Kronika

Kroniki VI: Ucieczka z Gardionu Zachodniego

Sytuacja w Gardionie Zachodnim wymyka się spod kontroli, zmuszając drużynę Krissa do ucieczki, improwizacji i walki o wydostanie się z miasta.

7.06.2026 • Prosiak • Kriss Lazarus • Kroniki Krissa Lazarusa

Podjęliśmy szybko decyzję, iż ominiemy miasto szlakiem, który przecina rzekę daleko od miasta. Starając się nie rzucać w oczy powoli zaczęliśmy się wycofywać z kolejki ustawionej do bram miasta. W mojej głowie ciągle kołatało, że to podstęp. Intensywnie analizowałem wszystko co się stało, niestety napięcie, jak i przeszywająco zimny deszcz, który jakby uwziął się na naszą czwórkę, przyćmiewało zdolność racjonalnego myślenia. Tylko dwie myśli klekotały w mojej głowie. Jedna to taka, iż ktoś kto nas ściga, wiedział, że jesteśmy w okolicach miasta, zabił osobiście astrologa, po czym podał nasze opisy jako świadek na miejscu zbrodni. W ten sposób wpadniemy w ręce straży i będą mogli dopaść nas w celi. Zapłacą odpowiednio jakiemuś strażnikowi, aby ten zdrzemnął się na warcie i wypatroszą nas jak wieprzki. Lub Erik nie bez powodu wiedział o całym zdarzeniu i celowo ciągnie nas na okrężną drogę, prosto w zastawioną na nas pułapkę. Podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami, tak aby Erik nie słyszał naszej rozmowy. Tomos i Sheila stwierdzili, że nie ma co dywagować, bo i tak musimy iść tędy. Erik co jakiś czas wypytywał nas, za co jesteśmy ścigani i że żąda wyjaśnień. Wyjątkowo zgodnie stwierdziliśmy, że nic nie jesteśmy mu winni, a na pewno nie wyjaśnienia. Po krótkiej wymianie zdań z Erikiem, zwróciłem uwagę na to, byśmy poruszali się czujniej.

Tyle co zdołałem wypowiedzieć ostatnie zdanie, 20 metrów przed nami, zza głazów zmaterializowała się posępna trójka, która depcze nam po piętach od samej Zandary. Zanim zdążyłem choćby sięgnąć po miecz, zobaczyłem, że elf mierzy do mnie z łuku. Druga osoba mierzyła, jak mi się wydawało, w kierunku Erika. Trzecia osoba, zapewne ich herszt, wystąpiła dwa kroki naprzód. „No w końcu się spotykamy, cóż astrolog przewidział swoją śmierć, lecz zanim zmarł, zdradził nam, którędy będziecie podróżować. Powiedział też, że będzie z wami wielki mag” - tu z pogarda zerknął na Erika - „Dziwne, że miał na myśli takiego patałacha jak ty. Nie radzę robić gwałtownych ruchów, mój elf nigdy nie chybia.” Szybko analizowałem sytuację, z doświadczenia wiem, że wprawny łucznik może posiać o wiele większe spustoszenie, niż ktoś z nieporęczną kuszą. Widziałem, że Tomos też zaczyna okazywać pewne nerwowe ruchy, wiedziałem już ten wyraz twarzy, czekał tylko na pretekst. Sheila wyglądała na najbardziej opanowaną. Na tyle ile mogłem, obserwowałem Erika. Herszt odezwał się „Cóż nie musimy was zabijać możemy się dogadać. Wystarczy, że oddacie nam manuskrypt i wszystko dla wszystkich dobrze się skończy.” Sheila odpowiedziała „Nie mamy manuskryptu”, a wyraz twarzy herszta stał się jeszcze bardziej paskudny. „Ale wiemy kto go ma” – szybko dodała. „No to już coś” - odezwał się herszt. W tym czasie zauważyłem, iż Tomos powoli przesunął się w kierunku zabójcy z kuszą. Czujny elf stojący na skale, zauważył ten ruch i momentalnie zaczął celować w Tomosa. Postanowiłem działać, aktywowałem kryształ umieszczony w pochwie i ponad 3 metrowym skokiem w tył chciałem ukryć się za konia od Erika. Wszystko od tego momentu potoczyło się błyskawicznie. Usłyszałem świst bełtu oraz agonalny jęk Erika. Zanim wylądowałem za koniem, dosięgły mnie dwie strzały wypuszczone przez elfa. Musze przyznać, iż niedoceniałem go. Kątem oka widziałem, że Tomos nie da szans na oddanie następnego strzału kusznikowi. Sheila nabierała pędu i nacierała na Herszta bandy. Dużo zależało teraz od tego jak szybko ustrzelę tego przeklętego elfa. Kryjąc się za koniem sięgnąłem po kuszę. Przeszywający ból, który poczułem gdy trzecia strzała trafiła mnie w ramię, spowodował, iż upuściłem kuszę i osunąłem się na ziemię. Widziałem, iż elf stracił zainteresowanie moją osobą, spokojnie nałożył strzałę, przycelował i wypuścił ją w stronę Tomosa. Ostry krzyk Tomosa świadczył o tym, iż elf znów trafił. To koniec pomyślałem. Czułem jak tracę siły, jak przez mgłę widziałem Sheilę, która została zepchnięta do totalnej defensywy.

