Kronika

Kroniki XVI: Droga do Paddar

Na drodze do Paddar drużyna mierzy się z bandycką eskortą i opowieścią kalekiego Jandera, która staje się wspólną wizją dawnej tragedii. Historia Gerharda, zamordowanego barona i przeklętego purpurowego miecza pokazuje Gotrekowi, jak łatwo bohaterstwo przechodzi w rzeź.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Miałem nadzieję, że droga do Paddar będzie w miarę spokojna, a i że pogoda w końcu będzie dla nas łaskawsza. Zależało mi na spokojnej podróży, jako że za zdobyte na poprzedniej wyprawie pieniądze zakupiłem kilka zaklęć, które chciałem zacząć studiować. Poprosiłem Gotha aby zesłał na mnie łaskę Ochrony przed zimnem i we w miarę komfortowych warunkach każdą wolną chwilę poświęcałem na naukę. Na szczęście nie musiałem długo korzystać z darów Lorsha, pogoda zaczęła się poprawiać, a poziom śniegu wyraźnie się zmniejszał. Słońce coraz częściej wygrywało nieustanną walkę z ciemnymi, ciężkimi chmurami. Wiatr dotychczas targający nasze wilcze płaszcze zelżał i co jakiś czas owiewał delikatnie nasze twarze. Ostanie zdobycze jak i poprawiająca się pogoda wpłynęły dobrze na morale całej drużyny. Jechaliśmy gawędząc beztrosko, tylko czasem ja zaliczałem małe utarczki słowne z Radagastem. Po kilku dniach udało nam się spokojnie dojechać do granicy Zatrutego Lasu. Kiedy na horyzoncie zaczynały majaczyć pierwsze drzewa, ujrzeliśmy obok traktu całkiem spore obozowisko. Na pierwszy rzut oka na popas rozbiło się tu około 10 podróżników. Kiedy podjechaliśmy do nich, usłyszeliśmy donośne „Witajcie”. To prawdopodobnie przywódca tej grupy wyszedł nam na powitanie. Był to człowiek rosły, a pod pachą niósł hełm ozdobiony dwoma rogami. I zanim dobrze się przywitaliśmy rosły mężczyzna rzekł – „Widzę, że zmierzacie do Zatrutego Lasu. Musicie wiedzieć zatem, że to trudna i niebezpieczna wyprawa.” „Dlaczegoż to niby?” – Zapytałem. „Ano dlatego” – odpowiedział chętnie mężczyzna – „że w lesie zaginęło ostatnio kilka karawan, las upodobały sobie bandy zbójów. My dobrze znamy te tereny, a niemało nas i w wojaczce obyci podróżujemy z jednego końca lasu na drugi i za odpowiednią opłatą eskortujemy podróżnych.” „O jakiej kwocie mowa?” – zagaiłem. „Złoty centar” – odpowiedział całkiem poważnie herszt. Zerknąłem pytająco na resztę drużyny i widziałem, że chyba zdziwiło ich to równie mocno jak mnie. „Rozumiem, że na każdą osobę eskorty?”. „Nie, za wszystkich” – spokojnie odpowiedział herszt. Zbaraniałem. Pobieżnie przeliczyłem ich jeszcze raz, podzieliłem w głowie wymienioną przez człowieka kwotę i zawsze wychodziło mi około 14 srebrnych centarów zarobku. Zdecydowanie Ci ludzie nie byli normalni, coś tu mocno śmierdziało, wszak 14 srebrnych centarów nie wystarczyło by nawet na zakup prowiantu, aby przejść przez ten las. „Jednak spróbujemy przejść przez ten las sami” – powiedział Goth – „Bywajcie.” Ruszyliśmy w drogę, a ja nie mogłem oprzeć się pokusie, by na sam koniec rzucić w ich kierunku „Musicie być wybitnymi wojami, ja za złotego centara nie wstaję nawet z łóżka.”

