, na końcu pomieszczenia, zobaczyliśmy coś na kształt katafalku, na którym leżało ciało wielkiego jaszczura zawinięte w całun. Był to prawdopodobnie ten sam osobnik, którego zabiliśmy w czasie ucieczki przed demonem. Przed katafalkiem stały dwie skrzynie, pełne różnorodnych broni, zbroi oraz kosztowności. Przejrzeliśmy pobieżnie przedmioty, naszym oczom ukazał się miecz, którego wygląd był zgodny z opisem Zerrikana oraz duża księga srebrnego koloru, prawdopodobnie księga Mistrzów Zan. Sheila i ja zabraliśmy miecz oraz metalową, jak się okazało, księgę, natomiast Tomos grzebał w skrzyniach wybierając złote monety. Mimo naszych upomnień na temat tego, iż można z grobowca zabrać tylko księgę i miecz, nadal grzebał tłumacząc nam, że przecież nie bierzemy tego z grobowca. Zirytowany z całej siły uderzyłem go w dłoń, w której miał monety. Monety rozsypały się po całym pomieszczeniu, podniosłem jedną i pokazałem mu wyryty na niej znak półksiężyca z pięcioramienna gwiazdą - „To na pewno jest z grobowca ruszajmy stąd.”

Sheila już była z przodu, przyspieszyliśmy kroku. Tomos z obrażoną miną podążał powoli za nami. Kiedy dochodziliśmy do jeziorka, w oddali usłyszeliśmy zamieszanie. Ruszyliśmy biegiem. Kiedy tylko dotarliśmy do liny prowadzącej pod podwodnym tunelem, przywiązałem do wiszącej tam uprzęży miecz oraz księgę. „Tomosie, my z Sheilą postaramy się przedostać sami, a ty przeciągnij księgę i miecz.” Naburmuszony Tomos stał z obrażoną miną. „Tak, teraz to Tomosie przeciągnij miecz” - powiedział obrażony. Odgłos pogoni był coraz bliżej. „Tomosie, nie czas teraz na wygłupy” - lecz mnich nawet nie zareagował, dalej stojąc obrażony. Popatrzałem w kierunku, z którego przybiegliśmy. Pierwsze sylwetki jaszczurów rysowały się na tle, płonących nad wejściem do tuneli, wielkich zniczy. Obrzuciłem Tomosa najbardziej ordynarnymi epitetami jakie w tej chwili mogły mi przyjść do głowy i krzyknąłem „musimy już walczyć, nie damy rady teraz uciec!” Przeklinając nadal humory mnicha, przygotowałem się na atak. Jaszczury rzuciły swe oszczepy. Na szczęście pogoń za nami i zdecydowanie nie przymierzone rzuty, okazały się niecelne. Ruszyliśmy do boju. Jaszczury atakowały zacięcie, każdy z nas starł się z dwoma przeciwnikami. Dosyć szybko zobaczyłem, że jednak mamy szanse na przeżycie tego ataku, potwory nie były mistrzami fechtunku. Sytuacja diametralnie zmieniła się, kiedy to za plecami naszych wrogów, pojawiła się kolejna ich grupa. I znów poleciały oszczepy, tym razem nie miałem tyle szczęścia. Jeden z oszczepów ugodził mnie w nogę. Na szczęście zbroja przyjęła znaczną siłę ataku. Oszczep wbił się na tyle płytko, że przeważony ciężarem drzewca sam niejako wyszarpnął się z rany. Sytuacja stawała się dramatyczna. Po mojej prawej stronie, z trzema przeciwnikami walczyła Sheila, której donośne jęki bólu i gniewu przeszywały powietrze. Coraz częściej, Tomos i ja, z furią nacieraliśmy na przeciwników, aby jak najszybciej osłonić poważnie już ranną Sheilę. Niestety, tak ofensywny atak zamienił moją obronę w sito. Wprawdzie szkody zadawane wrogom były duże, lecz sam też coraz częściej odczuwałem ich stal na sobie. Pomyślałem, iż jeśli ta grupa nie jest ostatnia, następnego ataku nie przetrwamy. Udało nam się z Tomosem pokonać resztę przeciwników, osłaniając przy tym mocno utykającą już Sheilę. Tym razem nie trzeba było powtarzać Tomosowi dwa razy, że się wynosimy. Tomos najpierw przetransportował Sheilę, potem pomógł przeprawić się mi, a na końcu przytargał miecz i księgę. Po drugiej stronie pospiesznie opatrzyłem rany. Tomos zarzucił na ramię ogromny miecz, ja owinąłem księgę niczym podarunek, wypuściłem dodatkowo dwie liny i niosłem ją na plecach jak plecak. Ręce miałem wolne, więc pomagałem Sheili iść. Mimo iż mocno utykała, nie uskarżała się, twardo parła do przodu. Byłem pewien podziwu dla tej szczupłej półelfki. Po około godzinie kiedy za nami nie było słychać odgłosów pogoni, zatrzymaliśmy się. Zabrałem się do poprawiania opatrunków Sheili, które zdążyły już nabrać czerwonego odcienia. Po chwili odpoczynku, ruszyliśmy do rampy. Tam z lin, zrobiłem Sheili wygodną uprząż, postanowiliśmy, że wejdziemy z Tomosem i po prostu ją wciągniemy. Do lin przywiązaliśmy także księgę i miecz.