I nagle wydarzył się cud. Nad naszymi wrogami pojawiło się kuliste pole magicznej energii. Nasi wrogowie nie byli w stanie przebić się przez to pole, Tomos i Sheila niestety też nie mogli ich zranić. Powietrze po mojej prawej stronie zafalowało i wyszedł z niego nie kto inny tylko Lucjan. „Doskonałe wyczucie czasu Lucjanie” - powiedziałem z trudem. Lucjan wyglądał teraz zupełnie inaczej niż w czasach, w których poznaliśmy go jako szalonego wędrowca. Był do tego stopnia zadbany i elegancki, że Tomos nawet go nie poznał. Podszedł do mnie, podał mi buteleczki z alchemicznymi wywarami, kazał abym wlał jedną Erikowi, drugą wypiłem ja. Już po dosłownie kilku chwilach Erik odzyskał przytomność. Lucjan rzekł: „Wyczaruje wam most na drugą stronę rzeki, przejdziecie po nim i niezwłocznie udacie się do wioski Havle.” „Oni” - kiwnął głową w kierunku uwięzionych w kulach postaci - „pozostaną tam jeszcze przez jakiś czas, powinno dać wam to na tyle czasu aby bezpiecznie zatrzeć po sobie ślad.” Mag zwrócił się w kierunku rzeki, wypowiedział słowa magii i nad rwącą tonią ukazał się widmowy most. „Ruszajcie, czasu jest mało”. Obróciłem się, uścisnąłem mu dłoń i rzekłem „Spłaciłeś swój dług po stokroć, śmiało możesz mnie uważać za swojego dłużnika. Bywaj.”

Szybkim krokiem przeszedłem przez most. Ruszyliśmy aby jak najszybciej przed siebie. Kiedy tylko straciliśmy z oczu drugi brzeg, znów za nami zmaterializował się Lucjan. „No teraz możemy swobodnie porozmawiać” - powiedział podchodząc do naszej czwórki. „Nie możecie udać się do Havle, powiedziałem tak tylko aby ich zmylić. Udajcie się w jakieś spokojne miejsce aby tam przeczekać i dopiero wyruszcie w dalszą drogę. Rzucę na was czar, który zamaskuje wasze ślady, a fałszywy trop puszczę w kierunku Havle.” Jeszcze raz wylewnie podziękowałem za uratowanie nam życia. Podałem mu swoją strzałę „Aramis nie żyje, weź to abyś miał rzecz, do której jestem przywiązany, pewno pomoże Ci to mnie odnaleźć kiedy będziesz w potrzebie”. Lucjan zmieszał się odrobinę i odpowiedział „Niestety nie mogłem pomóc Aramisowi, moje moce nie pokonały by tego co otacza Miasto Mgieł” - pokiwałem głową - „Tak, Miasto Mgieł to złe miejsce, myślę że Aramis nawet nie chciałby twojej pomocy, nie w takiej sytuacji” - powiedziałem zalany smutkiem, który wypełnił me serce po wspomnieniu zmarłego kompana. „Mam dla was propozycję” - powiedział Mag - „Wiem co musicie zrobić, by mieć choć cień szansy na anulowanie kontraktu na wasze głowy.” Zamieniliśmy się w słuch. „Za wyjawienie wam tego sposobu, będę oczekiwał od was jednak przysługi. Nie wiem kiedy, ani jakiego rodzaju. Na pewno nie każę wam w czwórkę atakować armii, ani nagle rzucić wszystkiego i podróżować na drugi koniec świata.” „Jeśli chodzi o mnie to uważam, iż wszyscy tu jesteśmy twoimi dłużnikami i na pewno zgodzimy się na to” – powiedziałem. Jako, iż nie widziałem sprzeciwu ze strony Tomosa i Sheili, a Erik nadal według mnie nie miał w tej sytuacji nic do powiedzenia, zgodziliśmy się na warunek Lucjana. „Musicie zabić tego kto wynajął zabójców, lecz to nie wystarczy, musicie mieć na to dowód i z tym dowodem udać się do mojego znajomego w Białym Mieście. Jest on moim dłużnikiem, przekonajcie go do tego aby anulował wyrok. Powołajcie się na mnie, weźcie ze sobą mój symbol. Kiedy go zobaczy, będzie wiedział, że jesteście ode mnie. Zostawcie mu ją. Człowiek ten nazywa się Mordanzibel i jest kapłanem Baurusa.” I tak rozstaliśmy się z Lucjanem.

