Kronika

Kroniki VIII: Podziemia Hamnossa

Wyprawę do Miasta Mgieł przerywają chłopi niosący srebro z podziemi dawnego Hamnossa. Radagast schodzi z drużyną do ruin, gdzie pułapki, alchemiczne ślady, kaplica Baurusa i drzwi pełne udręczonych dusz zapowiadają coś znacznie starszego niż zwykły skarb.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Jak zwykle trwało trochę, zanim byliśmy gotowi opuścić miasto. Przygotowania do podróży, zakupy i konserwacja jedzenia za pomocą mojej magii. Dzięki temu mogliśmy zwyczajnie zaoszczędzić na tych drogich racjach podróżnych… Wyruszyliśmy na drugi dzień po przygotowaniach, drogą przez Nizinę Pięknych Jezior i Pleśniowe Ziemie, tereny bardzo często odwiedzane przez zielarzy poszukujących niezwykłych, albo rzadkich składników. Zresztą patrząc z oddali na te olbrzymie grzyby i fungusowe drzewa, nie dziwię się, że teren ten jest dziki i uważany za dość niebezpieczny, szczególnie dla nierozważnych, zapuszczających się na tamte ziemie.

Podczas podróży przez owy trakt na drodze spotkaliśmy dość dziwnie zachowujących się chłopów, którzy targali przez trakt skrzynię. Naprawdę dziwne… Zagadnąłem do nich grzecznie z zapytaniem, co targają i czy może im nie pomóc, a ci, troszkę spanikowani, odmówili. Widać było na pierwszy rzut oka, że coś ukrywają i nie mają zbytnio czystego sumienia… Tymczasem Gotrek stanął obok chłopa i z ziemi podniósł stary, posrebrzany kielich i już wiedzieliśmy, co jest w skrzyni. Oczywiście Goth, jak to on, od razu wziął się za zastraszanie i krzyczenie po nich… Zaczął grozić, że jak nie wyjawią, co tam jest, to zaprowadzimy ich pod oblicze sprawiedliwości… Ku niezadowoleniu chłopów i naszemu niedowierzaniu jakoby była tam ubita przez nich zwierzyna, Gotrek rozbił zbite nieskładnie dechy i otworzył skrzynię. Tak jak przypuszczałem były tam zrabowane skądś rzeczy. Głównie świeczniki, kandelabry, puchary, talerze i sztućce, jednym słowem coś to było na pewno warte. Goth już ich skazywał na śmierć, Gotrek też chciał ich wieszać, Din ślinił się na myśl o zawartości skrzyni i tylko ja i elfica jakoś spokojnie do tego podeszliśmy. Zastraszeni chłopi powiedzieli, że odkopali to w lesie. Chłopi zostali wynajęci i opłaceni przez niejakiego Garlena, który zaprowadził ich na miejsce i kazał kopać. Ponoć dokopali się do starych katakumb niejakiego Hamnossa… Według ich niespójnej i chaotycznej opowieści zrozumiałem, że jakieś 200 lat temu był on panem tych ziem. Hamnoss znany był z umiłowania do alchemii, sztuk zakazanych i stosowania tortur. Pod zamkiem wybudował spory kompleks podziemny, w którym zamęczał na śmierć swych więźniów. Chłopi zapytani o Garlena, powiedzieli, że zabiła go pułapka w podziemiach, a jego ciało powstało i uciekło w ciemność. Po tym wydarzeniu wieśniacy totalnie się przerazili, wzięli łupy i uciekli na powierzchnię. Przy całym zamieszaniu i wykrzykiwaniu gróźb ze strony Gotha, powiedziałem, że jeśli mówią prawdę, to zachowają łupy, ale wpierw muszą nas tam zaprowadzić i sami potwierdzimy ich relacje.

