Kronika

Kroniki X: Wizja Arianne i Inicjacja Gotreka

Po magicznym przywołaniu drużyna próbuje ocalić ciężko rannego Gotha i zrozumieć własną rolę w cudzej wojnie. Wizja kapłanek Arianne prowadzi do sprawy przeklętych medalionów, a konflikt ojca z synem kończy się brutalną inicjacją Gotreka.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

– Jeżeli natychmiast mu nie pomożemy Twój ojciec umrze… – spokojny głos wydobył się spod ciemnego kaptura. Radagast klęczał nad śmiertelnie zranionym Gothem, podpierając się na swej drewnianej lasce. Wszyscy skupieni nad zakrwawionym ciałem kapłana, jakby zaniemówili. Wpatrywali się uważnie w Gotreka, co jakiś czas zerkając na oględziny, jakie na szybko przeprowadzał klęczący czarodziej. Zziajani i ranni, zmęczeni walką i zajściem, w które zostali wplątani za pomocą potężnej magii… Teraz każda sekunda uciekała dwa razy szybciej i biegła na ich niekorzyść.

– Moja znajomość lecznictwa i medycyny nie jest mała, ale stan Gotha znacznie wykracza poza te umiejętności… – czarodziej wstał i spojrzał kolejno po członkach swej kompaniji, jakoby szukając podpowiedzi na dalsze działania.

– Może jakieś zioła, cokolwiek? – Ziriel z zapytaniem na twarzy zwróciła się do wszystkich.

– Nie znam ziół, które przywracają do zdrowia śmiertelnie rannych, a nawet gdyby, to będziesz ich teraz szukać? Może przygotować Ci palenisko, żebyś je zaparzyła? – Radagast zakończył temat stanowczym, sarkastycznym tonem.

– Jest możliwość Radagaście… – po kilku sekundach Gotrek kontynuował – możemy użyć magii nekromanckiej, ale tylko z Twoją pomocą mogłoby się to udać… – młody un Nathrek spojrzał na czarodzieja. Obaj wiedzieli, jakiego czaru wspólnie mogliby użyć i jakie skutki mogłoby to odnieść, ale nie było teraz czasu na zastanawianie się, bo grał on na niekorzyść powoli umierającego kapłana.

– Mogę pomóc wyciągnąć bełt. – Adam spojrzał na pozostałych. – Dinie musiałbyś „spotęgować” wówczas moje zdolności, ale tylko jak oni zaczną, a ja dam Ci znać…

– Z miłą chęcią Wam pomogę… – Din z uśmiechem, mimo iż sytuacja była poważna, zwrócił się do Adama. Wszyscy wiedzieli, że posiada on tajemnicze, acz potężne zdolności telekinetyczne, może psioniczne, a poddany adrenalinie i bólowi, dodatkowo zwiększa ich siłę.

– W takim razie zaczynamy i obyśmy nie popełnili żadnego błędu. – Gotrek wraz z Radagastem i Adamem uklękli nad ciałem nieprzytomnego kapłana. Radagast skinął głową, po czym zaczął kreślić skomplikowane figury w powietrzu i zbierać energię i potencjał magiczny, który drzemał w jego ciele, a rwał się na wolność. Obaj z Gotrekiem działali bardzo podobnie i równo, ponieważ obaj tkali identyczne zaklęcie… „Pomniejsze Drążenie Larlocha”, bo tak zaklęcie się nazywało, było pomniejszym czarem, ale bardzo niebezpiecznym. Pod działaniem potężnego czarodzieja miało siłę na pozbawienie życia rosłego męża, a uleczeniu innego…

Tak się składało, że Radagast władał magią życia i śmierci lepiej niźli Gotrek i wszyscy wiedzieli, że bez owego chorowitego maga, plan na pewno by się nie powiódł. Ziriel na boku obserwowała sytuację, widziała skupienie i zaciśnięte wargi na szczękach dwóch czarujących kompanów. Widziała, jak Adam skupia się na wbitym w ciało kapłana bełcie i mogłaby przysiąc, że przed chwilą zakrwawiony drzewiec się poruszył… Din skupiony, z zaciśniętymi pięściami, czekał na znak od Adama. Sekundy mijały…

Radagast poczuł dreszcze na swoim ciele, wiedział, że moc wezbrana w nim osiągnęła apogeum i była gotowa do wypuszczenia. Spojrzał na Gotreka, który właśnie kończył kreślenie figur, po czym obaj wypuścili złączone i wzmocnione zaklęcie. Moc, którą skierowali na Gotha, wprawiła jego ciało w konwulsje, które po chwili ustały. Adam skinął na Dina, który bez zastanowienia i wahania, zaczął bić go pięściami po twarzy! Ziriel z boku stała sztywno i wpatrywała się ze zgrozą w scenę przed sobą. Widziała, jak zaklęcie tamuje krwotok Gotha, jednocześnie pobieżnie zasklepiając jego liczne rany i ranę po powolutku wychodzącym bełcie… Adam mocno obijany przez Dina wydobył z siebie całą siłę, którą wyciągnął bełt z ciała Gotha. W jednej chwili wszystko ustało…

Radagast zachwiał się, ale wsparty kijem nie upadł. Gotrek odetchnął ciężko, siadając okrakiem na zmarzniętej ziemi. Din przestał, patrząc ze strachem na zakrwawione pięści i „swoje dzieło”. Adam z mocno obitą i plamiącą krwią twarzą, jakby nie czuł bólu, wstał i poszedł po opatrunki… Wszystkiemu przyglądająca się Ziriel, jako jedyna spojrzała na leżące ciało Gotha…

– Będzie żył. – spojrzała na odpoczywających kompanów – Rana po bełcie wkrótce się zasklepi, ale najważniejsze, że opanowaliście krwotok. – Nagle jakby poczuł, że o nim mowa kapłan ocknął się…

– Co się stało? – błędnym wzrokiem spojrzał przed siebie, szukając kogokolwiek.

– Odpoczywaj ojcze. – Gotrek pobudzony ukląkł nad ciałem kapłana – Wkrótce dojdziesz do siebie i wszystko Ci opowiemy… – jakby na rozkaz, Goth zamknął oczy i zapadł w głęboki sen…

Bez pytań Din i Ziriel zaczęli budować prowizoryczne nosze. Mgła przed nimi nasilała się i gęstniała, ale postanowili iść do przodu, żeby nie tracić czasu. Chcieli być dalej od miejsca, w którym się pojawili, i z którego wcześniej zostali wciągnięci w ten niezrozumiały wir wydarzeń. Dolina Mgieł była tuż przed nimi, a może byli już w jej sercu…?


– Jak możesz tak mówić?! – Gotrek był wściekły. Właśnie po kilku godzinach podróży, kiedy zatrzymali się na krótki odpoczynek, streścił przebieg wydarzeń ojcu. Cała drużyna wpatrywała się w kłótnię pomiędzy ojcem i synem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przyzwyczajeni byli do takich scen, ale tym razem widać było, że młodego un Nathreka, słowa ojca bardzo rozwścieczyły.

– Tak synu… – spokojnym głosem kontynuował kapłan – Fakt, iż przeżyłem zawdzięczam tylko Lorshowi, toż to On wyznacza koniec ścieżki naszego życia… – Goth bez wzruszenia wypowiadał zdania.

