Kronika

Kroniki VII: W drodze do Dirdighen

Po Virk drużyna wraca na trakt, lecz spokój drogi szybko rozbijają zamachowcy Pajęczej Dłoni i niespodziewani podróżni. Uratowanie Ulricha der Jogga oraz spotkanie z Adamem prowadzą Radagasta ku wiedzy o Mordrokku, drugim amulecie i Mieście Mgieł.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Dwa tygodnie spędziliśmy we wsi Virk, podczas których zająłem się nauką, a Din i Ziriel dochodzili do siebie, po ciężkich walkach z upiorami. Kiedy wróciliśmy na szlak, był już maj i pogoda zrobiła się piękniejsza i słoneczna. W duchu śmiałem się z Gotha, który przy takich temperaturach, w takiej zbroi smażył się, jak jajko na patelni. Zresztą nie tylko on… Na polecenie kapłana Vern odszedł od nas i ruszył w drogę powrotną do rodzinnych ziem un Nathreków. Miał udać się z wieściami o śmierci swojego brata i przekazać świątyni wydarzenia związane z kapłanem Talosem. Pożegnaliśmy się i rozstaliśmy się. Troszkę szkoda, bo mąż ów okazał się przydatnym wsparciem dla nas wszystkich, dobrym i wiernym kompanem i świetnym wojownikiem… Goth natomiast oznajmił nam wszystkim, że stał się jakowąś „Dłonią Lorsha”, kapłanem wyższej rangi i większej mocy. Troszkę dziwne, bo ani ja, ani żadne z nas nie zauważyło zmian w jego osobie, czy też zachowaniu. Mało tego, z dnia na dzień dochodzi do coraz większych zgrzytów i nieporozumień w kontaktach ojca z synem… No cóż…

Kilka dni trwała podróż, podczas której minęliśmy malutkie miejscowości Bolden, Tura i Eik. W końcu kilka dni przed Merdighen na trakcie minęliśmy karocę, przy której stało pięciu konnych uważnie nam się przyglądających. Gotrek poinformował nas, że w krzakach zauważył wystające nogi leżącego ciała, a na koźle ślady krwi. Po krótkim namyśle postanowiliśmy się wrócić i sprawdzić co się stało. Tuż przed wozem rzuciłem na siebie „Zbroję” i przygotowałem składniki do „Płomieni Agannazara”, tak na wszelki wypadek… Zaczepieni i bezpośrednio zapytani o leżące ciało jeźdźcy odpowiedzieli szczerze, że jak nie przestaniemy się wtrącać, to podzielimy jego los. Nie pytaliśmy więcej o nic, tylko zaatakowaliśmy. Niestety trójka z nich miała już wcześniej przygotowane kusze, które wystrzelili w naszym kierunku…

Na szczęście strzały nie były zbyt celne, nikt poważniej nie ucierpiał i rozgorzała walka.

Zabójcy na trakcie do Dirdighen

Nie patrząc na innych rzuciłem czar w jednego z bandytów, traktując go ogniem. Reszta drużyny walczyła odpierając ataki konnych, natomiast ostatni z wojów, dziwnie nie brał udziału w walce, stał tylko obok wozu i przyglądał się. W ferworze walki nie zwróciłem na niego uwagi i przyszło mi na myśl, że to ich herszt, ale później okazało się, że to mag, który zresztą strasznie nam się naprzykrzył… Wcześniej jeszcze zauważyłem, jak z karocy, zręcznym ruchem, na jej dach wyłania się szósta osoba i ładuje kuszę, powoli przycelowując w Gotreka. Nie zastanawiając się dłużej rzuciłem „Magiczny Pocisk”, bez specjalnego powodzenia, ale już szykowałem się do kolejnego czaru. Taka osoba, biorąca bierny udział w walca mogła nam nieźle zaszkodzić, dlatego postanowiłem zostawić przeciwników Gotha i Gotreka i zając się nią.

W pewnym momencie Gotrek zawołał do ojca, że nic nie widzi i gdzieś tu musi być mag. Już wszystko do mnie dotarło… Utkałem „Płomienie…” w kierunku kusznika na wozie, lekko spowalniając jego zamiary i szykowałem się do kolejnego ataku, ale nagle poczułem magiczny atak na mnie i też stałem się ofiarą „Oślepienia”… Nic nie widząc, a tylko kierując się zapamiętanymi obrazami, instynktem i odgłosami, zrezygnowałem z kolejnego ataku (żeby nie zranić kogoś od nas), a tylko próbowałem oślepić kusznika „Światłem”, kierując je tuż przed jego twarz… Atak był nieudany, ale już po chwili usłyszałem, jak Gotrek „Rozprasza Magię” i powolutku zacząłem odzyskiwać wzrok. Kiedy mogłem już zobaczyć sytuację, walka zmieniła troszkę wcześniej zapamiętane przeze mnie oblicze. Ziriel w przecudownym „tańcu śmierci” walczyła z kobietą na wozie, Din objeżdżał wóz, na spotkanie z wrogim magiem, Goth walczył ze swoim przeciwnikiem, a Gotrek tkał zaklęcie w kierunku czarodzieja. Ja też długo nie zastanawiając się rzuciłem czar w kierunku maga. Wszystko wydarzyło się w jednej chwili…

Gotrek rzucił „Błyskawicę”, ja „Płomienie Agannazara”, a wrogi mag „Pajęczynę” w naszym kierunku. Jego czar objął Gotha i jego przeciwnika, jak również Dina, który był na wyciągnięcie ręki od maga. Cała trójka plątała się bez efektów w lepkiej pajęczynie. Nasze czary dopiekły magowi, który z obrażeń i strachu zaczął popędzać konia i wycofywać się… Gotrek rzucił się w pogoń za nim, a ja zająłem się uwięzionym przeciwnikiem Gotha. Ziriel dzielnie walczyła na wozie, ale już po kilku chwilach krzyknęła, że zabójczyni uciekła w las. W tym momencie „Pajęczyna” przestała działać, Goth dobił wojownika i razem z Dinem wjechali w las za zbiegłą kuszniczką. Ziriel zeszła na ziemię i okazało się, że ma skręconą kostkę i dlatego nie pobiegła za przeciwniczką. Ja zajrzałem do wozu, w którym siedział przerażony, niski mężczyzna. Kazałem mu tam siedzieć dalej, aż sytuacja się nie uspokoi.