Faktycznie drogą przez las doprowadzili nas do świeżo wykopanego, stromego tunelu w dół. Gdzieniegdzie były strzępy rozerwanej liny, dzięki której zeszli i wrócili. Zaproponowałem, żeby ktoś został i przypilnował chłopów, skrzyni i naszych koni, ale pomysł ten został potraktowany bez entuzjazmu… Adam nawet określił, że „musi” tam zejść, te jego chore wizje… Zagroziliśmy chłopom, że jeśli uciekną z tego miejsca i spróbują ukraść cokolwiek z naszego dobytku, to zostaną wszyscy powieszeni. Dodatkowo Goth postraszył ich fikcyjną klątwą, którą nałożył na skrzynię ze skarbem wieśniaków. Było przy tym troszkę błazenady, ale każda gra warta jest świeczki…

W odpowiednim szyku zeszliśmy ostrożnie do kamiennej komnaty. Ku naszemu zdziwieniu, stwierdziliśmy, że chłopi nie łgali i faktycznie wyglądało to na jakiś kompleks starych katakumb, czy też lochów dawnych włości. Ostrożnie, ostrzeżeni przez wcześniejszych „badaczy”, Ziriel, przy każdym naszym ruchu poszukiwała pułapek i badała teren. Ja wspierałem wszystkich „Światłem” i „Wykryciem Magii”, co jakiś czas dla pewności tkałem też „Wykrycie Umarłych”, na szczęście bez efektów. W duchu niepokoiły mnie słowa o powstałym z martwych Garlenie, ale miałem nadzieję, że chłopi zwyczajnie go zamordowali i okradli. Niestety Ziriel po długich oględzinach komnaty, do której zeszliśmy, potwierdziła, że ów Garlen uruchomił pułapkę, która go zabiła. Elfka znalazła krew, ale ciała nie było…

Ruszyliśmy pierwszą odnogą, śladami wcześniejszych „rabusiów”. Doszliśmy do obrabowanej przez nich komnaty, na co wskazywały liczne ślady. Adam ostrzegał nas, żeby nie iść korytarzem odchodzącym w lewo, bo jak twierdził „…ma złe przeczucia…” i „…tam czai się coś złego…” Posłuchaliśmy tego wariata i wróciliśmy do pierwszej komnaty, a stamtąd kolejnym korytarzem, tym razem na wprost. Po kilkunastu metrach doszliśmy do bocznych drzwi w ścianie, a ciemny korytarz prowadził dalej. Postanowiliśmy nie zostawiać niezbadanego miejsca za plecami i przejść przez drzwi. Ziriel potwierdziła brak pułapek, a ja magii. Teraz nie pamiętam już dokładnie kto chwycił za klamkę, ale usłyszałem huk i zobaczyłem jak eksplodujący ogień pochłania korytarz, w którym staliśmy…

Ocknąłem się w krytycznym stanie, na skraju śmierci, w komnacie, z której wystartowaliśmy, ale która teraz po silnej eksplozji była w połowie zasypana… Mimo to postanowiliśmy iść dalej, tym bardziej, że nie mieliśmy innego wyjścia. Zejście, którym przyszliśmy z powierzchni było zasypane, tak jak połowa tej komnaty. Ja byłem na skraju śmierci, więc większy wysiłek, jak czołganie się i odkopywanie było niemożliwe. Wspierany przez Dina szedłem za drużyną z nadzieją na znalezienie wyjścia…

