Nadszedł dzień, kiedy w końcu w pełni sił mogliśmy opuścić wioskę Virk. Wypoczęci, ale zarazem znudzeni, wróciliśmy na trakt prowadzący do Dirdighen. Drugiego ranka, jeszcze przed śniadaniem, Goth oświadczył nam z dumą, że od dziś może tytułować się zaszczytnym mianem Dłoni Lorsha. Przyjąłem tę wiadomość z wielką radością i z całego serca pogratulowałem ojcu, po czym wzniosłem krótką, dziękczynną modlitwę do naszego Pana. Niewielu kapłanów doświadcza takiego zaszczytu. Moja radość dosyć szybko przerodziła się jednak w złość, ojciec zaczął zmieniać się nie do poznania. Jego zazwyczaj spokojne i wyważone decyzje, zmieniły się w decyzje kierowane jakąś pychą i ignorancją, której wcześniej u ojca nie doświadczyłem. Kiedyś sam od siebie potrafił zadbać o to, by palące słońce nie przeszkadzało mi w podróży, teraz, kiedy „ośmieliłem” się sam oto poprosić, zostałem zrugany i niejednokrotnie usłyszałem, że dary bogów są dla kapłanów. Napięcie między nami rosło niepokojąco szybko, a ja z każdym dniem widziałem rosnącą pychę ojca. Wiedziałem, że prędzej czy później nagromadzona między nami zła energia eksploduje i nie wyniknie z tego na pewno nic dobrego.
Minęło kilka dni, kiedy w okolicach południa, przed nami, na trasie zobaczyliśmy stojącą karocę. Dookoła karocy stało pięciu zbrojnych na koniach. Pozdrowiliśmy ich i pojechaliśmy w dalszą drogę, jednak ich czujne i ruchliwe oczka nie spodobały mi się. Kiedy przejeżdżaliśmy obok nich, zauważyłem, iż przynajmniej dwóch z nich miało naciągnięte kusze i niezgrabnie starali się je schować za koniem. Zaniepokojony tym faktem, delikatnie zwolniłem i rozejrzałem się po okolicy. Z krzaków nieopodal drogi wystawała noga, z zapewne pospiesznie schowanego ciała. Domyśliłem się, że zapewne był to woźnica, jako iż na koźle zauważyłem ślady krwi. Nie dając poznać nic po sobie, jechałem dalej, a kiedy byliśmy kilka metrów za karocą, poinformowałem o swych spostrzeżeniach resztę drużyny. Decyzja Gotha była szybka: zawracamy by wyjaśnić tą sprawę, wszak prawo trzeba szanować.
Podjechaliśmy do ludzi stojących przy karecie, a w ich zachowaniu dało odczuć się narastającą nerwowość. „Coś się stało panowie?” – zagaił Goth. „Nie twoja sprawa” – odwarknął, nie kryjąc irytacji jeden z konnych. „A może ten trup w zaroślach to też nie nasza sprawa?” – zapytałem, a moja ręka powoli zaczynała wykonywać gesty potrzebne do rzucenia zaklęcia „Tarczy.” Słyszałem też jak Goth cicho szepce jakąś Modlitwę. „Jeśli chcecie podzielić jego los” – jeden z konnych wskazał na wystające z krzaków nogi – „To wtrącajcie się dalej, a…” – reszty zdania nie dokończył. Moja szabla szybko wyskoczyła z pochwy, a i pozostali moi kompani nie czekali na większą zachętę. Walka rozgorzała na dobre.
Tak jak przypuszczałem, co najmniej dwóch z konnych miało naciągnięte kusze, na szczęście do rozmowy z nimi podjechaliśmy tak, że ich towarzysze stali im na linii strzału. Minimalne pole manewru sprawiło, że chybili. Walka rozgorzała na dobre, Din u boku Ziriel starli się z dwoma przeciwnikami, tak samo mój ojciec i ja. Radagast stał z tyłu i rzucał co jakiś czas „Płomieniami Agannazara”. I nagle w ułamku sekundy straciłem wzrok, chyba tylko cudem sparowałem kolejne uderzenie przeciwnika, po czym co sił w płucach krzyknąłem – „Kurwa! Zostałem oślepiony, gdzieś tu jest mag! Zajmijcie się nim!” Na moje szczęście szkolenie bojowe w akademii oraz niezliczone już potyczki, wypleniły ze mnie panikę. Wiedziałem, iż w takiej sytuacji ojciec przejdzie do defensywy i spróbuje przejąć mojego przeciwnika, aby dać mi czas na działanie. Ćwiczyliśmy podobne kombinacje nie raz. Skupiłem się, po czym wypowiedziałem słowa, które miały Rozproszyć magię. Udało się, już w następnej chwili wzrok powoli zaczynał wracać.
