Kronika

Kroniki XVII: Morderstwo w Virk

Urodzinowy postój w Paddar kończy się odkryciem ciał Talosa i jego ludzi pod Virk. Gotrek trafia w sam środek moralnego węzła: szalony kapłan Lorsha, ukryta zemsta wioski, zjawy zabitych i śmierć Vorna prowadzą wszystkich do spalonego młyna.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Wyruszyliśmy w dalszą drogę i już późnym popołudniem dotarliśmy do murów Paddar. Znaleźliśmy karczmę, w której ceny nie były zbyt wygórowane i wyruszyliśmy na miasto, aby sprzedać nasze łupy. Troszkę czasu zajęło nam nim znaleźliśmy kupca na wszystkie kusze, miecze oraz sfatygowane mocno kolczugi. Lecz opłacało się szukać, zgromadziliśmy pokaźną sumkę. Najbardziej z pieniędzy ucieszył się chyba Radagast, który zaraz pobiegł szukać jakiegoś maga, który zechciałby mu sprzedać jakieś zaklęcia. My natomiast wróciliśmy do karczmy.

Nie minęła chwila, kiedy to do karczmy wszedł z posępną miną Radagast. „Co za miasto, psia ich mać! Gówno tu kupimy!” – po czym zwrócił się bardziej w moim kierunku – „Tutejsze władze wymyśliły, że aby sprzedawać lub kupować zaklęcia, trzeba posiadać specjalny glejt z tutejszej Akademii zwany Wysokim Glejtem.” Zasępiłem się troszkę, bo też planowałem udać się na miasto i zakupić lub wymienić co ciekawsze zaklęcia. „Trudno” – pomyślałem – „Przynajmniej raz gotówka będzie się przy mnie trzymać dłużej niż dzień.” A i to nie było pewne, jako iż następnego dnia wypadały moje urodziny. Urodziny zazwyczaj są okazją do dobrej zabawy, a co dopiero kiedy razem z kompanią od tak długiego czasu jesteśmy w podróży. Odrobina zabawy nam się należy jak psu buda.

„Dobrze, zatem, jako że jutro są moje urodziny, pozałatwiajcie swoje sprawy do południa, abyście na wieczór byli w formie” – rzekłem. Wszyscy ucieszyli się na tą wiadomość. Nazajutrz wszyscy rozleźli się po mieście, a ja poczyniłem przygotowania do urodzinowej imprezy. Jadła, napitku, a i dziewek zabraknąć nie mogło. Opłaciłem tak karczmarza, że aż ze zdumienia oczy wybałuszył i pośpiesznie obiecał, że wszystko będzie dopięte na ostatni guzik.

Wszyscy stawili się punktualnie, jedynie ojciec zawiódł mnie trochę i zrezygnował z zabawy. Nie wiem dlaczego akurat tej nocy musiał iść na całonocne czuwanie w świątyni, ale wierzyłem w jego mądrość i nie naciskałem zbytnio. Cóż, zabawa była przednia, o czym świadczyły zniszczenia w karczmie i grono pijanych mieszczan walających się z rana pod stołami. Wielu rzeczy nie pamiętam i tylko dzięki relacji najrzeźwiejszego z imprezowiczów, Radagasta, dowiedzieliśmy się o tym i o owym.

Mocno skacowani wyruszyliśmy dosyć późno w kierunku Dirdighen. Pogoda dopisywała nam już od kilku dni, śniegi roztopiły się i tylko gdzieniegdzie, w najbardziej zacienionych miejscach, zalegały jeszcze ostanie jego połacie. Dzięki niedoszłym „przewodnikom” przez Zatruty Las wszyscy jechaliśmy na koniach więc i nasze tempo było zadawalające. W pewnym momencie Goth uniósł dłoń i kazał nam się zatrzymać. Popatrzeliśmy na niego zdziwieni, a on stał i rozglądał się bacznie, wodząc oczami po drzewach po lewej stronie traktu. Wszyscy umilkli i zaczęli wypatrywać zagrożenia. Po chwili jednak kapłan rzekł „Ziriel wejdź tu w las i przejdź się kawałek, tylko ostrożnie. I bądź czujna.” Elfka bez zbędnych pytań zwinnie zeskoczyła z konia i bezszelestnie zniknęła między drzewami. Po dłuższej chwili wynurzyła się ze stwierdzeniem, że nikogo tam nie ma, lecz przez chwilę wydawało jej się, że ktoś wsparł się na jej ramieniu. Goth szeptał coś pod nosem, po czym zsiadł z konia, wziął go za uzdę i wchodząc w las nakazał ruchem dłoni byśmy udali się za nim. Ojciec prowadził nas, mamrocząc od czasu do czasu pod nosem jakieś modlitwy. W pewnym momencie doprowadził nas do ledwo widocznej leśnej ścieżki, którą podążyliśmy.