– Niewdzięczność Twa Gocie, nie zna granic, ale pamiętaj, że „kij ma zawsze dwa końce”… – Radagast spokojnie wypowiedział słowa. Nikt nie widział jego wyrazu twarzy spod czarnego kaptura. Była jednak sztywna i napięta ze zdenerwowania i pogardy, ale napawał się też sceną kłótni, co jakiś czas lekko się uśmiechając.

– Ma rację! – krzyknął Gotrek – Gdyby nie Radagast, ja i moc Adama już byłbyś w objęciach Lorsha! – młody mag nie mógł powstrzymać języka i podniesionego głosu. Din i Ziriel stali sztywno i uważnie przyglądali się reakcjom kapłana, który czuły był na brak szacunku do niego i jego boga, ale dziwnie nie reagował. – Jeśli nie stać Cię na „dziękuję” dla mnie, to przynajmniej nie szczędź tego słowa dla nich! – szybko zakończył i już więcej się nie odezwał.

Goth leżał spokojnie i patrzał na syna. Czuł, że młodzieniec dorasta i to szybciej niźli się spodziewał. Wkrótce będzie musiał określić jego miejsce w rodzinie, co wiązało się z pojedynkiem w bitwie…

Mgła zgęstniała i dalsza podróż stawała się coraz bardziej uciążliwa. Cała drużyna zgodnie postanowiła przeczekać w tym miejscu noc, a kiedy po krótkiej, acz treściwej kolacji, zasnęli, naszedł ich niespokojny i dziwny sen…


Rankiem mgła zgęstniała jeszcze bardziej, ale mimo tego drużyna postanowiła brnąć szlakiem przed siebie, w kierunku Miasta Mgieł. Po kilku godzinach uciążliwej podróży, widoczność znacznie się poprawiła, a ich oczom ukazała się dziwna, podniszczona budowla. Budynek nie był wysoki i bardzo przypominał dawne strażnice, jednak na wietrze, umocowane na ścianach, powiewały proporce z symbolami Arianne, bogini uzdrawiania.

Drużyna niepewnie zbliżyła się do kamiennych ścian. Nie zdążyli dokładniej przyjrzeć się strażnicy, kiedy drzwi do środka otwarły się i w progu stanęła przyodziana w szatę kobieta. Uważnie spojrzała na zmęczonych podróżnych i rannego na noszach Gotha.

– Chodźcie do środka wojownicy Lorsha, zajmiemy się Waszymi ranami. – Po czym zapraszającym gestem wskazała wewnętrzną komnatę. Gotrek powoli zsiadł z konia.

– Podaj mi rękę synu i pomóż mi dojść do świątyni. – Goth wyciągnął dłoń w kierunku maga. Gotrek słysząc te słowa, przypomniał sobie ostatnią rozmowę pomiędzy nimi, o pomocy dla kapłana i niewdzięczności z jego strony, okazanej członkom drużyny. Zacisnął wargi. Radagast widział wściekły wyraz twarzy młodego un Nathreka i uśmiechnął się lekko.

– Niech Lorsh poda Ci rękę, wszak mej pomocy nie potrzebujesz! – parsknął Gotrek. Obrócił się i wszedł do środka. Za nim poszedł czarodziej nawet nie zerkając na leżącego i rannego kapłana. Nekromanta czuł teraz tylko pogardę i wstręt do niewdzięcznego i butnego Gotha i nie miał zamiaru okazywać mu jakiegokolwiek uczucia sympatii. Din nie reagował, a Adamowi wydawało się wszystko obojętne. Jego obita i napuchnięta twarz nie wyrażała żadnego uczucia, była „bez wyrazu”. Jedynie Ziriel, zawsze bogobojna i darząca szacunkiem kapłana, wsparła go swym ramieniem. Po chwili wszyscy byli już w świątyni.

Patrzeli uważnie na wściekłego, ale milczącego Gotha, który z pomocą elfki wszedł do środka. Kapłanki skierowały drużynę do sali z łóżkami, a kiedy wszyscy na nich spoczęli, zaczęły swe modły do Arianne. Chwilę trwała ceremonia leczenia i seria modlitw do bogini, ale wystarczyło, żeby zmęczeni podróżą i przeżytą walką kompani zapadli w leczniczy sen.

Obudzili się tego samego dnia po kilku godzinach. Każdy spojrzał po sobie i z zadowoleniem stwierdził, że nie czuje zmęczenia, a ból od ran i ciężkiej przeprawy zniknął. Same ich ciała były uleczone zarówno z zewnątrz, jak i duchowo. Czuli się lepiej.

– Wielceż rad jestem, że w zdrowiu i pogodzie ducha Was widzę wojownicy Wilka. – kapłanka z uśmiechem spojrzała kolejno na wypoczęte twarze drużyny – Was również, towarzysze Lorsha… – jej wzrok padł na pozostałych członków kompanii.

– Dziękujemy za udzieloną pomoc Pani – Goth bez wysiłku wstał i skierował swe słowa do kobiety. – Przeprawa, którą przeżyliśmy pozostawiła piętno śmierci i smak krwi w naszych duszach i umysłach i sam jeden Lorsh mógł skierować nas właśnie do Waszej Świątobliwości… – kapłan niepewnie spojrzał na Gotreka, ale ich wzrok nie spotkał się w połowie drogi. Syn najwyraźniej nie miał ochoty na kontakt z ojcem. Rozjuszyło to Gotha, ale w obecności kapłanki musiał trzymać fason i powagę, godną jego randze i wiekowi. – Raz jeszcze serdeczne bóg zapłać…

– Gdzie moglibyśmy złożyć datek na świątynię, żeby chociaż w ten skromny sposób, wyrazić wdzięczność służkom bogini Arianne? – zapytał Gotrek, dalej unikając wzroku ojca.

– Ależ zbędna będzie to podzięka – uprzejmie i z uśmiechem odpowiedziała kapłanka – Wystarczy iźli do dziękczynnej wieczerzy z nami zasiądziecie, a przychylność Arianne otrzymacie...


Kandelabry oświetlały drewniany, długi stół, na którym stały puste naczynia i wazy. Z sufitu zwisały żyrandole, drewniane krzyże, przymocowane linami do powały, na ramionach których umieszczone były świece. Sala raziła w oczy swoją skromnością, ale też schludnością. Na kamiennych ścianach wisiały stare już gobeliny i arrasy, przedstawiające barwną postać pięknej kobiety. Jej hafty pokazywały różne sceny, ale w całości tworzyły jedną z historii cudnego uzdrowienia, jakiego dokonała bogini. Na marmurowej podłodze zaś leżał ozdobny dywan, przedstawiający panteon bogów, w tym Arianne.

Drużyna w milczeniu usiadła na zdobionych krzesłach. Z minuty na minutę salę, prócz nich i zebranych wcześniej kapłanek, zapełniali mieszkańcy pobliskiej wioski. Radagast uważnie obserwował krzątających się tu ludzi i mieszkańców. Wszystko wyglądało tak zwyczajnie...

– Jeśli mogę zapytać, zanim zaczniemy wieczerzać – spokojnie zaczął nekromanta – dlaczegóż to świątynia wybudowana jest w tak odludnym miejscu, nawet z dala od pobliskiej wioski? – śmiało zapytał. Drużyna spojrzała na maga, a następnie na kapłanki. Kobiety zdziwione śmiałością swych gości zaniemówiły, ale po krótkiej chwili główna kapłanka podjęła temat.

