Kronika

Kroniki XXII: Miasto Mgieł I

W Mieście Mgieł drużyna zyskuje protekcję rodu Aragonisów, poznaje świątynię Władcy i odkrywa miejsce ukrycia jednego z medalionów. Obietnica spotkania z Mordrokkiem zostaje powiązana z turniejem Zakonu Węży, a Gotrek wygrywa wewnętrzne eliminacje na magicznej planszy.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

I tak wyprawa do Miasta Mgieł zyskała drugi cel, musieliśmy zdobyć już dwa medaliony. Po dziwnych opowieściach na temat Miasta Mgieł, zastanawiałem się, który będzie trudniej zdobyć. Czy ten od kapłanek Arianne ukryty w Świątyni Władcy, czy może ten, którego poszukiwaliśmy od dwóch lat i który jest kolejnym kluczem do tajemnego, zanzibarskiego sanktuarium w górze zwanej Ogonem Diabła. I jeśli mam być szczery nie umiałem znaleźć odpowiedzi.

Do Miasta Mgieł, zostało nam około czterech dni drogi. Poruszaliśmy się trochę wolniej niż zwykle, jako że Goth ciągle odczuwał skutki użycia medalionu Cieni w walce z jaszczuro-człowiekiem. Zarysy miasta dostrzegliśmy tuż przed zmierzchem czwartego dnia. Dojeżdżając do miasta Radagast przypomniał nam słowa kartografa, który ostrzegał nas przed tak zwanym Pozamiastem. Pozamiasto to dzielnice, które wyrosły już poza murami miasta właściwego. Z jego opowieści wynikało, że te dzielnice nie rządzą się żadnymi prawami, no może za wyjątkiem prawa silniejszego. Ziriel zareagowała niemal natychmiast, proponując byśmy jeszcze tę noc przespali pod gołym niebem i udać się do miasta w trakcie dnia. Goth otwarcie i głośno skrytykował jęczenie elfki. Zresztą miał rację, raczej nikt rozsądny nie atakuje grupy sześciu uzbrojonych konnych. Kiedy wjeżdżaliśmy między pierwsze zabudowania Pozamiasta było już całkowicie ciemno. Zewsząd dochodziły do nas odgłosy pijackich burd, co krok spotykaliśmy prostytutki, wyglądające niemal tak atrakcyjnie jak sześćdziesięcioletni żywotrup, oddające się tu i tam, w ciemnych zaułkach.

Jechaliśmy powoli główną ulicą w stronę właściwego miasta, kiedy to usłyszeliśmy przed sobą odgłosy walki. Tym razem nie były to pijackie krzyki, lecz odgłos mieczy bijących o miecz. Zainteresowani podjechaliśmy bliżej i naszym oczom ukazała się scena, gdzie czterech napastników, wyglądających na jakichś najemników, którzy zresztą doskonale wiedzieli do czego służą miecze i posługiwali się nimi bardzo sprawnie, nacierało na wojownika w ciężkiej zbroi płytowej. Wojownik, mimo tego iż atakowało go czterech przeciwników, dawał sobie doskonale radę i sam też nie pozostawał dłużny napastnikom. Goth patrzył z ciekawością na tę scenę i kiedy powiedziałem, że samotny wojownik wygląda na kogoś, kto może mógłby nam w ramach wdzięczności pomóc w nowym mieście, wszyscy przytaknęli. Jedynie Goth sapał coś spod hełmu i wiercił się w siodle niezdecydowanie.

Nie czekając na jego decyzję rzuciłem „Błyskawicę” w jednego z napastników, a Ziriel zeskakiwała już z konia, wyciągając oba sztylety. Wszystko później rozegrało się dosłownie w kilka sekund. Błyskawica, nim dotarła do walczących, rozbiła się na jakiejś magicznej barierze otaczającej walczącego. Przeciwnicy zobaczyli, że tracą swoją przewagę i zaczęli uciekać. Jeden z nich mógł być magiem lub mieli gdzieś w bocznej uliczce wspomaganie takiej osoby. Kiedy tylko zaczęli uciekać, Ziriel pieszo oraz Goth na koniu pogonili za nimi. Prawdopodobnie ów mag użył zaklęcia „Śliskość” i rzucił je na drogę przed Kapłanem i Ziriel. Elfka nie straciła równowagi i tylko przyklękła na jedno kolano, natomiast koń mego ojca spanikował i kiedy próbował sam się nie przewrócić, zrzucił z siodła Gotha. Na tym nasza walka się skończyła.

