Kronika

Kroniki I: Miasto Mgieł

Po śmierci Aramisa Kriss przejmuje pamiętnik, mierzy się z żałobą i w Mieście Mgieł staje do pojedynków, które mają pomścić jego brata.

7.06.2026 • Prosiak • Kriss Lazarus • Kroniki Krissa Lazarusa

Cóż, jako że pozostałem jedynym spadkobiercą po Aramisie (a przynajmniej tak myślę), postanowiłem, że teraz ja będę pisać teraz tu swoje wspomnienia...

Zatem zacznę od dnia kiedy znalazłem i przeczytałem ten pamiętnik. Aramis oddał życie wczorajszego dnia. 15 września Ery Odrodzenia złożył je w ofierze na rzecz walki o słuszną sprawę. Zginął w honorowym pojedynku, umarł w sposób godny wielkiego wojownika i prawego człowieka. Myślę, że Wielki Richter w swej nieskończonej mądrości docenił to jak Aramis wiernie mu służył i teraz siedzi po jego prawicy. Śmierć mego brata napełniła mnie smutkiem tak ogromnym, iż przysłonił radość jaka powinna wypełnić mnie po wykonaniu zadania. Jeszcze tego samego wieczoru los dal mi możliwość pomszczenia jego śmierci w honorowy sposób. Dziwna persona, jak się później okazało wysłaniec samego Władcy Miasta Mgieł zaproponował, iż umożliwi mi pojedynek z wojem, który usiekł Aramisa. Powiedział jednak, że będę musiał stoczyć dodatkową walkę. Przepełniony wściekłością, potęgowaną smutkiem, przystałem na tę propozycję. W duchu obwiniałem sam siebie, że pozwoliłem Aramisowi walczyć w jakiś niewytłumaczalny sposób, czułem, że to ponad jego siły. Jednak przyzwyczajenie do tego, że to on jest moim przełożonym, wzięła górę i nie upierałem się aby walczyć.

Kiedy dopilnowaliśmy aby ciało Aramisa zapewnione miało należyty pochówek, udałem się do świątyni Razina na całonocne modły, poświęcone duszy mego brata. W trakcie nocnego czuwania musiałem przysnąć w ławie zmęczony trudami całego dnia. Nawiedził mnie koszmar, stałem na dziwnej polanie, nad moją głową niebo o stalowoszarym kolorze, po którym z prędkością galopującego konia mknęły poszarpane brzydkie chmury. Daleko z przodu zobaczyłem dziwną postać. Istota ta na pierwszy rzut oka była kobietą z koroną na głowie. Jej twarz jednak była pozbawiona ciała. Korona spoczywała na nagiej czaszce. Obudziłem się z krzykiem. Obok mnie na podłodze leżał roztrzęsiony kapłan Razina. Kiedy pomogłem mu dojść do siebie, powiedział tylko: „ona się przebudziła” i ze strachem w oczach odszedł. Miałem nieodparte wrażenie, że całe miasto w taki czy inny sposób poczuło to co ja. Nastał dzień w którym pochowaliśmy Aramisa do ziemi. Pod koniec pogrzebu po raz kolejny wydarzyła się dziwna sprawa, istota z mojego koszmaru pojawiła się na cmentarzu na czarnym rumaku przyodzianym w ozdoby ze srebrnych czaszek. Postać stała nad grobem Aramisa tylko chwilę. Wystarczyło, że na chwilę odwróciłem od niej wzrok w kierunku kapłana osuwającego się na ziemie. W tej krótkiej chwili zniknęła. Był to ten sam kapłan, który modlił się ze mną w świątyni. Odniosłem wrażenie, że tylko kapłan i moi towarzysze obecni na pogrzebie widzieli to dziwne wydarzenie. Mocno wystraszeni podeszliśmy do sługi Razina i przypomniawszy mu się poprosiłem o wyjaśnienia. Istota, którą widzieliśmy to An-Ksienamei, nowy bóg zasiadający w części panteonu zarezerwowanej wcześniej dla Razina. Jak wytłumaczył nam kapłan zaczął się „bój” o dusze zmarłych ludzi. Tak jak zadaniem Razina było przeprowadzenie duszy do krainy wiecznego spokoju, tak zadaniem An-Ksienamei jest skuszenie jej fałszywymi obrazami i zamknięcie ich na swój własny użytek. Kapłan zdziwiony był, iż my także widzieliśmy An-Ksienamei. Starało sobie i nam wytłumaczyć, iż być może silna wiara chowanego właśnie Aramisa jak i nasze silne przywiązanie do niego było tego powodem. Ze strachem i niepokojem zapytałem czy dusza Aramisa została zatem przez nią porwana. Kapłan uśmiechnął się smutno i powiedział „tę bitwę przegrała, chowany dziś człowiek był silnej wiary”.

Do dnia pierwszego pojedynku zająłem się sprzedażą rzeczy po Aramisie. Z uzyskanymi pieniędzmi udałem się do maga, aby zakupić coś, co sprawi, iż poczuję się pewniej podczas pojedynku. Wybrałem rękawice, które miały rzekomo poprawić moje skupienie i szybkość ataku. Po kilku sparingach z Sheilą, stwierdziłem, iż zakup był trafiony.

