Kronika

Kroniki XIX: Podziemia Hamnossa

Podróż z Dirdighen zostaje przerwana przez chłopów uciekających ze srebrem z podziemi dawnego Hamnossa. Gotrek schodzi z drużyną do ruin pełnych pułapek, alchemii, kaplicy Baurusa i zamkniętych drzwi, zza których bije groza uwięzionych dusz.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Pobyt w Dirdighen był czasem spokojnie spędzonym, ale też pracowitym. W końcu udało mi się zakupić kilka czarów i dokonać wymiany czarów z tamtejszym magiem, półelfem Nishiru. Korzystając z okazji, że cała drużyna ostatnimi czasy ma wszystkiego serdecznie dosyć, postanowiliśmy w tym mieście zatrzymać się nieco dłużej. Praktycznie cały pobyt poświęciłem na studiowanie nowych zaklęć. I nie wiem czy to za sprawą jakiejś „magii” tego miasta, czy po prostu dlatego, że mag, który sprzedał mi wzorce był geniuszem i w maksymalnie przystępny sposób przelał swą wiedzę na pergamin. Ale wszystko co dobre szybko się kończy. Przyszedł czas wyjazdu i muszę przyznać szczerze, że z niechęcią żegnałem się z dachem nad głową oraz z zawszonym, ale jednak wygodnym łóżkiem.

Wyruszyliśmy dalej w kierunku naszego celu, podróż mijała spokojnie, a my zagłębialiśmy się w coraz to dziwniejsze tereny. Muszę się przyznać, że po tym do czego byłem przyzwyczajony na swoich ziemiach, gdzie różnorodność terenu jest bliska zeru, z trudem musiałem panować nad tym, by nie skomentować tego co widzę z niekrytym podziwem. W oddali na wschodzie majaczyły tafle ogromnych jezior, czasem widoczne z większych pagórków, natomiast po lewej stronie traktu, na północnym-zachodzie rozciągały się „Pleśniowe Ziemie” – istny wybryk natury, wywołujący właśnie mój podziw. Monstrualne grzyby wzbijające się wysoko w niebo i tworzące istny grzybny las, rozciągający się dziesiątkami kilometrów. Widok naprawdę dziwny, ale godny zawieszenia na nim oka.

Podróżowaliśmy dalej, kiedy to nagle, kilkadziesiąt metrów przed nami, drogę przebiegło kilka osób, z widocznym trudem tachających coś ciężkiego. Kiedy zobaczyli nas, stanęli rzędem wzdłuż drogi, usiłując ukryć swój pakunek. Podjechaliśmy bliżej, a Radagast zapytał – „Cóż tam takiego ciężkiego wleczecie, może pomóc?” Przebiegający, nerwowo rozglądający się chłopi, nie wróżyli niczego dobrego, zatem począłem rozglądać się bacznie po ziemi, w okolicy miejsca, skąd starali się uciekać spojrzeniami. „A nic, panie… nic” – jęczał chłop. „Jak to nic? Ja widziałem” – mówiąc to, zeskakiwałem już z konia. Jako iż przyciśnięty chłop czasem potrafi być waleczny, tak jak dociśnięty do rogu szczur, rękę trzymałem na rękojeści mej szabli. „Panie… my ino na polowaniu sarne ubilim i do wioski jom taszczym” – chłop próbował nieudolnie się tłumaczyć. Coś srebrnego zamigotało w trawie, schyliłem się i rzekłem „Zatem nie macie nic przeciwko temu, iż wezmę sobie ten kielich?” – mówiłem, schylając się po leżący w trawie srebrny puchar. Chłopi nerwowo poruszyli się, ale nic nie opowiedzieli. Zręcznym ruchem ominąłem jednego z nich i potraktowałem kopniakiem prowizorycznie skleconą skrzynię, którą ukrywali za sobą, w krzakach.