Potężny mężczyzna w płytowej zbroi zdjął swój hełm i okazało się, że jest on Tesijczykiem. Przedstawił się jako Yamamoto Aragonis, a w podziękowaniu za uratowanie mu życia, zaprosił nas na gościnę do swego domu. Wcześniej jednak poprosił, abyśmy wzięli na konie ciała dwóch jego przybocznych. Yamamoto jechał z przodu na koniu wraz z Radagastem, prowadząc nas przez miasto.

Dojechaliśmy do miejsca, które architekturą znacznie różniło się od pozostałej części miasta. Domy wybudowane dookoła były na tesijską modłę. Kiedy tylko Yamamoto zszedł z konia, strażnicy stojący przy drzwiach z domu wyprężyli się i złożyli coś na kształt salutu. Yamamoto poprowadził nas na spotkanie ze swym ojcem Tanako Aragonisem, który jak się okazało był głową tej rodziny. Pomyślałem, że dobrze jest mieć po swojej stronie głowę jednego z rządzących tym miastem rodów. Tanako podziękował nam i poprosił byśmy byli jego gośćmi. Przerosił nas też, iż aktualnie nie porozmawia z nami, ale jest w trakcie ważnego zebrania, powiedział że przyśle po nas następnego dnia. Służący doprowadzili nas do naszego pokoju i trzeba przyznać, że niczego nam nie brakowało, a służba była na każde nasze skinienie.

Następnego dnia Tanako zaprosił nas do siebie i jeszcze raz podziękował za uratowanie syna oraz zapewnił, że możemy gościć u niego tak długo jak tylko chcemy oraz że jego dom otwarty jest dla nas za każdym razem, kiedy tylko będziemy w mieście. Goth przedstawił naszą prośbę, chodziło o to, by skontaktował nas z Mordrokkiem, człowiekiem, który posiadał drugi amulet potrzebny do otwarcia kolejnej bramy w Ogonie Diabła. Oczywiście celu tego spotkania nie ujawniliśmy, zapewniliśmy tylko, że ów Mordrokk nie jest naszym wrogiem, jako iż nigdy wcześniej nawet nie spotkaliśmy tego człowieka. Tanako zamyślił się i odpowiedział, że da nam odpowiedź za kilka dni. Zdziwieni takim obrotem sprawy, zapytaliśmy go w czym problem. Okazało się, że Tanako nie widział problemu ze zorganizowaniem takiego spotkania, problem leżał w tym, byśmy wyszli z tego spotkania żywi. Tanako stanowczo prosił, byśmy już o nic więcej nie pytali i cierpliwie czekali na jego odpowiedź. Aby czas oczekiwania nie dłużył nam się, nakazał jednemu ze swych służących, Yoshiemu, oprowadzić nas po mieście oraz odpowiadać na wszystkie nasze pytania dotyczące miasta. Dodatkowo dał nam wszystkim medalioniki, które mówiły pozostałym rodom, iż jesteśmy pod jego protekcją. Zapewnił nas, że na terenie miasta nikt nie będzie nastawał na nasze życie. Równocześnie ostrzegł, że jego protekcja nie sięga na Pozamiasto.