Poparzenia i rany na moim ciele niemiłosiernie piekły i bolały. Z każdym krokiem traciłem cenne siły, ale dalej wspierałem ich swoją magią. Wiedziałem, że tylko cenna współpraca mogła nas stamtąd wydostać. Dzięki modłom Gotha udało mi się uniknąć śmierci, ale samo leczenie niestety wymagało dodatkowo interwencji medyka, albo sowitego odpoczynku, a na to nie mogłem liczyć. Postanowiliśmy powrócić do drzwi, które były przyczyną naszej obecnej sytuacji. Gotrek stwierdził, że pułapka nałożona na nie wygasła i nie powinno się już nic stać. Mimo to nie uniknęliśmy kłótni o to, kto ma pociągnąć za klamkę. Po kilkunastu minutach ostrej wymiany zdań, znów głównie pomiędzy ojcem i synem, Goth zdecydował się na wyważenie drzwi. Przebiliśmy się do olbrzymiej komnaty, która po zbadaniu, okazała się być salą badań alchemicznych i tortur, gdzie prawdopodobnie używano ofiar do celów badawczych. Na jej środku znajdował się stół, a na nim szkielet bez głowy. W rogu, aparatura alchemiczna, w większości urządzenia i instrumenty okazały się być sprawne i dosyć cenne. Znaleźliśmy też cztery tomy rozprawek alchemicznych o warzeniu, tworzeniu mikstur i nauce alchemii, które okazały się dla mnie prawdziwym skarbem i olbrzymią wiedzą. Zbiór nosił tytuł „Trudna i niebezpieczna sztuka warzenia mikstur”, a jego autorem jest Tolkait Długowieczny, Mistrz Srebrnego Grotu, legenda alchemii. Same księgi były dobrze zachowane i wspaniale zdobione, był to albo oryginał albo jedna z nielicznych ręcznych kopii. Din zabrał księgi na moją prośbę.

Opuściliśmy komnatę i ruszyliśmy korytarzem dalej. Na jego końcu były drzwi z symbolem Baurusa, na południu znanego pod imieniem Amala Czarnego. Z gęsią skórką przekroczyłem próg, a komnata okazała się być kaplicą poświęconą temu straszliwemu bogu. Śmiertelny i największy wróg, a zarazem brat Richitera Wielkiego, był też ojcem boga Lorsha, dlatego Goth i Gotrek postanowili się doń pomodlić, a ja z ciekawości tylko przekroczyłem próg tej komnaty. Din, Adam i Ziriel nie mieli już tyle odwagi… Kolejnym etapem naszych poszukiwań wyjścia był zawalony korytarz, więc postanowiliśmy wrócić do głównej komnaty i wejść ostatnim, niezawalonym przejściem. Niestety tam też doszliśmy do obwału i gruzowiska… W końcu po kilku minutach burzliwych ustaleń doszliśmy do wniosku, że nie mamy innego wyjścia, jak iść korytarzem, który wcześniej odradzał nam Adam i jego chore przeczucia i wizje. Nie było już innej drogi…

Ostrożnie, badając pułapki, szliśmy w małym oświetleniu pochodni. Doszliśmy do starych, podniszczonych, drewnianych i bardzo niskich drzwi. Znów po kłótni i krzykach, czasami nie da się z nimi wytrzymać, Goth zgodził się na ich otwarcie. Przeszliśmy do największego pomieszczenia w tym kompleksie zbadanych katakumb. Od razu widać było, iż jest to typowa sala tortur, ze wszystkimi mechanizmami służącymi do tych celów. Na niektórych z urządzeń były jeszcze szkielety, więc po krótkich, acz precyzyjnych oględzinach, zabrałem czaszki, które potrzebne mi były do czaru. Obyło się tym razem bez mordu dla składnika… Prócz tego, niczego innego w komnacie nie znaleźliśmy, więc dalej korytarzem udaliśmy się do kolejnych drzwi. Komnata okazała się być czymś w rodzaju sypialnej z wieloma łóżkami i komodami. Łączyła się z ostatnim z korytarzy, przed którym na początku ostrzegał nas Adam, więc jedynym wyjściem były dla nas drzwi z wielkim, odsuwanym judaszem, które znajdowały się na jednym z jej końców.

Kiedy podeszliśmy do „ostatniego wyjścia”, Adam totalnie „odleciał”, mrucząc pod nosem, że boi się i dalej nie pójdzie. Skulił się ze strachu przy przeciwległej ścianie i nie miał zamiaru ruszyć się ani o centymetr… Wiedząc, że wcześniej jego przeczucia się sprawdzały, a okazał się on pewnego rodzaju medium, przeszły po moim ciele ciarki. Zląkłem się na myśl, że jedynym naszym wyjściem, są metalowe z zakratowanym judaszem drzwi, za którymi czai się nieznana, zła siła… Podszedłem do nich ostrożnie, tkając zaklęcie. „Wykryciem Umarłych” zacząłem je skanować, po czym odsunąłem judasza i zajrzałem przezeń…

