Tak więc wyruszyliśmy w dalszą podróż do Miasta Mgieł. Droga przed nami prowadziła spokojnym traktem, dlatego nie spodziewałem się więcej niespodzianek. Jednak Lorsh miał wobec nas inne plany. Jechaliśmy spokojnie przez niewielki lasek, gdy naszym oczom ukazał się dosyć komiczny widok. Ponad sto metrów przed nami przez trakt przebiegało pięciu lub sześciu chłopów niosąc coś ciężkiego. Kiepsko zbita skrzynia, którą nieśli, rozpadła się pod swoim ciężarem i zawartość wysypała się na ziemię. Widząc, że nadjeżdżamy zaczęli gorączkowo zbierać to co powypadało, usilnie starając się ukryć przed nami zawartość skrzyni. W pierwszej chwili nie miałem zamiaru zwracać na nich uwagi, ponieważ moją głowę zaprzątały inne sprawy, jednak reszta drużyny, z którą podróżowałem, postanowiła zabawić się chwilę rozmową z tymi wieśniakami.
Gdy podjechaliśmy do nich, Radagast i Gotrek zapytali chłopów cóż takiego niosą i gdzie zmierzają. Po kilku niejasnych odpowiedziach zwróciłem baczniejszą uwagę na szczegóły rozmowy i okazało się, że ci wieśniacy w jakiś sposób weszli w posiadanie srebrnej zastawy stołowej i wyposażenia godnego szlachcica. Nie mogłem tak zostawić tej sprawy i po kilku dodatkowych pytaniach, podpartych groźbą klątwy, dowiedzieliśmy się co się stało. Do ich wioski przybył podróżnik, który znał położenie ukrytych pod lasem podziemi i wynajął do kopania w ziemi wieśniaków. Grupka, która stała przed nami, została opłacona przez tego badacza i po godzinach ciężkiej pracy dokopali się do celu. Pod ziemią odkryli jakieś stare korytarze, a gdy tam zeszli, to badaczowi, który ich wynajął, zdarzył się wypadek. Garlen, bo tak się nazywał ten nieszczęśnik, wdepnął nieopatrznie w jakąś pułapkę i zginął z bełtem w brzuchu.
Chłopi, długo się nie zastanawiając, zabrali wszystko co napotkali po drodze. Mieli jednak to nieszczęście, że spotkali nas na szlaku, gdy starali się przenieść te przedmioty do wioski. Jednak srebrne przedmioty nie wzbudziły mojego zainteresowania, a raczej fakt, że podróżnik, który zginął z bełtem w brzuchu, po kilku minutach ożył i uciekł gdzieś w ciemne korytarze. Postanowiłem, że udamy się do tych podziemi i sprawdzimy czy rzeczywiście tak to wszystko wyglądało.
Chłopi, niezbyt szczęśliwi, zaprowadzili nas w miejsce, gdzie dokopali się do podziemi i po krótkiej rozmowie, gdy wytłumaczyłem im co się z nimi stanie, gdyby uciekli pod naszą nieobecność, opuściliśmy się na dół. Ziriel uważnie rozglądała się czy aby w okolicy nie ma aktywnych pułapek, ale znalazła tylko tą, która zabiła Garlena. Z pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy, prowadziły cztery korytarze. Postanowiliśmy sprawdzić ten, do którego prowadziły ślady wieśniaków. Idąc nim doszliśmy do pokoju jadalnego. Cały sprzęt, który tu kiedyś był, został albo zniszczony przez czas albo zabrany przez wieśniaków, więc nie było za czym się rozglądać.
