Wyruszyliśmy w dalszą drogę do Faktrii, według naszych obliczeń mieliśmy około pięciu dni drogi. Podróżowałem w milczeniu, śmierć Aramisa odcisnęła na mojej osobie duże piętno. Na pierwszym postoju postanowiłem objąć pierwszą warte. Wartę tą zazwyczaj pełnił Aramis. Kiedy przyszedł czas na Sheilę, obudziłem ją, pomodliłem się, prosząc o pokój ducha Aramisa oraz o powodzenie naszej misji i położyłem się spać. Ze snu wytrącił mnie jakiś ruch w obozowisku. Nie zdradzając się z tym, że nie śpię, czujnie obserwowałem obozowisko. Do Sheili podszedł jakiś podróżny i zapytał czy może dosiąść się do ogniska. Jako że tereny, po których podróżujemy, nie należą do bezpiecznych, wzmogłem moją czujność. Po chwili obudził się Tomos, zapytał Sheilę czy wszystko w porządku, więc i ja ujawniłem, że nie śpię. Przysiadłem się do ogniska i pogrążyliśmy się z przybyszem w rozmowie. Jak okazało się Kartis podróżuje do Paddar - stolicy Tragonii, w celu doskonalenia swych umiejętności magicznych. Rozmowa płynęła wyjątkowo miło. Kartis pochodził z Arkanii, państwa które jest sojusznikiem mojej ojczyzny.
Jako że od prawie 2 lat przebywam daleko od ojczyzny, głodny byłem wiadomości z tamtych regionów świata. Niestety, podróżnik o wydarzeniach z Imperium wiedział niewiele. Natomiast dowiedziałem się, że Arkania pogrążyła się w wojnie domowej. Imperium wystawiło armię, która w wojnie tej stoi po stronie namiestnika króla. Do wojny domowej doszło w momencie, w którym wybrany został namiestnik króla, jako że władca podupadł na zdrowiu psychicznym i nie mógł dalej rządzić krajem. Wtedy to do głosu doszły ambicje pozostałych władyków i rozgorzała wojna. Gawędziliśmy tak prawie do świtu, po krótkim śnie wędrowiec wyruszył w drogę, a na odchodnym powiedział nam, że w Gardionie Wschodnim ktoś pytał o grupę ludzi, pasujących do naszego opisu. Życzyliśmy sobie szczęśliwej drogi i ruszyliśmy w swoich kierunkach. Był 15 październik, dzień mojego comiesięcznego postu. Podróżowaliśmy w milczeniu.
Około południa, zza pobliskiego wzniesienia, usłyszeliśmy nadludzko głośny okrzyk oraz odgłosy walki. Tomos, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, ruszył biegiem na wzgórze, obrócił się do nas, krzyknął „do ataku!” i znikł za wzgórzem. Pobiegliśmy za nim. Ze wzgórza roztaczał się następujący widok: 3 ogry otaczały olbrzymiego człowieka. Człowiek ten, mierzący około trzy metry wzrostu, zakuty był w ciężki pancerz i wymachiwał niewyobrażalnie wielkim mieczem. 2 ogry leżały już martwe u jego stóp. Tomos, z ogromną szybkością, biegł w kierunku jednego z ogrów. Sheila przeklęła coś pod nosem, powiedziała „Tomos jak ja to przeżyję to cię zabiję”, i z dzikim okrzykiem ruszyła na ogra. „Bogowie” – pomyślałem, „jeśli to przeżyjemy to postaram się wskrzesić Tomosa po tym jak zabije go Sheila i ponownie ubić.” Błyskawicznie naładowałem kuszę i wystrzeliłem w stronę ogra, którego atakował już Tomos. Bełty trafiły chyba w jakiś wyjątkowo twardy kawałek skóry opinający ich ciała, bo ogr nawet nie zauważył, że został trafiony. Kiedy ja ładowałem następny bełt, Sheila dobiegała już do celu, a Tomos upadł i z wielkim trudem podnosił się trzymając za głowę. Ogr już prawie miał na widelcu Tomosa, na jego szczęście Sheila odciągnęła uwagę ogra. Wiedziałem, że muszę się skupić i trafić perfekcyjne. Przyłożyłem kuszę i starannie przycelowałem. W Tym czasie Sheila oberwała solidnie maczugą, którą wywijał ogr. Tomos dalej kręcił się i chwiał, trzymając za głowę. Tylko moje największe skupienie, nie pozwoliło mi od razu nacisnąć na spust, w momencie kiedy Sheila dostała. Modliłem się w myślach o to, aby Sheila wytrzymała jeszcze kilka sekund. W końcu ogr stał idealnie na linii mego strzału. Wypuściłem bełt, który przeszył jego szyję. Ogr, jak gdyby w zwolnionym tempie, zaczął się chwiać, po czym przykląkł na jeno kolano i wypuścił swą broń. Życie szybko uchodziło z niego, wraz z krwią wylewającą się z jego tętnicy. Kiedy my uporaliśmy się z jednym ogrem, olbrzym dobijał właśnie ostatniego z pozostałych. Tomos, który całkiem otrząsnął się, podniósł dłoń i wykrzyczał „witaj, jestem Tomos przybyliśmy z odsieczą.” Olbrzym odpowiedział w języku Północy „rzućcie broń!” Napięcie podniosło się trochę, ale w końcu doszliśmy do porozumienia i wszyscy schowaliśmy broń.