Goth prowadził nas dalej, rozglądając się czujnie. Po kolejnej godzinie podróży zatrzymał się nad świeżo rozgrzebaną ziemią niedbale przysypaną liśćmi. Wystarczyło odgarnąć dosłownie małą warstwę i naszym oczom ukazało się ciało. „Na Lorsha” – jęknął Goth, po czym pośpiesznie oczyścił z ziemi twarz zmarłego. „Toż to Talos…” – ojciec nie dokończył wypowiedzi, jako że jeden z braci zawołał – „Tu jest jeszcze dwóch!” Widać było, iż mimo że Goth znany był z opanowania i chłodnej oceny sytuacji, zaczęło się w nim gotować. „Radagaście, spróbuj ustalić przyczynę ich zgonu” – warknął kapłan. „Znałeś go ojcze?” – zapytałem. „Cóż, znałem to za dużo powiedziane, ale wiem kto to był. To Talos, kapłan Lorsha. Tych dwóch obok tylko potwierdza moje przypuszczenia. Chodziły plotki, iż Talos podróżował z dwoma typami spod ciemnej gwiazdy. Sam nie wiem dlaczego miałby to robić, ale zerkając czasem i na naszą kompanię nie widzę w tym nic dziwnego…” W tym czasie Radagast kończył oględziny. Z trudem podniósł się z ziemi, starannie otrzepał swoją czarną jak noc szatę i powiedział „Bez wątpienia został uduszony, ślady na jego szyi są bardzo wyraźne. Co do tych dwóch, jeden dostał czymś tępym w głowę, natomiast drugi prawdopodobnie zwykłą siekierą w plecy.” „Nikt kto podnosi rękę na kapłana Lorsha nie może chodzić bezkarnie po tej ziemi. Nikt!” – powolnym chrapliwym głosem wyszeptał Goth. „Ziriel! Zbadaj czy są tu jakieś ślady, które doprowadzą nas do tych, którzy zakopali tu ciała” – wszyscy zrozumieli od razu, że kapłan nie odpuści.

Ziriel zatoczyła kilka kręgów wokół grobów i po dłuższej chwili znalazła to czego szukała. Trop był stary, lecz wysoka trawa i chaszcze, przez które targali zwłoki oprawcy, były dla elfki niczym otwarta księga. Ziriel prowadziła nas przez las, przystając co jakiś czas, by upewnić się, że nie traci tropu. Po pewnym czasie dotarliśmy na obrzeża wioski. Miejscowa ludność niezbyt garnęła się do rozmowy z nami, zatem nasze kroki skierowaliśmy do gospody. Kiedy Goth zadawał pytania, ja z zapałem roztaczałem wizje złych rzeczy, które przytrafią się karczmarzowi, jeśli nie będzie współpracował. Dla potwierdzenia mych gróźb wystrzeliłem „Płomieniami Agannazara” w wiszącą u powały lampę. Niestety, źle obliczyłem odległość i strop zajął się ogniem, ale na szczęście udało nam się go szybko ugasić. Karczmarz był śmiertelnie przerażony, lecz jedyny efekt jaki otrzymaliśmy to, to że zlał się w spodnie. Wiedziałem, że nic nam więcej nie powie.

Wyszliśmy z gospody z zamiarem udania się do sołtysa tej zapadłej dziury. Kiedy pytaliśmy o drogę jednego z wieśniaków, wskazał nam ręką wyłaniającego się z lasu, w towarzystwie dwóch kobiet, młodego mężczyznę. To on był sołtysem. Jedna z kobiet niosła kosz, w którym dostrzegłem resztki świeżych kwiatów. Sołtys wypytywany o to czy przypadkiem w wiosce nie było kapłana Lorsha zaprzeczał i twierdził, że nikogo takiego nie spotkano we wsi. Nie zająknął się nawet przy tym. Czymś co rzuciło nam się wszystkim w oczy oraz uszy, były nienaganne maniery oraz dobór słów jakich używał, pasujący bardziej do arystokraty, niż do zwykłego sołtysa. Osobiście jednak bardziej zaciekawiły mnie nerwowo rzucane spojrzenia w kierunku kapłańskiego amuletu, noszonego przez mojego ojca.

