Kronika

Kroniki VI: Morderstwo w Virk

Postój w Paddar kończy się wyprawą pod Virk, gdzie ciała Talosa i jego ludzi prowadzą do splątanej historii zemsty. Radagast patrzy na szalonego kapłana Lorsha, zjawy zamordowanych i śmierć Vorna, zanim tropy zbiorą się przy spalonym młynie.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Dalsza podróż do Paddar przebiegła nam spokojnie. W mieście mieliśmy czas na sprzedaż zdobytych przedmiotów i zbędnych koni, podział gotówki i jakieś potrzebne zakupy. Dobrą dla mnie nowiną było to, że po akcji z bandytami dostał mi się koń na własność i dalsza podróż raz, że nie sprawiała mi już takiego kłopotu, a dwa, że była po prostu szybsza. Zająłem się poszukiwaniami sklepów z ingrediencjami magicznymi i przede wszystkim podróżnymi księgami na czary. Znaleźliśmy takie sklepy, ale jak się szybko okazało w mieście panowało prawo, że każdy chcący handlować „magią”, musiał być zarejestrowany w tutejszej Akademii Magii i posiadać zgodę na takie działania… co wiązało się z posiadaniem tak zwanego Wysokiego Glejtu. Pierwszy raz się z tym spotkałem i szybko znienawidziłem Paddar, a przede wszystkim tego, kto poprzez owy dekret chciał mieć wszystkich magów pod kontrolą. Nie pozostało mi nic innego jak zakupić księgę i tu zaczęły się kolejne kłopoty – brak takiej gotówki…

Poszukałem nawet pewnych typów, którzy oferowali mi kradzione magiczne dobra, ale za jeszcze większą gotówkę. No i nie mieli ksiąg… W końcu wróciłem do pierwszego maga-kupca, niejakiego Galicjusza, aby ten sprzedał mi książkę po tańszej, korzystniejszej dla mnie cenie. Znalazł 49-cio stronicową i takąż kupiłem. Teraz mogłem swobodnie kontynuować moje badania i studia nad czarami, jak również przepisać te zaklęcia, które wcześniej zaoferował mi Gotrek.

13 kwietnia, bo takie dni zastały nas w mieście Gotrek obchodził swoje 24 urodziny. Potwierdził tym samy moje przypuszczenia, że młodzikiem jest narwanym i pyskatym, i bez porad i bata ojca zginąłby w tłumie, przynajmniej cały czas odnoszę takie wrażenie. W każdym razie na wieczór zafundował nam imprezę, w której prócz nas, znalazły się dziwki i reszta pijanej karczmy, a tylko ja z całej ludności tam zgromadzonej nie ochlałem się i trzymałem fason do końca. Przynajmniej mam teraz o czym opowiadać – żenada, jak ludzie potrafią się zachowywać pod wpływem alkoholu… Tylko Goth nie dotrzymał nam towarzystwa, bo jak sam powiedział idzie modlić się do świątyni o zdrowie i łaski dla syna i tak przez całą noc…

Rankiem kontynuowaliśmy zakupy i zwiedzanie miasta, a kapłan oznajmił, że wyruszamy nieco później, bo jak to ujął, na wieczór znowu idzie do świątyni, tym razem rozmawiać z tamtejszym kapłanem o Lorshu i jego naukach… Wrócił nad ranem schlany jak wieprz… No cóż, widać debaty teologiczne okazały się być ponad jego siły…

Wyruszyliśmy kolejnego dnia. Ziriel prowadziła nas, jako że znała okoliczne drogi i miejscowości. Do Miasta Mgieł była jeszcze długa i trudna droga, mieliśmy podążać przez Dirdighen, Nizinę Pięknych Jezior, aż do Doliny Mgieł. Kilka dni drogi od bram miasta Goth przystanął. Powiedział, że coś jest nie tak i ma dziwne przeczucia. Wysłaliśmy elfkę, aby ta dalej zbadała okolicę. Jak się okazało ją też owe przeczucie tknęło… Powiedziała, że czuła jakby ktoś dotykał jej ramienia, ale nikogo nie widziała. Z tych relacji i z własnego doświadczenia przygotowaliśmy się na najgorsze. Rzuciłem na siebie „Zbroję”, a Goth pomodlił się do swego boga. W miejscu, w którym Ziriel odczuła czyjąś obecność, utkałem „Wykrycie Umarłych”, aby upewnić się, że nie mamy tu do czynienia z żadnym z nich. Po chwili kapłan kierowany własnym, niezrozumiałym dla nas przeczuciem, zboczył do lasu. Udaliśmy się za nim wąską, leśną ścieżką. Nie minęła godzina, kiedy Goth zawołał nas do siebie i pokazał zakopane w ściółce ciało. Bracia kawałek dalej też znaleźli dwa inne… Po odkopaniu, albo raczej częściowym odgarnięciu, niechlujnie zakopanych ciał, okazało się, iż jednym z nich jest Talos, wysokiej rangi kapłan Lorsha, o którym Goth co nieco słyszał. Po krótkich oględzinach stwierdziłem, że został on uduszony, a dwóch pozostałych zamordowano ciosem tępym narzędziem w głowę i siekierą lub toporem w plecy… Goth poprzysiągł pomścić tak brutalny mord na kapłanie i jego sługach, więc nie było wyjścia i wszyscy udaliśmy się śladami w głąb lasu.

