Kronika

Kroniki XI: Miasto Mgieł I

W Mieście Mgieł Radagast i drużyna zyskują protekcję Aragonisów, poznają świątynię Władcy i szukają śladu ostatniego medalionu. Droga do Mordrokka prowadzi przez Turniej Zakonu Węży, a wewnętrzna eliminacja na magicznej planszy wskazuje Gotreka jako reprezentanta kompanii.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Opuściliśmy wioskę i świątynię Arianne, znajdującą się w pobliżu, ale wcześniej uzgodniliśmy, że gdy tylko znajdziemy ostatni medalion, wrócimy z nim do świątyni. Podejrzewaliśmy, że znajduje się on w świątyni Władcy Mgieł w mieście, a i tak naszym celem był niejaki Mordrokk przebywający w Mieście Mgieł. Kilka dni zajęła nam podróż do miasta, podczas której po drodze mijaliśmy miejsca, o których wcześniej opowiedział nam Herman Historyk. Czwartego dnia po południu na horyzoncie ukazało nam się Pozamiasto i mimo mojego ostrzeżenia, żeby wjechać w nie rankiem, a nie w nocy, nie zatrzymaliśmy się. Późnym wieczorem wjechaliśmy do tej mrocznej, bezprawnej dzielnicy. Z początku słychać było zgiełk panujący pomiędzy zniszczonymi budynkami, ale potem dziwnym trafem wszystko ucichło…

Przed nami, w ciemnościach, usłyszeliśmy odgłosy szamotaniny i brzęk oręża. Dla własnego bezpieczeństwa rzuciłem „Zbroję”, a potem powolutku podjechaliśmy do źródła hałasu. Przed nami rozgrywała się scena walki, podczas której czterech najemników, zaciekle atakowało rosłego męża w ciężkiej zbroi. Na pierwszy rzut oka wyglądał on na Tesijczyka, o czym świadczyło wzornictwo na zbroi i typowa dla tej nacji broń. Od razu przypomniałem drużynie o klanie Tesijczyków, który rządzi jedną częścią miasta i ma tam spore wpływy. Gdyby był to wojownik z tego klanu, moglibyśmy zyskać sporą wdzięczność, gdybyśmy pomogli mu w walce. Tym bardziej, że pod naporem ciosów oprawców wojownik ten leżał już na ziemi i próbował tylko bronić się przed atakami.

Bez dłuższego zastanawiania się rzuciliśmy z Gotrekiem czary, atakując czterech najemników. Ci, widząc nadjeżdżającą odsiecz, spierzchli w ciemne uliczki. Uratowany Tesijczyk przedstawił się jako Yamamoto i w podzięce zaprosił nas do swego domu. Pomogliśmy mu jeszcze zebrać ciała jego martwych kompanów i za jego przewodnictwem wjechaliśmy do głównego miasta. Kręcąc ulicami Miasta Mgieł dojechaliśmy do tesijskich budynków z szyldem przedstawiającym smoka. Pomieszczenia, przez które prowadził nas Yamamoto, przypominały gospodę. Zasiadało w niej kilkudziesięciu zbrojnych, tesijskich wojowników, którzy na widok swego pana wstawali i kłaniali się w pas. Przeszliśmy przez malutki dziedziniec, którego mozaika i wkomponowany weń ogród robił ogromne wrażenie. Następną komnatą okazała się siedziba głowy rodu i klanu zarazem, który przedstawił się jako Tanako Aragonis z rodu Aragonisów. Podziękował nam za uratowanie życia jego syna, oferując w zamian swój dom do naszej dyspozycji. Tak jak przewidywałem na początku, uratowaliśmy odpowiedniego człowieka…

Na drugi dzień, po śniadaniu odbyliśmy spotkanie z Tanako. Poprosiliśmy go o pomoc w odnalezieniu Mordrokka i okazało się, iż jest on przybocznym żołnierzem samego Władcy Mgieł, a spotkanie z nim bez protekcji rodu Aragonis mogłoby się skończyć naszą śmiercią. Niestety sam Tanako, ze względu na bezpieczeństwo swojego klanu, nie chciał zbytnio się w to angażować, ponieważ dochodził też do tego konflikt polityczny, w którym trzy klany i namiestnik się znajdują, walcząc cały czas o wpływy. Ale obiecał nam, że zastanowi się i da nam znać. Tymczasem dostaliśmy do pomocy sługę, Yoshi’ego, który miał wykonywać każde nasze polecenia i odpowiadać na nurtujące nas pytania odnośnie miasta i panujących weń zasad…