Z roztrzaskanej skrzyni, z metalicznym brzękiem, wysypały się srebrne puchary, świeczniki oraz zastawa stołowa. Widać było, iż przedmioty te musiały należeć do kogoś wysokiego rodu, a chłopi Ci zwyczajnie go obrabowali. W takiej sytuacji we wszystko wtrącił się mój ojciec, który dotychczas siedział znudzony i zniesmaczony tym, że robimy sobie zabawę ze zwykłych wieśniaków. Zawartość skrzyni oraz prawdopodobieństwo popełnionego przez nich przestępstwa, zmieniła jego pogląd na sytuację. Nie obeszło się bez standardowych gróźb o wieszaniu, paleniu i łamaniu kołem – to zawsze pomaga wieśniakom rozsupłać języki. W końcu zaczęli tłumaczyć się jeden przez drugiego. W skrócie, ich wypowiedź wyglądała tak, że do wioski przybył niejaki Garlen, ponoć historyk i poszukiwacz skarbów. Za niemałą opłatą chciał wynająć kilku chłopów, aby kopali we wskazanym przez niego miejscu. Poszukiwacz ten miał mapę, która rzekomo miała prowadzić do podziemi, pod stojącym tu niegdyś zamkiem niejakiego Hamnossa, okrutnego władcy tych ziem, żyjącego ponad 200 lat temu.

Nie widząc wśród chłopów wspomnianego Garlena, pomyślałem, że chłopi połasili się na skarby, a jego najzwyczajniej zatłukli. Zapytani o niego, opowiedzieli nam, iż faktycznie dokopali się do podziemi, zeszli nawet z poszukiwaczem w ich głąb, aby wynosić dobra tam zgromadzone. Ku nieszczęściu badacza, zaledwie po spenetrowaniu jednej komnaty, uruchomił wbudowaną w podłogę pułapkę, a bełt, wystrzelony z ukrytego mechanizmu, pozbawił go życia. Chłopi na chwilę umilkli i dopiero ponagleni surowym głosem Gotha kontynuowali opowieść. Podobno chwilę po śmierci Garlena, ten nagle podniósł się z ziemi i z dziwnym śpiewem na ustach pobiegł w głąb korytarzy. Przerażeni chłopi zabrali ze sobą tylko to co już zrabowali z jednej komnaty i uciekli, po drodze wpadając na nas.

Poczuwaliśmy się do sprawdzenia tego co mówią chłopi i obiecaliśmy, iż jeśli mówią prawdę, to cały skarb, za wyjątkiem srebrnego kielicha, który znalazłem na ziemi, należy do nich. Powiedziałem im, że w razie kłamstwa osobiście ich powieszę, a w celu podsycenia ich strachu pokazałem, iż jestem magiem, wywołując „Dysk Tensera”, na który wpakowaliśmy całe srebro z rozsypanej skrzyni. Chłopi prowadzili nas dobrą godzinę przez las, aż w końcu naszym oczom ukazał się wykopany w ziemi tunel, prowadzący na kilka metrów pod ziemię. Postanowiliśmy, że musimy dodatkowo nastraszyć zabobonnych chłopów, aby nie okradli naszych koni, ani srebra pod naszą nieobecność. Goth wypowiedział w ich stronę słowa wybujałej mocno klątwy, ja natomiast rzuciłem „Światło” na srebrne przedmioty, w celu spotęgowania efektu.

Ziriel zamocowała i wrzuciła w głąb dziury linę, po której dostaliśmy się w głąb podziemnych tuneli i gdzie naszym oczom ukazało się pomieszczenie z czterema korytarzami. Opowieść chłopów wystarczająco uświadomiła nam skalę niebezpieczeństwa i wysłaliśmy Ziriel, by sprawdziła, czy wszystkie ukryte bełty, które miały wylecieć już wyleciały. Ziriel, z wrodzoną u siebie czujnością, rozpoczęła przeszukiwanie komnaty i wskazywała nam wolne, według niej, od pułapek rejony sali. Po pewnym czasie elfka wskazała nam ślady krwi na podłodze, jednak ciała nie było. Okazało się jednak, że prawdopodobnie chłopi mówili prawdę.