Popychani ciekawością zaczęliśmy zwiedzać resztę korytarzy. Gdy mijaliśmy jedno z rozwidleń, Adam, który podróżował z nami od jakiegoś czasu, powiedział że wyczuwa z jednej strony coś bardzo złego. Już wcześniej się przekonałem, że coś z nim jest nie tak i czasami ma dziwne przeczucia. Postanowiliśmy tymczasem nie ryzykować zbędnie i nie zwiedzaliśmy korytarza który napawał go takim strachem. Ziriel cały czas starała się szukać pułapek, jednak chyba nie jest w tym mistrzynią, co się na nas boleśnie zemściło. W jednym z korytarzy dotarliśmy do solidnych drzwi, dodatkowo okutych żelazem, a gdy tylko Ziriel dotknęła klamki rozgorzało piekło. Uruchomiła się pułapka magiczna i w korytarzu nastąpiła potężna eksplozja. Cała drużyna została rozrzucona po ścianach. Dzięki opiece Lorsha, ja uniknąłem poważniejszych obrażeń, ale moi kompani zostali solidnie poparzeni. Najgorzej było z Radagastem i to jego musiałem jako pierwszego leczyć, ponieważ była duża szansa, że nie przeżyje przez swe wątłe ciało.
Gdy już doszliśmy do siebie, postanowiliśmy się wycofać na górę, jednak szczęście nam nie sprzyjało, ponieważ tunel, którym się tutaj dostaliśmy, został zasypany. Sytuacja się skomplikowała, więc nie pozostało nam nic innego, jak poszukanie innej drogi wyjścia. W pierwszej kolejności wróciliśmy do drzwi, aby sprawdzić co było tak zabezpieczone. Gdy wyważyłem drzwi do tego pomieszczenia okazało się, że jest to laboratorium alchemiczne. Po przejrzeniu zawartości znaleźliśmy ciekawy księgozbiór opisujący podstawy alchemii. Zabraliśmy go ze sobą, ponieważ zgodnie orzekliśmy, że ma znaczną wartość.
Dalsze poznawanie podziemi nie napawało nas zbyt optymistycznie, oprócz zasypanych korytarzy, natknęliśmy się na salę tortur. Ostatecznie pozostało nam jedno niezbadane miejsce. Było to miejsce, które tak wystraszyło Adama. Gdy weszliśmy do tego pomieszczenia rozpoznaliśmy, że jest to pomieszczenie straży, jednak w jednej ze ścian znajdowały się potężne metalowe drzwi. Byliśmy ciekawi co się znajduje za nimi, jednak aby zachować ostrożność, Radagast użył zaklęcia wykrycia nieumarłych i zajrzał przez znajdujący się w drzwiach judasz. Nie wiem co tam zobaczył, ale z jego słów wynikało, że za drzwiami znajduje się jakiś portal innego wymiaru, z którego napływają dusze zmarłych. Nie bardzo wierzyłem w sens tego co powiedział, więc postanowiłem sam zajrzeć za drzwi. Jednak chroniony mocą mojego Boga nie zauważyłem za drzwiami nic szczególnego. Adam, który cały czas był z nami, był całkiem przerażony i to oraz opis Radagasta skłoniło mnie do tego, aby postarać się poszukać innej drogi na zewnątrz.
Jeden z korytarzy, który mijaliśmy nie był całkowicie zasypany i postanowiłem mu się bliżej przyjrzeć. Niestety zwały gruzu zostawiły tylko niewielką szczelinę i nie było szans abym się przecisnął, więc Ziriel jako najmniejsza z nas, czołgając się, starała się przedostać na drugą stronę zawaliska. Jak się okazało była to bardzo dobra decyzja, ponieważ dalej znajdował się korytarz, z którego prowadziła drabina na górę. Wyjście z podziemi prowadziło do piwnicy karczemnej wioski znajdującej się nieopodal. Gdy dostaliśmy się na powierzchnię udaliśmy się do miejsca, gdzie zostawiliśmy grupkę wieśniaków. Na miejscu został tylko jeden. Reszta zabrała znaleziony ekwipunek i udała się do wioski. Pomny wydarzeń, których byłem świadkiem, nie miałem ochoty na szukanie ich i wymierzanie im stosownej kary. Udaliśmy się jedynie nad strumień, aby wyprać nasze ubrania i sprawdzić stan naszych obrażeń.