W pokoju pokłóciłem się z Gothem o wodzostwo, jakim się otacza w naszej drużynie. Kapłan, mimo braku logicznych argumentów i dezaprobaty pozostałych, stwierdził, że jako najstarszy i jego zdaniem najbardziej doświadczony, powinien być naszym przywódcą… Po dość długiej wymianie ostrych zdań wybiliśmy mu to z głowy… Stary, a głupi…

Drugą sprawą, która nas znacznie poróżniła, okazał się być sposób skontaktowania się z Mordrokkiem i wyjaśnienia mu celu naszych poszukiwań go. Goth w naiwny sposób stwierdził, że trzeba się przyznać do posiadanego przez nas amuletu i chęci zdobycia tego, który jest w posiadaniu przybocznego Władcy. Sam fakt, iż żołnierz jest bardzo niebezpieczną i nadzwyczajną postacią, nie przemawiał do kapłana i zatracał się on w swojej argumentacji, pozostałości zdrowego rozsądku. Chyba rany, które dotychczas odniósł, pozbawiły go resztek rozumu. Po długiej i bezowocnej kłótni, uzgodniliśmy, że jeśli Tanako zdecyduje się na zorganizowanie spotkania z Mordrokkiem, to wtedy zaczniemy się martwić, co i ile mu powiedzieć…

Po południu Yoshi przyniósł nam nasze wyprane ubrania i wręczył amulety rodu Aragonis, które dawały nam protekcję rodziny w mieście. Tym bardziej, że po wizji kapłanki Arianne i opowieściach Tanako, wiedzieliśmy, że kapłani innych bóstw są niemile widziani w Mieście Władcy Mgieł. Młody sługa zabrał nas na wycieczkę po mieście, opisując poszczególne jej dzielnice i ważniejsze miejsca. Opowiedział nam, że tylko Mordrokk ma wstęp do Wieży Władcy, a sama iglica otoczona jest Martwym Jeziorem, przez które przepływa Smocza Łódź, bez żagli i wioseł, tylko na życzenie Władcy Mgieł. Mieszkańcy miasta boją się zbliżać w okolice Jeziora i nawet jednego budynku nie znajdzie się w tamtym miejscu. Pierwszym miejscem naszych odwiedzin był sklep Idżi Khana, handlarza magicznymi ingrediencjami. Specyficzny sklepikarz zadał nam zagadki, a po ich prawidłowym odgadnięciu mogliśmy przystąpić do zakupów. Brzmiały one mniej więcej tak:

*„Nasyć mnie, a będę żył,

Napój mnie, a umrę”*

Odpowiedź: OGIEŃ

*„Szedł brat z siostrą,

I mąż z żoną.

Znaleźli cztery jabłka pod jabłonią.

Po jabłku sobie wzięli,

I jedno zostało – jak to się stało?”*

Odpowiedź: SZEDŁ MĘŻCZYZNA, JEGO ŻONA I SIOSTRA

Gotrek po odgadnięciu jeszcze jednej zagadki zaczął handlować i ku mojemu zdziwieniu zakupił nieznany mi czar Nekromancki: „Agonia”. Będę musiał go posiąść w najbliższej przyszłości…

Podczas oprowadzania po mieście dotarliśmy do Świątyni Władcy Mgieł. Przerażony Yoshi nie chciał tam wejść, a i Goth z Gotrekiem też zrezygnowali, nie chcąc narażać siebie i klanu Aragonis na problemy, które mogłyby z tego wyniknąć. Tak więc wraz z Dinem i piękną Ziriel przekroczyliśmy próg ponurej, pustej i ciemnej budowli. Wewnątrz panowała niepokojąca cisza i pustka. Czasami wydawało mi się, że ktoś nas obserwuje, ale po podglądaczach nie było śladu. Ciarki przechodzą mnie po plecach na samo wspomnienie o tym… Na samym środku świątynnej komnaty, stała wielka wieża, symbolizująca Wieżę Władcy, do której z czterech jej stron dochodziły szerokie schody. Wieża miała kilka metrów wysokości, a na jej ścianach znajdowały się wmurowane symbole bóstw, których wyznawcy zostali zamordowani przez żołnierzy Władcy Mgieł. Znaleźliśmy też brakujący czwarty amulet Arianne, który obiecaliśmy zwrócić. Próbowałem wykryć magię, ale mimo, iż próby rzucania czaru były udane, nic nie poczułem, prócz dreszczu i czyjejś obecności. Z lękiem opuściłem ten budynek…

