Kronika

Kroniki XXIV: Bolesne przemyślenia

Po szkoleniu Zakonu Węży Gotrek próbuje odzyskać jasność umysłu, bada run na szabli i uczy się żyć z nowymi odruchami ciała. Równocześnie wraca do bolesnego rozrachunku z Gothem, widząc w ojcu zarówno wybrańca Lorsha, jak i człowieka coraz bardziej oddalonego od syna i drużyny.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Od czasu wymarzonego szkolenia, które dzięki eksperymentalnym metodom zamieniło się w koszmar, nie do końca jestem sobą. Zarówno alchemiczne dekokty, jak i wielkość wizji, które zesłał na mnie Lorsh, wywarły poważne zmiany w mej psychice. Często łapię się na tym, że nie pamiętam do jakiego miasta zmierzamy lub jak ma na imię nowo poznana osoba. Na szczęście reszta drużyny jakoś nie zwróciła jak dotychczas na to uwagi. Czuję, że z tygodnia na tydzień jest lepiej, pokłębione i zagmatwane myśli w mej głowie powoli zaczynają się układać. Organizm ostatecznie zwalcza negatywne skutki alchemicznych eksperymentów. Ciało dostosowało się do nowych, obcych mu wcześniej ruchów i dzięki powielanemu bez magicznych ingerencji treningowi, nowe ciosy, uniki oraz blokady zmieniły się powoli w instynkt. Szabla niejako stała się przedłużeniem mego ramienia. Mając świadomość tego, że mój umysł szwankuje, nie pozostawiłem go samemu sobie. Z równym zapałem przystąpiłem do ćwiczeń mających na celu przywrócenie mu dawnej świetności. Niestety, ciągłe podróże i niezliczone awantury nie pomagają w tym.

Lecz nadszedł czas, gdy udało mi się zmusić mózg do maksymalnego wysiłku. Wydaje mi się, że zbadanie właściwości tajemniczego runu umieszczonego na mej szabli było momentem przełomowym. Nigdy wcześniej nie stałem przed tak trudną zagadką, którą miałem sam rozwikłać. Koncentracja związana z tym zadaniem oraz wysiłek w to włożony, powodował prawie że fizyczny ból, ból ten jednak przynosił oczyszczenie, a po wykonanych badaniach ogromną satysfakcję. Sam fakt odczytania runu cienia wystarczył, by wróciła mi wiara w siłę mego umysłu, był to moment zwrotny. Przestałem użalać się nad szkodami wyrządzonymi mi podczas treningu i zacząłem coraz intensywniej pracować nad sobą. Następnym krokiem było załatanie zepsutego przez płomienie magicznego bukłaka. Wprawdzie pobieżna znajomość problematyki umagiczniania przedmiotów pomogła mi tylko częściowo naprawić przedmiot, ale był to kolejny osobisty sukces. Wiedziałem, że nie mogę poprzestać na tych czynnościach, umysł od dłuższego czasu pracował jak doskonale naoliwiona maszyna gnomów i nie należało tej doskonałej dyspozycji marnować. Udało mi się zdobyć dwa czary, a nauka ich była kolejnym etapem odkażania umysłu. Systematyczny trening przyniósł nadspodziewane efekty, chyba nigdy tak szybko nie wchłonąłem nowych zaklęć. Na dzień dzisiejszy z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że zarówno ciało, jak i umysł pracują przynajmniej tak dobrze jak przed feralnym szkoleniem. Jedynie czasem w chłodne noce targa mną suchy kaszel, pozostałość po niedbale leczonym zapaleniu płuc.