– Widzisz Panie… – zaczęła ostrożnie dobierając słowa – To dość długa i przede wszystkim tragiczna historia… – Goth spojrzał na mówiącą kapłankę, a jego oczy utkwiły na symbolu przynależności do Świątyni Trzech Koron. Zdziwił się strasznie, bo wiedział, że od kilkuset lat owy kościół nie istnieje, a jak zauważył, tylko on dojrzał ten tajemniczy i intrygujący fakt.

– Musieliśmy uciekać, chronić swe życia! – jakby na wspomnienie tragicznych wydarzeń kapłanka tymi słowami chciała zakończyć rozmowę. Wzbudziła jednak większe zainteresowanie, a drużyna nie dawała za wygraną.

– Jakże to Pani? Uciekać?! – Goth prawie wstał widząc, jakie emocje targają kobietą.

– Schronić się przed Panem Wieży… – zapadło milczenie. Kompanija dobrze znała legendy o władcy Miasta Mgieł, o jego potędze i okrucieństwie, dlatego nie zadawali więcej pytań, tylko dali chwilkę na złapanie oddechu opowiadającej kapłance.

– To miejsce. Jak sami wspomnieliście odludne i odosobnione – spojrzała na Radagasta, ale spod jego ciemnego kaptura nie mogła dostrzec obojętnego wyrazu twarzy. – zwie się Enklawą i jest poza zasięgiem wpływu mocy Pana Wieży. Tutaj jesteśmy bezpieczne po wszystkim, czego ten profanator i morderca dokonał…

– Nie pozwól nam cierpieć z ciekawości Pani, ponieważ osobiście czuję się związany z Waszą tragedią… – słowa kapłana, szczere, ale w ocenie nekromanty żałosne, wywołały uśmiechy na ich twarzach. Na szczęście żadna z poważnych kapłanek nie zauważyła tego nietaktu.

– Jakiś czas temu – kapłanka podjęła temat – w Mieście Mgieł zwołano naradę kapłanów wszystkich religii, jakie tam goszczono. Stawili się na niej przedstawiciele każdego kościoła i wiary, które prowadziły nauki w mieście. – Kapłanka przejęta była opowiadaniem, a widać było, że z sekundy na sekundę, na jej twarzy, pojawia się grymas bólu i beznadziei. – Niestety chwilę później okazało się, że była to tylko brutalna i podstępna maskarada, a wtedy zaczęła się rzeź…! – kobieta usiadła łapiąc nierówny oddech.

– Jakże to?! Przecież…! – Goth jednym skinieniem ręki kapłanki zakończył wzburzoną wypowiedź.

– Azaliż powiadam Ci mości Gocie, że był to cios w każdego Boga naszego panteonu! – kontynuowała kobieta. Jej głos był teraz spokojny, jakby wydarzenia, o których teraz opowiadała były tylko legendą. – Cios, który ręką Pana Wieży zabił wielu kapłanów i ich wyznawców! Jego świta zwyczajnie wymordowała na owej „naradzie” wszystkich przedstawicieli kościołów z miasta… – głos jej się załamał. – Tylko nieliczni zdołali uciec i tak, jak my schronić się w bezpiecznych dla nas miejscach...

– Przecież o takim mordzie na świątobliwych, i zamachu na religie świata, na taką skalę, grzmiałaby cała Tragonia?! – Gotrek z niedowierzaniem patrzał na milczące kapłanki.

– Niestety moc i potęga Pana Wieży na tych ziemiach jest olbrzymia, a jego szpiedzy i wyszkolone wojsko robią wszystko, ażeby sprawa nigdy nie ujrzała światła dziennego. – Młodsza z kapłanek, dotąd milcząca, zwróciła się ku zaskoczonym i przerażonym członkom drużyny.

– Kiedy my spierzchliśmy do lasów, poza granice Miasta Mgieł – starsza z kapłanek dalej opowiadała – nasi wyznawcy i poddani w wierze, ginęli mordowani, szkalowani i szczuci, przez sługusów Władcy Wieży! Ich jedynym celem było unicestwienie wszelkich „śladów” po innych religiach… Teraz jesteśmy tu i tu możemy pomagać wszystkim, którzy tej pomocy potrzebują. – Skinęła z uśmiechem w stronę Gotha i młodszego un Nathreka.

– Jak…? – Goth znowu został brutalnie uciszony skinieniem dłoni. Po raz kolejny jego zmieszanie i pokora wobec kapłanek wywołała uśmiech na twarzy Radagasta.

– O nic więcej już nie pytajcie. Teraz pomódlmy się i wieczerzajmy – kapłanki podjęły modlitwę.

Drużyna siedziała w milczeniu, jako że nie znali słów modlitwy do Arianne. Radagast obserwował wszystkich siedzących, kapłanki i wieśniaków, uczestniczących w kolacji. W pewnym momencie wśród słyszalnej, spokojnej mantry modlących się kapłanek, naczynia, wazy i dzbany, dotąd puste, zaczęły niewytłumaczalnie wypełniać się jadłem i napitkiem. Czarodziej spojrzał na członków swej drużyny i u nich też zauważył zdziwienie i oczarowanie. Kiedy mieli sięgnąć po pierwsze porcje wyśmienitej i pachnącej wieczerzy, do ich uszu dobiegł tętent kopyt…


Zbrojnych były dwa oddziały. Proporce tańczące na wietrze przedstawiały białą wieżę na czarnym tle, symbol Miasta Mgieł. Wyciągając miecze i dobywając kusz, śmiało ruszyli w kierunku długiego stołu, przy którym odbywała się wieczerza. Kapłanki wstały nawołując do zaprzestania, a mieszkańcy pobliskich osad w panice zaczęli odbiegać od stołu. Wtedy to właśnie zaczęła się rzeź…

– Radagast w środek, reszta na około maga! – krzyknął Goth formując szyk z drużyną – Synu stań przy mym boku i ku chwale Lorsha zakończmy tą rzeź! – kapłan zamachnął się na nadjeżdżającego konnego. Ku zaskoczeniu swych kompanów i własnemu, jego zabójcze cięcie przeleciało przez przeciwnika, niczym przez mgłę… Sam szarżujący najemnik nawet nie zwrócił uwagi na zamach toporem kapłana. Przeszarżował tylko przez niego, jak przez powietrze, po czym stratował dwóch najbliżej stojących wieśniaków.

– To niemożliwe! – krzyknął Din. – Jak to możliwe?! – powtórzył jakby dalej nie rozumiejąc sytuacji, w której się znaleźli.

– Sen, wizja, albo coś podobnego! – Radagast spokojnie opuścił szyk i odsunął się na bok. – Nic tutaj nie wskóramy, możemy się tylko przyglądać temu zjawisku i obrazom, jakie nam przesyła… – spokojnym głosem wyjaśnił to co już wiedzieli, patrząc na rzeź wokół nich, bezradnie próbując jej zapobiec. Goth załamał ręce, a jego mina była najsmutniejszą, jaką dotychczas widzieli. Później grymas postarzałej twarzy kapłana zmienił się na wściekłość i bezradność, ale niestety nic to nie pomagało. Stali i patrzeli, jak widmowi najeźdźcy mordują kolejno wieśniaków.

