Kronika

Kroniki XXIII: Zakon Węży

Zwycięstwo w turnieju prowadzi Gotreka do ukrytej siedziby Zakonu Węży, gdzie wymarzone szkolenie zmienia się w wyniszczający eksperyment. Pod okiem Fahira traci poczucie czasu, przeżywa chorobę, narkotyki i piętno zakonu, aż zdrada mistrzów zmusza go do ucieczki z Gordallem.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Kiedy sięgam pamięcią wstecz, do wydarzeń sprzed turnieju, zastanawiam się ile z tego zdarzyło się naprawdę. Sytuacja w której się znalazłem jest dowodem na to, że turniej odbył się faktycznie oraz iż to ja zostałem zwycięzcą. Ile dni trwał turniej, ile walk stoczyłem sam już nie wiem. W głowie stają mi jedynie obrazy maga otoczonego dziwna barierą, nazwa czaru jakim się chronił wije mi się na końcu mego języka, lecz co spróbuję ją sobie przypomnieć ogarnia mnie straszny ból głowy. Nie potrafię się skupić. Następnym wspomnieniem jest jakiś rycerz w czarnej zbroi z tarczą i buławą. Toczę z nim szaleńczy bój o życie, ale z jakichś przyczyn nie chcę go zabić, chcę aby przeżył. Dziwne, lecz to wszystko co pamiętam z turnieju. Pamiętam dokładnie czas i miejsce, gdzie spotkać mam się z towarzyszami, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Gordall, szary ork, który był przyczyną całego turnieju nakazał abym w podróż zabrał tylko jeden przedmiot. Z żalem pozostawiłem swoje księgi oraz praktycznie nową zbroję, wierzyłem iż w domu Tanako będą bezpieczne. Z wielką niechęcią zostawiłem płaszcz z wilka oraz amulet z symbolem Lorsha, lecz skoro udawałem się na szkolenie w broni musiałem raczej ze sobą zabrać szablę. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

Gordall bez zbędnych słów rzucił mi pod nogi ciężki plecak i ruszył w kierunku Lodowych Szczytów. Miałem wrażenie, że testował mnie od samego początku, tempo które narzucił stało się męczące, plecak niemiłosiernie ciążył wrzynając się w nieokryte kolczugą ramiona. Ork odezwał się do mnie dopiero podczas pierwszego postoju. Podczas tej krótkiej przerwy udało mi się dowiedzieć co nieco o historii zakonu. Lecz wiadomości, którymi podzielił się zemną Gordall giną gdzieś we mgle spowijającej mój umysł. W głowie pozostaje tylko jedno nazwisko i jedna nazwa. Delidia Czarna, założycielka i ponoć ich bogini oraz Zanzibarr. Lecz nijak nie mogę połączyć Zanzibarru z niczym co opowiadał. Może chodziło o upadek zakonu, a może o założycielkę. Im więcej o tym myślę, tym bardziej mało prawdopodobne wydaje mi się to, iż o Zanzibarze usłyszałem od niego. Ork bez słowa skończył jeść i ruszyliśmy dalej. Pięliśmy się coraz wyżej i wyżej, a letnie przyjemne powietrze zostawialiśmy daleko za sobą, z godziny na godzinę robiło się coraz zimniej.

Nie wiem ile spaliśmy, ale zdecydowanie za krótko. Półprzytomny ruszyłem za Gordallem w dalszą wędrówkę. Już wtedy wiedziałem, iż moje postanowienie, aby nie dać pokazać orkowi swych słabości jest niewykonalne. Czułem, że Gordall coraz częściej i z coraz większym zniecierpliwieniem obracał się za siebie i zwalniał, abym nie został z tyłu. Zacząłem się modlić, modlitwa dodawała mi sił. Nie wiem ile dni, a może tylko godzin wędrowaliśmy, pamiętam jedynie, że dotarliśmy do granicy wiecznego śniegu, tam też wykonałem rytuał natarcia się śniegiem. Poczułem, że w me ciało wlewa się nowa siła, chęć przezwyciężenia wszystkich swych słabości. Lecz nawet człowiek niezłomnej wiary, nie oszuka ciała. Kolejnej nocy, a może był to wyjątkowo pochmurny dzień, burza śnieżna uderzyła w nas z ogromną siłą. Gordall, widać znający kaprysy tych okolic, wyciągnął z plecaka linę i obwiązaliśmy się nią w pasie, aby się nie zgubić. Szedłem już tylko dlatego, iż Gordall stanowczo ciągnął za linę.