Po kilku godzinach wędrówki doszliśmy do wioski. Na nasz widok mieszkańcy pochowali się we własnych domach i żaden nie chciał z nami rozmawiać. W gospodzie przyparliśmy oberżystę, a ten ze strachu i na widok kapłana Lorsha zejszczał się w gacie, ale prócz bełkotu nic nie powiedział. Postanowiliśmy zawołać sołtysa i od niego wyciągnąć informacje, bo zachowanie mieszkańców wioski tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że mają z tymi ciałami coś wspólnego. Sołtysem okazał się młody, po akcencie, Ergholdczyk, na którego natknęliśmy się, gdy z kilkoma kobietami wychodził z lasu. Kobiety niosły kwiaty, a opadające zeń liście znaczyły częściowo ścieżkę w lesie, z której przyszli. Niestety elokwentny i zbyt inteligentny jak na wsioka-sołtysa mężczyzna nic nam nie powiedział. Postanowiliśmy sami poszukać jakichś śladów.

Ja, Ziriel i Gotrek ruszyliśmy śladami kwiatów w las. Goth, Din i bracia wypytywali w wiosce. Było już ciemno, a ja, rzucając „Światło” na naszą piękną przewodniczkę, pomagałem w tropieniu i tak jak się spodziewaliśmy, doszliśmy do tutejszego cmentarza. Na jego środku rósł olbrzymi dąb, na którego gałęzi wisiało pięć przywiązanych, ściętych lin, jak gdyby do wieszania… Pod nimi znajdował się grób, z którego zniszczonej, drewnianej płyty Gotrek odczytał, że należał do jakiegoś wyznawcy Richitera Wielkiego, przeciwnika i wroga Lorsha. Obok było siedem innych, ale świeżych grobów, według mnie i Ziriel usypanych jakieś osiem dni wstecz. Zaczęliśmy snuć teorie i łączyć fakty, kiedy do naszych uszu dobiegł cichy, niski i przerażający śmiech. Nikogo w pobliżu nie było, więc postanowiliśmy czym prędzej wrócić do wioski, bo i coraz później zaczęło się robić.

W drodze powrotnej, niedaleko wsi, z naprzeciwka dołączyli do nas Goth, Din i bracia, którzy również mieli świeże wieści. Okazało się bowiem, że całkiem niedawno, podczas naszej nieobecności, do wioski wtargnął ledwo żywy, poraniony i zakrwawiony mężczyzna. Siedział teraz w karczmie przerażony. Ów mężczyzna był handlarzem tkanin i zwał się Werner. Powiedział, że w drodze on i jego ochrona zostali zaatakowani przez potwory o czerwonych ślepiach. Nie był w stanie opisać ich wyglądu, ale jego stan ciała i odniesione rany, nasunęły mi kilka odpowiedzi. Takie osłabienie i podobne rany zadawały Upiory albo Rycerze Śmierci, dodatkowo brak opisu istoty i czerwone ślepia, utwierdzały mnie tylko w przekonaniu, że mamy do czynienia z upiorami. Ale dalej nie znaliśmy faktów związanych z morderstwami i grobami na cmentarzu. Goth stracił cierpliwość i postanowił przycisnąć sołtysa…

Późnym już wieczorem poszliśmy wypytać o wydarzenia sprzed tygodnia. Przyparty do muru sołtys opowiedział nam wszystko. Błagał tylko, żeby jego obarczyć całą winą, a nie mieszkańców wioski… Opowiedział, że był niegdyś baronem Alkornem von Straut z Erghold. Skazano go na banicję za przestępstwo, w które został wplątany. Ścigany i wyklęty z rodzinnych ziem wylądował tutaj, jako sołtys Daniel, aby odkupić swoje winy. Ponoć żył tu wcześniej kaznodzieja, wyznawca Richitera i kiedy Talos wraz z dwójką złoczyńców (jak opisał) dotarli do wioski, wpadł w szał na widok grobu na cmentarzu. Sprofanował go, a mieszkańców oskarżył o wiarę w Richitera. Powiesił w szale i fanatyzmie siedmiu mieszkańców i chciał mordować dalej, ale sołtys go udusił, a jego dwóch kompanów zamordowali mieszkańcy. Żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń wywieźli na noszach ciała bliżej głównego traktu i tam w lesie zakopali. Po tej opowieści Goth zdecydował, że o jego losie decyzję podejmie następnego dnia. Oczywiście Gotrek i Din chcieli od razu wieszać i palić całą wieś, ale tak absurdalne pomysły na szczęście nie mają aprobaty wśród reszty poważniejszych członków drużyny.