Krew podpłynęła pod stopy nekromanty, nie brudząc butów. Najemnik stał nad ciałem mężczyzny i z uśmiechem przyglądał się jego turlającej się głowie. Wszędzie leżały ciała kobiet i mężczyzn, pokaleczone, bez kończyn i ze śmiertelnymi ranami… Sekundy grozy i przerażającej wizji zamieniały się w minuty. Wojownik oblizał wargi i podszedł powoli do wrzeszczącej, młodej kapłanki.

– Nie! – instynktownie krzyknęła Ziriel, ale żaden z oprawców nie zwrócił na nią uwagi. Goth spokojnie, niczym ojciec i opiekun tulący swoje dziecko, położył dłoń na ramieniu przerażonej elfki. Widział kątem oka łzy spływające po jej pięknej twarzy. Wiedział, że w duchu wojowniczka przeżywa to silnie, jak on, ale nie mógł jej pocieszyć…

Najemnicy Pana Wieży spokojnie otoczyli bezbronne kapłanki Arianne. Kolejno zrywali zeń ceremonialne szaty i brutalnie gwałcili, dając upust swoim chorym rządzom. Kiedy skończyli zwyczajnie zabili wszystkie oszczędzając tylko jedną, Najwyższą Kapłankę, tę, która przyjęła drużynę. Goth ze złości mocniej zacisnął topór, widząc co się stało. Mógł tylko czekać na dalsze obrazy. Trzech najemników podeszło do martwych kapłanek. Chwilę nabijali się z ich zbezczeszczonych zwłok, po czym zerwali im z szyi święte medaliony Arianne. Zawiesili je sobie, śmiejąc się w tryumfalnym geście…

Kapłan wiedział, że takie bluźnierstwo i świętokradztwo, nawet przy tak łagodnej bogini, nie może ujść im na sucho… Drużyna cierpliwie obserwowała dalsze wydarzenia. Nagle jeden z najemników krzyknął i padł na ziemię. Z jego skroni wystawał bełt, a żołnierz, z którego kuszy został wystrzelony, siedział zaskoczony na koniu i z niedowierzaniem kiwał głową. Goth uśmiechnął się pod nosem… Nie minęła minuta, kiedy drugi z profanatorów chwycił się obiema rękoma za głowę i z potwornym krzykiem wybiegł na bagnisty, podmokły las. Jego przerażający wrzask długo niósł się jeszcze echem pośród mgieł i mrocznych drzew. Trzeci z żołnierzy widząc, co się stało z dwoma kompanami, szybko ściągnął medalion z szyi i schował go w kieszeni.

– Będzie wspaniałą ozdobą w nowej świątyni mego Pana! – przywódca najemników podszedł do Najwyższej Kapłanki i zerwał z jej szyi święty symbol. Widząc jednak ryzyko, jakie niesie ze sobą jego nałożenie, wcisnął go do wiszącej przy pasie sakiewki. Ostrożnie, z perfidnym uśmiechem, wysunął miecz z pochwy.

– Gocie uwolnij nas! Na wszystkich bogów, uwolnij nas! – kapłanka zwróciła pobitą twarz w kierunku wpatrzonych w scenę członków drużyny. Zaskoczeni nie zdążyli nic odpowiedzieć, bo stojący nad nią wódz najemników, przebił jej serce mieczem. Cichy jęk kobiety oznajmił kres jej życia… Drużyna w milczeniu widziała jeszcze, jak najemnicy niosą martwe ciało ich kompana i wrzucają do pobliskiego stawu…


– Zanim wyruszymy, muszę zakończyć pewną sprawę! – Goth zwrócił się do całej drużyny, ale patrzał w kierunku syna. Był skupiony i poważny. Zęby miał zaciśnięte, a skronie pulsowały mu z gniewu, który na razie niezręcznie starał się ukryć. Był ranek, kiedy jednocześnie zbudzili się z przedziwnego, krwawego snu. Pogoda była niesprzyjająca, i mimo tego, iż mgła zelżała i troszkę opadła, wiał chłodny wiatr, a z pochmurnego nieba kapała nieprzyjemna mżawka. Stwierdzili jednak, że poprzedniego dnia w bardziej nieprzyjemnych warunkach, nie zboczyli ze szlaku i dalej idą w kierunku Miasta Mgieł. Teraz, kiedy mieli wyruszać, Goth wstrzymał podróż…

– Gotreku sprzeciwiłeś się woli ojca, zatem uważasz się za dorosłego! – kontynuował kapłan – W takim razie musisz stanąć ze mną do walki! – jego ton był wzburzony, a wypowiadane słowa głośne, jednak dalej starał się trzymać nerwy na wodzy.

– Gocie, to co słyszałeś, to była tylko wizja… – Ziriel wtrąciła się w słowa kapłana, spotykając przy tym jego gniewne spojrzenie.

– Zostaw… – Radagast chwycił elfkę za rękę, powstrzymując ją przed dalszym wtrącaniem – To może być całkiem ciekawe… – ton głosu czarodzieja wskazywał na rozbawienie i chęć wyśmienitej zabawy, czego nie potwierdzali pozostali kompani.

– Nie Ziriel. To nie tylko wizja. – Gotrek nie usłyszał prowokacji nekromanty, a przynajmniej nie zwrócił na nią uwagi. Spojrzał poważnie na ojca i powoli dobierał dalsze słowa. Jego głos drżał, ale wzrok, jakim obdarzył kapłana, był odważny i bezwzględny. – Teraz powtórzyłbym to samo. Ojciec wyraźnie powiedział, że nic mi nie zawdzięcza, że wszystko jest wolą Lorsha. Sam zdecydował nie przyjmować mojej pomocy! – ostatnie zdanie uderzyło Gotha niczym piorun. Zrobił krok do przodu, mocno zaciskając pięści…

– A kimże jesteś, by kwestionować moje słowa i wolę Lorsha kierującego naszym życiem?! – opanowanie całkowicie opuściło kapłana. – Jesteś tylko brudem na mych stopach! Jesteś nikim! Rozumiesz to?! – Goth wściekle wykrzykiwał słowa, a z każdym następnym, ślina tryskała mu z ust. Drużyna stała jak wmurowana, patrząc na pogłębiającą się furię kapłana. W pewnym sensie był to dla nich szok, bo nigdy przedtem nie widzieli go tak mocno kipiącego ze złości. Podróżują już tak długo, Goth w tym czasie awansował na wysoką i poważniejszą rangę w hierarchii kościoła, ale w ten sposób nigdy dotychczas się nie zachowywał. Radagast mocniej zacisnął dłoń na nadgarstku Ziriel. Elfka znowu chciała się wtrącić, widząc do czego kłótnia może doprowadzić, ale mag po raz kolejny szarpnął ją za rękę. Spojrzała przerażona na czarodzieja, ale spod ciemnego, obszernego kaptura, nie mogła zobaczyć wściekłego spojrzenia nekromanty i nienawistnego, krótkiego uśmiechu.

– Zatem udowodnisz mi teraz, iż dorosłym się stałeś i masz prawo, by polecenia me kwestionować! – powiedział Goth. Radagast uśmiechnął się szerzej. Czuł drżenie Ziriel, która wystraszona była i niepewna zbliżającego się pojedynku. Nie wiedzieli, czy owa walka nie zakończy się czasem czyjąś śmiercią, ponieważ obaj un Nathrekowie byli wściekli i nieopanowani.