Jako pierwszą odnogę wybraliśmy korytarz, do którego prowadziły ślady ubłoconych butów, prawdopodobnie chłopów, którzy zeszli tam przed nami. Ślady błota prowadziły prosto, wcześniej natomiast zobaczyliśmy jeszcze korytarz w lewo. Wtedy stało się coś dziwnego. Nagle Adam, cichy od kilku dni, z przerażeniem w głosie oznajmił nam, żeby nie iść w lewo. Zapytany dlaczego, odpowiedział, że ma złe przeczucie, że tam jest coś złego, coś co go przeraża. Postanowiliśmy usłuchać jego słów i ruszyliśmy prosto. Dotarliśmy do komnaty, która mogła być kiedyś jakąś jadalnią, a która cała została splądrowana. To właśnie tylko stamtąd chłopi zdołali wynieść srebro. Pomieszczenie nie miało już innych wyjść, toteż wróciliśmy do komnaty z wyjściem na powierzchnię.

Postanowiliśmy iść następnym korytarzem, a po przejściu kilku metrów zobaczyliśmy po lewej stronie drzwi. Ziriel obrzuciła je wzrokiem i nie widząc w nich żadnego zagrożenia nacisnęła na klamkę. Potworny huk rozbrzmiał w naszych uszach i ogromna fala ognia, rozprzestrzeniająca się we wszystkie strony, rzuciła nami o ściany. Trwało to dosłownie ułamki sekund. Po chwili wszyscy leżeliśmy na ziemi, a dookoła było tylko słychać przekleństwa Gotha i Ziriel, jęki Dina i przeszywające uszy, ogromne cierpienie Radagasta.

Radagast oberwał chyba najmocniej, jego szata tliła się i dymiła, kiedy do niego podeszliśmy. Rany okazały się tak poważne, że nawet Modlitwy Gotha nie były w stanie ich wyleczyć, aczkolwiek przyniosły magowi pewne ukojenie. Widząc jego stan, postanowiliśmy się wycofać. Jednak kiedy wróciliśmy do komnaty, gdzie powinno być wyjście na powierzchnię, zobaczyliśmy tylko wielkie gruzowisko. Zarówno część stropu, jak i niespenetrowane przez nas chodniki zawaliły się. Droga na powierzchnię została odcięta.

Musieliśmy szukać drugiego wyjścia. Radagast jakoś szedł, wspierając się na Dinie, który po modłach Gotha czuł się o wiele lepiej. Chyba jako jedyny nie miałem zbytnich pretensji do Ziriel, ponieważ pułapka zastosowana w tych drzwiach to tzw. „Ognista pułapka”, która jest niezmiernie trudna do wykrycia. Run, zawierający ten czar, zdolny mag może wpleść między naturalne wzory słojów na deskach, powodując, iż nawet w świetle dnia trudno by go było zobaczyć, a cóż dopiero w podziemiach tylko przy pochodniach, czy nawet wyczarowanym świetle. Wiedziałem też, że czar działa tylko raz, po czym dezaktywuje się, nie niszcząc chronionego przedmiotu.

Ziriel jeszcze raz nacisnęła na klamkę, niestety drzwi okazały się zamknięte, więc Goth rozporządził, że mam je otworzyć magicznie. Zirytowałem się jego rosnącą arogancją oraz uwielbieniem do wydawania poleceń i powiedziałem, iż tego nie zrobię, ponieważ nie mam składnika do czaru. Następnym jego żądaniem było to, bym wyważył te drzwi. Wtedy już nie wytrzymałem i znów między nami rozgorzała kłótnia. Miałem dosyć. On, najroślejszy i zapewne najsilniejszy z nas wszystkich, rozkazywał nam wyważać solidne drzwi, a sam zakuty w solidny pancerz, który o wiele lepiej zamortyzowałby jego uderzenia barkiem, chciał stać i patrzeć. Powiedziałem, żeby sobie sam je wyważał i po kilku chwilach wyzywania mnie od nieprzydatnych do niczego podrostków, zdenerwowany wyważył drzwi.

Z uśmiechem na twarzy zapytałem się – „I co? Dało się ojcze?” Struna rosnącego między nami, ostatnimi czasy, napięcia napinała się już do granic możliwości. Kiedy weszliśmy do środka, naszym oczom ukazało się ogromne pomieszczenie. Na stołach, pod ścianami poustawiana była aparatura alchemiczna. Była wprawdzie zniszczona przez bezlitosny czas, ale niegdyś musiała być wspaniała i wartościowa. Pobieżny przegląd pozwolił mi stwierdzić, że ponad połowę rzeczy można by jeszcze śmiało użyć do zbudowania nowej, kompletnej aparatury. W sali znajdował się jeszcze stół, na którym spoczywał szkielet bez głowy oraz regały na książki.