Ruszyliśmy w dalszą drogę i wszyscy zgodnie stwierdzili, że spotkana grupa nam się nie podoba i żeby mieć się na baczności. Mieliśmy jeszcze może ze dwie godziny do zmierzchu, kiedy to zaczęliśmy dyskutować o tym, że dzisiejszego wieczora oraz przez całą drogę przez las, trzeba będzie wyznaczać podwójne warty. Jak się okazało mieliśmy rację, nie było nam jednak dane czekać do zmroku. Nagle z lewej strony, z lasu wynurzyli się kusznicy, a zaraz po nich konni z obnażonymi mieczami. „Rzućcie broń!” – usłyszeliśmy i poznaliśmy ich – to była ta sama grupa, która proponowała nam ochronę. Prawdopodobnie znali skróty przez las i przybyli tam o wiele wcześniej i zdążyli zastawić na nas pułapkę. Wyszeptałem słowa zaklęcia „Tarczy”, po czym sięgnąłem po szablę. Nie wiem czy moi towarzysze planowali walkę, ale mój ruch nie dał już im wyboru. Usłyszałem wznoszącego pieśń bojową ojca, paskudne przekleństwo Dina oraz bojowy i jakże melodyjny okrzyk Ziriel. Zaskoczeni moją reakcją kusznicy wystrzelili dosyć niedbale, pierwszy bełt zafurkotał koło mej głowy i poleciał w las po przeciwnej stronie traktu, drugi zdołał się przebić przez moje zaklęcie ochronne, lecz nie podołał już kolczudze. Ruszając na nich, zmusiłem ich do odrzucenia kusz i sięgnięcia po szable. Nie widziałem dokładnie co dzieje się za mną, lecz usłyszałem potworne wycie, wycie oznaczające straszny ból. Jednego byłem pewien, nie wył nikt od nas. Już po pierwszych ciosach wiedziałem, że nie trafiłem na wybitnego szermierza, zatem pozwoliłem sobie na utkanie w czasie walki zaklęcia „Lustrzanego odbicia”. Samo pojawienie się odbić tak zaskoczyło przeciwnika, że stał nieruchomo wgapiając się w cztery identyczne postacie atakujące go naraz. Ta chwila wystarczyła, by pozbawić go życia. Widziałem jak obok mnie ojciec wstaje na chwilę w strzemionach i niewyobrażalnie wręcz silnym uderzeniem wbija się w przeciwnika, rozcinając go od barku prawie po pępek. Nagle usłyszałem głos przebijający się przez tumult walki – „Kusznicy po drugiej stronie!” Obróciłem się w siodle, ale w tak niewygodnej pozycji nic już nie mogłem zrobić, pierwszy bełt ugodził mnie w lewy bok, drugi na moje szczęście trafił w jedno z odbić. To na moje szczęście był już ich ostatni strzał. W kierunku kuszników długimi skokami biegła Ziriel z obficie ociekającymi krwią sztyletami, za elfką szybko podążał Din. Bełt przy obracaniu konia wypadł z mego boku, co świadczyło o tym, że nie wbił się zbyt głęboko. Aby ukoić ból, zdążyłem utkać jeszcze zaklęcie „Pomniejszego drążenia Lalrocha” i skierować je w człowieka, w którego kierunku biegła Ziriel. Dobrze, że uczyniłem to wtedy, bo chwilę później nie było już istoty, której mógłbym skraść życie. Cała banda leżała w szybko rosnących kałużach krwi.

