Mimo tego, iż stan Gotha wydawał się stabilny, nie odzyskiwał on przytomności. Ziriel wraz z Dinem przygotowali prowizoryczne nosze, które przytroczyliśmy do jednego z koni. Z trudem umieściliśmy na noszach Ojca i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Pasemka mgły pojawiały się coraz częściej i były coraz bardziej gęste. Po kilku godzinach usłyszeliśmy jęk i cichy głos kapłana. „Co się stało?” – cichym i niepewnym głosem zapytał Goth. „Wydaje mi się,” – odpowiedziałem, a odpowiedź nasunęły mi na myśl ostanie godziny podróży – „że padliśmy ofiarami zaklęcia przywołania potwora. Mimo iż czar sam w sobie nie musi być potężny, istnieje mała szansa, że potężny mag, rzucając to zaklęcie, zamiast potworów ściągnie grupę powiązanych ze sobą awanturników. I właśnie na 90% takie coś nas spotkało.”
Następnie pokrótce streściłem Gothowi przebieg walki i przeszedłem do opisu tego w jaki sposób udało nam się wydrzeć go ze szponów Razina. Ku mojemu zaskoczeniu Goth stwierdził, że tylko dzięki woli Lorsha żyje. Zdziwiło mnie to niezmiernie i strasznie mnie to rozzłościło. Prawie pozbawiłem się sam życia, ratując mego ojca, a on nie raczył nawet powiedzieć „Dobra robota synu.” Jeszcze bardziej zirytował mnie fakt, że nie podziękował Radagastowi, który nie jest wyznawcą Lorsha. Mimo, iż mag nie jest moim ulubionym kompanem, zasługuje na podziękowania, kiedy mu się należą. Zastanawiałem się, kiedy taka postawa Gotha doprowadzi do tego, iż następnym razem Radagast, zamiast udzielić pomocy, powie „Niech Lorsh Cię osłania.”
Moje oburzenie tak rozjuszyło ojca, iż zaczął wypominać mi, że kim ja jestem, by kwestionować wolę Lorsha i słowa kapłana. W kilku ostrych słowach zakończyliśmy dyskusję. Ta sytuacja znów utwierdziła mnie w tym, że wraz z awansem mój ojciec traci jakąkolwiek pokorę. Kiedyś niemalże ślepo patrzałem na jego decyzje i czekałem na każde jego, przepełnione mądrością, słowo. Wszystko zmieniło się od dnia kiedy oznajmił nam, iż stał się Dłonią Lorsha. Z początku przepełniała mnie duma, więc nie może być mowy o zazdrości. Niestety wszystko idzie w coraz gorszym kierunku, nie wiem czy kiedykolwiek Goth będzie wyglądał tak jak niegdyś w moich oczach.
Po ostrej wymianie zdań postanowiliśmy, w wisielczych nastrojach ruszyć dalej. Nagle mgła zgęstniała jeszcze bardziej i powoli zaczęła się podnosić, a widoczność drastycznie spadła. Ziriel zaniepokojona tym faktem, zaproponowała abyśmy wycofali się, by nie zbłądzić. Postanowiliśmy jednak powoli brnąć naprzód. Zmrok zastał nas w tej parszywej mgle. Cóż, postanowiliśmy odpocząć, a kiedy zasnęliśmy, wszystkim przyśnił nam się dziwny sen. Był tak realistyczny, że długo myślałem, iż wszystko dzieje się naprawdę.
