Kronika

Kroniki III: W poszukiwaniu Zerrikana I

Kriss, Sheila i Tomos wchodzą do grobowca olbrzymów, gdzie poszukiwania Zerrikana prowadzą ich przez pułapki, próby i ślady dawnej magii.

7.06.2026 • Prosiak • Kriss Lazarus • Kroniki Krissa Lazarusa

Przebudziłem się jako pierwszy, obok mnie na posłaniach z wyprawionych skór leżeli Sheila i Tomos. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, mój wzrok powędrował w kierunku otworu widniejącego w sklepieniu. Otwór ział ciemnością, była zatem noc. Po chwili doszło do mnie tubalne pochrapywanie, to Gandar spał na swym wielkim tronie. Wstałem i z pewnym zaskoczeniem zauważyłem, że rany odniesione w pojedynku z halabardnikiem zniknęły. Nie odczuwałem już bólu. Sprawnie zacząłem przywdziewać swoją kolczugę. Hałas jaki tym uczyniłem obudził pozostałych. Przyjrzałem się Sheili, po tym jak zwinnie się poruszała, wywnioskowałem, że i ona nie odczuwa już skutków ciosu, zadanego gigantyczną maczugą ogra.

Gandar zapytał prosto: „jesteście gotowi aby wyruszyć? Jeśli tak Gandar pokaże wam drogę do grobowca.” Kiedy wszyscy ubraliśmy się i zjedliśmy posiłek, olbrzym dał nam worek z jedzeniem. Gandar prowadził nasz przez szereg pomieszczeń. Z podziwem spoglądałem na ogromne pomieszczenia doskonale wykute w skale. W oczy rzucało się też to, że pomieszczenia te były niemal zupełnie puste. Oczami wyobraźni usiłowałem zobaczyć jak też mogło tu wyglądać, przed odejściem olbrzymów. Lecz niemal sterylna pustka tych pomieszczeń wręcz przeszkadzała w jakiś sposób, blokowała moją wyobraźnię. W końcu doszliśmy do pomieszczenia, na którego końcu było przejście zasłonięte duża okrągłą, kamienna płytą. Gandar wsadził wielką pochodnię w uchwyt w ścianie, wskazał na właz i powiedział „to tutaj.” Zaparł się i całym ciałem naparł na pokrywę. Widziałem jak jego ogromne mięśnie napinają się i pracują. Nawet dla tak rosłego człowieka, odsłonięcie pokrywy stanowiło problem. W końcu jednak wejście do grobowca stanęło dla nas otworem. „Powodzenia” - rzekł olbrzym i wskazał ręką w kierunku otwartego teraz korytarza.

Wchodząc do środka powiedziałem: „Gandarze nie zamykaj przypadkiem tych drzwi, bo nigdy stad nie wyjdziemy.” Olbrzym uśmiechnął się tylko i powiedział „Gandar nie zamknie, Gandar będzie tu czekał nawet wiele godzin jeśli będzie trzeba.” Weszliśmy do środka. Zaproponowałem, że to ja pójdę pierwszy i zbadam czy na drodze nie ma jakiś pułapek. Sheila z Tomosem jak zwykle mnie nie słuchali i po chwili Sheila wypowiedziała słowa: „niech Kris idzie pierwszy, żeby nie było tak jak z Aramisem”. Pokręciłem tylko głową, zastanowiłem się czy jestem aż takim złym człowiekiem, że bóg skazuje mnie na wieczne szarganie mi nerwów przez tą dwójkę. Jak się okazało korytarz ku naszemu zadowoleniu nie został naszpikowany pułapkami. Lecz nauczony doświadczeniem, nie straciłem czujności i nadal upierałem się przy tym, że będę szedł przodem. Ciągle miałem przed oczami widok Aramisa, z bełtem sterczącym z jego piersi. Nie chciałem by coś takiego znów miało miejsce.