Nie wiem ile tak maszerowałem, na wpół majacząc, na wpół śpiąc. Kolejne co pamiętam to jaskinia, która mimo panującego w niej chłodu, osłaniała nas całkowicie od wiatru i zamieci panującej na zewnątrz. Widać w swych podróżach zawsze tu ork robił dłuższy postój. W jednej z nisz jaskini ukryte były kawałki drewna. Gordall wyciągnął krzesiwo, lecz ja zmarznięty nie miałem ochoty czekać na to aż ork upora się z mimo wszystko wilgotnym drewnem. Używając prostej sztuczki rozpaliłem ognisko niewielkim płomykiem z mej dłoni. Ork warknął niezadowolony i ostrzegł, aby to było ostanie użycie przeze mnie magii od teraz. Odpoczęliśmy w końcu w cieple i z dala od zamieci.

Ze snu wyrwało mnie stanowcze szarpnięcie. Gordall z pochodnią w dłoni ruszył w głąb jaskini. Nie mam pojęcia jaka pora dnia lub nocy była. Doszliśmy do wydawałoby się ślepego zaułka, kiedy to ork, zapierając się, odsunął jeden z ogromnych głazów. Oczom mym ukazało się wejście, za którym widniały schody spiralnie prowadzące w dół. Z ciekawości postanowiłem policzyć schody, by wiedzieć jak głęboko zejdziemy. Zgubiłem się na kilku tysiącach, sam dokładnie nie wiem czy trzech a może pięciu, zwyczajnie nie pamiętam. Wiem tylko, że schody były identyczne, tak jakby nie wykonała ich ludzka ręka. „Może magia” – pomyślałem.

Schodziliśmy dobrych kilka godzin, w końcu dotarliśmy do końca. Jakże zdziwiony byłem, widząc dzienne światło. Schody kończyły się kawałkiem tunelu wydrążonego w skale, prowadzącego na rozległe tereny, otoczone dookoła lodowymi szczytami. Domyśliłem się, że jest to jakaś ukryta, pomiędzy górami, połać ziemi leżąca u samego ich podnóża. Przed nami rozciągał się dziwny las, las, który tworzyły olbrzymie, lecz całkowicie martwe już drzewa. Kiedyś na pewno monumentalne i piękne, dziś nienaturalnie powykręcane, popękane i suche. Wszędzie dookoła unosił się dziwny zielonkawy opar. Ork zapytany o to co tu się stało obrócił się tylko i ruszył przed siebie bez słowa.

Po pewnym czasie moim oczom ukazał się zwyczajny las. Czasem dostrzegłem postacie szybko biegające pomiędzy drzewami, a ork widząc moje zainteresowanie, oznajmił, że to element szkolenia. W końcu dotarliśmy na miejsce. Moim oczom ukazała się ogromna polana, na środku niej stała dosyć nietypowa budowla, była to trzykondygnacyjna wieża, lecz nie smukła i wysoka, jak to zazwyczaj w przypadku wież bywa, lecz bardzo szeroka, powiedziałbym nawet iż była prawie tak szeroka jak wysoka. Ostanie piętro natomiast, zamiast być węższe od kondygnacji będących niżej, było zdecydowanie szersze. Dookoła tej dziwnej wieży porozstawiane były solidne namioty z niedźwiedzich skór. Już na pierwszy rzut oka było widać było, że są to solidne konstrukcje, nie przeznaczone do przenoszenia, ani tym bardziej szybkiego demontażu.

Gordall wskazał ręką w kierunku wieży – „Ten budynek nazywamy Sanktuarium, w namiotach żyją adepci. Już niedługo i ty zostaniesz zakwaterowany. Tu rozstaniemy się, twoim mistrzem będzie Fahir, człowiek, który szkoląc adeptów pokutuje za swe haniebne czyny. Mówi się, że kiedy cię wyszkoli, wyzwie na pojedynek jednego z mistrzów, aby zająć jego miejsce.”