Mimo iż zazwyczaj w takich przypadkach wrzucamy trupy do rowów, zabierając co najwyżej sakiewki, postanowiliśmy tym razem zabrać wszystko co miało jakąś wartość. W sumie pomysł padł chyba ze strony Dina, ale ja, żądny wciąż nowych zaklęć, poparłem go gorąco. Radagastowi ta myśl też się spodobała, a wiedziałem, że jego kiesa tak samo jak moja groszem nie śmierdzi. Tak jak postanowiliśmy, odarliśmy ich z wszelakiej broni, zbroi, udało nam się także odnaleźć kilka koni. Konie rozdzieliliśmy między tych z nas, którzy ich nie posiadali, a resztę postanowiliśmy sprzedać. Po walce zwróciłem się do ojca – „Ojcze znów nie zostawiliśmy nikogo przy życiu.” Ojciec zasępił się i postanowił jeszcze tego wieczora po modlitwie przypomnieć drużynie przykazania wiary, ze szczególnym naciskiem na to, które traktuje o pozostawieniu jednego z wrogów przy życiu. Oczywiście samo pozostawienie go przy życiu nie wystarcza, trzeba uświadomić mu, że cała jego kompania zginęła z rąk wojowników Lorsha, aby w ten sposób szerzyć jego chwałę.

Przez resztę drogi biegnącej przez Zatruty Las nic nas nie niepokoiło. Kiedy rozbijaliśmy ostatni obóz przed Paddar, na trakcie pojawił się pewien człowiek. Z oddali było już widać, że jest stary i kaleki. „Witajcie” – rzekł starzec i wszyscy ujrzeliśmy, że człowiek pozbawiony był ręki oraz jednego ucha. „Czy mogę się dosiąść? W gronie i przy ognisku zawsze raźniej.” Goth zaprosił go ruchem dłoni – „Proszę, siadajcie, miejsce przy ogniu na pewno się znajdzie.” „Dziękuję. Ale gdzie moje wychowanie, nazywam się Jander i dawno temu, tak jak wy, przemierzałem szlaki w poszukiwaniu przygód. Cóż… teraz jako kaleka mogę jeno chodzić i opowiadać swe przygody za kawałek kiełbasy i kubek wina.” „A opowiadaj, opowiadaj, a i kiełbasy i wina Ci u nas nie braknie. Miło usłyszeć dobrą opowieść przed snem” – rzekł Goth. Jander usadowił się wygodnie, upił łyk wina z podanego mu kubka oraz przegryzł kiełbasą. Po czym rozpoczął swą opowieść – „To było… hmmm… niech pomyślę… z dobre dwadzieścia lat temu. Tak, nie mniej. Zima wtedy była sroga, nie to co teraz. Onegdaj to były zimy. Wydaje mi się, że z powodu śniegu zgubiliśmy szlak, podróżowaliśmy tak już w mrozie od kilku dni. Wszyscy byli w fatalnych nastrojach, szlak zgubiliśmy w drodze do swych domów. W podróży byliśmy już ponad rok. Nie było wśród nas jednej osoby, która nie tęskniłaby do swych rodzin. Brnęliśmy tak przez śnieg i zamieć, a nasza nadzieja jak i zapasy kończyły się. Zapadał już zmrok, a my coraz częściej upadaliśmy ze zmęczenia. Kiedy myśleliśmy, że to już koniec poczuliśmy dym...”

Tego co stało się później nie jestem w stanie do końca wytłumaczyć. Wiem, że istnieją bardowie, którzy umieją wpleść odrobinę magii w swe opowiadania, ale to co uczynił Jander było niesamowite. Nagle niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przenieśliśmy się wszyscy chyba zarówno w czasie jak i przestrzeni. Domyślam się teraz, iż nasze ciała nadal były obecne przy ognisku, lecz opowieść starca wkradła się i sterowała naszym snem. Inaczej wytłumaczyć sobie tego nie umiem.

