Minęły 3 tygodnie od opuszczenia nekropolii na Wyschniętych Jeziorach, a pogoda nie ustępowała. Padał obfity śnieg, ale wiatr jakby zelżał. W końcu z dnia na dzień powinno robić się cieplej, lato tuż, tuż… Idąc szlakiem drużyna wspominała niedawne wydarzenia z cmentarzyska, raz za razem chwaląc się między sobą zasługami. Wszyscy zaś wiedzieli, że tylko dzięki wspólnej pracy i zaufaniu przeżyli spotkanie z Heucuva i ich wskrzeszonymi żywotrupami.
Parę dni minęło, jak weszli w las prowadzący do stolicy Tragonii, miasta Paddar. Opady zniknęły, a na niebie zaczęło nieśmiało pojawiać się słoneczko, którego promienie delikatnie ocieplały zmarznięte twarze podróżników. Drużyna widząc nadciągające zmiany w pogodzie, jak gdyby wspomagana, ochoczo dodała tempa, kierując się w gęstwinę drzew. Na początku szyku jechał olbrzymi mąż, na pięknym, potężnie zbudowanym koniu bojowym. Mężczyzna był nad wyraz okazały, mierząc ponad dwa metry wysokości, a i swoje też ważył. Odziany w ciężką, lśniącą zbroję, na której zwisała szata kapłańska z emblematami i symbolami boga Lorsha, władcy wilków i zimy. Jechał dumnie wyprostowany, co jakiś czas zerkając z góry na pozostałych, a kątem oka na swój olbrzymi, mocno zaostrzony topór. Tuż obok niego, podążał najmłodszy z kompanii, rysami twarzy bardzo podobny. Obaj byli rodziną, ojciec i syn, kapłan i wojownik parający się magią. Gotrek, bo tak ów młodzian się nazywał, nigdy nie ukrywał, że jest dumny ze swojego ojca i jego mądrych, acz zawiłych nauk kapłańskich. Goth od zawsze opiekował się synem i bacznie zwracał uwagę na jego poczynania, gdzieniegdzie wtrącając tylko głos i słowo boże. Obaj jechali w zadumie i wewnętrznych przemyśleniach, co jakiś czas wtrącając słówko w ogólną rozmowę pozostałych członków drużyny. Gotrek jak tylko nadarzała się okazja otwierał swoje ciężko okute, podróżne księgi i powtarzał raz, za razem formuły zaklęć, aby przypomnieć sobie ich skuteczne działanie. Był dobrze zbudowanym mężczyzną, w ciężkiej zbroi, a siłę odziedziczył po ojcu. Zdolność do magii zaś, zesłał mu bóg, jak tłumaczył i skrzętnie to wykorzystywał.
Za nimi w głośniej rozmowie jechały dwie osoby. Jedną z nich była piękna elfka, o smukłej i zgrabnej budowie, odziana w lekki pancerz i wyposażona w śmiertelnie zabójcze sztylety. Była mistrzem w swoim fachu, a finezja, z jaką władała swoją bronią, niejednego przyprawiła o utratę życia. Była wyśmienitym wojownikiem, a zarazem piękną i inteligentną kobietą. Obok niej jechał Din. Był człowiekiem prostym i szczerym, ale dobrze zbudowanym i groźnym wojem. Odziany w brygantynę, przy pasie nosił ciężki oręż, tesijski miecz Ken-to, którym potrafił dobrze władać. Zdaniem ostatniego z piątki, Din nie grzeszył bystrością i rozumem, ale o tym nikt nie wiedział, Radagast bowiem nikomu nie zdradzał swoich najszczerszych opinii o każdym z nich…
Był to człowiek dość otwarty, ale i tajemniczy. Przeszłość pozostawił za sobą i nie miał zamiaru się nią dzielić z innymi. Swoje plany snuł od lat, a każdy jego czyn i studia tylko go doń zbliżały. Radagast spokojnym tempem podążał za czwórką swoich kompanów, tylko co jakiś czas wtrącając się do rozmów, ponieważ większość pieszej wędrówki, jaką prowadził, męczyła go niemiłosiernie. Był wysokim, bardzo chudym mężczyzną, którego stan zdrowia dawał wiele do życzenia. Kaszel i brak oddechu, często dawały mu się we znaki podczas ich podróży, dlatego kiedy pogoda zelżała jemu też było troszkę łatwiej. Odziany w czarne, jak noc szaty, z wysokim, głębokim kapturem, który całkowicie przysłaniał jego twarz, wspierał się na okutej w metalowe kości, drewnianej bojowej lasce. Na jej czubie osadzony na rzemieniach czerwony szlachetny kamień, lekko wibrował przy każdym jego kroku. Przy pasie nosił szereg różnej pojemności mieszków i sakiewek, a i chlebaki, w których trzymał swoje cenne księgi. Co jakiś czas tylko odwracał się do tyłu, żeby kątem oka spojrzeć na dwóch pozostałych mężczyzn z nimi wędrujących.