Walka dobiegła końca… Gotrek dopadł dalej czarodzieja, a Goth zabójczynię, którą jednak puścił wolno, z wiadomością dla jej szefów, kto ich powalił… Dość głupie posunięcie moim zdaniem, pozostawianie świadków za plecami i zwiększanie wrogów, ale Goth to fanatyk, który zbyt często kieruje się ślepą wiarą, niźli zdrowym rozsądkiem… Uratowanym człekiem okazał się baron Ulrich der Jogg, który za pomoc zaprosił nas na swój dworek w Desder. Mimo, iż nalegałem, reszta naszej kompanii nie przyjęła zaproszenia. Poza tym wypuszczona zabójczyni powiedziała (mogła łgać), że ów baron zlecił morderstwo innego szlachcica, a ci zwyczajnie mieli temu zapobiec, kończąc z baronem… Troszkę skomplikowane, ale podejrzane i nie chcieliśmy w to głębiej wchodzić. Baron załadował na wóz ciała swoich ludzi, zamordowanych przez napastników i ruszył do rodzinnych włości. My natomiast ograbiliśmy wszystkie ciała, nie będę znowu cytował Dina, i zabraliśmy ich bojowe wierzchowce. Ziriel zauważyła, iż są one znaczone i należą do tutejszej bandy, no i możemy mieć kłopoty z ich sprzedażą… Zamieniłem swojego dawnego wierzchowca na jednego z bojowych, podobnie uczynił Din, a resztę i tak postanowiliśmy sprzedać, gdy tylko nadarzy się okazja.

Po drodze przejechaliśmy Merdighen, gdzie nikt nie chciał zakupić naszych koni, tak więc postanowiliśmy, że sprzedamy je w większym Dirdighen, do którego i tak zmierzamy. Minęło kilka dni, kiedy na pobliskiej polanie, przy głównym trakcie, usłyszeliśmy krzyki chłopów. Okazało się, że chcieli oni wykonać samosąd, nad jakimś obdartusem, który siedząc powiązany na koniu miał już założony stryczek. Po krótkich, acz przekonywujących rozmowach dowiedzieliśmy się, że przyszły trup, niejaki Adam, jak się później przedstawił, według chłopów zabił wędrownego kramarza. Ci spętali go, skopali i chcieli powiesić, wcześniej okradając go z jego dobytku. Postraszyliśmy durnych chłopów i pozwoliliśmy skazańcowi się wytłumaczyć i tu stało się coś dziwnego…

Adam jakimś dziwnym trafem znał nasze imiona, cel podróży i w ogóle przepowiadał wydarzenia i jak gdyby czytał w naszych myślach… Wydawał się być niespełna rozumu, albo obłąkanym, ale rzeczy, o których mówił bardzo nas zaintrygowały. Po dłuższej kłótni ojca z synem, wszyscy prócz Gotha postanowiliśmy uwolnić go i pomóc odzyskać jego rzeczy. Jak zwykle ostatnimi czasy, nasz kapłan, jest coraz to bardziej mniej konsekwentny, przy tym mniej wiarygodny, jeśli chodzi o jego nauki i wiarę. A niby awansował w hierarchii kościoła Lorsha…

W drodze do wioski, Adam powiedział kilka interesujących nas informacji, które przychodziły do niego, jakby poprzez mgłę. Wiedział, że szukamy Amuletu i jest on w Mieście Mgieł, w posiadaniu niejakiego Mordrokka, ponoć żołnierza… Wskazał też, kto z wioski zabrał mu rzeczy i co chce odzyskać. Najważniejszym dlań okazał amulet rodowy, który otrzymał od ojca w wieku pięciu lat. Zabrali mu też sakiewkę, buty, tarczę i miecz. Gdy dotarliśmy do wioski, zagroziliśmy wieśniakom i ci pod groźbą oddali rzeczy Adama. Postanowiliśmy zabrać go ze sobą do Miasta Mgieł, bo być może jego tajemnicze zdolności nam się jeszcze przydadzą. Tymczasem amulet rodowy Adama okazał się być silnie magicznym przedmiotem, z którego emanowała magia przemian… Sam Adam dalej zachowywał się jak psychicznie chory, oznajmił nam, że jest ktoś, kto może go wyleczyć za bagatela 10000 złotych centarów! Biedak… W takim przypadku będzie chory do końca swojego zabłąkanego życia…

Dotarliśmy do Dirdighen. Tam udało nam się pozbyć znaczonych koni i wszelkiego towaru, który zabraliśmy martwym wojownikom. Zakupiłem, po ciężkich licytacjach i targach czary, i w chwilach wolnych kontynuowałem studia nad innymi formułami zaklęć. Przed nami jeszcze długa droga, a do Dirdighen dopiero przybyliśmy…