Następnego ranka wyruszyliśmy przez mgłę i ostrożnie poruszając się, dotarliśmy do miejsca, w którym mgła zaczęła się przerzedzać. Naszym oczom ukazała się budowla. Prawdopodobnie kiedyś była to strażnica, lecz teraz powiewały na niej proporce z symbolem bogini uzdrawiania, Arianne. Kiedy tylko podjechaliśmy bliżej, w drzwiach pojawiła się kapłanka, która zerkając na leżącego na noszach Gotha oraz na mnie powiedziała – „Chodźcie do środka wojownicy Wilka, zajmiemy się waszymi ranami”. Ostrożnie zsiadłem z konia i usłyszałem głos Gotha – „Podaj mi rękę synu i pomóż mi dojść do świątyni.” Mając świeżo wyryte w pamięci słowa mego ojca na temat mojej i Radagasta pomocy, powoli odpowiedziałem, tłumiąc gniew – „Niech Lorsh poda ci rękę. Wszak mej pomocy nie potrzebujesz.” Drużyna wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem, po chwili Ziriel ujęła Gotha pod ramię i zaprowadziła go do świątyni. W środku kapłanki położyły nas do łóżek i zaczęły swoje modły. Zasnęliśmy, a kiedy tylko obudziłem się, poczułem, że moje rany wyleczyły się. Tak samo zdrowo wyglądał umierający jeszcze dzień wcześniej Goth. Podziękowaliśmy kapłankom i zapytaliśmy o skarbonę, by złożyć datek na świątynię. Usłyszeliśmy odpowiedź, że jedyną zapłatę jaka przyjmą i o jaką nas proszą, jest udział w dziękczynnej kolacji. Zanim jednak przystąpiliśmy do wieczerzy, kapłanki opowiedziały nam dlaczego kaplica wzniesiona została tak daleko od miasta. Powiedziała też, że miejsce to nazywa się Enklawą, w której nie ma mocy Pan z Wieży. Opowiedziała nam straszną historię, w której całkiem niedawno mag z Wieży nakazał wymordowanie kapłanów wszelkich religii i wyburzenie ich świątyń. Było to dla nas dziwne, jako że o takim wydarzeniu powinna huczeć cała Tragonia. Nie wiedząc co już o tym wszystkim myśleć, zasiedliśmy do stołu. Powoli też zaczęli dosiadać się do nas mieszkańcy pobliskiej wioski. Talerze, misy oraz dzbany stojące przed nami były całkowicie puste. Kilka chwil później pojawiły się kapłanki, które odmówiły dziękczynne modlitwy, a naczynia przed nami zaczęły napełniać się rozmaitym jadłem i napitkiem. Kiedy tak siedzieliśmy i zabieraliśmy się do jedzenia, do naszych uszu doleciał tętent koni. *
Nagle z mgły otaczającej osadę wypłynęli jeźdźcy. Oddział konnych, odzianych w zbroje z herbem białej wieży na czarnym tle, ruszył w kierunku długiego stołu, przy którym trwała wieczerza. Chwyciliśmy za broń i na polecenie Gotha sformowaliśmy szyk. Naszym celem było dostanie się do koni. Kiedy Goth chciał powalić jednego z nadjeżdżających konnych, jego topór przeleciał przez niego jak przez powietrze. W następnej chwili ten sam konny stratował dwóch wieśniaków, a trzeciego cięciem miecza pozbawił głowy. Dopiero teraz zrozumieliśmy, że to wszystko sen lub jakaś wizja. Staliśmy nie mogąc pomóc zabijanym wieśniakom. Rzeź rozgrywająca się dookoła nas była przerażająca. Kiedy żołnierze skończyli już z wieśniakami, zabrali się za kapłanki, które brutalnie zostały