Kronika

Kroniki IV: Umarli Kapłani

Mapa barona prowadzi drużynę przez śnieg Wyschniętych Jezior ku starej nekropolii i kapłanom odprawiającym rytuały dla umarłych. Radagast obserwuje, jak wyprawa po łup i pancerze z Ankhegów zmienia się w walkę z bluźnierczym kultem oraz dziwnymi kamiennymi kulami.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Śnieg sypał mocno, mroźny wiatr bezlitośnie kąsał policzki i usta. Cali zmarznięci i przemoczeni szliśmy szlakiem w stronę Paddar po terenach, które zwą Wyschniętymi Jeziorami. Minuty tak ciężkich dla mnie podróży przeciągały się w godziny, godziny w doby, a zmęczenie dawało się we znaki. Kości przemarzły mi na wskroś i z każdym krokiem, przedzierając się przez zaspy śniegu, wydawało mi się, że moje całe, wątłe ciało skrzypi. Szczęki dygotały, a na zaroście osadzał się lód. Tylko moja zawziętość i wewnętrzny spokój pozwalały mi brnąć w tym „bagnie” dalej. Widząc taki stan mojej osoby, Goth poprosił w modłach Lorsha, o opiekę w te mroźne dni i noce, a ten zesłał na nas odporność na mróz. Zaiste nieznane są moce bogów, ale wydaje mi się, żeby nie bluźnić, iż jest to zaledwie kropelka w morzu możliwości, w porównaniu z mocami potężnych czarodziei i magów. Taki Shadizzar… W każdym razie wykorzystałem ten luksus ciepła i odporności na śnieg i mróz, na naukę i studia nowych poznanych formuł zaklęć. Po kilku dniach już o wiele mniej uciążliwej podróży dotarliśmy do zamarzniętego jeziora, a stamtąd ruszyliśmy dalej kierując się mapą.

Trafiliśmy do celu naszej podróży. Ze wzgórka, na którym staliśmy zobaczyliśmy cmentarz. Nekropolia osadzona była poniżej nas, jak gdyby sama kiedyś była dnem jeziora. Ale nie to nas zaniepokoiło… Naszym oczom ukazała się dziwna, acz niebywała scena. Na środku cmentarzyska, przy znajdującej się tam krypcie, stały cztery postacie, zakapturzone w łachmanach, skierowane były do kilkudziesięciu innych stojących przed nimi. Krypta wydała nam się dawnym miejscem jakiegoś kultu religijnego, ale podniszczona przez czas i naturę, z tej odległości nie dała nam się rozpoznać. Postacie stojące przy jej wejściu wyglądały jak kapłani prowadzący właśnie w tej chwili rytuał, albo mszę, a te osoby zgromadzone wokół krypty jak wyznawcy. Obserwację przerwało nam donośne wycie czterech „kapłanów”, a ich cieniutki pisk przyprawiał o gęsią skórę. Przy takim akompaniamencie kilkadziesiąt innych postaci, prowadzonych przez dwójkę „kapłanów” poczęło obchodzić kryptę. Trwało to chwilę, a my uważnie skupialiśmy wzrok na obserwacji tego dziwnego zdarzenia. Po tym proceder powtarzał się kilkukrotnie, a my zdążyliśmy już wyciągnąć wnioski z tego co widzieliśmy.

Schemat Cmentarza Umarłych Kapłanów

Po kilku minutach obserwacji już wiedziałem, z czym mamy do czynienia i nie napawało mnie to optymizmem… Swoimi spostrzeżeniami i wiedzą podzieliłem się z kompanią i poczęliśmy obmyślać kolejny plan… Okazało się bowiem, że owi „kapłani”, to Heucuva, nieumarli świętobliwi, którzy za swoje grzechy, bluźnierstwa i inne niegodne duchownych poczynania za życia, zostali potępieni przez swego boga lub innego, który zesłał na nich to przekleństwo. Zrobił z nich nieumarłych kapłanów, którzy z zemsty i nienawiści do religii, kontynuują swoją ziemską misję duchownych, zarazem pałając żądzą mordu na wszystkich żyjących kapłanach. Na tych szczególnie są wyczuleni. Prócz tego istoty te są bardzo silne i niebezpieczne, a ich moc pozwala im wskrzeszać siebie i umarłych tworząc z nich żywotrupy i innych nieumarłych. Wiedziałem też, iż sproszkowane ich kości stanowią cenny składnik do tworzenia magicznych przedmiotów, dzięki którym można psuć życie i kontrolować martwiaki, ale dla od razu nie podzieliłem się z kompanami tą wiedzą… Pozostałych kilkadziesiąt istot również zdołałem rozpoznać, głównie po ich ruchach, a nawet wyglądzie. Były to żywotrupy, pomniejsze martwiaki. Ale nadal w tej liczbie stanowiły olbrzymie dla nas zagrożenie.