Kolejnym etapem wycieczki była dzielnica klanu Raik, którego głową był niejaki Gordon Raik, a sam klan był konkurencją dla rodu Tanako. Trzecim klanem był klan Olsterów, który handlował bronią i zajmował się walkami na arenach. Sama ich dzielnica była wytworna i elegancka. Znajdował się w niej Uniwersytet, którego fundatorem był właśnie Daniel Olster, głowa klanu. Wtedy to pomyślałem, że skoro mamy w mieście takie możliwości i wsparcie jednej z rządzących rodzin, to trzeba to do cna wykorzystać… Poprosiłem Yoshi’ego o dostęp do biblioteki w celach naukowych i nazajutrz miałem już możliwość poszerzania swojej wiedzy i umiejętności…

W Zakątku Rzemieślników, Din i Gotrek zrobili zakupy, a zafascynowany urodą i figurą Ziriel sprzedawca, chciał nawet umówić się z nią na kolację. Mimo naszej zachęty elfka nie skorzystała, przez co straciła możliwość handlu „po niższych cenach”… Trzy następne dni poświęciłem nauce w bibliotece, tym razem nastawiając się na dziedzinę medyczną i leczniczą. Skoro mam ku temu wysokie, chyba najwyższe w drużynie, predyspozycje, to dlaczego nie poświęcić swojego czasu na taką wiedzę? Kapłan, który nas leczył za pomocą swoich modlitw i wiary, ostatnio prawie umarł, a wśród nas nie było nikogo innego ze zwykłą wiedzą medyczną. Dlatego, pomyślałem, byłbym na jakiś czas pewną pomocną alternatywą w podobnych sytuacjach… Tajników leczenia, których znałem już podstawy, nauczyłem się dosyć szybko i bez większych problemów. Teraz mam wystarczającą wiedzę, żeby w krytycznych sytuacjach móc zastąpić modlitwy Gotha. Po trzech dniach zostaliśmy wezwani do Tanako. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że stary Tesijczyk pozytywnie rozpatrzył naszą prośbę o spotkanie z Mordrokkiem. I w sumie nie myliliśmy się…

Tanako zaczął spotkanie dość nietypowo. Od historyjki…

Około 300 lat temu istniał tak zwany Zakon Węży. Byli oni mistrzami w posługiwaniu się bronią białą i stylami walki w tej materii. Jednak popadł w konflikty, o których mało się mówi i nie przetrwał na kartach historii. Teraz pozostała po nim tylko legenda. Jednak ostatnimi czasy do Miasta Mgieł przybył fechmistrz, który ponoć jest potomkiem i spadkobiercą umiejętności i wiedzy zakonu. Dlatego wszyscy „biją się” o tajemniczą wiedzę i nauki u boku owego fechmistrza. Zorganizowano w mieście turniej na jednej z aren rodziny Olsterów, a zwycięzca dostałby w nagrodę możliwość nauki u mistrza Zakonu Węży. Dodatkowo ogromną ilość pieniędzy i magiczny przedmiot, ale nikt nie wie, jaki…

Tanako złożył nam propozycję. Jedno z nas miało wziąć udział w turnieju, a że było już po eliminacjach wstępnych, Tanako miał nam załatwić wejście, zastępując jednym z nas swojego uczestnika, który przeszedł eliminację. Osoba, która miała walczyć w imieniu Tanako, nie żyła. Człowiek ten zginął w obronie Yamamoto. Jeśli byśmy „wygrali” turniej, Tanako zostawiłby dla siebie dużą część wygranej pieniężnej, a dla nas zostawała reszta pieniędzy, plus magiczny przedmiot, który oferował jako nagrodę Władca Mgieł i nauka u fechmistrza. Dinowi na te wieści aż się oczy zeszkliły, z podniecenia miał wyskoczyć ze spodni. Niestety wiedziałem od razu, że takie proste to wcale nie będzie… Propozycja była o tyle kusząca i atrakcyjna, że głowa rodziny Aragonis, zapewniłaby nam całkowitą protekcję w mieście, a poza tym, co dla nas ważniejsze, spotkanie z Mordrokkiem. Po dłuższej rozmowie, Tanako, stwierdził nawet, że wystarczyłoby osiągnąć wysokie miejsce w turnieju, ażeby spotkanie się odbyło. To zwiększało znacznie nasze morale. Jednak warunek do wszystkiego był jeden, bezdyskusyjny: Tanako sam spośród nas chciał wybrać uczestnika…