Pierwsze co zobaczyłem to stojącą na karocy kobietę mierzącą do mnie z kuszy. Moja tarcza dawno znikła, a rzucając czar „Rozproszenia magii” pozbawiłem się sposobności odnowienia jej. I w tym momencie, poczułem nad głową powiew ciepła. To Radagast wysmażył w kierunku kobiety „Płomieniami Agannazara.” Wprawdzie czar nie wyrządził jej większej szkody, ale zmusił ją do szybkiego uniku, co uniemożliwiło jej strzał. Następnego strzału miała już nie oddać, ponieważ Ziriel wdrapywała się na dach karety błyskając swymi sztyletami. Zabójczyni została zmuszona do odrzucenia kuszy i związała się w walce z Ziriel. W następnej chwili wyjątkowo paskudnym cięciem pozbyłem się swego przeciwnika i skupiłem się na magu, do którego powoli zmierzał z żądzą mordu Din. Starannie utkałem „Błyskawicę” i wypuściłem ją w kierunku wrogiego maga, a w tym samym niemal czasie Radagast ponownie utkał „Płomienie”. Niestety Din miał mniej szczęścia, ponieważ wrogi mag zdążył jeszcze rzucić „Pajęczynę”, która objęła zarówno Dina, Gotha jak i jego przeciwnika. Mag natomiast zawrócił konia i pognał w szalonym galopie przed siebie. Niewiele myśląc pognałem za nim, a w głowie dudniła mi jedna myśl – „Zabić gnoja.” Jako iż sam byłem lekko ranny, postanowiłem dokończyć żywot wrogiego maga „Pomniejszym drążeniem Larlocha”. Zawsze dbam o to, by Goth miał ze mną jak najmniej pracy, a po drugie, uwielbiam wręcz uczucie, kiedy czyjaś energia życiowa wypełnia i leczy me ciało. Chwilę później wrogi mag nie żył, a ja zawróciłem do karety. Gotha jednak tam nie było.
Jak się później dowiedziałem, Ziriel w czasie walki skręciła nogę, a zabójczyni, widząc w tym szansę swojej ucieczki, dała dyla w las. Goth natychmiast udał się w pogoń za nią. Po kilkunastu minutach wrócił i oznajmił, że ją dogonił i zgodnie z przykazaniami boskimi darował życie. My, podczas jego nieobecności, zajrzeliśmy do karety, w której siedział niejaki Ulrich der Jogg, a przynajmniej tak nam się przedstawił. Wdzięczny baron koniecznie chciał zaprosić nas na swój dwór, lecz odmówiliśmy mu, jako iż całkowicie było to nam nie po drodze. Bez żadnych skrupułów zebraliśmy konie oraz ekwipunek pokonanych. Przeglądając juki jednego z koni, dostrzegłem wypalony znak pajęczyny. Dosyć podobne znaki, w formie tatuażu na lewej dłoni, mieli wszyscy zabici przez nas złoczyńcy. Ziriel zobaczyła ten znak pierwsza i powiedziała, że prawdopodobnie jest to znak „Pajęczej Dłoni”, grupy morderców z Zaihary. Podzieliłem się swymi obawami co do sprzedawania tych koni, ale oczywiście zostałem wyśmiany. Cóż i tak bywa. Jak się później miało okazać, miałem rację – niektórzy kupcy nie chcieli znakowanych koni kupić w ogóle, a pozostali oferowali niskie ceny. Ale co tam… lepsze pięć centarów niż nic. Ruszyliśmy w dalszą drogę.