Wraz z kończącymi się problemami zdrowotnymi, nastały inne, o wiele bardziej bolesne. Coraz częściej kierowałem swe oczy na Gotha i niestety w jego obliczu nie znajdowałem tego czego szukałem. Od momentu kiedy dowiedziałem się, że Goth jest moim ojcem, a było to w przeddzień wyruszenia w poszukiwaniu zdrajcy naszej wiary, snułem wizje tego jak odmieni się me życie. W wyobraźni widziałem nas podróżujących razem, wspomagających się i walczących bok w bok jak równy z równym, głosząc tym samym chwałę i słowo Lorsha. Liczyłem na to, że czas szykan ze strony mego ojczyma oraz starszych braci pójdzie w zapomnienie, a nadejdą czasy wzniosłych czynów i prawdziwej rodzinnej więzi. Moim celem było i chyba nadal jest dowiedzenie tego, że słusznym krokiem kapłanów było powołanie oddziału magów walki, dokonać tego mogłem jedynie poprzez czyny. I choć od momentu wyruszenia z ojcem staram się jak mogę, nigdy nie unikam walki, zawsze wiernie stoję u jego boku, on ignoruje lub pomniejsza mój wkład w kolejne nasze sukcesy. Był czas, kiedy widziałem w nim kogoś wspaniałego, mądrego, wyważonego człowieka, mającego na celu tylko i wyłącznie dobro kościoła oraz sławienie imienia Lorsha. Był surowy, ale przy tym roztropny, nie zapatrzony w siebie, starał się bardziej być ojcem niż przywódcą. I to ojcem nie tylko dla mnie, ale i dla reszty naszych kompanów. Z biegiem czasu zaczął wyrabiać sobie pozycję lidera i chyba to zaczęło w jakiś sposób wypaczać jego ojcowskie nawyki. Zdawałem sobie sprawę, że jest kapłanem, wybrańcem boga, lecz wcześniej też nim był, a mimo to potrafił obdarować dobrym słowem wtedy, kiedy był zadowolony, a skarcić wtedy, kiedy komuś się to należało.

Wszystko zmieniło się od dnia, kiedy oznajmił nam, iż stał się Dłonią Lorsha. Awans w hierarchii całkowicie odmienił mego ojca. Moja początkowa radość z tego faktu szybko zaczęła topnieć i przemieniać się w rosnące rozczarowanie oraz rozgoryczenie. Coraz częściej słowa Gotha, mimo iż niejednokrotnie nadal mądre i roztropne, rzucane były w naszym kierunku z pogardą i niemal brzmiąc jak rozkaz. Czarę goryczy przepełniło zdarzenie, którego chyba nikt z nas nie zapomni do końca życia. Było to wydarzenie, które to jako uczeń akademii magicznej znałem jedynie jako zagadnienie teoretyczne.

Chodziło mianowicie o pewien skrajny i niezmiernie rzadki efekt końcowy czaru „Przywołanie potwora.” Potężny mag, który je rzucił, zamiast tytułowych stworów, wezwał naszą drużynę. I to właśnie tam mój ojciec w ciężkiej i nierównej walce niebezpiecznie blisko otarł się o śmierć. Wspólnymi siłami Adam, Radagast i ja, korzystając z własnej energii życiowej, ustabilizowaliśmy jego stan i wyrwaliśmy go ze szponów śmierci. Gdy odzyskał przytomność pokrótce streściłem przebieg walki i przeszedłem do opisu tego w jaki sposób udało nam się wydrzeć go ze szponów Razina. Ku mojemu zaskoczeniu Goth stwierdził, że tylko dzięki woli Lorsha żyje. Zdziwiło mnie to niezmiernie i strasznie mnie to rozzłościło. Prawie pozbawiłem się sam życia, ratując mego ojca, a on nie raczył nawet powiedzieć „Dobra robota synu.” Jeszcze bardziej zirytował mnie fakt, że nie podziękował Radagastowi, który nie był wyznawcą Lorsha. Mimo iż mag nie jest moim ulubionym kompanem, zasługuje na podziękowania, kiedy mu się należą.