Byli to bracia Vern i Vorn, wojownicy na służbie Gotha i kościoła Lorsha. Dzielnie walczący woje, którzy nie stronili też od wiecznej zabawy i hulanek. I tak podążając traktem przez las mijały im chwile, przy których snuli kolejne plany na przyszłość i podróż, jaką muszą jeszcze odbyć…
Po przerwie i biwaku, jaki urządzili sobie na porę obiednią, ruszyli w dalszą drogę. Dzień stawał się piękniejszy i cieplejszy, mimo iż powoli dobiegał ku końcowi. Słoneczko rozgrzało ziemię i zamiast błocka i chlapy, na niektórych partiach szlaku spod kopyt i nóg wzbijały się tumany kurzu. Posileni i w dobrych nastrojach szli ku Paddar, kiedy kilkanaście metrów przed nimi napotkali obóz. Było w nim kilkunastu zbrojnych, wojowników lub najemników na pierwszy rzut oka. Odziani na przemian w zbroje kolcze i inne pancerze, z tarczami i różnorakim orężem uważnie przyglądali się nadjeżdżającej grupie osób. Wygasłe już ogniska, trzaskały ostatkami tlącego się drwa, a wyjedzone resztki zwierzyny zwisały na prowizorycznych rożnach, rozsiewając przyjemny dla nosa zapach pieczeni…
– Witajcie! – Goth, znaną sobie otwartością, odezwał się pierwszy. Stojący naprzeciw obozowicze kiwnęli tylko głowami. – Czy przeszkodą będzie dla panów, skorzystanie z waszego zacnego towarzystwa i posilenie się w podróży? – kontynuował kapłan.
– Ależ skąd panie, zapraszamy! – jeden z wojowników odezwał się pierwszy i wydawało by się, że przewodzi grupie. Reszta uważnie obserwowała, jak rosły i potężny kapłan schodzi ze swego konia, a był to nie lada widok. Pozostali z drużyny poszli w jego ślady i już po kilku chwilach dokładali do wygasającego ogniska.
– Z daleka jedziecie, jeśli mogę zapytać? – odezwał się herszt.
– Ano możesz, ale nie musimy wcale ci odpowiadać… – Gotrek niecierpliwie odburknął, ale zaraz został skarcony wzrokiem surowego ojca, za arogancję.
– Wybacz panie ton młodzieńca, ale nie zwykł ufać wszystkim napotkanym na szlaku. – odparł kapłan.
– Z Wysokiej Wieży, panie. – Radagast przerwał milczenie – ale sam też zastanawiam się, czy cokolwiek warta dla was jest owa wiadomość. – Czarodziej spojrzał spod ciemnego kaptura w zaciekawione twarze obozowiczów.
– Ot tak pytam – odparł herszt – ale jak mniemam, to dalej podróżujecie do Paddar – kiwnęli z potwierdzeniem głowami – czyli tam gdzie i nasza kompanija – powiedział po chwili. – Może mógłbym zaproponować wspólną podróż, bo i my też tam się udajemy, a w takiej kupie, to nawet smok nam rady nie da… – zaśmiał się ze swojego pustego żartu. Widząc martwe miny drużyny, odchrząknął i już z poważną miną kontynuował. – Co wy na to? To chyba nie głupia propozycja? – czekał na odpowiedź.
– Owszem może i nie głupia, ale nie obraź się panie, nie skorzystamy – odparł Goth i dość poważnie dał do zrozumienia, że dalsze namawianie nie ma sensu – Jesteście wszyscy konno, a my tylko… – wskazał skinieniem na Radagasta lekko kasłającego, i braci uważnie przyglądającym się wszystkim – …będziemy opóźniać waszą podróż. – zakończył.