Nagle byliśmy wśród drzew, wiał silny wiatr i mróz przenikał nasze ciała na wskroś. Rozejrzałem się dookoła i na swój sposób wiedziałem, że otaczające mnie osoby, mimo iż wyglądają inaczej niż w rzeczywistości, to Goth, Ziriel, Din i braciszkowie. Dziwne było to, że brakowało Radagasta. W grupie rozpoznałem też młodszego o dobre dwadzieścia lat Jandera. Miał zarówno ucho, jak i rękę. Usłyszałem słowa Gerharda, w jakiś sposób wiedziałem, że to przywódca naszej grupy – „Ruszamy w kierunku dymu!” Naszym oczom, w zapadającym zmroku, ujawniła się w środku lasu karczma, zapraszająca ciepłem bijącego z jej okien światła. „Co w środku lasu, daleko od traktu, robi karczma?” – padło pytanie jednego z członków drużyny. „A jakie to ma znaczenie” – odwarknął Gerhard – „Wolisz tu zamarznąć?” Wszyscy zgodziliśmy się z dowódcą i ruszyliśmy w kierunku karczmy.

Kiedy przekroczyliśmy próg leśnej gospody, w końcu pierwszy raz od wielu dni ogarnęło nas ciepło. Z radością rozebraliśmy przemoczone i sztywne od mrozu ubrania i rozwiesiliśmy je koło kominka, a karczmarz postawił przed nami misy kaszy oraz dzban grzanego wina. Jedliśmy i piliśmy na całego, aż zaczęło nam wszystkim w głowach szumieć. Impreza w karczmie rozkręciła się na całego, grajkowie prześcigali się w graniu coraz bardziej skocznych piosenek, klienci upijali się i tańczyli z półnagimi kobietami. Kiedy tylko skończyliśmy posiłek, część z tańczących piękności zaczęła garnąć się nam na kolana, rozbierać, całować… Nagle naprzeciw Gerharda dosiadła się półnaga, piękna kobieta, z talią Tarota w ręce. „Powróżę Ci mężny wojowniku” – po czym zaczęła rozkładać powoli karty. „Czemu nie!” – wykrzyczał nasz przywódca, jednocześnie jedną ręką mocno zgniatając pierś siedzącej mu na kolanach, pijanej kobiety, a drugą wlewając w siebie kolejne porcje wina. Piękna wróżbiarka wyłożyła na stół po kolei karty, a z każdą kartą rytm wygrywany przez bardów stawał się szybszy, jakby bardziej dziki, a ludzie wokoło zaczęli wirować w szaleńczym tańcu. Chłopiec, Rycerz, Oko, Wioska, Śmierć, Gerhard – takie wizerunki po kolei przedstawiały się na wyciągniętych kartach. Byliśmy tak pijani, że nikogo z nas nie zdziwił fakt, że na jednej z kart Tarota przedstawiony był Gerhard. Tak jak znikąd pojawiła się piękna wróżbiarka, tak jednym płynnym ruchem zebrała karty, wstała od stolika i straciła się w tłumie ludzi. Piliśmy i tańczyliśmy do białego rana…

Obudziło nasz przenikliwe zimno oraz płatki śniegu opadające na twarz. Wstaliśmy, przecierając oczy ze zdumienia i nagle wszyscy czujnie zerwaliśmy się, sięgając po broń. Leżeliśmy na leśnej polanie, nigdzie nie było widać karczmy, w której bawiliśmy. Coś poruszyło się niedaleko. Po chwili wszyscy opuściliśmy wyciągnięte miecze i topory – w naszym kierunku powoli zmierzał chłopiec. Pierwsza myśl powędrowała do kart Tarota i pierwszej z kart, przedstawiającej chłopca. „Bzdura” – pomyślałem – „To był tylko sen.” Chłopiec podszedł i powiedział – „Chwała bogom, że was spotykam mężni wojownicy. Nazywam się Alvin i mieszkam w oddalonej o kilka kilometrów wiosce. Wysłał mnie sołtys, bym znalazł kogoś kto zgodzi się pomóc naszej wiosce.” Wypytywaliśmy chłopca o co chodzi, ale ten nic nie chciał powiedzieć. Dopiero kiedy zagroziliśmy mu, że nigdzie się nie ruszymy, jeśli nie powie o co chodzi, opowiedział nam dziwną historię. Ponoć od wielu tygodni we wiosce, po zmroku zjawia się na koniu rycerz w czarnej zbroi i zabija jednego z jej mieszkańców. Chłopiec wypytywany o więcej detali nie był w stanie odpowiedzieć, ale obiecał nam, że wszystkiego dowiemy się od sołtysa Jana. Gerhard, zaciekawiony opowieścią, dał rozkaz do wymarszu, a Alvin został naszym przewodnikiem.