pozbawione swych odświętnych szat, a potem wielokrotnie zgwałcone. Następnie po kolei je mordowali, za wyjątkiem jednej z nich, tej która była Najwyższą Kapłanką. Trzech żołnierzy sięgnęło po kapłańskie amulety i z tryumfalnym uśmiechem założyli je sobie na szyje. Prawdopodobnie był to ich życiowy błąd. Pierwszy umarł kilka sekund później, kiedy to kusza jednego z siedzących na koniu wojów wystrzeliła sama, trafiając go w skroń. Chwilę później drugi chwycił się gwałtownie za głowę i przerażony uciekł w las, a trzeci, widząc co się dzieje, szybko ściągnął medalion i ukrył go w kieszeni. W tym momencie do Najwyższej Kapłanki podszedł dowodzący grupą żołnierzy mężczyzna i zerwał jej naszyjnik, ze słowami, iż znakomicie ozdobi ich świątynię. Kapłanka zerknęła w naszym kierunku, tak jakby tylko ona nas widziała i błagalnym tonem powiedziała – „Gocie, uwolnij nas, na wszystkich bogów uwolnij nas!” Chwilę później dowódca żołnierzy przebił jej serce mieczem i umarła na naszych oczach. Na koniec zobaczyliśmy jak dwóch żołdaków niesie ciało martwego kompana z bełtem w czaszce i wrzuca do pobliskiego stawu. *
Obudziliśmy się równocześnie. Był ranek. Dziwny to był sen, jako iż po przebudzeniu ani ja, ani Goth nie mieliśmy ran. W jakiś sposób w ciągu jednej nocy odzyskaliśmy siły. Mgła jakby troszkę rozrzedziła się i okazało się, że poprzedniego dnia nie zboczyliśmy z drogi. Postanowiliśmy sprawdzić czy gdzieś w okolicy nie ma starej świątyni, która nam się śniła. Jednak, kiedy już spakowaliśmy się do wyjazdu, z powagą przemówił Goth – „Zanim wyruszymy, muszę zakończyć pewną sprawę.” Wiedziałem, że Goth znów będzie robił mi kazania, lecz nie przejmowałem się tym zbytnio. „Gotreku, sprzeciwiłeś się woli ojca, zatem uważasz się za dorosłego. Musisz zatem stanąć do walki ze mną” – ojciec wypowiadał te słowa głośno, lecz trzymał swe nerwy dalej na wodzy. Czułem, że jeszcze trochę i puszczą mu nerwy. W tym momencie wtrąciła się Ziriel – „Gocie, to co słyszałeś, to była tylko wizja...” – a ja szybko przerwałem elfce i powiedziałem – „Nie Ziriel, to nie tylko wizja. Teraz powtórzyłbym to samo. Ojciec wyraźnie powiedział, że nic mi nie zawdzięcza, że wszystko jest wolą Lorsha. Sam zdecydował nie przyjmować mojej pomocy.” Nerwy Kapłana nie wytrzymały, wybuchnął, a ślina, kiedy wykrzykiwał słowa, kapała mu na podbródek – „A kim ty jesteś, by kwestionować moje słowa i to, że to Lorsh kieruje naszym życiem? Jesteś tylko brudem na mych stopach! Jesteś nikim! Rozumiesz to?! Zatem udowodnisz mi teraz, że jesteś dorosły i możesz negować polecenia ojca.” Wiedziałem, iż zazwyczaj ceremonia inicjacji un Nathreków na mężczyzn nie kończy się śmiercią ojca, czy syna, lecz tym razem mogło tak się stać, ponieważ ojciec był tak rozjuszony, że na pewno straciłby kontrolę nad sobą. Z drugiej strony mogła to być moja szansa. Zazwyczaj skrupulatny i strategicznie bezbłędny Goth, toczący pianę z ust, na pewno popełni jakieś błędy. Musiałem to wykorzystać.