Wyruszyliśmy na miasto i pierwsze kroki skierowaliśmy do sklepu z ingrediencjami magicznymi. Prowadził go dziwny Tesijczyk, Idżi Khan, średnio mówiący w naszym języku. Trudno było dowiedzieć się co chce kupić, a co sprzedać. Po wielu minutach batalii słownej, kiedy już mieliśmy zacząć kupować, Tesijczyk wyskoczył z zagadką. Musieliśmy ją rozwiązać, inaczej powiedział, że nic nam nie sprzeda. Zagadka brzmiała mniej więcej tak: „Syć mnie, a będę żył, napój mnie, a umrę. Kim jestem?” Po zadaniu zagadki na jego twarzy wymalował się błazeński uśmiech. Radagast już chciał wychodzić, mamrocząc pod nosem „Czy niema tu innego sklepiku?” Szybko odpowiedziałem, że to po prostu ogień. Sprzedawca był zadowolony i kiedy już chciałem przystąpić do transakcji powiedział, że jedna zagadka to za mało. I znów z błazeńskim uśmiechem wyrecytował zagadkę – „Szedł brat i siostra, i mąż z żoną, znaleźli cztery jabłka pod jabłonią. Po jabłku sobie wzięli i jedno zostało, jak to się stało?” Radagast znów zaczął marudzić o tym, byśmy poszli gdzie indziej. Ja natomiast nie chciałem dać za wygraną, ponieważ sprzedawca widział, że tym razem nie udzielimy odpowiedzi tak szybko, kazał wyjść ze sklepu i wrócić z właściwą odpowiedzią.

Przed sklepem czekała na nas reszta drużyny, a jako iż nic nie przychodziło mi do głowy, powiedziałem im jak brzmiała ta zagadka. Goth szybko odnalazł odpowiedź. Mianowicie brat siostry równocześnie był też mężem. Wróciliśmy do sklepu z prawidłową odpowiedzią, a zadowolony sklepikarz przystąpił do handlu. Mi jakoś poszło, może dlatego że to ja podałem poprawne odpowiedzi, a Radagast poddał się bez walki. Po krótkiej chwili udało mi się przehandlować jeden mój czar z trzeciego kręgu na tajemniczy czar, autorstwa mrocznych elfów, z piątego kręgu. Targowałem się wytrwale, lecz dopiero kiedy znalazłem odpowiedź na trzecią zagadkę sprzedawca opuścił cenę. A brzmiała ona tak: „Taka mała, a brzęczy, jednych trapi i męczy, inni mają tego bez liku. Co to jest?” Odpowiedzią była oczywiście moneta.

Zadowolony troszkę bardziej niż Radagast, mogłem ruszyć na dalsze zwiedzanie miasta. Służący oprowadził nas, opowiadając gdzie kończą się wpływy jednej rodziny i zaczynają drugiej. W pewnym momencie weszliśmy na plac, gdzie stała świątynia poświęcona Władcy. Ziriel i Din poszli zobaczyć jak to w środku wygląda. Wyszli po chwili opisując, że w środku jest duża kamienna replika wieży stojącej na środku miasta i w jej boki wtopione niejako są amulety różnych religii, między innymi medalion, którego poszukujemy. Sługa cały czas prosił nas, abyśmy opuścili to miejsce. Wyraźnie się czegoś bał.

Poprosiliśmy, aby zaprowadził nas do jakiegoś dobrego płatnerza, więc Yoshi pokazał nam tak zwany „Zakątek Rzemieślników” w dzielnicy Raików, miejsce słynące z handlu dobrą bronią i zbrojami. Po długich targach i negocjacjach Din, Ziriel oraz ja wyszliśmy bogatsi o nowe pancerze i ubożsi w moim i Ziriel wypadku o wszystkie oszczędności. Udaliśmy się do domu Pana Tanako, by tam w spokoju czekać na wezwanie głowy rodu. Ja rozpocząłem studiowanie nowego czaru.