Po przejściu kilku kilometrów naszym oczom ukazała się całkiem spora wioska. Młody chłopiec zaprowadził nas do sołtysa, który podziękował mu za dobrze wykonane zadnie, a nas zaprosił do karczmy. „Bogowie mi was zsyłają panowie, chwała im za to.” – powiedział sołtys. „Opowiedz mi coś więcej!” – przerwał mu Gerhard. „Już, już panie” – rzekł sołtys – „Jadła i napitku karczmarzu dla naszych drogich gości!” My zatem jedliśmy ze smakiem, a Jan snuł swą opowieść. „Widzicie panowie, na tych ziemiach panował kiedyś baron Ronald Engrent” – sołtys zrobił gest w mniemaniu wieśniaków odpędzający złe duchy i kontynuował „Okrutny to był człek i twardą ręką rządził tymi ziemiami. Nawiedzał często wioski i jeśli ktoś mu się nie spodobał, brał go na zamek na tortury. Pogłoski mówią, że całe lochy pełne były niewinnych ludzi, których męczył tylko dla czystej przyjemności spoglądania na ich cierpienia. Jedynym prawdziwym uczuciem baron pałał do swej żony Elviry. Elvira była dobrą i łagodną kobietą i nic nie wiedziała o morderczych sprawkach małżonka. Jednak pewnego dnia dowiedziała się prawdy i jej dobre serce nie mogło tego znieść. Nie mogła wytrzymać tego, iż poślubiła i dzieliła łożę z potworem. W nieprzebranym żalu skoczyła z zamkowych murów w przepaść. Po tym strasznym wypadku służba uciekła z zamku, a słuch po baronie zaginął na kilka miesięcy. Lecz ku naszej rozpaczy kilka tygodni temu pojawił się na koniu w pełnej zbroi i zabił jednego z mieszkańców wioski. Od tego czasu co kilka dni wpada na koniu i morduje jedną osobę. Zróbcie coś dzielni wojowie, ubijcie go, a zamek spalcie, aby duch rycerza spokoju zaznał.”

„Co z tego będę miał?” – zapytał jak zwykle rzeczowo nasz dowódca. „Cała wioska uzbierała ładną sumkę, a i na pewno w zamkowym skarbcu coś znajdziecie” – odpowiedział sołtys Jan. „Niech zatem tak będzie” – powiedział Gerhard – „Wyruszymy jutro z rana. Potrzebny nam będzie jednak przewodnik.” „Dobrze, oczywiście” – sołtys giął się w ukłonach – „Na miejsce zaprowadzi was Alvin, to ten chłopiec, który was tu sprowadził.”

Z samego rana wyruszyliśmy przez lasy w kierunku zamku. Po kilku godzinach Alvin wskazał nam ostatnią ścieżkę prowadzącą na wzgórze – „Na końcu tej ścieżki znajdziecie zamek, ja tymczasem wracam do wioski panowie.” Ruszyliśmy czujnie w górę i już po chwili naszym oczom ukazał się całkiem spory zamek, otoczony wysokim murem. Tylko przód zamku dostępny był ze wzgórza, pozostałe ściany postawione zostały na brzegu otaczających go urwisk. Zamek posiadał znakomite walory obronne.