Nadszedł dzień pierwszego pojedynku. Cały strach i nerwy usiłowałem zabić niewyszukanymi żartami i głupim humorem. Niewiele to dało, na arenę wchodziłem ze ściśniętym gardłem. Walka tym bardziej była dla mnie trudna, wiedziałem, że nie mogę w tej walce ujawnić wszystkich swoich atutów, których miałem zamiar użyć w walce z halabardnikiem. Chciałem wybadać przeciwnika, pewnie zasłoniłem się tarczą aby poznać jego szybkość i siłę, przyjąłem postawę defensywną. Kto wie czy ten ruch nie uratował mi życia. Przeciwnik niespodziewanie i szybko rzucił we mnie trójzębem. Jedynie to, że pewnie trzymałem tarczę, za którą się skryłem, uratowało mnie od śmiertelnej być może rany. Kiedy trójząb upadł kilka kroków koło mnie, odbity po silnym uderzeniu, mój przeciwnik stał bezbronny. Zasłaniając się tarczą starał się podnieść swój oręż. Na szczęście mój szybki atak i dwa wprawne cięcia osłabiły go na tyle, iż momencie w którym sięgał po broń chwiał się już na nogach. Dosyć głośno wypowiedziałem słowa poddaj się a daruję ci życie. Zastanawiał się przez chwilę, po czym krzyknął, że poddaje się. Tłum ryknął niezadowolony, w powietrzu czuć było żądzę krwi. W nosie miałem tłum i jego żądze. Mój cel został osiągnięty.

Kilka godzin po walce, do karczmy w której przebywaliśmy, przybył wojownik, z którym toczyłem pojedynek. W podziękowaniu za darowanie mu życia, dał mi woreczek z trzema miksturami. Były tam mikstura siły oraz dwie leczące. Przyjąłem je i życzyłem powodzenia w dalszym życiu. Do walki, w której chciałem pomścić Aramisa został równy tydzień. Tydzień, który poświęciłem na trening z Sheilą, użeranie się z Tomosem i wspomnienia o Aramisie.

W dzień pojedynku byłem jeszcze bardziej nerwowy niż tydzień wcześniej. Na miejsce pojedynku wyznaczona została wyspa na środku czarnego jeziora. Na samą wyspę dopłynęliśmy tuż przed północą, w otoczeniu wysoko postawionych w tym mieście ludzi. Wszyscy obecni na łodzi, sprawiali wrażenie mocno wystraszonych widokiem przybliżającej się coraz bardziej czarnej wieży. Gdy zeszliśmy na ląd, osoba która zaproponowała mi tą walkę powiedziała „ Przejdź na usługi do mojego pana. Twój bóg cię nie ochroni, mój pan tak. Zgódź się na moją propozycję a gwarantuję ci, że wygrasz ten pojedynek”. Tylko to, że zapewne wykonywał polecenia mówiąc mi to, powstrzymało mnie od wyciągnięcia w jego kierunku miecza.

Walka rozpoczęła się i potoczyła w zaskakująco szybkim tempie. Zawsze myślałem, że jestem szybki, lecz to co wyrabiał z tak nieporęczną bronią jaką wydawała mi się halabarda przeciwnik, graniczyło z nadludzkimi możliwościami. Przypuszczam, że działo się tak za sprawą bransolety szybkości, którą halabardnik zdobył w pojedynku z Aramisem. Walka była zacięta. Długo nie potrafiłem znaleźć na tyle dużej luki w jego obronie, by zadać silne, czyste cięcie. On raził mnie co jakiś czas ciosami mało precyzyjnymi ale niezwykle silnymi, wyprowadzanymi za pomocą dwóch rąk. Ze strachem patrzyłem, jak coraz częściej przełamuje moją gardę. Nie wiem czy zmęczenie ciągłym, mocnym rąbaniem, czy być może to, że nie odnosiło takich efektów jak mógł oczekiwać przeciwnik, sprawiły to, że odsłonił się w czasie brania potężnego zamachu, którym chciał szybko zakończyć pojedynek. Ta chwila jego nieuwagi wystarczyła na wyprowadzenie celnego ciosu, przeciwnik upadł na ziemię.

Jako, że nie chciałem, aby zmarł, podbiegłem zobaczyć czy żyje. Żył jeszcze, jego stan był ciężki lecz szybka i sprawna interwencja medyka, mogła jeszcze go uratować. Nie zdążyłem się jeszcze nawet dokładnie przyjrzeć jego ranom, kiedy poczułem, że jego ciało napina się i szybko robi się zimne. Głowę daję, że zauważyłem jak jego krew zostaje wsysana przez podłoże. W tym momencie postanowiłem, że wynosimy się z tego miasta natychmiast. Za wygrany pojedynek dostałem zaproszenie na bardzo sławny i prestiżowy turniej zwany Turniejem Czerwonego Smoka u hrabiego Taragona Affarie z Białego Miasta w Dominium. Turniej odbywa się tylko raz na trzy lata, a data następnego wypada za półtorej roku. Będę się musiał zastanowić, czy z niego skorzystam. Po przespanej nocy, sprzedaniu broni i zbroi pokonanego, zakupiliśmy prowiant i udaliśmy się w kierunku Faktri. Mam nadzieje, że podróż będzie spokojna. Mam też nadzieję, choć Tomos nie zgadza się z tym stwierdzeniem, że fakt iż z naszej kompani ubył Aramis, Drum i obłąkany czarodziej, a dołączyła Sheila, zmyli pościg zabójców. Mam też nadzieję, że list który wysłałem do kapłanki w Zandarze pchnął kapłanów do działania.