Dni mijały spokojnie, a pogoda dopisywała. Aż pewnego dnia, na polanie, niedaleko traktu zobaczyliśmy zamieszanie. W około dużego drzewa zebrała się spora kupa chłopstwa, a w środku tej gromady, na koniu siedział pobity i skrępowany chłopina. Na szyję zarzuconą miał pętlę, która zwisała z jednego z konarów. Chłopi krzyczeli coś na temat tego, że zapłaci za swoje zbrodnie, że ma to, na co zasłużył. Zerknąłem na Gotha, w jego oczach widziałem błysk, i poczułem, że zaraz zepsuje mi zabawę i nie zobaczę dyndającego wesoło na stryczku, drgającego w ten typowy dla wisielców zabawny sposób, ciała. Musiałem działać. Powoli podjeżdżałem na koniu, a w ustach mieliłem słowa sztuczki „Szczypanie” i kiedy już prawie byłem w zasięgu i mogłem potraktować nią konia, Goth odezwał się z całą swoją mocą do wieśniaków. Po krótkiej wymianie słów chłopi odpuścili, a skazańcowi ściągnięto pętlę. Straciłem cały humor. Goth dał szansę „skazańcowi”, aby powiedział coś na swoją obronę.
Adam, bo tak się przedstawił niedoszły skazaniec, nagle zwrócił się do mego ojca po imieniu. Byłem pewny, że imię kapłana nie padło przy Adamie wcześniej ani razu. Opowiedział swoją wersję wydarzeń, że wędrował z pewnym kramarzem, który to próbował go okraść z jego jedynego skarbu, złotego wisiorka, który otrzymał od ojca, gdy był dzieckiem. W szamotaninie kramarz został pchnięty swoim własnym nożem. Działo się to niedaleko wsi i widziało to dwóch chłopów, którzy pracowali na polu. Chłopi zebrali się w kupę i schwytali Adama z zamiarem wymierzenia szybkiej sprawiedliwości. Uwierzyliśmy Adamowi i przepędziliśmy kopniakami chłopów.
Pomijając tę historię, dziwne było to, że Adam co chwilę zwracał się do nas wszystkich po imieniu. Wiedział gdzie i po co zmierzamy i prosił byśmy zabrali go z sobą, a wcześniej pomogli mu odzyskać od wieśniaków stracony dobytek i wisiorek. Wszyscy byli zafascynowani Adamem, który mimo wrażenia, iż jest obłąkany, przejawiał zdolności jasnowidzenia lub czytania w myślach. Postanowiliśmy mu pomóc. I tu znów rozgorzała dyskusja między mną a ojcem, który o podróżowaniu z Adamem nie chciał nawet słyszeć.
Ku mojemu zaskoczeniu cała drużyna stanęła za mną murem. To tylko upewniło mnie w tym, że w mym ojcu zaszła jakaś niepokojąca zmiana. Udaliśmy się do pobliskiej wioski, gdzie wystraszeni wieśniacy zwrócili wszystko Adamowi. Ruszyliśmy w dalszą drogę wspólnie, a Adam zaskakiwał nas raz po raz nowymi faktami. Wyjawił nam, iż wie kto posiada drugi amulet, którego szukamy. Był to niejaki Mordrokk z Miasta Mgieł, prawdopodobnie tamtejszy żołnierz. Wszystko co mówił Adam przeplecione było jakimiś dziwnymi bzdurami – niby był świadomy swej choroby, lecz nie potrafił lub nie chciał powiedzieć co mu dolega. Jedyne czego dowiedzieliśmy się to, to że ponoć jakiś medyk, czy tam czarodziej, ofiarował mu zdrowie za tysiąc złotych centarów. I od tamtego czasu Adam podróżuje z różnymi grupami, aby zdobyć potrzebną mu kwotę. Śmialiśmy się między sobą, bo sądząc po jego ubiorze oraz orężu, musiałby żyć sto razy, aby uzbierać taką kwotę. Stwierdziliśmy jednak, że Adam ze swoimi zdolnościami może być dla nas bardzo pomocny.
W końcu przybyliśmy do Dirdighen, wielkiego miasta handlu, gdzie udało mi się zakupić kilka czarów i zasiąść do studiowania ich w spokoju.