Kiedy ojciec powiedział, abym przygotował się do walki, zaczął wznosić modły do boga. Niby go ignorując, kiwając głową, wsiadłem na konia i odjechałem, obracając się i zachęcając towarzyszy do dalszej drogi. Wiedziałem, że muszę przeczekać czas, w którym ojciec przestanie być chroniony błogosławieństwem „Korowej skóry”. Odjechałem spokojnie, a kiedy zobaczyłem, że ojciec gramoli się na konia, przyspieszyłem, by uderzył we mnie pozbawiony już „Korowej skóry”. Kiedy uznałem, że moment jest już odpowiedni, gwałtownie zawróciłem konia. Już prawie miałem sięgać po składnik potrzebny do rzucenia „Błyskawicy”, kiedy uświadomiłem sobie, że bóg mógł na Gotha nałożyć łaskę ochrony przed tym zaklęciem. Co więcej byłem prawie pewny, że posiadając tyle czasu przed walką, Ojciec wyprosił ochronę u swego boga. Zanim kapłan dojechał do mnie, wzniosłem magiczną „Tarczę”. Przypuszczam, że gdyby nie ten czar, moja walka zakończyła by się po pierwszym ciosie. Starliśmy się, a ja znów rzuciłem zaklęcie „Tarczy”. Tym razem udało mi się parować jego ciosy, co dało mi czas na rzucenie zaklęcia „Lustrzanych odbić”. Po chwili wyprowadziłem szybkie cięcie i chyba tylko dzięki temu, że Goth jest wytrawnym szermierzem, sparował to uderzenie, lecz i tak nie obeszło się bez ciężkich dla niego konsekwencji. Szabla z impetem zjechała po ostrzu topora i uderzyła w but Gotha odcinając mu dwa palce. Gdyby walczący przede mną człowiek nie był kapłanem, prawdopodobnie po tym ataku musiałby wycofać się z pojedynku. Na moje nieszczęście Goth był kapłanem, a rany momentalnie zasklepiły się i przestały krwawić. Przez chwilę pomyślałem, by wyczarować „Ogień Sola”, ale szkoda mi było uszkodzić doskonałego rumaka ojca, wszak nie zamierzałem zabić kapłana, więc i jego rumak był mu potrzebny. Swego czasu ojciec zdradził mi, że może obronić się przed czarem, którego efekt już na sobie poczuł. Uśmiechnąłem się w myślach i zacząłem nakładać na miecz zaklęcie „Wampirycznego dotknięcia”. Kolejny cios, którego nie dałem rady sparować na szczęście trafił w jedno z pozostałych dwóch magicznych odbić. Wyprowadziłem cios i poczułem jak energia życiowa ojca przelewa się w rozkosznym pulsie we mnie. Ojciec zachwiał się w siodle i na chwilę odsłonił się – „Poddaj się ojcze. Już dosyć, nie chcę cię zabić.” „Walcz” – wycharczał przez zaciśnięte zęby ojciec. Następnego ciosu nie zdołał już wyprowadzić. W trosce o jego życie zakończyłem walkę czarem wyrządzającym minimalne szkody. „Pomniejsze drążenie Larlocha" sprawiło, że ojciec osunął się z siodła.
Na szczęście okazało się, że jego stan jest stabilny. Nosze, z których zszedł dosłownie kilkanaście minut wcześniej, niestety znów mu się przysłużyły. Nie ujechaliśmy zbyt daleko, kiedy naszym oczom ukazała się znajoma z wizji okolica. Wprawdzie świątynia była zrujnowana, część ścian oraz dachu zawaliło się, a w środku nosiła ślady dawnego pożaru, postanowiliśmy tam wnieść Gotha, a i sami odpocząć pod dachem. Kapłan przebudził się i pogratulował mi dobrze rozegranej walki. Oświadczył, że w końcu stałem się dorosły, lecz ceremonię mianowania na mężczyznę i wojownika, przeprowadzimy dopiero w świątyni Lorsha. Wspólnie ustaliliśmy, że trzeba zacząć szukać amuletów, a Goth z powodu ran pozostał w ruinach świątyni.
Udaliśmy się na miejsce, gdzie we śnie staliśmy w momencie, kiedy żołnierze wrzucali do wody ciało żołnierza i spróbowaliśmy ustalić, w którym dokładnie mogło to być miejscu. Jak okazało się, przez lata, które minęły, jezioro zmniejszyło się i linia brzegowa znacząco zmieniła swój kształt. Usiłowałem mniej więcej wytyczyć teren poszukiwań, kiedy ku naszemu zaskoczeniu usłyszeliśmy za nami głos Gotha – „Kopcie tutaj” – i wskazał ręką miejsce w ziemi. Zdziwiliśmy się, że kapłan chodził o własnych siłach, ale pomyślałem, że albo sam się uzdrowił albo uczyniła to moc świątyni, w której go położyliśmy. I faktycznie, pod pewną warstwą ziemi i mułu, odkopaliśmy szkielet z amuletem na szyi. Ściągnęliśmy go i po oczyszczeniu z błota, położyliśmy na resztkach ołtarza znajdującego się w świątyni. Ołtarz rozbłysnął lekkim, kojącym blaskiem, a przed nami, w powietrzu uformowała się jedna ćwiartka całkiem realnych i materialnych drzwi. Zrozumieliśmy, że tylko cztery medaliony utworzą całe drzwi, które zaprowadzą nas gdzieś, gdzie być może będziemy mogli pomóc kapłankom. Postanowiliśmy podobną metodą wytyczyć trasę, którą przemierzył uciekający w las przerażony żołdak. Myśleliśmy, że zginął on gdzieś w lesie. Z grubsza ustaliliśmy kierunek i udaliśmy się w tam. Tym razem szczęście nie było po naszej stronie. Szliśmy długo, a Goth niczego nie wyczuł. Wróciliśmy do świątyni i z okien zauważyliśmy w oddali zabudowania jakiejś osady. Było to może z pięć kilometrów od ruin świątyni.