Po pobieżnym przeszukaniu całej biblioteczki, trafiliśmy na cenny zbiór ksiąg. Było to czterotomowe dzieło, pod tytułem „Trudna i niebezpieczna sztuka warzenia mikstur” Tolkaita Długowiecznego, znanego alchemika. Księgi były w wyśmienitym stanie. Pomijając nawet ich bezcenną dla każdego alchemika zawartość były jako przedmiot niesamowicie cenne. Przyglądając się doskonałym szkicom znajdującym się w środku, przez głowę przebiegła mi myśl – „Być może to oryginał?” Radagast obarczył Dina księgami, po czym wyruszyliśmy dalej.

Kolejnymi rozwidleniami doszliśmy do solidnych drzwi, ozdobionych symbolem srebrnej czaszki, przebitej złotą błyskawicą. Był to symbol Baurusa, boga, który jest ojcem naszego umiłowanego Lorsha. Goth, korzystając ze swego amuletu, otwarł drzwi kaplicy, poświęconej temu okrutnemu bóstwu. Ziriel i Din zrezygnowali z przekraczania progu tej strasznej świątyni, a Radagast wszedł za nami, lecz nie przystąpił do modłów. My natomiast z ojcem oddaliśmy cześć Baurusowi. Po wyjściu z kaplicy ojciec ponownie zapieczętował wejście i ruszyliśmy dalej.

Dotarliśmy do zasypanego, prawie pod sam strop przejścia, więc zawróciliśmy i rozpoczęliśmy poszukiwania w dalszej części podziemi. Wyczuwaliśmy, że korytarze niejako zataczają koło i nieustanie zbliżamy się z drugiej strony do odnogi, w którą nie chciał wcześniej wejść Adam. Doszliśmy do następnej komnaty. Ziriel, poinstruowana przeze mnie jakiego runu ma szukać, sprawdzała drzwi na obecność zarówno mechanicznych, jak i magicznych pułapek. Po kilku chwilach, dłużących się w nieskończoność, stwierdziła, że drzwi wydają się być czyste. Na nasze szczęście Ziriel nie myliła się tym razem. Weszliśmy do środka, a naszym oczom ukazała się olbrzymia sala tortur. Żelazne dziewice, urządzenie do wyrywania członków ze stawów, śruby do miażdżenia palców oraz mnóstwo innych przerażających instrumentów.

Kiedy podeszliśmy do jednych z drzwi, wychodzących z tego pomieszczenia, Adam zaczął mówić coś o wielkiej nieczystej sile, czającej się za nimi. Zrozumieliśmy, iż korytarze zatoczyły już koło i było to prawdopodobnie ostatnie pomieszczenie w tym kompleksie. Ostrożnie przeszliśmy przez drzwi, a naszym oczom ukazała się mniejsza sala, wyglądem przypominająca pomieszczenie, w którym odpoczywają strażnicy. Okrągły stół, kilka łóżek oraz stojaki na broń i zbroje. Z sali były już tylko dwa wyjścia, jedno do skrzyżowania, gdzie na samym początku Adam twierdził, żeby nie skręcać w lewo i drugie, zamknięte metalowymi, solidnymi drzwiami z judaszem.

Adam, kiedy tylko wszedł do komnaty strażników, kulił się pod ścianą i łkał cicho na widok tych metalowych drzwi. Radagast podszedł do drzwi, odsłonił judasza i wpatrywał się przez chwilę w niego. Po chwili zatoczył się i odsunął od drzwi. Z przerażeniem w głosie oraz wyraźnym strachem, rysującym się na jego obliczu, zaczął opowiadać o tysiącu istnień, czy też uwięzionych dusz, chcących wciągnąć go do siebie. Mówił o dziwnym portalu oraz niewyobrażalnym cierpieniu i strachu bijącym zza tamtych drzwi. Tak malowniczy opis, a może nawet bardziej przerażenie nekromanty, skutecznie zniechęciło nas do przechodzenia przez te drzwi.

