Kronika

Kroniki IX: Przywołanie Potwora

Po Hamnossie Radagast dochodzi do siebie, zgłębia magię i słucha opowieści o Władcy, wojnie z Zanzibarrem oraz mgle wokół Miasta Mgieł. Zanim drużyna dociera do celu, obca siła wyrywa ją z traktu i rzuca na cudze pole bitwy.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Obozowaliśmy kilka dni. Mimo mojego sprzeciwu, żeby udać się do wioski i przeczekać moją kurację w gospodzie, pozostaliśmy w lesie. W międzyczasie Ziriel z Gotrekiem chodzili do wioski po jadło i leki, które miały dodatkowo przyczynić się do mojego szybszego wyleczenia się. Z każdym dniem czułem się lepiej i mogłem już poświęcać część czasu na naukę i studia. Po kilku dniach kuracji i odpoczynku do naszego obozowiska zawitał podróżnik. Niejaki Herman z Dirdighen, który jak się okazało również podróżuje do Miasta Mgieł, okazał się być uczniem kartografa i poszukiwaczem wiedzy o okolicznych ziemiach. Jąkał się niemiłosiernie i sprawiał wrażenie nieudacznika i jakoś ciężko było mi uwierzyć w jego wykształcenie, ale ku mojemu zaskoczeniu, myliłem się. Pochwalił się przed nami swoimi kontaktami na Uniwersytecie Olsterów w Mieście Mgieł i obiecał wypytać się o Mordrokka, którego szukamy. Opowiedział nam również długą i krwawą historię powstania Miasta Mgieł, której uważnie i z fascynacją wysłuchałem. Podczas jego opowieści całkowicie zmieniłem zdanie o nim samym i tylko z podziwem mogłem uśmiechem i uznaniem podziękować mu za kolejne strony zdobytej w ten sposób wiedzy. Aby móc do niej wracać postanowiłem zapisać ją w kilku zdaniach, a brzmiała ona mniej więcej tak:


Miasto w obecnym kształcie powstało około 500 lat wstecz na kartach historii, podczas sławnych wojen z Zanzibarrem. Niespodziewanie pojawił się mag, nikomu wcześniej nieznany i swą mocą otoczył miasto mgłą, chroniąc je przed najeźdźcami. Mgła ponoć była tak silnym czarem, że zabijała tych, którzy weń wkraczali. Przez prawie rok mgła otaczała szczelnie i chroniła miasto. Kiedy resztki oparów opadły, część przerażonych mieszkańców miasta uciekła, by schronić się w Górach Sokolich. Po powrocie i niepewności, co zastaną w mieście, okazało się, że na jego środku „wyrosła” wieża, a mag chroniący dotychczas ich miasto zniknął bez śladu. Wieża znajdowała się na środku jeziora, na jego jedynej, małej wyspie. Przez parędziesiąt lat miasto w spokoju rozwijało się, a już wtedy nazywane było Miastem Mgieł. I znowu w błogiej nieświadomości żyjący mieszkańcy, musieli zmierzyć się z horrorem, jaki „zafundował” im Zanzibarr. Ponowny najazd agresora zmusił ich do wezwania pomocy. Poprosili wówczas wieżę o pomoc i znowu ku zaskoczeniu wszystkich wokół miasta pojawiła się zabójcza mgła. Wtedy to rozgorzała ostateczna bitwa. W fortecy, która strzegła Dolinę Mgieł, bo tak już owa dolina była nazywana, doszło do ostatecznego starcia. Władca Mgieł za pomocą swojej potężnej magii zabił wszystkich najeźdźców i obrońców, ale tym samym, składając tak olbrzymią „krwawą ofiarę”, zakończył atak na miasto. Mówi się teraz, że Władca Mgieł dalej mieszka w swojej wieży i sprawuje władzę w mieście. Niestety przez prawie tysiąc lat nikt go nie widział, a wykonawcą jego rozkazów jest namiestnik w mieście. Sam Władca przybrał w mieście iście boski symbol, a mieszkańcy ponoć wybudowali mu kaplicę, sprowadzając jego symboliczną osobę do rangi boga…