Od tego momentu nasze stosunki znacznie się ochłodziły. Analizowałem każde słowo mego ojca i co rusz wypominałem mu wszystkie słabostki lub niedoskonałości planu, który przedstawiał. Upominałem go za każdym razem, gdy zwracał się do kogoś władczym tonem lub uzurpował sobie prawo do bycia naszym liderem. W końcu przebrałem miarkę i Goth nakazał mi stanąć do pojedynku.

Pojedynek był krótki acz treściwy. Pokonałem go nabywając tym samym, według tradycji rodu Nathrek, prawo do decydowania o sobie. Innymi słowy stałem się dorosły. Kiedy ojciec po walce odzyskał przytomność pogratulował mi przede wszystkim dobrej taktyki. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu przepełniła mnie duma. Byłem pewien, że jest to pierwszy i chyba najważniejszy krok do tego, by Goth docenił potencjał drzemiący w magach walki, ale i we mnie, jego synu. Następnym potwierdzeniem mej przydatności okazał się wewnętrzny turniej, rozegrany na magicznej planszy, na potrzeby wytypowania jednej osoby do turnieju rozgrywanego w Mieście Mgieł. Podczas turnieju jeszcze trzy razy ojciec musiał uznać moją wyższość w boju. Gratulacjom i poklepywaniu po plecach nie było końca, byłem strasznie zmęczony, lecz szczęśliwy. Wiedziałem, że me czyny na pewno napawają mego ojca dumą i że być może w końcu zacznie odnosić się do mnie tak jak kiedyś, bardziej po ojcowsku oraz z większym szacunkiem, że obdarzy mnie większym zaufaniem.

Po naszym wewnętrznym turnieju nie miałem czasu na obcowanie z ojcem, jako że turniej zaabsorbował całą mą uwagę. Po finałowej walce miałem tylko czas na uściski dłoni reszty drużyny oraz omówienie tego gdzie się spotkamy. Po długich miesiącach szkolenia, wizjach od samego Lorsha, postanowiłem nakłonić drużynę do tego, by ojciec został naszym liderem. Wiara w mego boga jeszcze nigdy nie była tak silna. Moje postrzeganie zachowania Gotha było zamazane poprzez zasłony wiary padające na me oczy. Moje rozumowanie było proste, ktoś kogo upatrzył sobie sam Lorsh i obrał go na swego kapłana nie może być osobą nieodpowiednią. Tym bardziej, że zachowanie Gotha bliższe było temu jakie pamiętałem z początku naszej znajomości. Drużyna nie miała ochoty dyskutować na ten temat w tym właśnie momencie, lecz Goth, czując, że ma we mnie silne wsparcie, znów zaczął przemieniać się w zadufanego w sobie człowieka. Człowieka pokazującego na każdym kroku jaki jest wyjątkowy, a my jak mało jesteśmy ważni.

Znów czuję się u jego boku jak sługa i to sługa, który niezbyt dobrze wykonuje polecenia swego pana. Nie rozumiem jego postępowania. Czasem potrafi zachować się jak prawdziwy mędrzec, roztropnie sprawiedliwie, a czasem zachowuje się jak rozkapryszona księżniczka. Być może nadszedł czas, kiedy to powinien osiąść w jednej ze świątyń Wilka, otoczyć się sługami i przybierając na masie rozlewać się na bogato zdobionym tronie. Może naszedł już czas, kiedy niewygody życia w ciągłym biegu zaczynają go przygnębiać? Cóż, mi jedynie pozostaje wierzyć w nieomylność boskich osądów oraz w to, że wahania nastrojów Gotha spowodowane są jego wiekiem. Pozostaje mi też jedynie modlić się o to, że niedocenianie oraz wyśmiewanie mojej osoby ma na celu mobilizowanie mnie do jeszcze większego wysiłku ku chwale Lorsha. Chciałbym by pod tą maską rezygnacji i niezadowolenia z mojej osoby jaśniała ojcowska duma. Z pomocą Boga nadal będę przełykał gorzkie pigułki podawane mi przez ojca i z podniesionym czołem będę parł u jego boku.