Postanowiliśmy udać się do zawalonego korytarza, w którym jednak zawał nie podszedł pod sam strop. Mieliśmy nadzieję, że może szczupła i gibka Ziriel, przeciśnie się i odnajdzie wyjście. Po dotarciu na miejsce, Ziriel pozbyła się kolczugi i powoli zaczęła przeciskać się pod stropem. Na nasze szczęście udało się jej to i jak się okazało po drugiej stronie było na tyle miejsca, by rozgarnąć osuwisko. Zabraliśmy się do mozolnej pracy i przedarliśmy się do nowego korytarza. Ubraliśmy swoje zbroje i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej.

Na drodze napotkaliśmy w sumie cztery odnogi, trzy z nich były kompletnie zawalone, natomiast czwarta, po kilku metrach kończyła się kilkumetrową przepaścią. Używając czaru „Skok”, przedostałem się na drugą stronę, a kawałek dalej dotarłem do okrągłej komnaty, z drabiną prowadzącą trzy metry w górę. Czym prędzej wróciłem do towarzyszy z dobrą wiadomością.

Problemem niestety okazała się przepaść. Na szczęście udało mi się lekko zmodyfikować rzucany czar i „Dysk Tensera”, zamiast formy koła, wydłużył się, tworząc na kilka sekund swoisty most. Cała drużyna przebiegła po nim.

Po drabinie wydostaliśmy się do kolejnego pomieszczenia, z którego na górę prowadziła kolejna drabina. To drugie wyjście było bardzo dobrze zamaskowane i prowadziło do pomieszczenia, którego wystrój troszkę nas zaskoczył. Była to mianowicie karczemna piwnica, co więcej, widać, iż używana aktualnie, a nie dwieście lat temu. Nad nami, przez podłogę słychać było przebijający się gwar karczmy. Klapa, którą wyszliśmy prawdopodobnie była tak ukryta, że karczmarz nie miał nawet pojęcia, iż jego dom stoi na starych ruinach.

Ostrożnie wyszliśmy schodkami w górę, które prowadziły do kuchni. Ku naszemu nieszczęściu karczma nie miała tylnich drzwi. Ziriel szybko obezwładniła wchodzącego właśnie do kuchni karczmarza, pogroziła mu sztyletami i to wystarczyło, by biedak zesztywniał ze strachu i nie narobił rabanu. Wyszliśmy z gospody, wzbudzając niezłe zdziwienie tamtejszych bywalców i czym prędzej udaliśmy się w miejsce, gdzie zostawiliśmy konie.

Jak się okazało, wieśniaków z dorobkiem już nie było – jednak nie byli tak zabobonni jak myślałem. Koło koni spał tylko jeden pijany chłop. Gwałtownie rozbudzony tłumaczył się tym, że minęło wiele czasu i wszystko się zawaliło, więc pomyśleli, że nie żyjemy. Co więcej, zaczęli nawet kopać w ziemi, ale okazało się to ponad ich siły – w międzyczasie wypity alkohol zrobił swoje. Uśmialiśmy się z nich nieźle i postanowiliśmy darować im winy i oddać im całe srebro, które sami znaleźli. Kielich, który znalazłem wcześniej w trawie, zostawiłem sobie na pamiątkę. Radagast wymagał długiej i solidnej rekonwalescencji, a po wyjściu z karczemnej piwnicy, nie mieliśmy ochoty prosić karczmarza o nocleg, więc postanowiliśmy odpocząć pod gołym niebem. Pogoda był sprzyjająca, a i noce powoli zaczynały się ocieplać. Kilka godzin dalej znaleźliśmy przy strumyczku doskonałe miejsce na biwak. Tam też postanowiliśmy odpocząć i zdecydować o tym co robimy z alchemicznymi przyrządami znajdującymi się w podziemiach. Po długich i burzliwych dyskusjach postanowiliśmy zejść do podziemi jeszcze raz, kiedy będziemy wracać z Miasta Mgieł.