– Gotuj się! – krzyknął kapłan, po czym zaczął wznosić modły do Lorsha. Gotrek niby ignorując polecenie, wsiadł na konia i oddalił się na bezpieczną odległość od wściekłego ojca. Kiedy Goth zakończył modły popędził konia w stronę syna. Radagast uważnie obserwował młodszego un Nathreka, który widząc nadjeżdżającego kapłana utkał zaklęcie „Tarczy” i ruszył mu naprzeciw. Walka na pierwszy rzut oka była przesądzona, ponieważ kapłan chroniony był przez boga, a jego olbrzymi topór i umiejętności w posługiwaniu się nim, znacznie przewyższały możliwości mniejszego, z uboższym orężem, syna. Ale wszyscy, jak jeden mąż, zaskoczeni byli jej przebiegiem…

Czarodziej stał i patrzał, jak w swej nieopanowanej wściekłości, kapłan, co rusz, okłada syna potężnymi ciosami toporem. Gdy tylko czar pękł, Gotrek utkał go ponownie, bo wiedział, że to jedyna ochrona przed ostrzami broni Gotha. Minęła krótka chwila, podczas której oboje atakowali i parowali ciosy jednocześnie. Gdy tylko nadarzyła się okazja, Gotrek wyczarował „Lustrzane Odbicie”, którego celem miało być zmylenie i rozkojarzenie kapłana. Goth widząc kilku Gotreków przed sobą miał utrudnioną szansę na zadanie celnego ciosu, a to pozwoliło młodszemu un Nathrekowi wyprowadzić celny cios. Szabla Gotreka prowadzona jego zręczną dłonią, zsunęła się po toporze Gotha, po czym ścięła mu palce u nogi. Jednak ku jego zaskoczeniu kapłan, chroniony mocą swego boga, momentalnie powstrzymał krwawienie, a rany zasklepiły się same.

Mimo to Gotrek zyskał na czasie i Radagast rozpoznał „Wampiryczne Dotknięcie”, które kompan tka, nakładając je na ostrze swej szabli. Kapłan wściekle atakował kilku synów na raz, co chwila likwidując celnym trafieniem kolejne lustrzane odbicia Gotreka. Te niecelne ciosy pozwoliły młodszemu un Nathrekowi na zadanie praktycznie decydującego cięcia. Czar ze szkoły życia i śmierci zaczął działać. Energia życiowa kapłana szybko przechodziła na syna, jednocześnie pozbawiając życia Gotha. Radagast wyobraził sobie siłę i energię, jaka w tej chwili ogarnia Gotreka, poczuł smak śmierci i uśmiechnął się szerzej.

– Poddaj się ojcze! Dosyć tego! – krzyknął Gotrek – Nie chcę Cię zabić! – dodał szybko widząc, jak kapłan chwieje się w siodle.

– Walcz! – Goth, przez zaciśnięte z bólu zęby, wycharczał do syna. Stojąca z boku drużyna zamarła. Widzieli kapłana, który resztkami sił próbuje zadać kolejny cios i Gotreka, tkającego zaklęcie.

– On go zabije… – Ziriel wyszeptała, jak gdyby tylko do siebie, ale wszyscy stojący obok spojrzeli na elfkę. Jej mina ukazała strach i przerażenie, ale nie walką i śmiercią, bardziej sytuacją, która miała miejsce w drużynie i wśród rodziny i przyjaciół. To najbardziej ją przerażało.

– Niestety, nie tym czarem. – spokojnie powiedział Radagast. Teraz zwrócili spojrzenia ku nekromancie. Wiedział, że patrzą na niego i zastanawiał się, czy bardziej przeraził ich słowem „niestety”, czy zwyczajnym spokojem i opanowaniem…

„Pomniejsze Drążenie Larlocha” miało tylko pozbawić resztek sił i chęci do walki, jednak dla kapłana, okazało się i tak zbyt szkodliwe. Nieprzytomny spadł z konia i z hukiem uderzył o ziemię. Gotrek spojrzał na nieprzytomnego ojca. Widział szybko i nieregularnie unoszącą się klatkę piersiową i słyszał chrapliwy oddech.

– Będzie żył! – spojrzał na dalej stojących kompanów, jakby chciał ich uspokoić. – Będzie żył… – wyszeptał do siebie, czując ulgę i zadowolenie…


Kapłan ocknął się w zrujnowanej komnacie. Rozejrzał się powoli i po chwili rozpoznał resztki ze świątyni Arianne, budowli z ich nocnej wizji. Ściany były popękane i dziurawe, po ozdobnych arrasach nie było śladu. Z kamiennej podłogi wyrastały krzaki i kępki trawy, jakby szukając miejsca na swobodny rozrost. Dach był częściowo zburzony, a tam gdzie więźby ocalały, można było zauważyć ślady dawnego pożaru.

– Gratulacje synu… – siedząca obok drużyna odwróciła się do podnoszącego się z noszy kapłana. – Jednak ceremonię mianowania Cię na męża musimy przełożyć na pobyt w Świątyni Wilków… – Gotrek podszedł do ojca i podał mu dłoń. Był to uścisk miłości i wzajemnego szacunku, dwóch poważnych mężczyzn. Widać było, że nie żywią już do siebie urazy, a jedynie głębsze, poważniejsze i dojrzalsze uczucia.

– Kiedy odpoczywałeś – zaczął Radagast – postanowiliśmy, że poszukamy tych skradzionych medalionów. – Goth kiwnął na znak zgody. – Jednak Twój stan Ci na to nie pozwala, dlatego zostań i… – zastanowił się mag – …kontempluj. – Kapłan skrzywił się na sarkazm czarodzieja, ale postanowił nie komentować, ani też się nie sprzeciwiać. Faktycznie przydałby mu się odpoczynek i modlitwa, a to miejsce, mimo iż zniszczone przez czas i ludzi, mogło mu w tym pomóc.

Spojrzał jeszcze na wychodzących na zewnątrz kompanów, po czym zaczął się modlić. Poczuł, jak ciało i duszę przepełnia siła, a jego rany i zmęczenie powoli zanikają. Po chwili mógł już wstać i dołączyć do drużyny. Zastał ich stojących w milczeniu nad brzegiem owego zalewu, do którego w ich wizji, najemnicy wrzucili ciało kompana z przebitą bełtem głową. Patrzał chwilę na Ziriel i Dina dokładnie szukających jakichkolwiek śladów, ale widać było, że bezskutecznie. Linia brzegowa stawu też nie przypominała tamtej wcześniejszej, a woda tutaj wydawała się głębsza.

– Kopcie tutaj… – powiedział spokojnie kapłan, wskazując ręką miejsce blisko brzegu. Odwrócili się gwałtownie, zaskoczeni jego głosem, ale bez pytań posłuchali jego zalecenia. Chwilkę trwało, kiedy pod warstwą mokrej ziemi i brudnego mułu, dokopali się do leżącego szkieletu. Na szyi wisiał skradziony amulet bogini Arianne, który zabrali ze ścierwa i weszli z nim do podniszczonej świątyni, pod główny ołtarz.