– No tak… Nie będziemy w takim razie nalegać… Już nie… – dziwnie groźnym tonem zakończył rozmowę herszt. Wskazał na kompanię i wszyscy zaczęli się pakować do podróży.
– Jak to, pakujecie się panowie? – Ziriel z niedowierzaniem spojrzała na wszystkich – przecież lada chwila zmrok zapadnie i trakt jeszcze bardziej niebezpiecznym się stanie…
– Nie boimy się ciemności, a czas nagli… yyyy…. – wystękując odpowiedź herszt spłoszył się lekko.
– Może dlatego, że jeszcze nigdy jej nie widzieliście? – Radagast odparł spod ciemnego kaptura, a herszt jakby nie zrozumiał, co czarodziej ma na myśli i patrzał się tępo na drużynę. – Ciemności… – potwierdził Radi – Może nigdy nie widzieliście prawdziwej ciemności… – zakończył.
Śmiech, jakim wybuchli pakujący się wojownicy zagrzmiał wśród drzew. Drużyna w milczeniu i posilając się obserwowała bandę wojowników, którzy dziwnie i w pośpiechu zdecydowali się nagle na dalszą podróż, mimo iż słońce powolutku chowało się za horyzont. Herszt wojowników ciężko łapiąc oddech i powoli opanowując śmiech, spojrzał groźnie na Radagasta i zmrużył oczy.
– A co taki chuderlak, jak ty panie może o tym wiedzieć?! – powoli wypowiedział słowa, zaciskając z nerwów zęby. Gotrek poruszył się nerwowo, odruchowo sięgając po broń. Najemnicy zesztywnieli, a herszt zbladł i zrobił krok naprzód. W powietrzu zawisła groza, a sekundy zmieniły się w nerwowe oczekiwanie. Szybkim ruchem ręki Goth powstrzymał syna od dalszych gwałtownych ruchów.
– Nawet nie masz pojęcia, z czym miałem do czynienia – Radagast powoli dobierał słowa i wstawał od obozowiska – nie widziałeś cząstki tego, z czym ja stykałem się na co dzień… – powoli sięgnął rękami kaptura i zrzucił go na plecy. Wojownicy cofnęli się o krok, a każdy z nich chwycił za oręż. Oblicze czarodzieja było trupio blade i mimo czarnego długiego zarostu, dało się zobaczyć młodą, ale pomarszczoną i wychudłą twarz. Największą odrazę i lekki strach wzbudziły wśród obserwujących go wojowników oczy… Były iście mleczno-białe, bez źrenic, wyrazu i jakiegokolwiek uczucia. Patrząc w ich głębię wzbudzały strach, a ich pustka odbijała oblicza ludzi. Herszt wzdrygnął się nerwowo, ale już po chwili odzyskał panowanie i dosiadł konia. Obrócił się jeszcze do drużyny i zmierzył ich wzrokiem…
– Uważajcie na siebie, ten las bywa śmiertelnie niebezpieczny…! – uśmiechnął się szyderczo i pognał konia w kierunku miasta. Pozostali ruszyli pędem za nim, wzbijając za sobą tumany wolno opadającego śniegu. Radagast z lekkim uśmiechem zarzucił kaptur i usiadł przy kompanach. Wszyscy wyglądali na zadowolonych tą teatralną sceną, jaką odegrali, co tylko zmorzyło ich apetyt.
– Tak… To co? Jemy, rozbijamy obóz i kolejno będziemy wartować? – zapytał dotąd milczący Din. Oblizywał się jeszcze po ostatnim kęsie i cierpliwie czekał na decyzje całej drużyny.
– Powinniśmy wartować dwójkami, bo nie wiadomo, czy ta banda nie będzie się chciała na nas odegrać za groteski Radagasta. – Gotrek z niesmakiem spojrzał na czarodzieja, ale wszyscy pochwalili jego pomysł.
– Nie przesadzaj Gotreku, było całkiem fajnie. – powiedział Din i zaczął rozbijać namiot. Kilka chwil później cała drużyna była już gotowa do snu. Wyznaczyli warty i kolejno się zmieniali. Noc przebiegła im spokojnie i następnego dnia, po śniadaniu, spakowali obóz i ruszyli traktem w kierunku Paddar.