Ostrożnie dotarliśmy w końcu do dużej okrągłej komnaty. Na środku sali stał trzymetrowy posąg, a dookoła niego 5 gigantycznych rzeźb olbrzymów, które na swych barkach trzymały sklepienie. Ostrożnie i powoli podszedłem w kierunku posągu. Kunszt z jakim został wykonany pomnik, nawet dla mojego średnio czułego na sztukę wzroku, budził szacunek. Pierwsza myśl jaka przeszłą mi przez głowę, że to prawdziwy olbrzym, zamieniony w kamień jakimś potężnym zaklęciem petryfikacji. Lecz wiedziałem, że to tylko wyobraźnia. Pomnik ten bowiem był najdoskonalszą rzeźbą, przedstawiającą wielkiego Richitera. Ściągnąłem hełm, uklęknąłem na jedno kolano i z szacunkiem odmówiłem modlitwę. Uczucie jakie mnie przepełniało było wspaniałe. Przez tą chwile czułem się jakbym był w świątyni Richitera w Dermath. Tak dawno nie miałem możliwości zawitać do domu Pana, że upajałem się tą chwilą. Tomos i Sheila patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem. Musiałem wytłumaczyć im, kogo przedstawia ten posąg. W ich stronach kult Richitera nie istniał. Po chwili wróciłem do badania pomieszczenia. Za każdym z 5 gigantycznych posągów była zamknięta okrągła płyta wejściowa, taka sama jaką Gandar otworzył nam na górze. Przyjrzeliśmy się wszystkim, tylko na jednym widniał symbol, o jakim wspominał nam Gandar. Zaparliśmy się i całą siłą pchnęliśmy właz. Pokrywa ani drgnęła. Jako że wiara góry przenosi, pogrążyłem się w modlitwie. Poprosiłem Richitera by dał nam siłę, potrzebną do odepchnięcia pokrywy. W trakcie mej modlitwy, wydarzyło się coś dziwnego. Na początku złotym blaskiem rozbłysł się mój medalion, potem posąg Richitera, a na końcu pięć podtrzymujących sklepienie posągów olbrzymów. Z zapałem przystąpiłem do przesuwania włazu. Niestety ten nawet nie drgnął. Wierzę w to, iż był to boski znak, niestety nie umiem go do teraz zinterpretować. Znudzony Tomos jak to on, chodził po pomieszczeniu i marudził. Sheila natomiast oglądała dokładnie pomnik Richitera. „Krisie” – zawołała, „podejdź no tu i zobacz, czy potrafisz odczytać to co jest napisane na mieczu.” Faktycznie, na mieczu, który dzierżył w rękach mój ukochany bóg, widniał jakiś napis. Niestety, prawdopodobnie w języku olbrzymów, którego nie znałem. Nie posunęliśmy się do przodu ani o jotę. Sheila wskazała mi, także dziwy okrąg dookoła posągu. Miecz, na którym opierał się Richter, wisiał dokładnie kilka milimetrów nad linią wyżłobioną w podłożu. Obszedłem posąg dookoła i przed oczami zobaczyłem przyrząd, którym posługiwał się kapitan statku, którym przypłynęliśmy do Zielonego Portu. Mianowicie nazywał to cyrklem i w jakiś sposób pomagało mu w nawigacji. Uśmiechnąłem się i powiedziałem: „musimy posąg obrócić twarzą w kierunku właściwego grobowca.” Zanim wypowiedziałem do końca to zdanie, Tomos już z zapałem napierał na posąg. Jako, że szło mu to wybitnie opornie, wraz z Sheilą pomogliśmy mu pchać. Posąg powoli, przy akompaniamencie naszych jęków, obracał się. Po kilku minutach był ustawiony twarzą do grobowca. Niestety nic się nie stało. Moja bezsilność zaczynała mnie przygnębiać. Dogadywanie Tomosa ze to mój bóg i powinienem wiedzieć co zrobić, dodatkowo pogłębiało to uczucie. Sheila jeszcze raz zaczęła przyglądać się rzeźbie, w końcu powiedziała, aby Tomos wszedł na posąg i zobaczył czy nie da się jakoś ruszyć miecza. Zanim zdążyłem zaprotestować, Tomos siedział na ramionach Richitera, widocznie dobrze się bawiąc, widząc moje niezadowolenie z tego faktu. Po chwili obserwacji oznajmił nas, że rzeźba ma prawdopodobnie ruchome ramiona. Zaparliśmy się i spróbowaliśmy podnieść miecz tak aby wskazywał grobowiec. Udało się, kiedy tylko miecz został uniesiony, usłyszeliśmy jakiś mechanizm, który odblokował przejście. Ostrożnie wstąpiłem do nowo otwartego tunelu.

