Stan, w jakim znalazł się Radagast, był zwiastunem długiego postoju w zagajniku niedaleko strumienia, gdzie rozbiliśmy coś więcej niż prowizoryczne obozowisko. Jako iż sam, dzięki przychylności Lorsha, zostałem wyleczony z ran, postanowiłem jak najaktywniej spędzić wolny czas. Zabrałem się za przeglądanie księgi zdobytej od maga, który oślepił mnie podczas walki przy karecie. Okazało się, że księga zawiera interesujący czar, mianowicie „Pajęczynę”. Liczyłem wprawdzie bardziej na czar „Oślepienie”, ale być może mag znał tylko formę pozamatrycową lub miał zapisany go w innej księdze. Cóż… szkoda. Z ogromnym zapałem przystąpiłem do nauki i już zaledwie po dwóch dniach umiałem go rzucać. Przekazałem księgę Radagastowi, który z powodu ran i wyczerpania chyba nawet nie miał siły jej czytać. Minęły dopiero dwa dni, a nekromanta wcale nie wyglądał lepiej. Jęczał może mniej, jako iż Ziriel przyrządziła jakąś ziołową papkę, łagodzącą ból. Ja natomiast chciałem pobieżnie przejrzeć cztery tomy ksiąg alchemicznych, znalezionych w podziemiach Hamnossa. Lektura okazała się tak ciekawa oraz pouczająca, że wciągnęła mnie bez reszty.
Prawie dwóch tygodni zabrakło mi na przeczytanie całego zbioru, mimo to dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Przeczytałem o kilku składnikach, które czasem mogliśmy już zdobyć i były w naszych rękach, a nie wiedzieliśmy, że mogą być przydatne. Cóż, niewiedza kosztuje. Powoli też sporządzałem sobie listę brakujących urządzeń alchemicznych, które będą potrzebne do odtworzenia pracowni. Czas mijał powoli, Radagast z trudem dochodził do formy, kiedy pewnego dnia dosiadł się do nas pewien wędrowiec. Przedstawił się jako Herman z Dirdighen i oznajmił, że jest kartografem. Zapytany dokąd zmierza, odpowiedział, iż jego celem jest Miasto Mgieł. Słysząc zainteresowanie w naszym głosie odpowiedział, że to już jego siódma wyprawa do tego miasta. Po tej informacji postanowiliśmy wypytać go o zwyczaje w tym mieście panujące.
Okazało się, że Herman z wielkim zapałem przystąpił do wykładania nam historii tamtejszego regionu. „Nie wiadomo, kiedy dokładnie miało miejsce to, o czym wam opowiem” – rozpoczął kartograf – „Ale wszystkie podania zgodne są co do faktu, że mogło to być około 500 lat wstecz. Jak zapewne wiecie, był to okres, na który przypadał szczyt świetności Zanizbarru, państwa, które podbiło wtedy prawie całą Północ. Jednak to dla Zanzibarru było wciąż za mało i naszedł czas, kiedy jego armie pojawiły się kilka dni drogi od miasta, które dziś znane jest jako Miasto Mgieł. Miasto nieprzystosowane do obrony przed tak licznym i zaciętym wrogiem, zapewne byłoby łatwym łupem dla zanzibarskiej armii. I wtedy niespodziewanie pojawił się w owym miasteczku mag. Nikt nie wiedział kto to jest, ani skąd przybył. Mag zaoferował miastu pomoc, wzniósł potężne czary, które otoczyły tereny miasta w odległości wielu kilometrów. Ponoć mgła była tak gęsta i zwodnicza, że całe oddziały gubiły się w niej i umierały z głodu i wyczerpania, błądząc w niej całymi dniami. Mgła utrzymywała się rok, a zanzibarscy dowódcy, widząc straty oraz bezcelowość ataku, wycofali się. Po tym czasie mgła opadła, ukazując setki, jeśli nie tysiące trupów wrogiej armii. Ludność przez rok uwięzienia w mgle dziesiątkowały choroby oraz głód, więc gdy mgły opadły, porzucili oni swoje domostwa i wybrali się w Góry Sokole, by tam szukać żywności i schronienia przed powrotem wrogich armii. Kiedy naszedł czas powrotu, na środku miasta, otoczona niewielkim stawem, na małej wyspie stała ogromna wieża z czarnego