Goth ostrożnie położył amulet na kamiennym ołtarzu. Nagle postument rozbłysł lekkim, kojącym światłem, a w powietrzu uformowała się jedna ćwiartka, materialnej całości, która przypominała drzwi. Spojrzeli na siebie i zrozumieli, że tylko cztery odzyskane amulety, utworzą całość, która być może stanowi przejście, do miejsca, w którym więzione są dusze zmarłych, skrzywdzonych kapłanek.

– W takim razie, z pomocą Lorsha, odnajdźmy pozostałych zbrodniarzy, którzy skradli amulety kapłankom! – podniesionym tonem oznajmił Goth – Może przynajmniej tak odwdzięczymy się bogini za pomoc, jakiej nam tu udzieliła… – znowu skinęli na znak zgody.

– Myślę, że powinniśmy podjąć przybliżony trop, tego, który pobiegł w las z bólami głowy… – Ziriel spojrzała na kompanów – Jeśli się uda, to może wpadniemy na kolejne truchło, leżące gdzieś w pobliżu. Widać było, że aprobują jej pomysł, więc wraz z pomocą Dina wyszła na czoło grupy i podjęła się szukania jakichkolwiek śladów.

Niestety ani ona, ani Din długo nie potrafili znaleźć czegokolwiek, co mogłoby doprowadzić ich do zbiegłego w las najemnika. Nawet Goth szepcący podczas podróży ciche, błagalne modły, nie potrafił nic wyczuć. Radagast i Gotrek zwyczajnie nie widzieli sensu w używaniu magii, zdając sobie sprawę, że amuletu boga i tak nie odnajdą. Po kilku godzinach bezsensownego błądzenia po bagnistym lesie, postanowili wrócić na odpoczynek do świątyni.

Południowe promienie słońca nieśmiało przebijały się przez korony ciemnych drzew, tańcząc nad taflą rozlewiska. Drużyna siedziała w podburzonej komnacie, rozkoszując się ciepłem promyczków, lekko muskających ich twarze. Mgła opadła i mogli teraz dokładniej obejrzeć otaczający świątynię las. Kory drzew porośnięte były zawilgoconym, lśniąco zielonym mchem, który przy spotkaniu ze słońcem, odbijał krótkie, ale ostre migawki światła. Nad wodą stawu unosiła się gęsta mgła, sunąc po całej jej powierzchni. Z bagien otaczających świątynię, pośród ścieżek i sfałdowanych terenów, co jakiś czas pykały wielkie bańki powietrza. Nagle Din zmarszczył brwi i otworzył szerzej oczy, jakby w oddali dojrzał nagą, błąkającą się wśród drzew i krzaków, kobietę.

– Myślę, że to dym z komina… – podszedł do krawędzi zburzonej ściany, przysłaniając oczy ręką, aby padające nań słońce nie oślepiało wzroku. – Tak, to może być ta osada z naszej wizji… Pamiętacie? – zwrócił się do siedzącej jeszcze drużyny.

– W takim razie może tam czegoś się dowiemy, a przynajmniej normalnie odpoczniemy. – Radagast wstał i podszedł do progu otwartych drzwi. – Idziecie? – odwrócił się do kompanów. Ci jakby przez chwilę analizowali co mag do nich powiedział, po czym ocknęli się z krótkiej zadumy, pozbierali ekwipunek i poszli ścieżką za Dinem.


– Ano! Był tu taki jeden… – karczmarz zlustrował wzrokiem Gotha i jego ciężki pancerz. – Jak wy Panocku, podobnież przyodziany. – kontynuował opowieść. – Niedawno to było, gdy rycerz ten, obłędny człek, jak mówię… – oberżysta złapał się za głowę, jakby w celu podkreślenia swoich słów – Bestyję ubić chciał, co nam tu no… rozpierdól w okolicy robi… – spojrzał na srogi wyraz twarzy kapłana, ale zaraz potem na jego rozbawionych kompanów – I sieje zgrozę, że dziecioki po majtach srajom!

– I…?! – widać było, że Goth powoli traci cierpliwość, zaś karczmarz, jakby w swym żywiole zaczynał rozkręcać swoją opowieść.

– No mówie przeca! Takiż sam wisior nosił blaszak jeden! – oberżysta szybko zasłonił usta, rozumiejąc, że podniósł głos na kapłana, który widać i tak już był lekko podenerwowany i zniecierpliwiony. – Wybacz Panocku… – kapłan skinął głową na znak zgody. – No nie udało mu się bestyji ubić i zszedł zaraz po tym, jak doczołgał się tutaj, borok jeden. Cały z krwi, masakra… – karczmarz ściszył głos.

– Co się stało później, z ciałem i amuletem? – zapytał Radagast. Mag też zaczynał się już niecierpliwić i co jakiś czas stukał chudymi palcami o blat baru.

– Hainel, niech idiocie ziemia lekkom bydzie… – oberżysta niechlujnie wykonał znak do Razina – Chcioł rycerzowi wisior zabrać, ale my Panocku zarazki od tego chcielim go odwieść, nie słuchał… – Goth srogo zmierzył wzrokiem i tak już przestraszonego karczmarza, ten nawet nie ośmielił się na niego spojrzeć. – Jak trzasło! – karczmarz nagle krzyknął, a drużyna cofnęła się instynktownie. – Jak dupło! No miazga! Nic nie zostało po Hainelu! Pochowalim blaszaka z wisiorem tuket, na tutejszym cmentarzu i ot cała historyja. – Gospodarz rozłożył ręce.

– Wypytajmy jeszcze kilka osób z wioski i wtedy zaczniemy coś planować. – Drużyna ustawiła się w kole, a Gotrek cichym głosem podsuwał propozycje. Kiwnęli głowami i wyszli na zewnątrz.

Minęło kilkadziesiąt minut i drużyna wyraźnie zniechęciła się do dalszego przepytywania wieśniaków. Co jeden, to wymyślał coraz to bardziej niesamowite historie, a inni odbiegali od tematu opowiadając o problemach z upierdliwymi sąsiadami… Jednak każdy z przepytywanych wieśniaków wspominał zgodnie o tutejszej wiedźmie, która samotnie zamieszkuje pobliskie bagna. Wieśniacy twierdzili, że bestia to jej twór, a nawet, że nocami ze sobą kopulują… Drużyna bogatsza o owe „zeznania”, zaczęła składać zebrane fakty.

– W takim razie zostawmy cmentarz i znajdźmy zielarkę. – Din odezwał się pierwszy i zaraz spojrzał na reakcję nekromanty. Drużyna wmawiała sobie, że podróżujący z nimi mag żywi specyficzne uczucia do takich spraw związanych ze śmiercią, ale wiedzieli również, że magia, którą włada wchodzi w tak specyficzne obszary. Radagast stał nieruchomo i nie odezwał się ani słowem. Jego szyderczy uśmiech zakryty był szczelnie przez szeroki, czarny kaptur. Z satysfakcją wykorzystywał fakt, że niektórzy jego towarzysze, a w zasadzie wszyscy, prócz Gotreka, boją się szkoły nekromancji, bo zwyczajnie nie rozumieją jej natury. Dlatego uwielbiał drażnić ich i prowokować, tak kontrowersyjnymi czynnikami, jak cmentarz, czy umarli… Teraz jednak napawał się tylko ich lekką bojaźnią i niewiedzą.