Następnego dnia zostaliśmy ponownie wezwani przez głowę rodu Aragonis – „Zanim przejdę do sprawy Mordrokka, wysłuchajcie mej propozycji dla was. Nie wiem czy wiecie ale Miasto Mgieł znane jest z aren oraz pojedynków. W niektóre miesza się nawet sam Władca i tak właśnie jest tym razem. Dawno temu ludzie mówili, iż istnieje pewien zakon, który skupia w swoich szeregach najlepszych szermierzy. Był to Zakon Węży. Wielu ludzi nie wierzyło w ogóle w jego istnienie, ja sam nie wiedziałem co o tym sądzić, aż do teraz. Całkiem niedawno w mieście pojawił się Szary Ork mówiący o sobie, iż jest przedstawicielem owego zakonu. Co więcej, w wielu walkach zdołał udowodnić, że nie przechwala się tylko co do umiejętności we władaniu bronią. Przybył tu by zorganizować turniej, jego zakon szuka zdolnych wojowników, by móc ich szkolić. Zwycięzca takiego turnieju jako główną nagrodę otrzyma możliwość szkolenia przez owego fechmistrza. Kiedy sprawa troszkę się nagłośniła, sam Władca zainteresował się turniejem i wyznaczył 500 centarów nagrody oraz magiczny przedmiot, o nieznanych nam właściwościach, dla zwycięzcy. Eliminacje do tego turnieju zakończyły się jakiś czas temu, zatem zwyczajnie nie moglibyście w nim startować. Sam tez miałem wystawić swego człowieka, niestety zginął dwa dni temu przy boku mego syna. Był jednym ze zmarłych, którego przewieźliście tu na pochówek. Dlatego też chcę wam dać szansę wystartowania zamiast niego. Oczywiście mam pewne żądania. Jeśli wygracie dostaniecie tylko 100 centarów z kwoty, którą ofiaruje władca. Reszta należy do was. A, no i Mordrokk. Jeśli w turnieju dotrzecie dosyć wysoko, czym godnie zareprezentujecie moją rodzinę, spotkam was z nim i zadbam, byście z tego spotkania wyszli żywi. Muszę dodać, że to ja wybiorę jednego z was, spośród tych, którzy wyrażą chęć udziału w turnieju. Za godzinę powiadomcie mnie co postanowiliście.”

Tylko Adam odmówił startu w turnieju, reszta z nas gotowa była spróbować. Szansa szkolenia pod okiem wyśmienitego szermierza huczała w mej głowie niczym gong. Tyle już szukałem i jedyne co znalazłem to ślad jakiegoś szalonego dziadunia w górach, który równie dobrze może mnie wyszkolić jak i zabić i zjeść. Turniej wydawał się znakomitą alternatywą.

Kiedy tylko Tanako usłyszał naszą deklarację, poinformował nas, że następnego dnia musimy coś dostarczyć z jego synem – coś niezbędnego do tego, by mógł wybrać jednego z nas. Nazajutrz wraz z Yamamoto, Yoshim oraz dwunastoma jego żołnierzami, udaliśmy się do domu głowy rodziny Raik, drugiej siły rządzącej tym miastem. Po dostarczeniu listu i zapłaty od Tanako, dostaliśmy paczkę z podkreśleniem, iż możemy ją zachować tylko 3 dni. W domu Tanako okazało się, że paczka skrywa magiczną planszę. Jej magia sprawiała, iż można było odbyć pojedynki bez zagrożenia życia, bądź zdrowia walczących. Walczący w swym umyśle prowadzili walkę, która im wydawała się realna, ale już obserwujący ją z boku ludzie, widzieli tylko walczące ze sobą figurki z brązu na planszy. Po tym jak Tanako zdradził nam jak działa magiczna plansza, ustalił zasady eliminacji, gdzie każdy miał zawalczyć z każdym. Zwycięzca wewnętrznego turnieju miał później stoczyć jeszcze jedną walkę z jego człowiekiem. Jeśli i ten bój by wygrał, przystąpiłby do turnieju. Po technicznych ustaleniach przystąpiliśmy do turnieju.

Wszyscy siedliśmy dookoła stołu, na którym rozłożona była magiczna plansza z dwiema figurkami z brązu. Nasze ręce zostały zakute w specjalne kajdany, przymocowane do stołu, prawdopodobnie na wypadek tego, abyśmy nie spadli z krzesła po swej śmierci na magicznej arenie.