To było najgorsze przeżycie jakiego doświadczyłem. Takiej ilości świadomych obecności nigdy nie czułem. Wydawało mi się, że na końcu widocznego, mrocznego korytarza, są schody w dół, ale krwisto-czerwone pulsujące drzwi, może portal, bardziej przyciągały moją uwagę. Nie wiem ile istot znajdowało się w tamtym pomieszczeniu, ale ich cierpienia i złość, przyciągały mnie do pulsującego portalu. Słyszałem krzyki i wycia, odgłosy cierpienia i bólu, złość i chęć wyrządzenia krzywdy biły od czerwonego przejścia. Obleciał mnie zimny pot, a czas trwania czaru wydłużał się we wieczność… Tysiące świadomości w jednej, albo jedna rozbita na tysiąc części, wołały żebym do nich szedł, w końcu nieznana siła, wyciągnęła po mnie rękę, żeby mnie uchwycić. Upadłem, odpychając się od drzwi i sięgającej po mnie śmierci. Czar przestał działać. Spocony i wystraszony opowiedziałem wszystko drużynie. Ku mojemu zaskoczeniu nic nie odczuli i nie widzieli… Ale postanowiliśmy zostawić te drzwi i spróbować przebić się przez jeden z zawalonych korytarzy.

Z uwagi na swą smukłą i zgrabną figurę Ziriel przeczołgała się przez jedno z częściowo zasypanych przejść. Po długim odkopywaniu korytarza z dwóch stron, udało nam się przejść dalej. Prawie w całkowitych ciemnościach, coraz bardziej zmęczeni, błąkaliśmy się po zawalonych korytarzach i wnękach, wybierając najbardziej przejściowe drogi. Po wielu godzinach błądzenia doszliśmy do korytarza z przepaścią, którą za pomocą „Skoku” przeskoczył Gotrek. Kilkanaście minut później oznajmił nam, że doszedł do pomieszczenia z drabiną w górę. Powiedział też, że nie ma innej drogi, aby obejść przepaść. Ulżyło nam, bo właśnie ta drabina mogła okazać się naszym biletem na powierzchnię. Kłopot w tym, że dzieliła nas od niej kilkumetrowa przepaść, a ja byłem na skraju śmierci… Po krótkich namysłach i dyskusji, wymyśliliśmy z Gotrekiem, że ten za pomocą „Dysku Tensera”, dodając do czaru większej ilości energii magicznej, tak umodeluje dysk, że utworzy za pomocą niego swoisty most nad przepaścią. Była to jedyna szansa dla wszystkich na przejście nad pięciometrową przepaścią. To było ryzykowne, ale udało się i szybko znaleźliśmy się po drugiej stronie korytarza, a później w komnacie z drabiną.

Drabina była stara, spróchniała i uznaliśmy za ryzykowne wspinanie się po niej. Tym bardziej, że waga co poniektórych moich kompanów z pełnym uzbrojeniem, przechodziła najśmielsze pojęcie… Na plecach Gotha, drużynowego olbrzyma, wspięliśmy na górę i znaleźliśmy się w podobnym pomieszczeniu, także z drabiną, która prowadziła jeszcze wyżej. Ta drabina już nie była spróchniała i zaprowadziła nas do komnaty piwnicznej, z typowym wyposażeniem składzika kuchennego. Pełno tu było żywności i przypraw kuchennych. Wiedzieliśmy już, że prawdopodobnie jesteśmy w spiżarni jakiejś gospody, a tunele, z których wyszliśmy, są ukryte przed właścicielami tego przybytku. Schodami do góry wyszliśmy do kuchni owej karczmy. Zastraszony, z nożem na gardle, oberżysta, nie śmiał tego skomentować. W końcu nie co dzień z jego własnej piwnicy wychodzi grupa poszukiwaczy przygód, pokrwawionych i umorusanych, jak górnicy z kopalni. Takie same wrażenie wywarliśmy na klientach, których opadnięte szczęki podpowiadały, że na zwykłych kucharzy nie wyglądamy…