Ruszyliśmy do wsi, aby tam czegoś się dowiedzieć. Miejscowa ludność, wypytywana o medalion, udzieliła nam informacji, „że całkiem niedawno był we wsi rycerz błędny, co bestyję, która postrach sieje w okolicy, ubić chciał i właśnie ów rycerz taki sam medalion nosił.” Okazało się, że rycerz ów zmierzył się z bestią, lecz wygrać nie zdołał i wrócił do wioski strasznie poraniony. Niedługo później zmarł na skutek odniesionych ran. Wieśniacy wprawdzie chcieli mu ukraść amulet, lecz pierwszy, który chciał go dotknąć, rażony został niczym gromem, dlatego chłopi ostawili go w spokoju. Rycerz został pogrzebany w zbroi i z amuletem na tamtejszym cmentarzu.
Postanowiliśmy wypytać więcej o bestię, a grobowi rycerza przyjrzeć się później. Wieśniacy prześcigali się w domysłach i pomysłach, ale większość z nich twierdziła zgodnie, że wiedźma z bagien na pewno go zna i to jej sprawka. Mówili, że owa wiedźma ponoć z bestią nawet kopuluje. Zniesmaczeni owymi knowaniami durnych wieśniaków, postanowiliśmy odwiedzić rzekomą wiedźmę. Ziriel szukała śladów jakiegoś dużego stworzenia, lecz w lesie nie odnalazła nic.
Wkrótce teren się zmienił i weszliśmy w znacznie bardziej podmokły las. Doszliśmy do bagnistego jeziora, po którego drugiej stronie stał dom wiedźmy. Obchodząc jeziorko Ziriel natrafiła na interesujące ślady. Wychodziły jakby z jeziora, kształtem przypomniały ślad jaszczurki, lecz były większe od śladu pozostawionego przez dorosłego człowieka. Podeszliśmy do domku i zawołaliśmy dobiegające zza domku kroki i naszym oczom ukazała się wiedźma. Nie wiem czemu wieśniacy mówili, że jest stara i brzydka. „Wiedźma” miała około 30 lat i olśniewała wręcz swą urodą. Ona jednak oceniła nas chyba gorzej niż my ją i zaczęła od słów – „Co? Znów wieśniacy nasyłają na mnie kogoś? Znów jestem winna czemuś? A jak poród trza przyjąć lub chorobę wyleczyć to wiedźma dobra. Oni nigdy się nie zmienią.” Troszkę zdziwieni, wytłumaczyliśmy, że przychodzimy po informacje w sprawie jaszczuroczłeka, którego ślady znaleźliśmy po drugiej stronie jeziora. Z początku wiedźma nic nie chciała powiedzieć. Ziriel oraz Din zakupili u niej jakieś mikstury, po czym wiedźma, ni stąd, ni zowąd, rzekła do mnie, abym przeszedł się z nią na chwilę, jako iż ma do mnie interes.