Postanowiliśmy ruszyć na północ, a potem w kierunku Zorkh, wzdłuż wiosek leżących u podnóża gór. Maszerowaliśmy pchani strachem do późnej nocy. Kiedy mieliśmy już siąść, aby w ostrożnym czuwaniu doczekać poranka, zobaczyliśmy na horyzoncie małe światełko. Ostrożnie poruszaliśmy się w jego kierunku. Jak okazało się, weszliśmy w mały sad, prawdopodobnie jabłoni. Uspokoiłem się troszkę, do wioski było jeszcze za daleko. Domyśliłem się, iż stoi tu jedno domostwo, zapewne właścicieli sadu. Podeszliśmy z myślą, aby poprosić o nocleg w stodole. Mimo bardzo późnej godziny, w chałupie było gwarno. Otworzyliśmy drzwi, a Tomos głośno rzekł „Dobry wieczór dobrzy ludzie, jesteśmy wędrowcami. Zagubiliśmy drogę i chcielibyśmy prosić o nocleg, bo przemoczeni i zziębnięci strasznie jesteśmy!” Widać gospodarze byli w wyśmienitych humorach, ich syn obchodził właśnie urodziny, zatem alkohol rozluźnił nieufnych zazwyczaj chłopów. Z wdzięcznością przyjęliśmy ciepłe jadło i mocny trunek. Nasze mokre ubrania rozwiesiliśmy przy dającym mnóstwo przyjemnego ciepła kominku. Najedzeni ciepłym mięsiwem oraz znieczuleni całkiem solidną dawką gorzałki, zasnęliśmy twardym snem.

Rano obudziła nas krzątanina i pokrzykiwanie gospodyni, która srogo wyzywała swojego męża od pijaków i nierobów. Wstaliśmy z całkiem niezłym kacem. Tomos chętnie przystał na propozycję gospodarza, aby zacząć się leczyć tym czym się struło. Nagle gospodarz, znów dobrze podchmielony, zapytał ośmielony alkoholem czy umiemy czytać. Kiwnąłem głową i zapytałem „A dlaczego pytacie gospodarzu”. Gospodarz szybko odrzekł „a bo wczoraj wykopaliśmy coś ze szwagrem jak oralim. Skrzynia znaczy się, duża i ciężka. No i cało łopisana jakimiś znaczkami.” Zainteresowany powiedziałem „Zaprowadźcie no mnie gospodarzu do tej skrzyni”. Wieśniak poprowadził nas do szopy, gdzie na ziemi stała ogromna, ponad 2-metrowa skrzynia, zamknięta na klucz oraz opasana solidnym łańcuchem. Całe wieko pokryte było jakimiś dziwnymi znakami, niestety nie zrozumiałem ich. „To język Zanzibarru” - powiedział Erik - „Myślę, iż dam radę to odczytać, potrzebuję tylko troszkę spokoju.” Erik zagłębił się w tekst. Ja w tym czasie, starając się mu nie przeszkadzać, oglądałem skrzynię w poszukiwaniu jakiś pułapek lub drugiego dna. W pewnym momencie Erik powiedział - „Nie ruszaj zamka, prawdopodobnie chroniony jest przez magię.” Po pewnym czasie Erik wstał i wypowiedział jakieś dziwnie brzmiące słowo i rzekł - „Hm dziwne, nic się nie stało, z tego tekstu wywnioskowałem, że skrzynia powinna się otworzyć.” Podszedłem do skrzyni i sprawdziłem czy łańcuch jest na tyle luźny, by zobaczyć czy wieko uniesie się choć na 2-3 centymetry. Okazało się, że łańcuch jest na tyle luźny by spróbować podnieść wieko. Erik i ja zaparliśmy się, a wieko podniosło się odrobinę. Zatem zamek został otwarty lub był otwarty od początku. „No gospodarzu, bierzcie się za rozbijanie tego łańcucha.” Gospodarz wraz ze szwagrem przystąpili do pracy, w ruch poszedł majzel i młot. Jak widać alkohol wypity z rana nie pomagał im w pracy. Po 2 godzinach łańcuch ledwo był napoczęty. Wraz z tym jak skończyła się gorzałka w antałku, skończyła się tez cierpliwość Tomosa. Wstał, zamknął oczy, skoncentrował się i z całej siły uderzył dłonią w łańcuch. Rozrywane ogniwa poleciały na lewo i prawo. Ciągle potrafił mnie czymś zaskoczyć. Chłopi stali z rozdziawionymi gębami i z niedowierzaniem spoglądali to na Tomosa, to na młot i majzel. Otworzyliśmy skrzynię, a naszym oczom ukazał się pomnik. Stary, zniszczony pomnik, prawdopodobnie mężczyzny. W jednej dłoni spoczywającej na piersi, dzierżył młot, druga spoczywająca wzdłuż ciała była ułamana. Wieśniacy zawiedzeni, że to nie skarby, w pijackim widzie wymyślili, iż będzie się znakomicie nadawał na stracha na wróble. Sheila znalazła w skrzyni pergamin, zapisany takim samym językiem jak wieko skrzyni. Erik po odszyfrowaniu tekstu, podzielił się z nami informacją, iż jest to golem. Mag, który pisał te słowa opisuje, iż golem jest uszkodzony i nie da się nad nim zapanować. Udało mu się tylko wyłączyć go na chwilę i zamknąć w tej skrzyni. Jak się jednak okazało sposób na wyłączenie golema nie był trwały. Mag transportował golema z odległego miasta, nic w liście nie wyjaśnia, dlaczego golem został tu ukryty. Erik dosyć pewnie twierdził, iż golem jest już pozbawiony swych mocy i do niczego nikomu się nie przyda. Ja chciałem na wszelki wypadek zakopać to znalezisko i zabezpieczyć. Chłopi nie chcieli o tym słyszeć, uparli się, że będzie u nich strachem i basta. A kiedy to uczony człowiek powiedział, że nic im nie grozi w ogóle, nie chcieli już na ten temat rozmawiać. Będzie strach i koniec.