Gospoda okazała się znajdować we wiosce niedaleko traktu, gdzie spotkaliśmy wieśniaków ze skrzynią. Po kilkudziesięciu minutach marszu na powierzchni, przy zwykłym, świeżym powietrzu, dotarliśmy do miejsca, w którym zostawiliśmy chłopów. No i jak to wieśniacy, nie posłuchali… Został tylko jeden i widać było, że pili cały czas gdy nas nie było. Ponoć nawet próbowali odkopać zawalone zejście, ale chyba im nie poszło sprawnie… Puściliśmy go, oddając im znaleziska.

Ruszyliśmy szlakiem i po jakimś czasie dotarliśmy do opuszczonego obozowiska, gdzie postanowiliśmy rozbić obóz i sowicie odpocząć, tym bardziej, że byłem na wpół przytomny, nie wspominając o stanie moich ran. Przy pobliskim strumieniu Ziriel obmyła moje poparzenia, a reszta zajęła się przygotowaniem obozowiska. Podczas rozmów dowiedziałem się, że drużyna, do której dołączyłem, ma na własność miejsce zwane „Księżycową Skałą”, na której szczycie jest zawalona wieża. Skrawek tej ziemi znajduje się na ziemiach Dominium. Tam na wstępie postanowiliśmy przetransportować sprawne jeszcze urządzenia z laboratorium alchemicznego, które odkryliśmy w katakumbach. Problem w tym, że były one zasypane, a my do końca nie wiedzieliśmy, co kryło się w ich wnętrzu…

Mapa Podziemi Hamnossa

Kolejność w punktach naszej przeprawy przez Podziemia Hamnossa, jak również krótki ich opis poniżej:

  1. Komnata, od której cała nasza wyprawa się zaczęła. Przebiliśmy się przez sufit, a z komnaty wychodziły cztery korytarze.

  2. Śladami wieśniaków dotarliśmy do obrabowanej przez nich komnaty.

  3. Tutaj Adam przestrzegł nas o złu czającym się w dalszej części korytarza, więc wróciliśmy się do głównej komnaty.

  4. Drzwi z ognistą pułapką, które o mały włos pozbawiłyby mnie życia.

  5. Po wybuchu komnata główna częściowo się zawaliła (kropki). Wyjście w suficie także…

  6. Zawalony korytarz…

  7. Postanowiliśmy zaryzykować i otworzyć jeszcze raz „drzwi-pułapkę”, na nasze szczęście nic się nie stało. Komnata z trupami i aparaturą alchemiczną. Tutaj znaleźliśmy Księgi prawiące o sztuce wytwarzania mikstur.

  8. Kaplica Baurusa.

  9. Kolejny korytarz z wizji Adama, ale tym razem postanowiliśmy przejść przez dość niskie, drewniane drzwi. Komnata była ogromną salą tortur, ze wszelkimi narzędziami do uprawiania tego procederu.

  10. Sala z łóżkami i drzwiami, przez które zajrzałem i opisałem czające się tam zło. Postanowiliśmy wtedy poszukać wyjścia w którymś z mniej zawalonych korytarzy.

  11. Zawalone przejście, przez które przecisła się Ziriel i odtorowała dla nas drogę.

  12. Zawalony korytarz…

  13. Zawalony korytarz…

  14. Zawalony korytarz…

  15. Przepaść, nad którą Gotrek rzucił uformowany w most „Dysk…” i mogliśmy szybko przedostać się dalej.

  16. Okrągła komnata z drabiną w górę. Stamtąd weszliśmy na jeszcze jedno piętro i potem do piwnicy gospody. Udało nam się wydostać.

Mogłem coś oczywiście pomylić, ale biorę pod uwagę stan agonii, w której prawie przebywałem i tak długie tułanie się po podziemiach sprawiały mi tylko więcej bólu i udręki…