Plan był dość prosty, Gotrek spuszczony po linie ze wzgórka, na którym staliśmy, wywołuje „Błyskawicą” walkę, tym samym ściągając ożywieńców w naszym kierunku. Do czasu aż nie dobiegnie i Goth z pomocą braci nie wciągną go do góry, Ziriel, Din i ja uderzamy w nich z dystansu. Kiedy już się wdrapią dochodzi do otwartej walki… Przed akcją nasz kapłan błogosławi broń, bo tylko taka mogłaby porządnie zranić Heucuva, i modli się gorliwie do Lorsha o wsparcie dla nas. Ja wzmacniam się „Zbroją” i przygotowuję składniki do czarów, Din i Ziriel, po modlitwie, szykują kuszę i łuki. Reszta cierpliwie i uważnie czeka, aż Gotrek rozpęta piekło…

Tak jak zaplanowaliśmy, tak też się stało. Pierwszym czarem Gotrek z impetem odrzucił Heucuva w środek dawnej kaplicy, po czym ruszył w kierunku liny i czekającej nań kompanii. Chwile mijały w szybkim tempie, a adrenalina dodawała nam odwagi i sił do walki. Do czasu wciągnięcia Gotreka, Din, Ziriel i ja poważnie zraniliśmy bardzo szybko poruszającego się drugiego upadłego kapłana. Potem rozpętała się walka. Pierwszymi i najgroźniejszymi przeciwnikami była trójka Heucuva, wraz z nimi na wzgórze zdążyło wdrapać się kilka żywotrupów. Stałem w samym środku tego piekła, a drużyna starając się mnie chronić utworzyła wokół mnie półkrąg, dzielnie odpierając ataki umarlaków. Bez ociągania się, utkałem „Widmową Dłoń”, a na nią nałożyłem „Zmrażający Dotyk”, mając nadzieję, że dzięki temu co chwila będę odstraszał napastników, dając tym samym więcej swobody w walce moim kompanom. Niestety brak doświadczenia w prawdziwej walce, przerósł moje umiejętności i okazałem się mało przydatnym kompanem. Na szczęście moja drużyna wręcz przeciwnie…

Kiedy cały ten zamęt się skończył, całą kompanią zeszliśmy w dół. Ja postanowiłem zebrać wszystkie, w mojej ocenie przydatne do zrobienia składników kości upadłych kapłanów, a oni wkroczyli do dawnej świątyni, po rzekome skarby. Kości było sporo, a w myślach snułem już plany wykorzystania ich właściwości… Troszkę to trwało zanim wyszli i wspólnie zebraliśmy się nad stosem zebranych gnatów Heucuva. Okazało się, że kupiec nie łgał i faktycznie znaleźliśmy pożyteczne przedmioty. Magiczna maska przedstawiająca głowę czarnego smoka, magiczne szare kamienie w sakiewce i dwie skorupy z Ankhegów. Z tymi zdobyczami wróciliśmy na górę i udaliśmy się z powrotem na trakt w stronę Wysokiej Wieży, gdzie mieliśmy zamiar sprzedać i zbadać nasze zdobycze.

Wysoka Wieża w czasie Wielkiego Targu robi wrażenie. Dziesiątki zatłoczonych ulic, tysiące mieszkańców i przyjezdnych powoduje, że ciężko znaleźć spokojne miejsce i nocleg. Po dobrych kilku godzinach znaleźliśmy jednak karczmę, gdzie mogliśmy wypocząć po podróży i poradzić co dalej. Postanowiliśmy skorzystać z wielkości miasta i spieniężyć zdobycze. Po kupnie składnika do „Identyfikacji”, Gotrek określił właściwości przedmiotów, które znaleźliśmy. I tak, magiczna maska dawała możliwość widzenia w całkowitych ciemnościach osobie jej noszącej. Smocza maska po kilku godzinach noszenia bardzo osłabiała jednak organizm. Szare kamienie okazały się mieć jeszcze bardziej nietuzinkowe właściwości, które pozwalały zamienić kamień w błoto. Postanowiliśmy te przedmioty zatrzymać. Skorupy stanowiły największy problem. Nie znam się na tym i mało mnie obchodzi odporność zbroi, czy jak to się tam mówi, ale sami nie wiedzieli czy dać przerobić skorupy na porządne pancerze (kwestia pieniędzy, bo proces ten okazał się dosyć drogi), czy najzwyklej sprzedać same skorupy. Po długich debatach zdecydowaliśmy je spieniężyć i sprawiedliwie podzielić. Ja oczywiście też miałem ogromny wkład w podział zdobyczy, bo po wynajęciu laboratorium, udało mi się sproszkować kości na czysty i świeży proch Heucuva. Wraz z Gotrekiem zatrzymaliśmy sobie po mieszku, a resztę sprzedałem. W sumie było ich dziesięć sztuk.

I tak dzień po dniu załatwiliśmy w Wysokiej Wieży wszystkie nasze sprawy, aż postanowiliśmy wyruszyć dalej, w stronę Paddar, aby później ruszyć do Dirdighen, a stamtąd aż do Miasta Mgieł…