Poznałem swego mistrza. Był to człowiek surowy, czerpiący dużo radości z poniżania oraz zadawania bólu innym. Poznałem też swego współlokatora, niestety mam wrażenie jakby był tylko duchem, raz pojawiającym się, raz znikającym z mojego otoczenia. Wszystko co napiszę od teraz może być zarówno opisem rzeczywistości, jak i majaków spowodowanych chorobą, działaniem narkotyków i magicznych eliksirów. Nie jestem w stanie poskładać do kupy wszystkiego. Czasem wydawało mi się, że miesiąc minął tak szybko jak dzień, czasem, że dzień ciągnął się niczym miesiąc.

Dokładnie pamiętam pierwsze dni szkolenia, gdzie chyba jeszcze wtedy nie zostałem poddany ich doświadczeniom. Biegałem wzdłuż rzeki tam i z powrotem, tam i z powrotem, lecz ciągle zbyt wolno, ciągle według Fahira opieszale. Potem przyszły biegi połączone z kąpielą w lodowatym górskim strumieniu, co szybko przypłaciłem zdrowiem. Nie wiem ile leżałem nieprzytomny, przez sen bądź majaki na jawie słyszałem tylko wymawiane obojętnym tonem słowa – „Jak umrze to trudno, jeśli przeżyje to się nada”. Przeżyłem, lecz z choroby wyszedłem osłabiony i pozbawiony chęci do życia. Cały czas znajdowałem ukojenie w modlitwie.

Mijały tygodnie, to co na początku wydawało mi się morderczym wysiłkiem, robiłem już dwa razy szybciej i to bez zmęczenia. Organizm zwalczył już słabości powstałe po chorobie. Drugiego miesiąca, tak przypuszczam, zaczęło się dziać coś złego. Nie umiałem się skoncentrować, przestałem się modlić, zapomniałem po co to robiłem. Zaczęły mnie nawiedzać koszmary, koszmary które nagle przeradzały się w rzeczywistość. W jednej chwili spałem i pragnąłem się obudzić z tego snu, w drugiej chwili wiedziałem, że to nie sen, a rzeczywistość. Biegłem po lesie, ścigany przez duchy, wilki o sześciu łapach. Nie wiedziałem skąd się tam wziąłem, ani dlaczego byłem goniony, wiedziałem tylko, że muszę uciekać.

Któregoś tygodnia ćwiczeń zacząłem uczęszczać na szkolenia do Sanktuarium. To tu poznawałem teorie walki oraz uczyłem się opanować swój oddech. To tu dowiedziałem się jak ważne jest ustawienie każdego palca na rękojeści broni. W tym samym czasie dowiedziałem się od Fahira, iż poddany jestem eksperymentalnej kuracji, której dotychczas nikt nie przeżył. Narkotyki oraz magiczne eliksiry tak zawładnęły mym umysłem, że przyjąłem tą wiadomość spokojnie i nawet z zadowoleniem. Wszak wszystkiego szybciej się nauczę i będę znakomitym wojownikiem. Trening mięśni ramion nie sprawiał wszak już tyle bólu, zabijanie adeptów podczas sparingów przynosiło mi chwałę, wiadomości teoretyczne mój umysł chłonął jak gąbka. Czym że się przejmować, dają eliksiry – trzeba korzystać, to co mówi Fahir jest święte.

Nie wiem, w którym miesiącu wziąłem udział w uroczystości, podczas której adept wystarczająco wyszkolony, został napiętnowany rozżarzonym symbolem zakonu. To wielka chwila, to praktycznie kres nauki. Siedziałem wśród adeptów, nie wiem nawet kto mnie tam posadził, przed nami stał stół, obok stołu kowalskie palenisko z nagrzewającym się w środku prętem do znakowania. Do stołu prowadzony był adept, który miał zostać naznaczony. Ten podciągnął rękawy tuniki i położył dłonie na stole. Obok niego czujny i napięty jak struna stał jeden z mistrzów, Mykur Półelf. Kowal podszedł i rozżarzony pręt przycisnął do prawej dłoni adepta, a ten z nieludzkim wyciem wyszarpnął dłoń. Sekundę później w dłoni Mykura błysnął sztylet i zatopił się w tętnicy napiętnowanego adepta.