Kiedy ostrożnie podchodziliśmy pod mury, dostrzegliśmy, iż most zwodzony jest podniesiony, a od murów oddziela nas głęboka, sucha fosa. Na blankach nie dostrzegliśmy żadnego ruchu. Wysłaliśmy Ziriel i jednego z wojów Gerharda, aby ostrożnie przekroczyli głęboką fosę i dostali się na mury i jeśli w środku faktycznie nie ma strażników, aby opuścili nam most zwodzony. Ziriel, w ciele barbarzyńskiej kobiety, bardzo sprawnie wykonała to zadanie i już po chwili most powoli zaczął się otwierać. Z bronią w ręku weszliśmy na dziedziniec. Prócz zimnego wiatru, wyjącego to tu, to tam, na dziedzińcu panowała kompletna cisza i bezruch.

Powoli zaczęliśmy się rozchodzić, aby przeszukać zamek. Goth, Ziriel, Din, braciszkowie i ja staraliśmy się trzymać razem. Nagle ktoś kto wdrapał się na mury, po stronie od urwiska, krzyknął – „Musicie to zobaczyć!” – i wskazał na coś za murami, w dole. Wdrapaliśmy się na mury i naszym oczom ukazał się makabryczny widok. Poniżej, na kilku mniej ośnieżonych występach skalnych, leżały roztrzaskane zwłoki. Po strojach można było wywnioskować, iż była to zamkowa straż oraz służba. Coraz bardziej nie podobała nam się ta sprawa.

Gerhard wydał rozkaz natychmiastowego przeszukania zamku, a ku naszemu zdziwieniu okazało się, że zamek był doszczętnie splądrowany. Gdzieniegdzie widać ślady walki oraz stare plamy krwi. Wyszliśmy z głównego budynku i ruszyliśmy do baszty. Tam na najwyższym piętrze znaleźliśmy komnatę, gdzie na kamiennej płycie leżała ubrana w wytworne ubranie przepiękna kobieta. Jeśli byłaby martwa, powinna śmierdzieć i się rozkładać, a ona wyglądała jakby tylko pogrążona była w jakimś letargu. Opowieści wieśniaków o tym, iż być może rycerz jest upiorem, nasunęły nam myśl, że być może wskrzesił on swą żonę, która popełniła samobójstwo. Postanowiliśmy nie przekonywać się o tym na własnej skórze. Zgromadziliśmy dookoła niej stosy potrzaskanych mebli, lecz kiedy chcieliśmy to podpalić, płomień kurczył się i bladł, jakby zaczynało w powietrzu brakować powietrza. Poprosiliśmy, by Goth pomodlił się nad tym dziwnym ciałem. Nie wiem co uczynił mój ojciec, ale pomogło i tym razem płomień szybko objął suche drzewo i zaczął trawić kobietę. Kiedy tylko pierwsze języki ognia zaczęły lizać ciało Elviry, z dziedzińca doszedł do nas odgłos rżącego konia oraz brzęk oręża. Szybko zbiegliśmy na dół. Na dziedzińcu na wspaniałym czarnym rumaku w ciężkiej zbroi, siedział zapewne sam Baron w czarnej oksydowanej oraz niemiłosiernie pogniecionej zbroi płytowej. W ręku dzierżył ciężki, żarzący się fioletową poświatą miecz, którym ciosał już wojów Gerharda. Doskoczyliśmy do niego i mimo naszej ogromnej przewagi liczebnej długo i dzielnie stawiał nam opór. Trzeba przyznać, iż był znakomitym szermierzem. Niestety padł po okrutnym ciosie Gotha. Nasz dowódca rozkazał podłożyć ogień w całym zamku, a sam podszedł do ciała barona i z jego zaciśniętych dłoni wyciągnął fioletowy miecz, który oświetlił go upiornym blaskiem. W tryumfalnym geście uniósł go do góry i ryknął – „Wracamy po zapłatę!”