materiału. Wyglądała jakby została zbudowana z jednego elementu, nie było widać łączeń ani żadnej zaprawy. Mag chroniący dotychczas miasto zaginął bez śladu. Po jakimś czasie miasto wróciło do normalności, zaczęło się prężnie rozwijać i powiększać. Przez dobre kilkadziesiąt lat nikt nie widział maga, który uratował ich od pewnej zguby. Wszystko zmieniło się raptownie, kiedy przegrupowany i jeszcze silniejszy niż poprzednio wróg, wkroczył do Doliny Mgieł. Zanzibarr przegrywał wtedy kampanię wojenną na Zachodzie z Andianem Nabadanem i umacniał swoje pozycje na terenach już zajętych, a Miasto Mgieł było solą w oku wielkiego imperium. I znów mag, który uratował miasto, odprawił swe czary, i mgła spowiła ziemie wokół miasta. Lecz zanzibarscy magowie coraz częściej dawali sobie z nią radę, lata, przez które badali jej magię i specyfikę, nie poszły na marne. Mag z wieży, bo taki przydomek już wtedy dostała tajemnicza osoba wnosząca opary, wydał rozkaz mówiący, że każdy mężczyzna mogący dzierżyć broń, ma udać się do fortecy w Dolinie Mgieł, by tam stawić czoła najeźdźcy. Ludzie wdzięczni za poprzednie ocalenie oraz pokładający w nim wiarę, chwycili za broń i udali się do starej fortecy, by stoczyć tam ostateczną walkę o swoje ziemie. Kiedy armie starły się i ziemia zaczęła spływać krwią, mag wzniósł zaklęcie tak potężne i okrutne, że znana mi historia nie zna drugiego takiego przypadku. Mgła nagle zaczęła odbierać życie zarówno obrońcom jak i atakującym. Okrutne jęki i wycie konających, niesione wiatrem, słychać było ponoć na wiele kilometrów od miejsca bitwy. Kiedy mgła opadła, ukazała straszny obraz po bitwie: obydwie armie zostały totalnie zgładzone. To wydarzenie ostatecznie ostudziło zapał Zanzibarru oraz innych potencjalnych wrogów. Był to też ostatni moment, w którym widziano maga z wieży. Mimo iż minęło ponad 400 lat od tego wydarzenia, mieszkańcy miasta wierzą, iż mag nadal mieszka w wieży. Co więcej, wykonują jego zalecenia, które rzekomo przekazuje Namiestnikowi miasta. Postać maga z wieży urosła do miana niemal bóstwa w tym mieście, który jest nazywany po prostu Władcą. Nikt nie wie dokładnie kiedy, ani nie pamięta przez kogo została wybudowana w mieście, jedyna znajdująca się tam świątynia, poświęcona właśnie magowi. Ponoć każdy mieszkaniec, niezależnie od rasy, płci oraz majętności, raz w roku wybiera się do świątyni, aby złożyć hołd Władcy.”
W tym momencie Herman zakończył opowieść o burzliwej i tajemniczej przeszłości tego miasta, a na naszą prośbę zaczął opowiadać o „politycznych” zależnościach i niebezpieczeństwach czyhających na nas w Mieście Mgieł. Dowiedzieliśmy się, iż samo miasto podzielone jest między wpływy trzech rodzin, delikatnie mówiąc nie pałających zbytnio miłością do przestrzegania prawa. Wpływy podzielone są na dzielnice, którymi zarządzają i trzęsą owe klany. Pierwszy z nich to klan Olsterów, stara, arystokratyczna rodzina, zajmująca się handlem oraz wytwarzaniem broni i zbroi. Nikt w mieście nie sprzedaje nawet sztyletu bez ich wiedzy, a prawdopodobnie i wypłacenia im odpowiedniego za to „podatku”. Mówi się, że Olsterowie specjalizują się także w wytwarzaniu śmiertelnych trucizn. Drugim klanem jest Rodzina Raików, zajmująca się sprzedażą Diabelskiego Ziela, Safony, Czerwonego Prochu i innych substancji narkotycznych. Ostatnia siła w mieście to Klan Aragonisów, którego głównym źródłem utrzymania są wymuszenia, haracze i prostytucja. Handlują także bronią, czym bardzo konkurują z Olsterami. Klan Aragonisów to bezlitośni ludzie, których przodkowie pochodzili z dalekiej Tesji.