Po kilku godzinach wędrówki z lasu na trakt wypadli wojownicy. Byli to ci sami, którzy zeszłej nocy opuścili drużynę. Byli uzbrojeni po zęby i gotowi do walki. Zaskoczeni kompani utworzyli standardowy szyk, tak, aby chronić czarodzieja od ciosów i by ten mógł swobodnie rzucać zaklęcia. Goth zamachnął się toporem w pierwszego przeciwnika, kątem oka dostrzegając zza jego pleców kolejnych z przyszykowanymi do strzału kuszami.
– Strzelcy na tyłach! – wykrzyknął do walczącej już drużyny – Radagaście, Gotreku zajmijcie się nimi! – po tym ostrzeżeniu zaczął wznosić pieśń bojową do Lorsha, a siła jego słów wszystkim w drużynie dodawała sił i chęci do walki. Radagast nie czekając na dalsze instrukcje wypowiedział słowa zaklęcia, a z jego palców wystrzeliły lśniące, półprzezroczyste pociski raniąc pierwszego strzelca. Ten zaskoczony i otumaniony atakiem maga upuścił kuszę. Nie miał już wyjścia, jak chwycić za broń i rzucić się w wir walki.
Gotrek korzystając z przewagi wysokości, jako iż był na koniu, poszedł w ślady maga i utkał zaklęcie obracając jego składnik w dłoni. Kiedy skumulował energię potrzebną do wypuszczenia czaru, składnik zniknął, a z dłoni wystrzeliła błyskawica w drugiego strzelca. Ten pod wpływem siły zaklęcia wpadł na drzewo znajdujące się za nim, a jego klatka piersiowa była całkowicie spopielona. Bezładnie osunął się na ziemię. Walka rozgorzała na dobre…
Ziriel, jako że trudniej jej walczyć konno i nie byłaby w stanie wykorzystać w pełni swojego potencjału, zeskoczyła na ziemię, dobywając swoich sztyletów. Zręcznym ruchem poderżnęła gardziel pierwszemu bandycie, jednocześnie robiąc unik przed ciosem drugiego. Krew trysnęła jej na twarz, ale elfka uśmiechnęła się tylko i zaczęła wirować w swoim tańcu śmierci. Przed ilością jej ataków przeciwnicy nie byli w stanie się bronić, a ta korzystając tylko z ich wolnego tempa, ścieliła trakt kolejnymi trupami…
Din i bracia zwarli szyk, odpierając ataki na tyłach. Ich oręż zbierała żniwo śmierci, a krew plamiła podkowy koni przeciwników, jak i ich kompanów. Widząc masakrę, jaką drużyna urządziła bandytom, herszt resztkami sił krzyczał o odwrót, ale było już za późno…
Ostatni wydech zmieszany był z krwią, kiedy olbrzymi topór wbił się głęboko w jego plecy. Oczy zaszły mgłą, a ciało z trzaskiem upadło na ziemię, gdy Goth silnym ruchem wyrwał ostrze swej broni z pleców bandyty. Niedobitki byli tak poranieni, że w furii nie byli w stanie zaprzestać walki, tak więc ich żywoty, zakończyły się szybciej, niż mogliby kiedykolwiek przypuszczać. Trakt wyglądał jak pobojowisko. Krew, która nie wsiąkła w glebę tworzyła małe kałuże, w których konie i drużyna moczyli swoje buty. Pokrwawieni i troszkę zmęczeni postanowili posprzątać szlak. Ciała martwych, a nawet zmasakrowanych bandytów usunęli w głąb lasu, a ich dobytek i konie postanowili zabrać i sprzedać w mieście…
– Zawsze to jakieś pieniądze … – Din z uśmiechem skwitował ich poczynania. Parę godzin zajęło im doprowadzanie zbroi i broni zdatnych do podróży po publicznych szlakach, a kiedy wyczyścili już wszystko, postanowili odjechać parę godzin od miejsca napaści i rozbić obóz. Tego dnia daleko się nie posunęli…
Minęły jeszcze dwa dni podróży, kiedy Ziriel oznajmiła, że Paddar powinni osiągnąć następnego dnia. Tego wieczora za prośbą dosiadł się do nich starzec, który podróżował w kierunku miasta, ale do końca nie oznajmił gdzie dokładnie. Do ogniska opowiedział im historię o bohaterach i skarbach… Dziecinada – pomyślał Radagast – i z brakiem fascynacji zapadł w głęboki, ale pusty sen…