Kiedy opuściliśmy dom sołtysa, usłyszeliśmy krzyki na obrzeżach wioski. Czym prędzej pobiegliśmy w tamtym kierunku. Naszym oczom ukazała się scena, w której upiór (już teraz miałem całkowitą pewność), istota zła i przeklęta, forma ducha o krwisto-czerwonych ślepiach, siedziała na ciele jednego z wieśniaków i żywiła się jej witalną energią. Ofiara umierała w męczarniach, a my zostaliśmy zaatakowani przez kolejne upiory, które wyszły z mroku. Było ich w sumie cztery. Istoty te były silne, odporne i szybkie. W zamęcie i chaosie, nieprzygotowani i zaskoczeni atakiem z ciemności, nie mieliśmy nawet okazji wcześniej ochronić się czarami i tak podjęliśmy walkę. Była długa i ciężka. Kiedy walka okazała się zbyt trudna i śmiertelnie niebezpieczna dla nas, a my byliśmy ledwo żywi i ciężko poranieni, dwa upiory spierzchły w las i zniknęły nam z oczu. My czym prędzej wpadliśmy do gospody, żeby się schronić i wyleczyć. W ferworze walki otrzymałem ranę, przez którą straciłem większość siły i energii, przez co byłem o krok od śmierci… Zginął też Vorn, jeden z braci, a po walce Goth szybko musiał skroplić i pobłogosławić jego ciało, żeby samo nie stało się upiorem i nas nie zaatakowało. Tak się stało z biedakiem, na którym pasożycił się upiór, gdy tam dobiegliśmy.

W gospodzie złapaliśmy drugi oddech i Goth mógł spokojniej pomodlić się do Lorsha o łaskę uzdrawiania dla nas. Din i Ziriel byli bardzo ciężko ranni, praktycznie na skraju śmierci, a ja z godziny na godzinę czułem się lepiej i siły wracały do poranionego ciała. Postanowiliśmy po kilku godzinach odpoczynku i nauki czarów, podążyć za zbiegłymi upiorami, żeby te nie zabiły kolejnych ludzi, czyniąc z nich to, czym same były. Din, Ziriel i handlarz Werner zostali w gospodzie. Ja, Goth, Gotrek i Vern ruszyliśmy w pogoń za zbiegłymi upiorami.

Godzinami za pomocą „Wykrycia Umarłych” tropiłem te istoty, a my głębiej wchodziliśmy w las. Tuż przed świtem dotarliśmy do rzeczki i małego stawu, gdzie na drugim brzegu znajdował się stary, opuszczony i zniszczony młyn. Po chwili zza naszych pleców, z lasu wyłonił się Daniel, albo raczej baron Alkorn, z mieczem dwuręcznym w rękach i chęcią pomocy. Przystaliśmy na to i przeszliśmy przez rzekę. Gdy zbliżyliśmy się do młyna zaatakowały nas dwa upiory, które ścigaliśmy. Walka była równie ciężka, co poprzednia. My zajęliśmy się jednym upiorem, za drugim do wnętrza młyna wbiegł sołtys. Pokonaliśmy go z trudem i zwyciężyliśmy. Sołtys, poświęcając siebie, zniszczył drugiego upiora, który był kiedyś Talosem. Leżał martwy w środku opuszczonego młyna, z wypaloną klatką piersiową. Goth zaczął skraplać to przeklęte miejsce wodą święconą i błogosławić, a tam gdzie kapnęły kropelki świętej wody, zaczął płonąć ogień. Po chwili cały młyn objął się ogniem, aż wreszcie ściany i strop runęły, tonąć w smugach dymu.

Zmęczeni i ranni wróciliśmy do wsi Virk, gdzie w gospodzie czekali na nas nasi ranni towarzysze. Nazajutrz handlarz Werner udał się do wsi Koniczynki, gdzie miał rodzinę i mógł się schronić. Postanowiliśmy przeczekać we wsi, ku zadowoleniu jej mieszkańców, których wybawiliśmy od upiorów, aż nasze zdrowie nie pozwoliłoby nam podróżować dalej…