Kiedy sołtys oddalił się, zwróciłem uwagę na dosyć dziwny fakt – „Kto i po co chodzi z kwiatami do lasu?” Postanowiliśmy to zbadać, lecz by nasze dochodzenie obejmowało szerszy teren, podzieliliśmy się na dwie grupy. Ziriel, Din, Radagast i ja udaliśmy się w miejsce, gdzie widzieliśmy wychodzące z lasu kobiety, natomiast Goth z braciszkami postanowili rozejrzeć się po wiosce.

Tak jak myślałem, znaleźliśmy małą ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. Po przejściu kilkuset metrów trafiliśmy na cmentarz. Już pierwszy rzut oka ujawnił siedem całkiem świeżo usypanych grobów. Po dokładnym przyjrzeniu się pozostałym grobom, moim oczom ukazał się zdewastowany drewniany nagrobek z wyrytym symbolem Richitera. Resztę trudno było odczytać, jako iż ktoś zadbał o to, by zdewastować tablicę nagrobkową. Nad grobem i większością cmentarza rozciągał swe konary ogromny dąb, a do jednej z gałęzi przywiązanych było pięć lin, odciętych równo na wysokości dwóch metrów. Coś powoli zaczynało mi świtać. Teoria, która zrodziła mi się w głowie zapewne nie spodobałaby się Gothowi. Mimo iż sam jestem wyznawcą Lorsha, wierzę w to, że nawet kapłani potrafią błądzić oraz w to, że Lorsh nie patrzy w każdym momencie na nasze poczynania. Patrząc na świeże ślady profanacji grobu, doszedłem do wniosku, iż Talos być może postradał zmysły. Żaden, nawet zwykły, wyznawca Lorsha nie dopuściłby się profanacji grobu, nawet jeśli był on poświęcony Richiterowi – odwiecznemu i największemu Wrogowi Lorsha. Tak samo nikt o zdrowych zmysłach i jakimkolwiek poszanowaniu dla bogów, nie wieszałby ludzi na cmentarzu. Ta sprawa coraz bardziej przestawała mi się podobać. Nie wiedziałem tylko jak zasugerować moje domysły ojcu.

Było już ciemno, kiedy wracaliśmy do wioski. Na miejscu czekał już na nas ojciec wraz z braćmi. „Chodźcie do karczmy, musicie coś zobaczyć” – powiedział kapłan. W karczmie okazało się, że w jednym z pokoi na łóżku leżał ledwo przytomny mężczyzna. Jak już wcześniej zdołał ustalić Goth, był to handlarz, który podróżował leśnym szlakiem nieopodal tej wioski. Zmierzch zastał go w lesie, kiedy to jego i dwóch jego ochraniarzy zaatakował z mroku „potwór o czerwonych ślepiach.” Tylko dzięki waleczności wynajętych najemników udało mu się ujść z życiem, jednak ochroniarze nie mieli tyle szczęścia. Radagast dopytywał się kupca o wszystkie szczegóły, ja natomiast oglądałem jego rany. Ślady, które miał na ciele Werner, bo tak na imię miał kupiec, niepokojąco przypominały te, które zostają na ciele po zaklęciach opartych na nekromancji, takich jak na przykład „Wampiryczne dotknięcie.” Kiedy zwróciłem na ten fakt uwagę Radagastowi, ten był już niemal pewny, że mowa tu być może właściwie tylko o upiorze. Kiedy skończyliśmy już z kupcem, podzieliliśmy się tym co zobaczyliśmy na cmentarzu. Jako iż nie przybliżyło nas to ani o krok do rozwiązania sprawy, a przy tym utwierdziło w przekonaniu, że sołtys coś ukrywa, Goth się wściekł. „Już ja z nim inaczej porozmawiam” – powiedział i ruszyliśmy w kierunku domu sołtysa.