Herman podzielił się też z nami obecną sytuacją w mieście. Powiedział, że duży wpływ na politykę Miasta, prócz samego namiestnika, mają też trzy największe klany rodzinne. Klan niejakich Raik’ów, który zajmuje się handlem nielegalnymi substancjami, a do których należy jedna-czwarta miasta. Kolejną ćwiartką rządzi klan handlujący bronią i klan Tesijczyków, rodzina Aragonisów, którzy żyją z prostytucji i wymuszeń. Ostatnia ćwierć „rozkradzionego” miasta należy oczywiście do „głosu z wieży”, jakim jest namiestnik, czyli oficjalna władza. Herman opisał nam też inne, dość istotne dla tego obszaru miejsca, o których, jak stwierdził, powinniśmy wiedzieć. Pozamiasto, to strefa poza murami Miasta Mgieł, w której powinniśmy na siebie uważać. Góra Gromów, która jest świętym miejscem dla mieszkańców miasta. Zapomniane Mogiły, gdzie pochowano tysiące walczących w wojnach, a teraz podobno miejsce to jest nawiedzone… Pomnik Bohaterów, który jest kolejnym ważnym miejscem-symbolem dla mieszkańców. Zamek Amberów, do którego właśnie zmierza Herman, żeby zgłębić wiedzę na temat owego dawnego rodu. Zakazane Wzgórza, które podobno zamieszkiwane są przez Bractwo Ostrzy, potomków Zakonów Krwi, którzy nadal kultywują ich przykazania i kodeks. Toczą teraz walki z Uruk-hai, orkami zamieszkującymi tamte tereny. Szklana Kula, gospoda w centrum miasta, którą Herman poleca i gdzie będziemy mogli go odnaleźć. Cmentarz Zasłużonych, gdzie leży niejaki Aramis, wojownik z dalekiego Imperium Havieloth, którego projekt nagrobka osobiście stworzył Herman…

Słuchając tego wszystkiego i zgłębiając wiedzę, jaką podzielił się z nami Herman, poczułem, że jakoś jestem mu wdzięczny. Raz, że dużo się nauczyłem, a wiedza nie leży na trakcie, a dwa, że pomoże nam ona w poruszaniu się po okolicach i samym Mieście Mgieł.

Noc minęła spokojnie, a sam kartograf opuścił nasze obozowisko z rana, ciepło się żegnając. My kolejne trzy dni spędziliśmy na odpoczynku, po których poproszony przeze mnie Goth wyleczył moje pozostałe rany. Sam mam mieszane uczucia, ale powoli zaczynam wierzyć w to, że jest w stanie leczyć rany bez mocy magicznych dostępnych dla magów, wspierany jedynie przez boga i swoje modlitwy. Ciężkie to do pojęcia i nie dzielę się z resztą drużyny moimi wątpliwościami, ale przecież prawdziwą i jedyną moc powinni mieć tylko magowie… Kiedy poczułem się znacznie lepiej i pewniej swoich mocy, postanowiłem uzupełnić energię magiczną zawartą w moim rubinie, a zużytą podczas błądzenia po podziemiach. I tu znowu zaczął się kłopot… Oczywiście kłótnię wywołał nie kto inny, a jak zwykle Gotrek. Chyba przeraża go fakt, że posiadam znaczniejsze umiejętności w kierowaniu i wysysaniu potencjału magicznego, który znajduje się dosłownie wszędzie i zagroził mi, że zabije mnie, gdy tylko spróbuję wysysać energię z ognia, kiedy oni są w pobliżu… Jego brak wiedzy i niekompetencja w tej dziedzinie tylko rozbawił mnie, ale kłótni nie zakończył. Starałem się wyjaśnić mu działanie moich ogromnych zdolności, ale zwykle brak wiedzy w różnych dziedzinach idzie w parze z ignorancją i zwyczajnie mnie nie słuchał, grożąc mi dalej. No cóż, może jak miałby pojęcie o tej poważnej i potężnej dziedzinie magii, nie doszłoby do bezsensownych gróźb i przepychanek słownych. W każdym razie, mimo iż nie przepadam za tym porywczym młodzianem, zaproponowałem mu naukę owej potężnej i przydatnej umiejętności, ale ku mojej skrywanej uciesze, odmówił.

Wyruszyliśmy szlakiem następnego dnia. Nawet w dobrych humorach i solidnie wypoczęci. Niestety nie było nam dane cieszyć się tym, bo w pewnym momencie doświadczyliśmy dziwnego uczucia. Ciemność „stanęła” nam przed oczyma, a zewsząd usłyszeliśmy dziwne szepty. Odgłosy wzbierały się i do uszu dobiegły nas odgłosy toczącej się bitwy. Droga przed nami przyspieszyła i już wiedziałem, że staliśmy się ofiarami potężnego czaru, prawdopodobnie ze szkoły „Przywołań”. Kiedy pędzący trakt zwolnił, byliśmy już w innym, odległym miejscu, a może i czasie? Przed nami, w malutkim zagajniku stały trzy osoby. Jedną z nich był człowiek o czarnej skórze, w dość egzotycznym odzieniu i cały w tatuażach, zaś pozostała dwójka nie była dostępna dla naszych oczu. Po prawej stronie znajdowały się wzgórza, a na nich ruiny. Wszędzie wokół były zgliszcza spalonego lasu, a daleko w dole doliny walczyły ze sobą dwie armie, krasnoludy i ludzie. Widać było od razu, że armia dzielnie walczących krasnoludów powoli wygrywała, a tylko niedobitki ludzi broniły się jeszcze przed całkowitym wyniszczeniem.