Tym samym szykiem posuwaliśmy się powoli do przodu. Już po chwili zobaczyliśmy, że tunel kończy się ścianą. Na ścianie, zbudowanej tak jakby z setek małych cegiełek, widniało mnóstwo symboli. Postanowiłem poszukać symbolu, który widniał na drzwiach grobowca (półksiężyc z pięcioramienną gwiazdą). Po chwili znalazłem go. Wyciągnąłem rękę, aby go nacisnąć. Coś wewnątrz mnie powiedziało, że to by było za proste. Usłyszałem jeszcze głos Sheili „Krisie nie!” Niestety mimo, iż w ostaniej chwili zrozumiałem swój błąd, nie dałem rady już cofnąć ręki. Dotknąłem cegiełki, która momentalnie zapadła się w głąb ściany. Tylko ułamek sekundy był potrzebny zapadni, umieszczonej pod nami, na zupełne otwarcie się. Polecieliśmy w dół. Na szczęście pionowy lot nie był długi, już po chwili spadliśmy na pochyłą, zawijająca się w długi ślimak, kamienną rynnę. Powierzchnia, po której jechaliśmy, była doskonale wypolerowana, nabieraliśmy prędkości. Na nasze szczęście, zanim pochodnie wypadły nam z rąk, zobaczyliśmy, iż przed nami na wysokości około metra widnieje ostrze. W ostatnie chwili przywarliśmy plecami do pochylni. Gdyby zsuwał się tu olbrzym, zapewne zostałby zgilotynowany.

Wylądowaliśmy w kompletnych ciemnościach. Po upewnieniu się, że wszyscy żyjemy, po omacku znaleźliśmy pochodnie i skrzesaliśmy ogień. Naszym oczom ukazał się widok, którego nikt z nas się nie spodziewał. Był to grobowiec, lecz był splądrowany, a na podłodze leżało kilkanaście ciał. Ciała były świeże i co najważniejsze, były to zwłoki jakiś humanoidalnych, wielkich jaszczurów. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jaszczury weszły do grobowca i któryś w czasie plądrowania centralnego sarkofagu, uruchomił pułapkę. Reszta istot w panice rozbiegła się, aktywując coraz to więcej pułapek. Nakazałem Sheili i Tomosowi zostać z tyłu, a sam niemal czołgając się, z nosem przy ziemi, posuwałem się w kierunku sarkofagu, oznaczając miejsca gdzie mogą być jeszcze aktywne pułapki. Kiedy doszedłem do sarkofagu, stało się jasne, że został splądrowany. W środku nie było ani Zerrikana, ani Księgi Mistrzów Zan. Obszedłem ostrożnie pomieszczenie, zaznaczając miejsca, gdzie nadal były aktywne pułapki. Doszedłem do wyrwy w ścianie po drugiej stronie, przez wyrwę prowadziło wiele śladów, zarówno do środka grobowca jak i na zewnątrz. Ruszyliśmy za śladami. Zaraz za wyłomem tunel był już tworem natury. Była to po prostu podziemna jaskinia. Ostrożnie, żeby nie wpaść przypadkiem na jaszczury, posuwaliśmy się po śladach. Kluczyliśmy około 2 godzin, tak myślę, czas mogliśmy odmierzać jedynie po tym, ile pochodni się spaliło.

Doszliśmy do miejsca, w którym korytarz jaskini kończył się rozlewiskiem wodnym, wypływającym spod ściany. Ślady prowadziły bezpośrednio do wody. Na samą myśl o zanurzeniu się w tej brudnej lodowatej wodzie, przeszedł mnie dreszcz. Jako, że wśród nas tylko Tomos dobrze czuje się w wodzie, to na niego padło zbadanie tunelu pod wodą. Tomos rozebrał się ze swych mnisich szat, zrobił krótką rozgrzewkę, po czym z głupim wyrazem twarzy, zniknął pod wodą. Nie było go dobre kilkanaście minut. Nie wiedzieliśmy co robić. Nikt z nas, ni Sheila, ni ja, nie pływaliśmy, a co dopiero mówić o nurkowaniu. Na szczęście Tomos wypłynął i powiedział „nie jest źle, to tylko 10 metrów pod wodą.” „10 metrów bogowie, nie dam rady” - strach jaki mnie ogarniał, powoli paraliżował moje członki i przyćmiewał racjonalne myślenie. Tomos wpadł na pomysł, że przeciągnie na drugą stronę linę, tam ją zamocuje i nie będziemy musieli płynąć, tylko wstrzymać oddech i przeciągnąć się pod wodą. Kiedy Tomos przeciągał linę na drugą stronę, ja z kawałka swojej, zrobiłem uprząż, która miała zapobiec spadaniu na dno, gdyby komuś wypadła z rąk lina, którą przeciągać miał Tomos. Z duszą na ramieniu wszedłem do wody. Pomyślałem: „raz kozie śmierć” i gwałtownie zanurkowałem. Kiedy zalała mnie czarna, przenikliwie zimna toń, spanikowałem. Wyskoczyłem z wody i pierwszą moja myślą było, że nie dam rady. Odruchowo dotknąłem mojego medalionu, uspokoiłem się, wyrzuciłem z głowy złe myśli. Puściłem Sheilę, aby poszła pierwsza, a sam pogrążyłem się w modlitwie, prosząc boga o siłę i wytrwałość. Uspokoiłem oddech i sam spróbowałem przedostać się pod wodą. Dzięki linie oraz przy pomocy Tomosa, szczęśliwie przedostałem się na drugi brzeg.