Olbrzym przedstawił się jako Gandar, podziękował za pomoc, ponarzekał na to, że niewielu w dzisiejszych czasach ludzi honorowych i walecznych. W ramach podziękowania, zaprosił nas do swego domu na poczęstunek. Jego domem okazało się obszerne pomieszczenie wykute w skale. Jak później dowiedzieliśmy się, była to bardzo stara twierdza olbrzymów. Nasz gospodarz usadziwszy nas przy stole, przyniósł ogromną baryłkę wina. Poczęstował nas też mięsem, z pieczonego na ogromnym ruszcie jelenia. Jako że był to dzień postu, stanowczo odmówiłem jedzenia i napitku, zadawalając się kubkiem czystej wody z górskiego źródła. Po kilku namowach z naszej strony, olbrzym opowiedział o swym losie, skąd się tu wziął i co dzieje się z jego pobratymcami. Onegdaj, olbrzymy w tych stronach walczyły u boku Rycerzy Krwi, podczas wojny z Zanzibarrem. Lecz teraz ludzie stracili szacunek do olbrzymów, a one same żyją na wygnaniu na Południu. W Entracji olbrzymy są specjalnie hodowane, są tam cennymi niewolnikami. Gospodarz nam opowiedział, że wiele lat szukał tego miejsca, gdzie to w jednym z grobowców schowany jest legendarny miecz, Zerrikan, który rzekomo ma scalić wszystkie plemiona olbrzymów i zwrócić im wolność. Zapytany dlaczego nie weźmie miecza, skoro odnalazł grobowiec, w którym jest schowany, zasępił się i posmutniał. Z początku nie chciał powiedzieć, lecz po naszych namowach przyznał się, że przodkowie, którzy składali miecz do grobowca, wyryli nad wejściem do niego inskrypcję. Inskrypcja ta wyraźnie mówi, że nikt z jego rodu nie może wstąpić na teren grobowca, gdyż z miejsca zostanie porażony gromem i zginie.
Tomos oczywiście nie wytrzymał i zapytał Gandara czy ten wierzy w jakieś tam stare inskrypcje. Olbrzym do tego tematu podszedł bardzo poważnie i rzekł, że przodkowie nigdy nie kłamią i wie, że on tam nie może wejść. Tomos, niewiele myśląc, powiedział, że my chętnie przyniesiemy mu ten miecz. Olbrzym zamyślił się na dłuższą chwilę, po czym wyszedł z pomieszczenia i powiedział abyśmy zaczekali. Po chwili przyszedł, podszedł do mnie i gwałtownym szybkim ruchem sięgnął po mój amulet z symbolem ukochanego Richitera. Kiedy tylko olbrzym dotknął medalionu, usłyszeliśmy głośny huk. Olbrzym leżał na ziemi, kilka metrów dalej i pospiesznie ściągał z ręki dymiącą bransoletę w kształcie węża. Błyskawicznie doskoczyłem do olbrzyma z mieczem. Lecz olbrzym śmiał się pod nosem. I powiedział „Spokojnie szlachetny Krisie, musiałeś przejść test. Przodkowie przewidują bowiem, że to szlachetny i gorliwy wyznawca Richitera odzyska legendarny miecz. Teraz widzę, iż przepowiednie mówiły o was.” Uwierzyłem mu, ale już bardziej czujny powróciłem do stołu. Olbrzym opowiedział o tym, że przepowiednia mówi, że tylko dwie rzeczy mogą zostać wyniesione z grobu. Miecz i księga Mistrzów Zan. Księga będzie naszą zapłatą za odzyskanie miecza. Księga ta ponoć w jakiś sposób, ma podnieść nasze umiejętności bojowe. Jako że Sheila czuła się nienajlepiej, po ciosie otrzymanym od ogra, postanowiliśmy, nauczeni doświadczeniem, że w grobowcach różnie bywa, iść tam za kilka dni, abyśmy byli w pełni sił. Na to stwierdzenie olbrzym znów wyszedł z pomieszczenia i wrócił po chwili z dużym kielichem. „Tu macie wodę ze źródła przodków, wyprosiłem dla was u mych przodków łaskę. Napijcie się po łyku z tego kielicha prześpijcie się, a rano będziecie zdrowi.” Tomos odmówił, natomiast Sheila i ja napiliśmy się. Mi doskwierały jeszcze nie do końca zagojone rany z pojedynku. Udaliśmy się na spoczynek.