Kiedy tylko dotarliśmy z mnichem na górę, wciągnęliśmy Sheilę wraz z naszymi zdobyczami. Na górze czekał już na nas olbrzym. Kiedy zobaczył Zerrikana, wziął go z czcią w ręce, ukląkł i złożył nam podziękowanie. Po czym zaczął mówić coś w mowie olbrzymów. Mimo, iż wiedziałem, że to dla niego podniosła chwila, chwyciłem go za ramię i przerwałem mu mówiąc: „Sheila jest ciężko ranna.” Olbrzym otrząsnął się, zabrał wojowniczkę na ręce i szybkim krokiem udał się do pomieszczenia, w którym sypialiśmy. Ja w tym czasie podszedłem do rzeźby, przedstawiającej moje ukochane bóstwo i z szacunkiem opuściłem jego ramiona, zamykając tym samym grobowiec. Kiedy wróciłem do wszystkich, zapytałem Gandara czy to jest księga Mistrzów Zan. Olbrzym odpowiedział, że tak. Ponownie przyniósł wodę z sadzawki przodków i ponownie napiliśmy się z wielkiego kielicha. Udaliśmy się na spoczynek.

Obudziliśmy się na wielkiej oświetlonej, promieniami słońca, polanie. Byliśmy w pełnym rynsztunku, a przed nami stał Tesijczyk w zwiewnych szatach. „Czas na szkolenie” – powiedział. Chyba wszystkich nas to zaskoczyło. „A czego możesz nas nauczyć?” – zapytałem. Tesijczyk spojrzał na mnie i odpowiedział kierując słowa do nas wszystkich: „Mogę poprawić waszą technikę walki lub nauczyć was, jakiej tylko chcecie, umiejętności. To co tyczy się walki nie dotyczy ciebie” - zwrócił się do Tomosa - „Wszak ty swoje talenty i siłę, czerpiesz od swojego boga, a ja nie zamierzam mu wchodzić w drogę. Wiec czego mam was nauczyć?” „Chciałbym poprawić swoja technikę walki mieczem, chcę zostać fechmistrzem w walce tym orężem” – powiedziałem. Tesijczyk spojrzał na mnie i rzekł: „Takie umiejętności nie są dla zwykłych śmiertelników, musisz wybrać inne nauki” - zagotowało się we mnie, myślach wyzwałem go od aroganckich skośnookich. Spojrzał na mnie, jakby mój umysł był dla niego otwartą księgą „ jesteś pełen gniewu Krisie.” Zaskoczony zawstydziłem się i powiedziałem, że chciałbym poprawić technikę walki przy pomocy tarczy. Sheila wybrała naukę nowych ciosów dwoma broniami, a Tomos, jak to on, wystrzelił z czymś, co pewno wielu śmiertelnikom nie wpadło by do głowy. „Chcę nauczyć się dosiadać latających stworzeń.” Tesijczyk wcale nie zbity z tropu, zapytał: „A jakich konkretnie?” Tomos z szelmowskim uśmiechem na twarzy rzekł „smoków, naturalnie.”

I tak oto rozpoczął się trening, ja trenowałem z Sheilą na polanie, Tomos znikł gdzieś ze skośnookim. Wszystko trwało wiele dni. I nagle obudziliśmy się ze świadomością, iż był to tylko sen. Spaliśmy zaledwie trzy dni, a poznaliśmy przez ten czas techniki i umiejętności, na które potrzeba niejednokrotnie wielu miesięcy treningu. Olbrzym, gdy tylko obudziliśmy się, oznajmił z wrodzoną u niego prostotą „że na Gandara już czas, musi wyruszyć z misją.” Jak zwykle nie bardzo chciał dzielić się z nami nadmiarem informacji. Tomos poprosił o to, czy może jeszcze ostatni raz zobaczyć Zerrikana. Gandar zgodził się i pokazał nam go w całej swej okazałości. Okazało się, iż na całej długości ponad dwumetrowej klingi, wyryta jest scena przedstawiająca bitwę olbrzymów służących w tamtych czasach w Zakonach Krwi, a magami z Zanzibarru. Nad polem walki unosiły się cztery ogromne smoki. Po stronie Zanzibarru, na czarnym uskrzydlonym wierzchowcu, siedział mag, dzierżący w ręku Włócznię Przeznaczenia. Obraz na klindze był tak wyraźny, że można było dostrzec nawet najdrobniejsze detale. Przyjrzałem się dobrze włóczni i zapisałem sobie jej obraz w pamięci. Pożegnaliśmy się z olbrzymem, który twierdził iż jeśli nie zboczymy z obranej przez nas ścieżki honoru, to być może spotkamy się jeszcze na polu bitwy o dobrą sprawę.

Wyruszyliśmy w kierunku Gardionu Zachodniego. Faktrię postanowiliśmy przejść, bez zatrzymywania się, lecz mimo to, na widok straży, moje nerwy puściły i poczęstowałem ich wiązanką epitetów. Podczas noclegu myślałem o zaistniałej sytuacji. Ostatnio zdecydowanie zbyt często bywam nerwowy i niemiły dla niewinnych całkiem osób. Wprawdzie rozdawanie przekleństw na lewo i prawo nie przeszkadza mi w byciu honorowym, walecznym, uczciwym lecz po ostatnich wydarzeniach i po odczuciu bliskości mojego boga, stwierdziłem, iż nie godzi się kurwić pod jego uszami. Myślę, iż wpływ na moją postawę mógł mieć Aramis, który też łatwo się denerwował, szczególnie w obecności Tomosa, a i przekleństwami potrafił strzelać jak elf z wybornego łuku. Lecz Aramis poległ i myślę, że nadszedł czas, na nie oglądanie się za siebie. Muszę żyć i czynić tak jak zaczynam to czuć po ostatnich wydarzeniach. Moje wieczorne rozmyślania przerwała Sheila, która wyraziła ochotę pobierania lekcji pisania i czytania. Od tego dnia co wieczór wpajam jej zasady tej trudnej sztuki.