Naszym oczom ukazała się jaskinia, znacznie większa niż ta, z której przypłynęliśmy. Woda rozlewała się prawie na całej jej powierzchni, jedynie przy końcu widniał wąski brzeg. Po przeciwległej stronie jaskini na jej końcu widniały cztery wejścia do tuneli. Trzy dostępne zaraz z brzegu i czwarte na wysokości kilku metrów. Pozostaliśmy ukryci w cieniu, ze skrajnego lewego tunelu wyszedł nagle patrol 7 jaszczurów. Byliśmy poza zasięgiem światła, nie dostrzegli nas. Sheila zapytała się: „co robimy? czy naszym celem nadal jest zdobycie miecza czy tylko wydostanie się na powierzchnie?” Ja byłem za tym, że mamy odszukać miecz. Tomos i Sheila twierdzili natomiast, że powinniśmy się skupić na odzyskaniu wolności. Sheila w sumie słusznie powiedziała, że nierozsądnie by było, żeby pieśń, którą z takim trudem i poświeceniem zdobyliśmy, wszak zginął za nią Aramis, została pochowana w tych jaskiniach razem z nami. Tomos argumentował tym, że nie oszukamy olbrzyma, przecież obiecaliśmy mu, że przyniesiemy miecz z grobowca, a nie że będziemy uganiać się za nim po jakiś jaskiniach, pełnych uzbrojonych we włócznie jaszczurów. Z niechęcią przyznałem im rację. Mieliśmy nowy cel, wydostać się na powierzchnię. Wybraliśmy odnogę, z której przyszedł patrol. Tomos, jako że porusza się najszybciej i najciszej z nas, szedł przodem, aby ostrzegać nas, przed nadciągającymi patrolami. Udało nam się w ten sposób omijać patrole i uniknąć nierównej walki. W pewnym momencie wrócił Tomos z niewesołą miną, tunel doszedł do pomieszczenia pełnego jaszczurów. Musieliśmy się wycofać. Wróciliśmy do jaskini i wyruszyliśmy do środkowego przejścia. Szliśmy w tym samym szyku. Tomos z przodu, my nieznacznie za nim. W pewnym momencie, ja i Sheila, usłyszeliśmy kroki za nami. Podbiegliśmy do Tomosa, który stał akurat w pomieszczeni, z którego schody prowadziły na górę. Przedstawiliśmy mu sytuację, mieliśmy trzy wyjścia zostać i walczyć, skryć się pod schodami, albo uciekać po schodach w górę. Wybraliśmy wspinaczkę po schodach. Schody te wykonane już były przez czyjeś ręce. Kiedy weszliśmy na ich szczyt, naszym oczom ukazał się tunel. Zdecydowanie wybudowany i zdecydowanie bardzo stary. Nad wejściem do korytarza widniał wyrzeźbiony symbol kobry, spowitej w płomienie. Ruszyliśmy szybko do przodu, kroki które słyszeliśmy za nami przybliżały się. Doszliśmy do skrzyżowania, postanowiliśmy się ukryć w jednej z ciemnych odnóg. Przyczajeni, poza zasięgiem światła, obserwowaliśmy korytarz, z którego przyszliśmy. Naszym oczom ukazał się następujący widok: najpierw przeszło 4 jaszczurów, potem sponiewierany związany człowiek, a zanim jeszcze 2 jaszczurów. Zagotowało się we mnie.