– Dobrze więc. – Goth nie widząc sprzeciwu zaczął przydzielać zadania. Kapłan od czasu awansu w hierarchii kościoła zaczął jeszcze bardziej roszczyć sobie prawa do przywództwa w drużynie, co spotykało się z częstymi kłótniami, głównie od strony Radagasta, który bardziej cenił sobie wolność słowa i niezależność. – Ziriel z Dinem poszukają śladów na bagnach i może znajdziemy bestię wcześniej, a jak nie, to zwyczajnie skierujemy kroki do owej wiedźmy. – Wskazał ruchem głowy las i ścieżkę prowadzącą wśród bagien. Drużyna zgodnie wzięła ekwipunek i ruszyła za przodowymi tropicielami.

Szli w milczeniu wśród podmokłych krzewów, delikatnie stąpając po bagnistym terenie. Odgłosy lasu odbijały się echem nad koronami drzew, a promienie słońca coraz słabiej się przez nie przebijały. Elfka i wojownik bezskutecznie szukali śladów, aż w końcu zaprzestali i skierowali kroki przed siebie. Nikt na nich nie naciskał, ani nie krytykował tego faktu, bo każdy wiedział, jak trudny to teren. Kilkaset metrów dalej doszli do większego stawu, podobnego do tego sprzed świątyni. Na drugim jego brzegu zobaczyli drewnianą chatkę i nieśmiało wylatujący dym z kamiennego komina. Ostrożnie obeszli brzeg, a kiedy zbliżali się do chatki Ziriel przyklękła i zaczęła badać znalezione ślady.

– Patrzcie. – Wyszeptała elfka, mimo tego jej głos niósł się nad wodą. – Interesujące… – powtórzyła, jakby do siebie.

– Ziriel? – Radagast położył dłoń na jej ramieniu, odrywając ją z zamyślenia.

– Ślady wychodzą z wody i przypominają jaszczurze, ale są wyraźnie większe, zbliżone rozmiarami do ludzkich… – podniosła głowę. – Prowadzą do chatki… – drużyna spojrzała po sobie, a następnie na samotnie stojącą chatkę.

– Chodźmy więc, nie ma czasu do stracenia. – Goth pierwszy zrobił krok naprzód…


– Co powiedziała? – Radagast z nutką podejrzliwości pierwszy wysunął pytanie. Kiedy wiedźma zaprosiła Gotreka na rozmowę na osobności, w drużynie aż huczało od domysłów, w jakimż to celu. Nabrali się już na opowieściach wieśniaków, ponieważ „straszną” wiedźmą okazała się być młoda, piękna kobieta, której intencje na pierwszy rzut oka, co najmniej odbiegały od nieprzyjaznych, a co dopiero wrogich. W końcu po kilkudziesięciu minutach sam na sam z zielarką, młody un Nathrek wyszedł nad staw, przed chatkę, gdzie czekali na niego kompani.

– Wiem, gdzie znajdziemy jaszczuroczłeka… – Gotrek lekko zarumieniony kontynuował. – Muszę jednak, zaraz po tym, jak go powalimy, przyjść do niej i… – zawahał się na sekundę, ale widząc ich podejrzliwe miny szybko dokończył. – …I pomóc jej w zrozumieniu pewnego zaklęcia. Może nam to zająć całą noc…

– Tak, jasne… – nekromanta wstał i podszedł do Gotreka – Zaiste potężnym jesteś magiem, że tak skomplikowane formuły czarów umiesz zrozumieć, które całonocnej pracy wymagają… – klepnął go po ramieniu i odszedł kawałek dalej, śmiejąc się na tyle głośno, żeby reszta zrozumiała aluzję i sarkazm czarodzieja.

Gotrek nie odezwał się słowem, tylko od razu ruszył w głąb bagna. Ziriel i Din, wymienili porozumiewawczo spojrzenia i poszli za nim. Jedynie Goth i Adam wyglądali na tych, którzy całkiem poważnie wzięli do siebie tłumaczenia Gotreka.

Po kilkudziesięciu minutach marszu, las zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Bagna zastąpiły gęste, zielone trawy, a podmokły teren, ściółką z iglastych drzew. Słońce powoli traciło się za horyzontem, kiedy trafili na wyznaczoną polanę. Czekali w ukryciu jeszcze chwilkę, kiedy zza drzew na trawiasty, odsłonięty teren, dość niepewnie, rozglądając się, weszła potężna istota. Miała prawie trzy metry wysokości i przypominała jaszczurkę, poruszającą się, jak humanoid. Jej ciało pokryte było zielono-żółtymi łuskami, a łapska uzbrojone były w długie i ostre pazury. Jaszczuroczłek ostrożnie, cofając się kilka razy, wszedł na polanę. Z gadziej paszczy, co chwilę wysuwał się rozdwojony na końcu, czerwony jęzor, jakby macał powietrze przed sobą.

– Ka Ichmana On-Tera Sa… – Radagast rozpoznał słowa zaklęcia „Błyskawicy”, wypowiadane przez Gotreka, po czym sam zaczął tkać inne. W tym momencie Goth ruszył szarżą do ataku. Za nim momentalnie pobiegł Adam dobywając miecza. Din i Ziriel z wcześniej przygotowanymi kuszą i łukiem zaczęli wypuszczać pociski, jeden za drugim w stronę wyjącej i wściekłej bestii. Goth biegł przed siebie, a trasa wydłużała mu się nienaturalnie. Obok przemknęła wiązka błękitnej energii, nieznacznie raniąc istotę. Ta zawyła głośniej, odwróciła się do szarżującego kapłana i rozpostarła łapy, wysuwając ostre, jak brzytwa, pazury. Gotrek, gdy tylko wypuścił moc czaru i skierował pocisk w istotę, momentalnie pobiegł do walczących już Gotha i Adama. Widział, jak bestia, mimo olbrzymich rozmiarów, porusza się zręcznie i skutecznie odpiera ataki wojowników.

– Aaaaa…!!! – kapłan zawył z bólu, kiedy umięśnione łapska trafiły go w tors. Huk uderzenia o pancerz, rozgrzmiał w okolicy. Przez chwilę Gotrek wstrzymał oddech, ale gdy tylko dojrzał dalej broniącego się ojca, przyśpieszył kroku. Wpadł w wir walki, uderzając szablą w korpus jaszczuroludzia. Bestia momentalnie odparła atak i wyprowadziła swój, dalej celując w kapłana. Kolejny huk. Goth zachwiał się na nogach, ale zaraz po tym Gotrek usłyszał słowa w języku Zanzibarru, które ojciec wypowiedział, żeby wspomóc się mocą Amuletu Ziemi. Bestia atakowała zacięcie i bez zmęczenia. Kolejne potężne ciosy, spadały na rannego kapłana, którego tylko magiczna bariera amuletu chroniła przed śmiercią. Nagle do walczącej czwórki podleciała półprzeźroczysta, świecąca zielonkawym blaskiem dłoń, która momentalnie, jakby prowadzona przez niewidzialnego wojownika, zaczęła atakować bestię.