Kartograf chętnie wyruszyłby w drogę z nami, lecz widząc rany Radagasta, postanowił wyruszyć sam, tłumacząc się, iż nie może tyle czekać. Podziękowaliśmy mu za opowieść, a on zaproponował nam, że jeśli będziemy chcieli, możemy go spotkać w gospodzie „Szklana Kula”, w której czasem przebywa.
Dni mijały, Radagast dochodził do siebie. W końcu nadszedł czas wyjazdu i wypoczęci, bogatsi o nową wiedzę, wyruszyliśmy w kierunku Miasta Mgieł. Lecz Lorsh postanowił poddać nas jeszcze jednej próbie sił…
Nagle poczułem jakby przestrzeń dookoła nas zakrzywiała się i rozciągała, odgłosy towarzyszące podróżowaniu na koniu stały się coraz mniej wyraźne i zniekształcone, jakby rozciągnięte w czasie. Zniekształcony stukot podków powoli zaczynał zmieniać się w odgłos walki wielu zbrojnych. I nagle krajobraz koło nas zaczął przesuwać się w szaleńczym tempie, tak jakbyśmy niewyobrażalnie szybko galopowali na koniu, z tym że my staliśmy w miejscu. Po chwili wiedziałem, że stoimy w całkiem innym miejscu. Przed nami stał czarnoskóry człowiek, o dziwnie zaplecionych długich włosach. W ręce trzymał krótki kostur, a całe jego ciało było pokryte różnymi tatuażami. Obok niego stało jeszcze dwóch ludzi, prawdopodobnie wojowników. Zanim odezwał się do nas, zdążyłem zauważyć, że stoimy w połowie drogi na wzgórze, na którego szczycie znajdują się ruiny jakiejś dużej budowli, być może baszty lub strażnicy. U podnóża góry natomiast, walczyły ze sobą dwie armie, ludzka i krasnoludzka. Niestety moje obserwacje przerwał władczy głos czarnoskórego – „Biegnijcie na szczyt i zabijcie wszystkich! Ruszajcie!”
Wiedziałem, że muszę wypełnić ten rozkaz, domyślam się, że reszta drużyny poczuła to samo, jako iż wszyscy ruszyliśmy z okrzykiem bojowym w stronę ruin. Jeszcze w biegu, praktycznie bez słów, zdecydowaliśmy z ojcem przebić się do środka przez zwalone resztki muru, z którego szyli do nas kusznicy. Biegnąc słyszałem modlitwy Gotha i po chwili poczułem znajome uczucie, towarzyszące łasce „Korowej skóry”. Sam rzuciłem „Lustrzane odbicia” i chyba tylko to pozwoliło mi dobiec do celu. Miałem ogromnie dużo szczęścia, ponieważ trzy, z trzech wystrzelonych we mnie bełtów, trafiły w magiczne odbicia. Na placu za murami przywitało nas czterech krasnoludów z toporami. Uderzyliśmy z ojcem na nich z ogromną siłą. Za nami biegł Din i Adam. Nie wiem co dokładnie działo się za nami, ale widziałem kątem oka, wspinającą się na jeden z murków Ziriel. Radagasta nie widziałem wcale. Nie zdążyliśmy z ojcem ustawić nawet naszego ulubionego szyku, kiedy to jeden z kuszników oddał precyzyjny strzał w kierunku Gotha, który chwiał się jeszcze chwilę, po czym upuścił swój topór i runął na ziemię. Chwila jaką poświęciłem na zerknięcie na tą sytuację wytrąciła mnie z równowagi i straciłem szansę na udane rzucenie czaru. Krasnoludy okazały się znakomitymi wojownikami, z coraz większym trudem odpierałem ich ataki, czując jak raz po raz ich topory przebijają pancerz i orają boleśnie moje ciało. Gdyby nie „Korowa skóra”, którą obdarował mnie Goth, umarłbym zapewne tuż po tym jak padł mój ojciec. Czując, że moje siły spadają, zrezygnowałem