Prawie machinalnie, nie zastanawiając się nad tym co robię, naładowałem kuszę i wybiegłem na korytarz. Nie lubię strzelać nikomu w plecy, więc krzyknąłem „Richterze daj mi siłę, by przeciwstawić się temu plugawemu kultowi.” Już w tym momencie biegł koło mnie Tomos, nabierając szybkości, by uderzyć z impetem. Jego dłonie, zamienione w straszliwe szpony, cięły ze świstem powietrze. Nauczony kilkoma wspólnymi walkami, biegł pod ścianą, abym miał wolne pole do strzału. Jaszczury obróciły się w naszym kierunku i zaczęły biec z podniesionymi włóczniami. Dwa celne strzały ostudziły ich zapał, kolejne dwa wysłały je do krainy wiecznych łowów. Pozostała czwórka przestała interesować się jeńcem, zaczęli umykać w kierunku pomieszczenia na końcu korytarza. Sheila już też zdążyła mnie wyprzedzić i biegła za Tomosem. Ruszyłem za nimi. Nie zdążyłem przebiec nawet kilku kroków, kiedy rozległ się donośny dźwięk gongu, bijący na alarm.

Kiedy wbiegłem do pomieszczenia, moim oczom ukazało się coś na kształt jakiejś starożytnej świątyni. Po środku ział otwór w ziemi, koło niego, z wielkiego paleniska, buchał wysoki, na kilka metrów, ogień. Na końcu pomieszczenia, po obu dwóch stronach jamy, klęczało po 3 jaszczurów, pogrążonych w jakimś transie. Tomos z niesamowitą szybkością, przebył drogę, dzielącą go od klęczących jaszczurów i bezlitośnie i szybko pozbawiał ich życia. Ja z kuszy szyłem do pozostałej trójki. Sheila zajęła się tym, który bił w gong oraz trójką, która uciekła z korytarza. O dziwo nie stawiali oporu, po prostu dali się zabić. Stali jak w transie. Cała walka trwała dosłownie kilkanaście sekund, kiedy to z jamy, w ziemi, usłyszeliśmy potworny ryk. Z dołu wyłoniła się najpierw ogromna, płonąca i doszczętnie zwęglona łapa, potem reszta ogromnego, składającego się ze zwęglonego ciała monstrum. Ogromny stwór dzierżył w spalonej dłoni ogromny, płonący bicz. Rozejrzał się, ryknął, całe pomieszczenie przepełniło się smrodem palonego ciała. Bicz zaczął śmigać z niewyobrażalną wręcz prędkością i precyzją. Zaatakowaliśmy równocześnie usiłując okrążyć wroga. Lecz długi bicz i szybkość z jaką się nim posługiwał, skutecznie ostudził nasze zapały. Praktycznie całą uwagę poświęcałem na obronę. Tylko chwila nieuwagi i bicz przejechał po mojej zbroi. Niewyobrażalny ból, czułem się jakbym palił się żywcem. Zaryzykowałem i wyprowadziłem kilka szybkich ataków. Nawet mi się udało dosięgnąć bestię. Lecz moje ataki chyba nie wywarły na nim wrażenia. Kiedy mój miecz ranił demona, jego rękojeść rozgrzewała się do tego stopnia, że parzyła me dłonie i tylko cudem go nie wypuściłem. Przybrałem całkowicie defensywną postawę i krzyknąłem w kierunku Sheili i Tomosa „wycofujemy się w kierunku wody.” Sheili nie trzeba było powtarzać dwa razy, Tomos troszkę zwlekał. Ja ich w to wrobiłem, więc ja muszę osłaniać tyły. Dopiero kiedy Tomos i Sheila byli za mną, ruszyłem do odwrotu. Wiedziałem, że muszę osłaniać ich plecy. Kiedy zrezygnowałem całkowicie z atakowania i skupiłem się na obronie, nawet jakoś dawałem sobie radę i tylko nieznacznie cierpiałem z powodu śmigającego bicza. Kiedy zobaczyłem, że Sheila z Tomosem są już w tunelu, ruszyłem pędem za nimi. Tunel był na tyle wąski, że znacznie utrudnił płonącemu potworowi manewrowanie biczem, to była nasza jedyna nadzieja. Tomos dawał sobie znakomicie radę, natomiast Sheila miała widoczne problemy z tym, by trzymać tempo. Dobiegłem do niej, chwyciłem pod ramię i pomogłem biec. Przed nami biegło w naszą stronę 3 jaszczurów, „przebijamy się!” - krzyknął Tomos – „nie wdajemy się w walkę.” Wyciągnąłem tarczę przed siebie i z całym impetem wbiegłem miedzy jaszczury. Udało mi się przebić, Tomos i Sheila nie mieli tyle szczęścia. Obróciłem się na pięcie i na odlew ciąłem jednego z jaszczurów, ich szyk złamał się w momencie, kiedy zobaczyły nadbiegającego, płonącego potwora. Sheila i Tomos wykorzystali to i przedarli się za nich. Trzaskający bicz zmiótł pozostałe dwa jaszczury. Znów chwyciłem Sheilę pod ramię i pociągnąłem za sobą. Dobiegliśmy do skrzyżowania, w którym to wszystko się zaczęło, a z prawej strony wyszedł ogromny jaszczur. Wypchnąłem Sheilę za siebie i zaatakowałem z impetem. Obok mnie wyrósł jak z pod ziemi Tomos. Jaszczur nie mógł wiedzieć, że rozpędzony Tomos jest niczym kosa, tnąca źdźbła trawy. Z wielkim impetem wbił swoje szpony, w zaskoczonego tym faktem jaszczura. Zaskoczenie minęło szybko, tak szybko jak wyciekła krew z jego rozoranego, na całej długości gardła. Jaszczury, które biegły na pomoc, prawdopodobnie swojemu przywódcy, gdy tylko zobaczyły jego szybką i brutalną śmierć, straciły zapał do walki, porzuciły broń i uciekły w popłochu.