Jedynym na to sposobem było zorganizowanie wewnętrznego turnieju, w którym mielibyśmy (ci, którzy chcieli) walczyć pomiędzy sobą i zwycięzca największej ilości pojedynków, miałby nas i klan Aragonis reprezentować. Zgodziliśmy się i już następnego dnia z Yamamoto, Yoshi’m i orszakiem zbrojnych wyszliśmy na miasto, aby przekazać pewien przedmiot i wieści, od Tanako klanowi Raików. Przyjęto nas miło i głowa klanu Raików zgodziła się na warunki Tanako, o których nie mieliśmy pojęcia, a które przyszliśmy dostarczyć z glejtem i szkatułką. Otrzymaliśmy od Gordona Raika przesyłkę i dostaliśmy trzy dni na jej zwrot…

Po południu byliśmy już w sali, w której miały odbyć się walki pomiędzy nami. Mimo, iż z góry wiedziałem, że nie mam żadnych szans w starciu z moimi kompanami, bo żaden ze mnie wojak, to postanowiłem potraktować te eliminacje jako lekcję praktycznych nauk i zgodziłem się wziąć w nich udział. Jedynym niestartującym był Adam. W sali, w której mieliśmy się mierzyć, stał stół i krzesła z uchwytami, do których Yoshi przywiązał nam ręce. Na blacie stołu znajdowała się plansza, z dwoma stojącymi naprzeciwko sienie figurkami wojowników. To właśnie tą przesyłkę otrzymaliśmy od Gordona Raika. Yoshi powiedział, że wszystkie pojedynki rozgrywać będziemy w umyśle, ze wszelkimi zdolnościami i mocami, które posiadamy w rzeczywistym świecie. Jeśli ktoś, pechowo, miałby zginąć, to dozna co najwyżej szoku, bez innych uszczerbków na zdrowiu. Te magiczne warunki, utwierdziły mnie w moim postanowieniu, żeby wziąć w tym udział…

Pojedynki były specyficzne. Każdy wyzywał na pojedynek drugiego, a same figurki na planszy przybierały ich wizerunki. Sami walczący pojawiali się na kilkumetrowym ringu, poza którym była tylko pustka. Ci, którzy czekali przywiązani do runicznego stołu, na swoją kolej, mogli na planszy obserwować starcie walczących. Pojedynków było mnóstwo, i miałem chęci je wszystkie opisać, ale straciłbym całą noc, a sił po dzisiejszych walkach brakuje. Dlatego krótko zapisałem swoją, niestety jeszcze stałą taktykę, którą stosowałem wobec przeciwników… Zaraz na początku atakowałem „Pajęczyną”, po to by skutecznie unieruchomić przeciwnika i jeśli czar był udany, to wówczas paraliżowałem postacie „Dotykiem Ghula”, albo niszcząc efekty „Pajęczyny” gromiłem ich „Eksplodującą Czaszką”. Niestety mimo moich dużych już umiejętności magicznych, byłem niewystarczająco szybki i odporny w starciu, z takimi potężnymi i doświadczonymi przeciwnikami, jakimi okazali się Gotrek, Ziriel i Goth. Din prawie ze mną przegrał, więc nie uznaję go za groźnego przeciwnika. Już miałem okazję się o tym przekonać. Natomiast, mimo iż sparaliżowałem olbrzymiego Gotha, to dalej nie potrafiłem go dobić – kruchość mego ciała, przeważyła nad intelektem… Ogólnie powalił nas Gotrek, dziesiątkując nas wygranymi pojedynkami i muszę przyznać, że magią włada już potężną, a i w zwarciu, jest niemiłosiernie groźny. Ale nie na długo… O rozstrzygnięciu pojedynków i wybraniu naszego reprezentanta i tak decyduje Tanako, a przed wybrańcem jeszcze jeden pojedynek, z wojownikiem Tanako…