Sołtys widząc, że wiemy o świeżych grobach oraz linach na dębie, nie wytrzymał i opowiedział nam wszystko – „To wszystko moja wina, moja i tylko moja. Chciałem chronić tę wioskę. Kiedyś byłem baronem w Erghold, lecz tamtejszy sędzia skazał mnie na banicję za przestępstwo, które popełniłem nieświadomie. Wrobiły mnie i wykorzystały do realizacji swych planów osoby wysoko postawione w mieście. Jestem uczciwym człowiekiem i chciałem wieść uczciwe życie. Kiedy zrozumiałem jak wiele zła uczyniłem jako szlachcic, mimo że nieświadomie, chciałem jakoś odpokutować swój czyn, zrobić coś dobrego. Los rzucił mnie tutaj, a dzięki swojej wiedzy zostałem tutejszym sołtysem. Zawsze starałem się pomagać tym ludziom i stawać w ich obronie.” Zapytany o grób ze znakiem Richitera odpowiedział – „Kiedyś, sam nie wiem ile lat temu, przybył tu kapłan tego Boga i tu też zmarł, więc pochowaliśmy go jak należy i to tyle.” Przyciskaliśmy go by dalej opowiadał, o linach na dębie i siedmiu świeżych grobach – „Było tak, kilka dni temu przybył tu kapłan Lorsha, wraz z dwoma wojownikami. Poszedł odwiedzić nasz cmentarz, a kiedy zobaczył grób kapłana Richitera wpadł w szał. Zaczął wyć, pluć na nagrobek i w szale dewastować go swym mieczem. Kiedy skończył już ten plugawy czyn, wrzeszcząc o tym, że wyznawców Richitera spotka kara, kazał przygotować pięć szubienic. Przy pomocy swych pachołków powiesił pięciu losowo wybranych chłopów, a dwóch, którzy starali się buntować, zarżnął na miejscu. Nie mogłem dłużej patrzeć na to co się dzieje, doskoczyłem do kapłana i zadusiłem go. Włożyłem w to całe serce i siłę. Chciałem za wszelką cenę chronić tych ludzi. Kiedy wieśniacy zobaczyli moją furię, to nabrali odwagi i rzucili się z czym popadnie na dwóch najemników owego kapłana. Wojowie byli tym całkiem zaskoczeni, nie mieli żadnych szans i polegli. Ciała zawlekliśmy tam, gdzie je znaleźliście. Proszę! To tylko i wyłącznie moja wina. Błagam was abyście zostawili wieś w spokoju!” Osobiście wierzyłem w jego słowa, miałem nadzieję, że i mój ojciec, mimo ślepej wiary, dostrzeże w nich prawdę. „Dobrze” – rzekł Goth – „Wyrok wydam rano. Muszę przemyśleć wszystko to co się tu stało. Teraz śpij.”

Zamyśleni powolnym krokiem wracaliśmy do gospody, kiedy to ostry krzyk bólu dotarł do naszych uszu. Biegiem, obnażając broń, pobiegliśmy w kierunku skąd dobiegł hałas. Kilka metrów przed ostatnimi zabudowaniami wioski na ziemi, leżąc wił się i szamotał mieszkaniec wsi. Człowiek ten wył nieludzko, a z każdą sekundą jego krzyki stawały się słabsze. Nad nim, w powietrzu, unosił się stwór ulepiony jakby z ciemności. Był to upiór, o którym wspominał Radagast.

Szybko zdecydowaliśmy, że podejmujemy walkę, zanim jednak dobiegliśmy do stwora, wieśniak leżał już martwy. Upiór zwrócił w naszym kierunku swe czerwone, martwe ślepia i z dziką furią przystąpił do ataku. Jakże się zdziwiłem, odczuwając moc z jaką potrafiła zaatakować ta niematerialna przecież istota. Po każdym dotknięciu czułem paraliżujące zimno nie z tego świata. Po jękach bólu mych towarzyszy, słyszałem, że nie tylko ja miałem problemy. Walczyliśmy zawzięcie i dzięki pobłogosławionej broni przez mojego ojca, jeden ze stworów w końcu padł, a raczej rozsypał się w ciemności. Chwilę później zobaczyliśmy jak ze zwłok wieśniaka wyłonił się kolejny upiór. Wniosek który nam się nasunął był prosty, upiory potrafią tworzyć kolejne sobie podobne istoty.