Dopadliśmy schodów i na złamanie karku biegliśmy na dół. Wiedzieliśmy, że goniące nas monstrum, będzie miało problem żeby po nich zejść. Dobiegliśmy do jaskini z jeziorkiem, powiedziałem, żeby Tomos przeprawił najpierw Sheilę. Sam naładowałem kuszę i czekałem na powrót Tomosa. Tak jak przypuszczaliśmy, potwór nie umiał zejść ze schodów lecz to go nie powstrzymało, pokazał się w czwartym tunelu, umiejscowionym kilka metrów nad ziemią. Przycelowałem i wypuściłem dwa bełty równocześnie. Stwór wpadł do wody, momentalnie buchnęły obłoki gęstej pary, przez ułamek sekundy myślałem, że już się więcej nie pojawi. Myliłem się. Wyłonił się z wody i zamachnął biczem w mym kierunku. Niewiele myśląc, zanurkowałem. Chyba tylko dzięki łasce Richitera udało mi się przebrnąć na drugą stronę. Wydobyłem z torby dwie mikstury lecznicze, jedną wypiłem sam, drugą podałem Sheili. Udaliśmy się w kierunku grobowca. Dosłownie po kilku chwilach, usłyszeliśmy za sobą odgłosy pogoni. Na szczęście mikstury powoli zaczynały działać, przyspieszyliśmy kroku. Całą drogę do grobowca wysłuchiwałem obelg pod swoim adresem. Kiedy byliśmy blisko grobowca powiedziałem, że jedyną naszą nadzieją jest to, że pogoń wpadnie w resztę pułapek. Dotarliśmy bezpieczną drogą do rampy, którą zjechaliśmy do grobowca. Wdrapaliśmy się tak wysoko jak tylko się dało, aby się znów nie ześliznąć, mieliśmy tylko nadzieję, że jaszczury będą mniej zwinne i nas tu nie dostaną. Ku naszemu szczęściu tak właśnie było. Szczytem szczęścia było to, że znów, któryś nieostrożny jaszczur, wdepnął w pułapkę, w efekcie powstałej paniki kilka jaszczurów padło martwych i zrezygnowały z dalszego nękania nas.

Wspólnie doszliśmy do wniosku, że jedyną rozsądną drogą ucieczki, będzie próba wdrapania się na górę. Mimo moich obaw, że zapadnia, która się pod nami otwarła, na pewno już jest zamknięta, zgodziłem się z tym pomysłem, jako iż niemieliśmy innego. Wyciągnąłem swój pergamin z czarem pajęczy chód, zakupiony jeszcze w Dermath. Wspomagany magią, wspinałem się w górę, kiedy poczułem, że moc czaru przestaje działać, dostrzegłem ostrze, które wcześniej o mało nas nie pozbawiło życia. W ostatniej chwili rzuciłem kotwiczką, na szczęście trafiłem, kotwiczka pewnie zaczepiła się o ostrze.