Końca ceremonii nie pamiętam. Potem znów rzucałem ciężkimi kamieniami, ćwicząc swe ramiona, znów biegłem wzdłuż rzeki, znów walczyłem z adeptami. Byłem ostrzem, byłem walką byłem uniżonym sługą Fahira, tylko to się liczyło. Sam nie pamiętam ile razy walczyłem, ilu raniłem, ilu zabiłem, ile razy sam byłem ranny.

Nie mam pojęcia ile czasu minęło, na naszą dolinę spadły pierwsze śniegi, biegłem po lesie i nagle moim oczom ukazał się ogromny biały wilk. Nie monstrum z moich koszmarów, nie bestia, która chciała rozszarpać mnie i posilić się mymi członkami. To wilk, od którego bił blask i spokój, to coś co kiedyś było symbolem wszystkiego tego co w życiu wojownika najważniejsze. Do teraz nie wiem czy przemówił do mnie wilk, czy usłyszałem to tylko uszami swej duszy – „Obudź się, otrząśnij, zagrożenie jest blisko”. Świadomość zaczęła powracać, targany torsjami wydaliłem z siebie resztki zatrutego pokarmu, przerażony spoglądałem na swoje wyniszczone i poznaczone śladami blizn ciało. Mimo iż pod skórą pojawiły się twarde węzły mięśni, byłem wychudzony do granic możliwości, nie umiałem skupić, a przypomnienie sobie tego co działo się przez ostanie miesiące było ponad moje siły. Padając na kolana odmówiłem dziękczynną modlitwę oraz wykonałem rytuał natarcia się śniegiem. To wszystko napełniło mnie spokojem, wiedziałem już wtedy, że już żadne trucizny nie będą miały już władzy nad mym losem. Spokojnym krokiem ruszyłem w kierunku obozu.

Jakże się zdziwiłem widząc znajomy widok. Kowalskie palenisko, stół, a dookoła adepci. A wszystko przygotowane dla mnie. Fahir podszedł do mnie i zniecierpliwionym głosem powiedział – „Czekamy tu wszyscy na ciebie”. Zrozumiałem wtedy, że moje szkolenie powoli dobiega końca, zrozumiałem też, że jeśli nie wytrzymam bólu zginę. Położyłem dłonie na stole i zauważyłem, że instynktownie uspokajam swój oddech, mimo że nie pamiętałem dokładnie lekcji mówiących o medytacji. Już wtedy zrozumiałem, że coś złego stało się z moim umysłem, ze dekokty oraz narkotyki poczyniły szkody nie tylko na ciele. Kiedy kat podniósł pręt, całego siebie oddałem Lorshowi w błaganiu o siłę. Kowal przyłożył rozgrzany do białości metal do mego ciała. Jestem przekonany, że nawet nie wydałem z siebie dźwięku, a nawet szyderczo się uśmiechnąłem. Ludzie patrzyli na mnie z podziwem. Nosiłem piętno Zakonu Węży – miecz opleciony przez dwa węże.

Dni mijały, Fahir nie starał się już bić mnie i poniżać przy każdej nadarzającej się okazji, rana na dłoni goiła się. Treningi polegały już tylko na sparingach, czułem, że nadchodził kres pobytu w zakonie. Pewnego dnia Fahir wyzwał na pojedynek Jemneka, półolbrzyma walczącego trójzębem, który był trzecim mistrzem zakonu. Domyśliłem się, iż oznacza to też koniec mego szkolenia. Jemnek przyjął wyzwanie. Walka odbyła się już po zmroku. Jemnek mimo nadzwyczajnej szybkości, o którą w życiu nie posądziłbym kogoś tak rosłego, uległ w końcu Fahirowi.