Ku mojemu zdziwieniu wiedźma opowiedziała o swojej samotności i zgodziła się dostarczyć nam wiadomości, pod warunkiem, że spędzę z nią noc na miłosnych igraszkach. Cholernie jej nie ufałem i zarazem nie wiem czemu bałem się. Nie chciałem jasno powiedzieć drużynie, że chodzi o seks. Miałem dziwne przeczucie, że mogę z tego spotkania nie ujść z życiem. Nie chciałbym, aby ktokolwiek pamiętał mnie, iż umarłem podczas łóżkowych zabaw. Przedstawiłem zatem propozycję wiedźmy w innym świetle. Skłamałem, iż chodzi o pomoc w zrozumieniu jej pewnego zaklęcia. Po tym jak dałem jej słowo, że przyjdę, jeśli zabijemy stwora, udzieliła nam szczegółowych informacji dotyczących miejsca, do którego ów jaszczur przychodzi. Postanowiliśmy zasadzić się tam na niego.
Bestia pojawiła się zgodnie z tym co powiedziała wiedźma. Chyba coś wyczuła, bo dosyć nieufnie wchodziła na polankę, na której byliśmy przyczajeni, trzy razy cofała się, po czym jednak weszła na jej środek. W tym momencie ja rzuciłem w nią „Błyskawicę”, a Goth ruszył do ataku. Był to sygnał dla pozostałych. Din i Ziriel strzelali do ogromnego, blisko trzymetrowego jaszczuro-człowieka, Radagast czarował, Adam u boku ojca próbował trafić bestię, a ja po rzuceniu czaru, z obnażoną szablą ruszyłem do boju. Nagle usłyszałem pierwszy raz głośny huk, kiedy łapa stwora, z ogromną siłą uderzyła w Gotha. Uderzeniu towarzyszył jęk kapłana. „Jest źle” – pomyślałem i starałem się biec jeszcze szybciej. Usłyszałem drugi metaliczny huk i Goth zachwiał się na nogach. Po chwili usłyszałem wycie Gotha i kolejne ataki jaszczura odbiły się od niewidzialnej bariery, roztoczonej wokół Kapłana. Nim zdążyłem wyprowadzić pierwsze cięcie, bestia zachwiała się, a z jej czoła sterczał grot bełtu. Ziriel bezbłędnie trafiła w tył czaszki, grot przeszedł przez mózg i wyszedł z przodu. Odskoczyliśmy, a olbrzymia bestia upadła na trawę. Chwilę później amulet, którego użył Goth, odebrał to co było mu należne. Magia cieni wyssała z niego życie i Goth wyglądał jakby ktoś cienkim sztyletem zrobił mu ranki na całym ciele. Okazało się, iż bestia miała wrośnięty w szyję amulet kapłanki Arianne, który musiał zabrać jeden z żołnierzy z naszej wizji. Żołnierz został chyba przeklęty i na przestrzeni lat przemienił się w tę straszną istotę. Radagast z niezłą wprawą wyciął amulet z ciała bestii, a ja postanowiłem, że udam się do wiedźmy zgodnie z obietnicą. Reszta drużyny udała się do wioski, by tam odkopać zwłoki rycerza.
Noc u wiedźmy minęła szybko i upojnie. Z początku hamowałem się i uważałem na wszystko co się dzieje, lecz wąchając wonne kadzidła, moja ostrożność odeszła w zapomnienie. Zażywałem nieznane mi dotąd narkotyki i dziwne substancje, kochaliśmy się czasem namiętnie i spokojnie, czasem dziko, jak zwierzęta. Części rzeczy nie pamiętam, a w niektóre, które mam przed oczami, trudno mi uwierzyć. To była noc mego życia i wiem, że takich rzeczy nie doznam już z inną kobietą. Zanim jednak wszystko się zaczęło, dowiedziałem się od niej, że w świątyni w Mieście Mgieł jest miejsce na medaliony kapłanów różnych bóstw. Takie miejsce na ich trofea. Oficjalna jednak wersje jest taka, że są to podarunki przyjaźni innych religii.
Kiedy dołączyłem do moich towarzyszy, okazało się, że odkopali już zwłoki rycerza i faktycznie miał na sobie kolejny amulet. Położyliśmy trzy amulety na ołtarzu i naszym oczom ukazały się prawie kompletne drzwi. Wiedzieliśmy co to oznacza, musimy wykraść czwarty ze „świątyni” w Mieście Mgieł.