Kolejny atak złamał nasze szyki. Słyszałem jak z okropnym trzaskiem pękających kości upadł koło mnie jeden z braci. W tym czasie z lasu w naszym kierunku zaczęły sunąć dwa następne potwory. W momencie kiedy duch powstały z wieśniaka został zniszczony, Goth wykrzyczał słowa Modlitwy i dwa pozostałe upiory znikły w lesie.

Ku naszej rozpaczy okazało się, że Vorn poległ w tym boju. Goth odprawił nad nim rytuał, po czym skropił go święconą wodą, aby jego dusza zaznała spokoju i by nie powrócił jako upiór. Wycofaliśmy się do karczmy, gdzie okazało się, że zarówno Din, Radagast, jak i Ziriel byli bardzo poważnie ranni. Goth odprawił modły i pobłogosławił ponownie naszą broń, aby była skuteczna w walce z upiorami. Radagast, dzięki odpowiednim zaklęciom, wyczuwał ślad jaki zostawiły uciekające upiory. Mimo, iż nasza kondycja była kiepska, Ziriel i Din nie mogli chodzić o własnych siłach, dlatego postanowiliśmy, że udamy się bez nich na poszukiwania upiorów. Zabicie ich było jedyną szansą na to, by nie stworzyły następnych podobnych sobie istot. Goth powiedział nam także, że jeden z upiorów, które uciekły, przypominał Talosa, kapłana Lorsha, którego ciało znaleźliśmy w lesie. Ojciec stwierdził, że Talos musiał powstać w martwych jako upiór z powodu kary za swe czyny albo z powodu jakiejś klątwy.

Wraz z Gothem i żądnym zemsty Vernem wyruszyliśmy za naszym nekromantą, który wytyczał szlak. Po kilku godzinach błądzenia po lesie, tuż przed samym świtem dotarliśmy do starego zrujnowanego wodnego młyna. Kiedy obserwowaliśmy młyn, usłyszeliśmy za naszymi plecami szelest i ujrzeliśmy sołtysa wyłaniającego się z lasu, z ciężkim dwuręcznym mieczem. „Przyszedłem tutaj za wami, aby pomóc” – rzekł. Goth przytaknął w milczeniu głową.

Radagast ostrzegł nas, że wyczuł upiory bezpośrednio przed nami. Szykowaliśmy się na trudny bój i ostrożnie, z obnażoną bronią, kierowaliśmy się w stronę młyna. Nagle na ścieżkę wtargnęły dwa upiory, które ścigaliśmy przez tyle godzin. Był wśród nich ten, który za życia był kapłanem Talosem. Walka była zacięta, lecz tym razem byliśmy przygotowani i wiedzieliśmy jaką taktykę obrać. W pewnym momencie ich przywódca, Talos, zawrócił w stronę zrujnowanego młyna. Sołtys pobiegł w głąb za nim, my natomiast dobiliśmy drugiego stwora. Momentalnie ruszyliśmy na pomoc sołtysowi, było jednak za późno, ponieważ Baron leżał martwy, a po upiorze nie było już śladu.

Radagast stwierdził, że nie wyczuwa już obecności upiora, ani nie widzi śladu jego ucieczki. Sołtys zabił upiora, lecz sam stracił przy tym życie. W obawie przed tym, iż baron przebudzi się jako duch, Ojciec odprawił rytuał i skropił jego ciało wodą święconą. Wszędzie tam, gdzie upadła woda, pojawiały się małe płomienie. Po chwili z bezpiecznej odległości podziwialiśmy stojący w wysokim ogniu stary młyn. Płomienie odbijały się w wodzie jeziora, leżącego za budowlą, a efekt psuło powoli wznoszące się na wschodzie słońce. Z ponurymi minami wróciliśmy do wioski. Mimo wielu modłów Gotha, nasz powrót do zdrowia trwał całkiem długo. Na szczęście wdzięczni mieszkańcy pozwolili nam zostać w karczmie na swój koszt. Kiedy naszedł czas i kiedy mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę, Goth podjął decyzję i nakazał Vernowi, aby wrócił do rodzinnych ziem, aby tam z rodziną opłakiwać brata oraz by przekazać Świątyni Wilków wieści o śmierci Talosa. Czy ta decyzja podobała się braciszkowi nie mam pojęcia, lecz wykonał ją bez szemrania. Na pożegnanie ofiarowałem mu złotego centara i poprosiłem, by zagrał w mym imieniu w Koło Życia. Po rozstaniu ruszyliśmy do Dirdighen.