Ku mojemu zaskoczeniu mój nauczyciel nie doczekał się wiwatów i awansu na mistrza. Dosłownie kilka chwil po tym jak upadł półolbrzym, w kierunku Fahira skoczyli dwaj pozostali mistrzowie, Tamis i Mykur. Walka rozegrała się błyskawicznie, Fahir mimo całego kunsztu nie miał szans z dwoma mistrzami. Widać było, że mistrzowie nie próbują go zabić, zadali mu tylko niezbędne rany, aby można go było unieruchomić i związać. Stałem ogłupiały, nagle krąg adeptów rozstąpił się i w kierunku skrępowanego fechmistrza podążyło ośmiu zbrojnych. Nie wiadomo skąd się wzięli, ani kto wskazał im drogę do zakonu. Mistrz zakonu, Tamis w tym czasie zwrócił się do Fahira – „Pozwoliliśmy Ci walczyć z Jemnekiem tylko dlatego, aby zobaczyć jak bardzo urosłeś w siłę. Zostaniesz stracony, tak jak i wszyscy mający z Tobą coś wspólnego.” Po tych słowach poczułem jak adepci łapią mnie i krępują ręce. Pamiętam, iż byłem tak zdumiony, że dalsze słowa mistrza mnie nie interesowały. Usłyszałem jeszcze tylko coś o zdradzie i „sześciopalcym”, po czym zostałem powleczony do jednego z namiotów.

Widać musiał służyć jako swoisty loch, pod namiotem znajdowała się głęboka ziemianka przykrywana klapą. Zostałem zrzucony na dół. Ktoś kto mnie wiązał znał się na rzeczy, lecz nie przewidział, że przeszedłem trening w wyswabadzaniu się z krępujących me dłonie sznurów. Korzystając z prostej sztuczki rozejrzałem się po pomieszczeniu, o wydostaniu się nie było mowy. A przynajmniej nie bez użycia magii. Poszukałem pająka i już chciałem rzucić „Pajęczy chód”, kiedy pomyślałem – „No tak. Co dalej? Co zrobię, kiedy się już stąd wydostanę?” Liczyłem na to, że mistrz choć przesłucha mnie i uzna, iż nie jestem inaczej niż przez trening związany z Fahirem.

Sam nie wiem ile czekałem w swym więzieniu, prawdopodobnie około dwóch dni. Po takim czasie właz otworzył się, a do środka wpadła lina. Wdrapałem się pośpiesznie na górę, gdzie wśród czterech martwych adeptów czekał na mnie Gordall. Podał mi pas z moją szablą i powiedział, że musimy uciekać. Biegliśmy tak długo, aż oboje nie dostaliśmy zadyszki. Zapytałem go dlaczego mi pomaga. Zanim znów ruszyliśmy w drogę usłyszałem tylko tyle, że zakon uciekł od swych praw i zasad, usiłuje przyspieszyć szkolenia przez eliksiry, które są śmiertelnie niebezpieczne, a skutki ich działania nieznane. Dodał też, że musimy się spieszyć i nie marnować tchu na rozmowy. Zaczęliśmy biec po schodach w górę, na samą myśl o tysiącach stopni zrobiło mi się słabo. Jednak trening, a może i mikstury dały swoje, biegłem na równi z orkiem, nie odstępowałem go na krok. Pogoń też nie próżnowała, kiedy tylko wybiegliśmy na otwarty teren, raz po raz koło nas śmigały bełty. Rzuciłem czar „Tarcza” oraz „Lustrzane odbicia”. Dosłownie chwilę potem usłyszałem jęk i Gordall zwalił się na ziemię, osuwając się po stromym zboczu. Rozpaczliwie podałem mu rękę, lecz ciężki ork pociągnął mnie za sobą. Już ślizgając się w dół puściliśmy ręce i każdy rozpaczliwie próbował powstrzymać coraz szybsze osuwanie się. Nagle zacząłem spadać, na szczęście niedługo, uderzyłem plecami być może o taflę lodu lub szkła, ta pękła, lecz odrobię zamortyzowała pęd upadku. Spadałem jeszcze kawałek, lądując w jakimś ciemnym pomieszczeniu.