„Radagaście kogo wyzywasz na pojedynek?” – usłyszeliśmy głos Tanako. „Wyzywam Gotha” – powiedział mag. Nagle figurki z brązu przybrały ich postać, wszystkie ruchy oraz wizualne efekty czaru były doskonale widoczne. Doprawdy przecudowny był to przedmiot, spokojnie, niejako z góry, przypatrywaliśmy się toczonym pojedynkom.

Radagast upatrywał swą wygraną i chyba zresztą słusznie w jednym otwarciu walki, mianowicie ciskał w przeciwnika magiczną pajęczynę, która miała opleść go i unieruchomić. W tym momencie przeciwnik zdany był już tylko na łaskę i niełaskę maga. Problemem natomiast było to, że w większości wypadków, być może dlatego, iż pozostali zawodnicy poznali już jego taktykę, zręcznie omijali klejącą się masę. Tak samo było w wypadku Gotha, który mimo swej dużej postury oraz ciężkiej zbroi, w ostatnim momencie wykonał unik i tylko część pajęczyny oplotła jego ciało. Rozpędzony jednak już Goth rozerwał te kawałki i uniesionym toporem dopadł maga. To była krótka walka.

Następnie na macie pojawiłem się ja oraz mój ojciec. Rozpocząłem tą walkę, jak i większość następnych walk, od rzucenia czaru „Lustrzane odbicie”. W zależności od rozwoju walki następnym czarem był czar bojowy lub jeśli przeciwnikowi udało się zniszczyć dużą ilość mych odbić, rzucałem, w zależności od przeciwnika, „Tarczę” lub znów „Lustrzane odbicie”. W wypadku mojego ojca następnym czarem był „Magiczny pocisk”. Walka rozstrzygnęła się na moją korzyść.

Następny pojedynek stoczyłem z nekromantą. Znając jego taktykę, nie musiałem obawiać się o obrażenia fizyczne, wynikające z bezpośredniego starcia, to też użyłem czaru „Skok”, by szybko skrócić do niego dystans i skupić się na walce wręcz. Taktyka zadziałała bezbłędnie, przeleciałem nad pajęczyną, dopadając maga w jednym skoku. Gdyby nie to, że Radagast od pewnego już czasu miał na sobie czar ochronny, prawdopodobnie padłby od pierwszego, celnego ciosu. Lecz tak się nie stało i potrzebowałem kolejnych dwóch „Magicznych pocisków”, by pozbawić go życia.

Następnie w szranki stanęli Ziriel i Din. Walka od samego początku nie układała się dla Dina pomyślnie, Ziriel z szybkością, która najwyraźniej zaskoczyła wojownika, przystąpiła do zdecydowanego ataku. Jej sztylety migały dosłownie jak miniaturowe błyskawice i kiedy wydawało by się, że Din nie zdoła nawet jej drasnąć, wyprowadził szybki, markowany cios. Końcówka jego ken-to rozorała jej szyję, a sekundę później uszło z elfki życie.

Do kolejnego pojedynku przystąpił Din oraz Radagast. I tu pierwszy raz Mag miał realną i dużą szansę wygrać. Niestety popełnił fatalny błąd. Ale przeczytajcie jak to było. Nekromanta jak zwykle rozpoczął od „Pajęczyny”, a Din, mimo iż wiedział czego się spodziewać, zareagował dosłownie chwilę za późno i klejąca maź oplątała go całego, uniemożliwiając mu prawie jakiekolwiek poruszanie się. Wydawało się, że Radagast tę walkę ma w kieszeni. Niestety, krótkie obycie w wykorzystaniu magii w warunkach bojowych sprawiły, że popełnił błąd kosztujący go życie. Z tryumfalnym uśmiechem na twarzy rzucił w Dina „Eksplodującą czaszką”. Pajęczyna w jednej chwili stanęła w jasnych płomieniach i sekundę później nie było już po niej śladu, a tylko lekko poparzony i rozwścieczony Din pędzący w jego kierunku. To była szybka śmierć.