Jednak siła czaru, która przywiodła nas w to miejsce nie pozwoliła nam się dłużej oglądać i skierowała nasze zainteresowanie do prawdopodobnego czarodzieja, który nas tu zwabił. Zwróciliśmy swe oblicza na czarnoskórego, a ten rozkazał nam tylko jedno, a może „aż” jedno: „Biegnijcie i zdobądźcie dla mnie ruiny na wzgórzu! Zabijcie wszystkich!”. Tej sile głosu żadne z nas nie mogło się oprzeć. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, popychani potęgą słów czarodzieja, ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Dobrze, że czar nie splątał naszej świadomości do cna i mieliśmy własną wolę, aby sensownie i z rozsądkiem wykonać rozkaz. Momentalnie rzuciłem na siebie „Zbroję”, a zaraz potem dobiegliśmy na wzgórze. Cały czas ostrzeliwani przez krasnoludzkich kuszników, chowających się za ruinami, wbiegliśmy na dziedziniec. Goth i Gotrek przebili się przez mury na środek placu. Tam ku naszemu zdziwieniu napotkaliśmy twardy opór i dobrze uzbrojonych, zaciekle walczących krasnoludów. Pięciu kuszników strzelało ze zgliszczy murów w walczących na placu, a czterech wojów, uzbrojonych i opancerzonych po zęby, zaciekle broniło się przed rodziną un Nathrek’ów, Dinem i Adamem. Ziriel, widząc w jakich tarapatach są wojownicy, szybko i zręcznie wskoczyła na mury, atakując trzech znajdujących się tam krasnoludów. Ja sam rzucając „Widmową Dłoń”, a na nią nakładając „Dotyk Ghula” zaatakowałem pozostałych dwóch kuszników z naprzeciwka.

Po kilku minutach zaciekłej walki sytuacja zaczęła się zmieniać na naszą korzyść. Splątałem „Pajęczyną” dwóch moich przeciwników, po czym skierowałem swoje moce, żeby pomóc napierającej na kuszników Ziriel. Udało mi się szybko sparaliżować jednego z dwóch pozostałych jej przeciwników, a elfka szybkim i zręcznym ruchem zakończyła jego żywot. Sztylet, który utkwił z impetem w gardle kusznika, zbryzgał obficie krwią trzymającą go elficę. Tymczasem na placu Gotrek i Din zdołali powalić dwóch z czterech wojowników, niestety Goth po otrzymaniu ciężkiej rany padł na ziemię. Nie było czasu i możliwości, żeby mu pomóc, dlatego każdy z nas chciał jak najszybciej zakończyć walkę. Sekundy ciągnęły nam się w nieskończoność, kiedy po sparaliżowaniu ostatniego z przeciwników Ziriel znowu poczułem, jak ziemia zaczyna wirować…

Na plac wkroczyły trzy tajemnicze postacie, a czarnoskóry mag, dla którego wykonywaliśmy rozkaz, obrzucił nas tylko srogim spojrzeniem i uczynił w powietrzu znak magiczny. Znowu droga wydłużyła się, a odgłosy bitwy uciszyły. Kiedy świat wokół nas zatrzymał się, ponownie byliśmy na trakcie w drodze do Miasta Mgieł. Ostatnim zapamiętanym przeze mnie widokiem były postacie stojące na placu, na którym dokonaliśmy rzezi na krasnoludach. Ale czasu było mało, bo mimo iż byliśmy już bezpieczni, Goth nadal był umierający i potrzebna mu była szybka i skuteczna pomoc. Uzgodniliśmy wspólnie z Gotrekiem, że spróbujemy wyleczyć go czarem „Pomniejsze Drążenie Larlocha”. Jako iż moja moc i wiedza w tej materii jest większa niźli młodszego czarodzieja, zaproponowałem równoczesne, wzmocnione utkanie tegoż czaru. Adam w tym czasie miał wyciągnąć bełt, który był powodem agonalnego stanu Gotha, ale wcześniej wyszeptał coś Dinowi do ucha i po tym stała się rzecz zdumiewająca…

Kiedy wraz z Gotrekiem przygotowywaliśmy się do rzucenia zaklęcia, Din zaatakował Adama. Ku naszemu zdumieniu i mojemu lekkiemu przerażeniu, woj okładał go ciosami w twarz, a Adam niczym nie przejęty polecił nam utkanie czaru… Stało się… Jednoczesne rzucenie zaklęcia powstrzymało krwotok, a Adam siłą umysłu wyciągnął bełt z ciała kapłana Lorsha. Zamurowało mnie, kiedy byłem świadkiem kinetycznych zdolności tego człowieka, zresztą reszta naszej drużyny też wyglądała na zaskoczonych. Dzięki naszej magii rana zasklepiła się i krwotok został powstrzymany. Medalion na piersi Gotha zabłysnął, a kapłan chwilowo dał znak życia, po czym zemdlał. Mimo to wiedzieliśmy, że przeżyje, a jedynie czas jego rekonwalescencji będzie dosyć długi…

Adam… Nigdy takiego kogoś nie spotkałem… Porozmawiam z nim, być może zdolność, którą posiada byłby w stanie mi przekazać? Tak…