Radagast, pomyślał Gotrek, po czym lekko się uśmiechnął, bo ich przewaga powoli rosła. Mimo wielu ataków czarami i ich orężem, jaszczuroczłek dzielnie się bronił, a jego twarde łuski odpierały większość uderzeń. Gdzieniegdzie tylko zza poszarpanego, naturalnego pancerza istoty, można było dojrzeć sączącą się zielonkawą masę, może krew… Gotrek widząc, że bestia od tylu ataków ma coraz większe problemy z koordynacją ruchów, wyczekał do odpowiedniego momentu, po czym ciął, z nadzieją na finał…

Potwór nawet nie zdążył jęknąć, kiedy jego wielkie, martwe ciało upadło na trawę. Przez chwilę walczący zastanawiali się, od którego ciosu bestia padła, ale już po chwili zobaczyli, bełt kuszy Ziriel, który przebił czaszkę jaszczuroczłeka na wylot. Nie zdążyli nawet kucnąć przy potworze, kiedy Goth zawył z bólu. Wielki kapłan upadł na oba kolana i objął się rękoma wokół torsu.

– To moc amuletu! – krzyknął Radagast podchodząc do nich. – Magia Cieni jest zgubna! Potężna, ale zgubna i zabójcza! – nekromanta, jakby zachwycał się siłą amuletu. Tymczasem Gotrek chwycił ojca pod pachę, ale kapłan z bólu nie był w stanie wstać, tylko ciężko osunął się na ziemię, krzycząc. Na jego całym ciele pojawiły się liczne, głębokie i płytkie rany, jakby niewidzialne sztylety, cięły mu skórę.

– To musiał być jeden z żołnierzy z wizji, który wziął amulet i wybiegł w las… – Ziriel kucnęła nad martwym potworem. Jej dłoń delikatnie sunęła po łuskowym korpusie bestii, lekko muskając palcami nierówności jej pancerza. Wszyscy śledzili wzrokiem ten zabieg, aż zatrzymali oczy na amulecie Arianne, wrośniętym w klatkę piersiową jaszczuroczłeka.

– To nie powinno mi zająć dużo czasu. – Radagast wyciągnął sztylet i z chirurgiczną precyzją i dużą zręcznością wyciął klejnot z łuskowego ciała. Goth westchnął i wzniósł cichą modlitwę do Lorsha. Po chwili mógł już wstać, ale jego rany nie zniknęły. Moce Lorsha nie działają na rany zadane przez amulet.

– W takim razie ja wracam do wiedźmy… – wtrącił Gotrek – Obietnica, to obietnica. – drużyna uśmiechnęła się do siebie.

– My wracamy do wioski, – Ziriel przerzuciła kuszę przez ramię. – …i odkopiemy rycerza. Może znajdziemy trzeci medalion? – wszyscy skinęli głowami z aprobatą.

Słońce już dawno zaszło za horyzont, kiedy drużyna zostawiła martwe ciało bestii, samotnie leżące, na zakrwawionej polanie. Ten dzień był męczący i kompanija chciała tylko odpocząć, zapaść w spokojny i błogi sen…


Cmentarz nie przypominał zadbanej, kamienistej i wielkiej nekropolii, znanej z innych miast. Wręcz odwrotnie, ogrodzenie z drewnianych palików było zniszczone i spróchniałe. Nagrobki po części z kamienia, częściowo z drewna, były poprzewracane i zaniedbane. Same groby porośnięte były trawą i chwastami, wyglądały ponuro i szaro, bez kolorowych kwiatów i typowych ozdób. Tylko jeden z nich był dość wyraźny i świeży i tam właśnie drużyna skierowała swoje kroki.

Kilka chwil zajęło Dinowi i Adamowi wydobycie ciała z ubitej ziemi. Mężczyzna, tak jak wieśniacy wspominali, pochowany został w kolczej zbroi i z orężem. Jego ciało miało już ślady głębokiego rozkładu.

– Obrzydliwie śmierdzi! – Ziriel powstrzymywała się od wymiotów, zasłaniając dłonią usta. Mimo, iż elfka przyzwyczajona była do zabijania i widoku zmasakrowanych ciał, to jednak sama rasa stroniła od tego typu zabiegów, które miały na celu odkopywanie pochowanych, albo jakiekolwiek działania nad martwymi. Dlatego tak bardzo nie podzielała magii i poglądów Radagasta, który w dziedzinie życia i śmierci był swojego rodzaju ekspertem…

– Czasami zapach żywego, rannego lub spoconego ciała, jest gorszy, od zapachu zwłok… – nekromanta po raz kolejny wywołał szok i obrzydzenie wśród kompanów. Znany był z kontrowersyjnych poglądów i dziwnych zamiłowań, ale mimo to, potrafił ciągle zaskakiwać owymi poglądami. Drużyna musiała pogodzić się z jego specyficznym nurtem magii, inaczej nie mogliby wspólnie podróżować. – Wspaniałe ciało… – Radagast wyciągnął robaka z oczodołu martwego, cały czas prowokując swym zachowaniem. – Nadawałby się… – Ziriel odkaszlała i odsunęła się z dala od tej sceny. Mag zręcznym ruchem zerwał wiszący medalion Arianne z szyi denata i podał go Gothowi. Czyżby owy martwy rycerz także poszukiwał pozostałych amuletów?

– Nawet nie chce wiedzieć, o czym teraz bełkotałeś… – kapłan wziął amulet z rąk nekromanty. – Zaczyna mnie zwyczajnie niepokoić twoje zachowanie…

– O co znowu się kłócicie?! – kapłan nie dokończył, bo zawołanie Gotreka wybiło go z myśli. Młody un Nathrek szedł w ich kierunku, mijając groby. Widać było, że mimo całonocnych „prac” nad czarem, jest wypoczęty i promienisty po twarzy. Drużyna też zauważyła bijący od niego entuzjazm.

– I jak hmm… nauka…? – Nekromanta wstał od zwłok i z zasłoniętym przez kaptur uśmiechem, zapytał Gotreka. – Dałeś rady, wytrzymałeś tempa…? – Adam i Din parsknęli śmiechem, a Goth zaczerwienił się lekko.

– Tak dałem chuderlaku. – un Nathrek parsknął ripostą. – Nos w trupa magu! – widać było, że Gotrek ma dość docinek i wyśmiewania się z niego. Radagast stanął naprzeciw, mocniej ściskając laskę. Słychać było skrzypienie wywołane zaciskanymi wokół kija palcami.

– Dość tego! – Ziriel stanęła pomiędzy nimi, lekko uderzając dłońmi w ich piersi. – Chodźmy do świątyni.

Kiedy położyli wszystkie zdobyte trzy amulety na ołtarzu, zmaterializowały się prawie pełne drzwi. Brakowało tylko czwartej ich części, ażeby skompletować całość. Wiedzieli, że żeby przynieść ukojenie martwym, zamordowanym kapłankom, muszą odnaleźć ostatni, czwarty medalion, ten, który zabrał herszt najemników z ich wizji.

– Wiem, gdzie jest ostatni medalion… – Gotrek powiedział cicho, a wszyscy zwrócili się ku niemu. – Wiedźma powiedziała mi, że Pan Wieży, w Mieście Mgieł, przechowuje amulety z różnych religii, jako swoje trofea. Trzyma je w swej własnej świątyni… – zapadła cisza, a każdy pogrążył się we własnych myślach. Wiedzieli, co trzeba zrobić, albo raczej, co muszą zrobić…

– W takim razie chodźmy – Goth zabrał trzy leżące amulety. – Bo do Miasta Mgieł jeszcze kilka dni drogi… – wyszedł do lasu, przed wejście do świątyni. – Musimy pomóc tym kapłankom, to nasz obowiązek…

Każdy bez słowa wyszedł za kapłanem…