Turniej rozgrywany był metodą każdy z każdym po jednej walce, plus rewanż. Nie opisałem tu wszystkich walk, jako iż trudy tego wieczora dały mi się we znaki tak mocno, że część tego turnieju zlewa mi się i mylą już mi się walki.

Po podstawowym turnieju klasyfikacja wyglądała następująco:

Imię Liczba zwycięstw

Goth 4

Ziriel 5

Din 2

Radagast 0

Gotrek 7

Wydawało mi się, że już miejsce w turnieju mam zapewnione, kiedy Tanako oznajmił, że następna walka premiowana będzie trzema punktami, a na arenie pojawili się wszyscy uczestnicy turnieju. Oznaczyło to tylko tyle, że jeśli wygrałaby Ziriel, to zwyciężyłaby cały turniej, a jeśli Goth to mielibyśmy tyle samo punktów.

Radagast rzucił „Pajęczynę” na środek areny, Din momentalnie zaatakował Radagasta, Ziriel Dina, a Goth stał oplątany „Pajęczyną”. Zarówno Dinowi, Ziriel jak i mnie udało się uniknąć oplątania. Mam do siebie wielki żal o to jak strategicznie rozwiązałem tą walkę. Czas, w którym ta trójka się wyżynała, powinienem poświęcić na rzucenie czarów ochronnych. W tej sytuacji, kiedy wszyscy byli daleko, mogłem pokusić się o rzucenie „Przyspieszenia ruchów” bez strachu, że obejmie też moich wrogów. Niestety zmęczenie wszystkimi pojedynkami oraz myśl o tym, że, jeśli Ziriel zostanie przy życiu, stracę wygraną, przysłoniły mi jasność umysłu. Chcąc pozbyć się jej jak najszybciej, wyczarowałem „Magiczny pocisk” i cisnąłem w elfkę. Był to błąd, kosztujący mnie życie. Ziriel obróciła się na pięcie i zanim zdążyłem rzucić jakikolwiek czar obronny lub zaatakować, skończyłem swój żywot po jednym precyzyjnym pchnięciu w gardło.

Resztę walki obserwowałem już z krzesła przy stole. Kiedy Ziriel skończyła ze mną, ponownie podbiegła do Dina. Widząc to Goth, który właśnie wydostał się z pajęczyny, ruszył za zabójczynią. Praktycznie równocześnie Ziriel zabiła Dina, a Goth potężnym zamachem umiejscowił swój ogromny topór w jej plecach. Na placu boju został tylko nekromanta i mój ojciec. Byłem wściekły, bo wiedziałem, że Radagast nie ma najmniejszych szans w walce z kapłanem. To oznaczało jedno, dogrywkę między mną a ojcem. Lecz nagle moje serce zaczęło szybciej bić, kiedy to Goth trafiony „Dotykiem ghula” stanął sparaliżowany. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Niestety znów u Radagasta odezwał się brak doświadczenia bojowego. Mimo iż Goth stał sparaliżowany, nekromanta nie wpadł na pomysł jak go zabić. Komiczne wręcz w swoim tragiźmie były próby skręcenia mu karku lub odrąbania głowy toporem, którego z powodu swego lichego zdrowia nawet nie umiał podnieść. Przez dobre kilka sekund mag miotał się wokół kompletnie sparaliżowanego kapłana. Nie wierzyłem własnym oczom. Kiedy Radagst zobaczył, że obok leży Ziriel, ruszył po jej sztylet. Niestety było już za późno. Goth wyrwał się spod działania czaru i jednym celnym ciosem powalił Maga.

Dogrywka była znacznie dłuższa i mozolniejsza niż poprzednie walki, jednak i tym razem Lorsh był bardziej łaskawszy dla mnie. Pokonałem ojca i tym samym zwyciężyłem cały wewnętrzny turniej. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko wygranej z szermierzem Tanako. Oby i tu Lorsh popatrzał na mnie przychylnym okiem.