Jeszcze raz podziękowaliśmy za gościnę i wyruszyliśmy w kierunku Zorkh. Jak okazało się w Zorkh, mieliśmy spotkać się z pewną bardką, która to należy do organizacji Strażników Dominium. Nazywa się Sarah Bell. Był to nasz jedyny kontakt z organizacją, odkąd Drum wyruszył w nieznane. Oczywiście o celu podróży nie poinformowaliśmy Erika, wspólnie doszliśmy do wniosku, że wszystkie sprawy związane ze Strażnikami Dominium, omawiane są poza jego plecami. W Zorkh dowiedzieliśmy się, że bardka której szukamy, wyruszyła do Lintun, na specjalne zaproszenie tamtejszego szeryfa, Roberta. Postanowiliśmy udać się za nią. „Eriku okazało się, że osoba z którą mieliśmy się tu skontaktować wyjechała. Masz dwa wyjścia, albo poczekać tu około tygodnia na nas lub pojechać z nami do Lintum, ale wiedz, że nie będziesz tam mógł z nami chodzić. Sprawy które załatwiamy, nie dotyczą ciebie i wolał bym abyś nie wtykał w nie nosa.” Erik zastanowił się chwilę i odpowiedział: „Pojadę z wami, nie będę wam przeszkadzał na miejscu”.

No tak, przez to co ostatnio się działo, dosyć chaotycznie prowadzę swe zapiski. Zapomniałem napisać, iż po naszym cudownym ocaleniu przez Lucjana, doszło do, dosyć ostrej, dyskusji na temat nierozsądnych decyzji podejmowanych przez Tomosa i mnie. Tomos zażądał by on został przywódcą grupy. Oczywiście spotkało się to z kategorycznym sprzeciwem z mojej jak i Sheili strony. Aczkolwiek doszliśmy wspólnie do wniosku, iż rolę przywódcy trzeba komuś przydzielić. Ja zaproponowałem Sheilę, która nie protestowała. Tomos stwierdził, że nawet koń Erika może być przywódcą, byle bym tylko ja nim nie był. Zatem Sheila dostała dwa głosy, to wystarczyło, jako iż Erik nadal nie ma prawa głosu. Równocześnie Erik zgodził się na wypełnianie w warunkach bojowych rozkazów Sheili. W sumie nie miał wyboru, albo będzie jej słuchał albo niech sam sobie radzi z gównem, w które wdepnął.