z zaklęć obronnych i postawiłem wszystko na jedna kartę. Rzuciłem zaklęcie „Wampirycznego dotknięcia”, wplotłem jego moc w swój miecz i zaatakowałem z furią. Trafiłem przeciwnika z ogromną siłą, Lorsh chyba czuwał tego dnia nad moją osobą, a zaklęcie, które utkałem, uformowało się wręcz perfekcyjnie. Krasnolud padł jak rażony piorunem, wysuszony niczym wiór. Poczułem jak cała jego energia życiowa przepływa w me zmaltretowane ciało, lecząc wszystkie rany. Zawyłem tryumfalnie. Pomijając zaklęcia obronne przystąpiłem do brutalnego ataku, wplatając w niego zaklęcie „Błyskawicy”. Zaskoczony krasnolud przyjął ją centralnie w środek klatki piersiowej, odleciał dobrych kilka metrów, po czym znieruchomiał. Rozejrzałem się po polu bitwy. Din z Adamem zmierzali do kuszników na jednym z murów, którzy stali oplątani „Pajęczyną”, zapewne rzuconą przez Radagasta. Na drugim murze Ziriel podcinała właśnie gardło, stojącemu niczym słup soli, ostatniemu z kuszników. Koło jego głowy zawisła „Widmowa dłoń”, na którą wcześniej Radagast musiał nałożyć, sądząc po efekcie, „Dotyk ghula”.
I nagle znów poczuliśmy zniekształcenie zarówno głosów jak i obrazu. Ostatnie co widzieliśmy w tamtym miejscu, to czarnoskórego maga, który wbiegał ze swymi przybocznymi do fortecy. Teren przyspieszył, a po chwili znów siedzieliśmy na swych koniach. Goth osunął się i spadł na ziemię. Z jego boku, prawie po same lotki, sterczał bełt. Jego stan szybko oceniliśmy jako krytyczny. Po chwili zastanowienia się, zaproponowałem Radagastowi, byśmy wspólnie rzucili na Gotha „Pomniejsze drążenie Larlocha”, lecz energię życiową pobrać od nas i przelać w konającego kapłana. Wprawdzie nigdy wcześniej nie używałem tego zaklęcia w ten sposób, lecz chciałem zaryzykować – Goth już nic na tym nie tracił, a mógł zyskać życie. I wtedy, ku naszemu zaskoczeniu, wtrącił się Adam, wyrwany jakby ze swojego letargu. „Najpierw trzeba usunąć mu bełt, myślę że dam radę to zrobić” – jego głos był głosem normalnego, pewnego siebie człowieka, w niczym nie przypominał naiwnego głupca, niejednokrotnie mówiącego bez ładu i składu. Cóż, mój ojciec nie ryzykował już nic. Adam poprosił na bok Dina, porozmawiali chwilkę, po czym, ku naszemu zdziwieniu, Din wyprowadził kilka potężnych ciosów w twarz Adama. Zanim zdążyliśmy zareagować, Adam podszedł do Gotha i z opuchniętą oraz zakrwawioną twarzą powiedział, że wszystko jest w porządku, można zaczynać. Pomodliliśmy się jeszcze wspólnie z Ziriel o łaskę Lorsha dla konającego Kapłana. To co chwilę później zrobił Adam, wprawiło mnie w nie lada zdziwienie. Adam umieścił ręce nad wystającym bełtem i ten sam zaczął powoli i bardzo równo wychodzić z rany. Kiedy bełt całkowicie wyszedł z ciała, Adam dał znak, byśmy zaczynali. Przystąpiliśmy z Radagastem do rzucania czaru. Bałem się, że coś mi nie wyjdzie, lecz moje obawy były bezpodstawne. Poczułem jak czar z ogromną siłą, na pewno zbyt mocną jak na poziom tego czaru, wyrywa moją energię życiową i przelewa ją w Gotha. Zawyłem z bólu i opadłem na ziemię, tracąc na chwilę świadomość. Kiedy się ocknąłem, usłyszałem głos Ziriel – „Chyba jest stabilny.”