Po powrocie do karczmy sołtys wypłacił obiecaną nagrodę, a strudzona drużyna udała się na spoczynek. W nocy jeden z członków bandy obudził nas, trzymając palec na ustach i nakazując milczenie. Kiedy wszyscy obudzili się, pozbieraliśmy broń i ruszyliśmy do sali jadalnej. Woj, który nas obudził, kazał nam być cicho i słuchać. Faktycznie jakby spod podłogi karczmy usłyszeliśmy dziwnie fałszywą muzykę. Zaczęliśmy się bacznie rozglądać, kiedy to Ziriel za barem znalazła wyrzeźbiony symbol oka. Dotknęła go ostrożnie i oto naszym oczom ukazało się przejście w podłodze, prowadzące w dół. Z dołu biło światło, smród niemytych przepoconych ciał oraz fałszywa muzyka. Ostrożnie zeszliśmy, a naszym oczom ukazał się dziwny widok. W dużym pomieszczeniu pod gospodą, zebrali się chyba wszyscy wieśniacy. Poprzebierani byli w bogate, szlacheckie stroje, widać używane już od dawna, bo przybrudzone i zapocone. Ktoś na lutni przygrywał jakąś makabrycznie zniekształconą wersję dworskiej piosenki, a wieśniacy jeszcze bardziej karykaturalnie tańczyli i chyba wierzyli, że te koślawe ruchy to naprawdę arystokratyczny taniec. Gerhard obserwował tę scenę razem z nami i z uśmiechem na ustach odwrócił się do nas i ryknął na cały głos – „Zabić wszystkich!”

…I tu nasza wizja zmieniła jakby w perspektywę. Widzieliśmy całą kompanię Gerharda oraz nas z tyłu w zwolnionym tempie. Wbiegliśmy do środka i zaczęła się istna rzeź. Opowieść się kończyła...

Wszystkiemu temu towarzyszył spokojny głos Bajarza, który przebijał się przez wizję – „Po tych wydarzeniach Gerhard się zmienił, zrobił się chciwy i brutalny. Nie było już dla niego świętości. Przyjmował każde zlecenie, lecz zawsze po wykonaniu zadania chciał renegocjować układ, żądając wyższej zapłaty, a jeśli mocodawca się na nią nie godził, po prostu Gerhard zabijał także jego. Po kilku latach jego szaleńczych mordów powstaje nawet przysłowie „Obyś nie wynajął Gerharda”. Naszego przywódcę tak zaślepiła chciwość i żądza mordu, że pewnego wieczoru, bez ostrzeżenia, przy wspólnym ognisku wymordował całą grupę. Jedynie mi udało się przeżyć, choć przypłaciłem to ręką i uchem.” W naszej wizji, w powolnym tempie dobijaliśmy ostatnich wieśniaków, brodząc po kostki we krwi ślizgaliśmy się i nasze ciosy stawały się coraz bardziej niezdarne. Lecz mimo to nie chronione żadnym pancerzem ciała wieśniaków nie stanowiły przed bronią żadnego oporu. W tle ciągle rozbrzmiewał głos Jandera – „Prawda o całej historii tej wioski jest zupełnie inna. Sołtys zwyczajnie kłamał. To wieśniacy, opanowani żądzą wzbogacenia się, ruszyli na nic niespodziewającego się barona. Elvirę wielokrotnie zgwałcili na jego oczach, a jego samego w zbroi wyrzucili z najwyższej wieży zamku. Od tamtego czasu wieśniacy w tajemnicy zbierali się pod karczmą. Przywdziewając skradzione stroje, pili wina z zapasów barona i udawali, iż są arystokratami. Rycerz powstał z martwych, by pomścić swą ukochaną, natomiast jego wielka do niej miłość przywołała ją do nie-życia. W każdej chwili kiedy nie mścił się na wieśniakach, wpatrywał się w jej piękne uśpione ciało godzinami. Niestety jego zemsta nie dokonała się, odebraliśmy mu ją. Jedyne co przetrwało po baronie to ta opowieść i miecz, który zabrał mu Gerhard…”

Rankiem, kiedy obudziliśmy się przy ognisku, Jandera już nie było, a my wszyscy instynktownie wiedzieliśmy, że śniliśmy to samo. Jedynie Radagast był jakby nieświadomy wydarzeń nocnych. Być może usnął przed opowieścią Jandera.