Naszym pierwszym celem było Dirdighen. Droga do miasta przebiegła spokojnie, a my w końcu rozruszaliśmy nasze zastane pobytem w mieście kości. W Dirdighen Radagast znalazł laboratorium, w którym mógł przeprowadzać swoje eksperymenty. A ja udałem się do świątyni, aby pogłębić swoją wiedzę na temat tworzenia błogosławionych zwojów. Już od jakiegoś czasu czułem, że moja moc jest na tyle duża, by utworzyć takie przedmioty, jednak nie wiedziałem jaki trzeba przeprowadzić rytuał. Sporo się na ten temat dowiedziałem, jednak teraz muszę czekać na znak od boga, który zapoczątkuje takie działania. Reszta drużyny szukała rozrywki w mieście, które było dużo bardziej przyjazne niż Miasto Mgieł. Jak tylko Radagast zakończył badania w laboratorium, wyruszyliśmy w dalszą podróż.
W drodze do Erdor minęliśmy kilka mniejszych miejscowości, jednak nie spotkało nas w nich nic godnego opisania. Jedynym interesującym zajściem po drodze była przeprawa przez Rzekę Mgieł. Koryto tej rzeki jest dosyć rozległe w miejscu przeprawy i pomimo moich mocy, które pozwalają mi pokonywać takie przeszkody, postanowiłem poczekać z resztą drużyny na barkę, którą przeprawiają się zwykli ludzie… Barka pokonywała drogę w jedną stronę około godziny, co pozwoliło nam poznać trochę kapitana, który nią zarządzał. Ja nie wtrącałem się do rozmowy, którą prowadził Din i Radagast, ponieważ miałem inne sprawy na głowie, jednak ta trójka zaciekle dyskutowała. Pora dnia była już późna i kapitan powiedział, że to dzisiaj jego ostatni kurs, jednak jak się okazało wypowiedział te słowa w złym momencie.
Na brzegu, do którego przybiliśmy, stała kareta wraz z kilkoma najemnikami. Gdy tylko opuściliśmy barkę jeden z nich podszedł do kapitana, aby przekazać mu polecenie przeprawienia całej grupy na drugi brzeg. Maur, bo tak nazywał się dowódca barki, powiedział oczywiście, że tego dnia już jest to niemożliwe, jednak najemnicy nie przyjmowali takiej odpowiedzi do wiadomości. Patrzyłem na to obojętnym wzrokiem, bowiem nie interesował mnie los tego kapitana, ale ku mojemu zdziwieniu w całą sytuację wmieszał się Radagast. Nie wiedzieć czemu stanął po stronie Maura i zaczął go bronić. Jednak najemnicy nic sobie z tego nie robili, a nawet nie powstrzymywali się od docinek pod jego adresem. Jednak to nic w porównaniu do tego co miało miejsce chwilę później. Jegomość z karety, który przedstawił się jako Rendez z Wysokiej Wieży, powiedział, że chce być natychmiast przetransportowany na drugi brzeg, czemu przeciwstawiał się Radagast i Maur. Efekt był taki, że Rendez, który był magiem, użył jakiejś sztuczki, przez którą Maur stracił wolną wolę i zgodził się przewieźć wszystkich na drugi brzeg, a my zostaliśmy obrzuceni stekiem przekleństw i obraźliwych słów. Słuchałem tego wszystkiego w ciszy, aby ocenić jak się zachowa nasz zarozumiały mag, jednak muszę powiedzieć, że nie wykazał się w moich oczach. Nie potrafił w żaden sposób wymusić na tych prostakach, aby się usunęli, a nawet pomimo zniewag jakimi zostaliśmy obrzuceni nie miał siły by im się przeciwstawić. Oczywiście jak tylko odjechaliśmy od tej grupy, podążając dalej swoją drogą, Radagast odezwał się do mnie z pretensjami, że nie wsparłem go w tej rozmowie. Jednak ja już wiedziałem to co chciałem, Radagast jest słabym i tchórzliwym człekiem, który czuje się pewnie, gdy ma za sobą takich towarzyszy jak my, a gdy zostawi się go samemu byle najemnik potrafi go ustawić w szeregu.
Gdy dotarliśmy do Erdor poszukaliśmy karczmy, w której postanowiliśmy się zatrzymać, a ja dowiedziałem się gdzie jest świątynia Lorsha. Wraz z Ziriel, Dinem i Radagastem udaliśmy się do niej, aby pomodlić się do Lorsha. To co tam zastaliśmy rozsierdziło mnie niesamowicie. Początkowo nic nie zapowiadało najgorszego. Po dotarciu do świątyni, która znajdowała się na skarpie nad morzem, weszliśmy do środka, a ja udałem się na poszukiwania kapłana. Pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak, był witający mnie opiekun świątyni. Był nim stary człowiek w bardzo zniszczonych szatach z okaleczonymi oczami. Zapytałem go, kiedy przeprowadzone będzie najbliższe nabożeństwo i tu znowu zaskoczenie, bowiem od dawna nikt nie odwiedzał świątyni i nie odprawiano tam nabożeństw. Zastanawiałem się co tam się działo, jednak postanowiłem pytania odłożyć na później i sam poprowadziłem mszę. Pod koniec nabożeństwa opiekun świątyni nie potrafił powstrzymać emocji i rozpłakał się niczym dziecko, po czym skierował się do wyjścia. Przeczuwałem, że nie wróży to nic dobrego i udałem się za nim.
Zobaczyłem, że kapłan wspina się na skarpę i najprawdopodobniej zamierza rzucić się do morza. Dogoniłem go, gdy stanął nad przepaścią i zażądałem wyjaśnień. Historia, którą usłyszałem sprawiła, że moje oczy zaszły krwawą mgłą, jednak po kolei. Kilka lat temu do świątyni przybyli wyznawcy Richitera i pod osłoną nocy zabili opiekujących się świątynią kapłanów i pomocników, a starcowi, który stał przede mną, zabrali amulet i wypalili oczy, aby żył w hańbie. Przywódcą tych psów był niejaki Randalf z Gerdenburga. Gdy tylko starzec skończył mi o tym mówić, odwrócił się w stronę przepaści i skoczył. Nie zatrzymywałem go, bowiem okrył się hańbą pozwalając odebrać sobie amulet Lorsha i skoro nie mógł go odzyskać powinien skończyć swój marny żywot.
Od razu wróciłem do kaplicy i nakazałem moim towarzyszom opuścić ją, abym mógł ją zapieczętować. Gdy tylko to zrobiłem, pognałem niczym grom do naszej karczmy, zostawiając towarzyszy za sobą, bowiem zdawałem sobie sprawę, że jedno ich nieopatrzne słowo, a mogła by się polać krew. W karczmie zamówiłem dzban spirytusu i zacząłem się pakować. Po jakimś czasie, gdy nieco się uspokoiłem i wychyliłem kilka łyków spirytusu, przyszli moi kompani, którzy byli nieco zaskoczeni moim zachowaniem. Szybko uciąłem ich pytania i powiedziałem im co się stało w świątyni. Od razu również powiedziałem im, że musimy wyruszyć do Gerdenburga, aby zabić wszystkich, którzy przyczynili się do wydarzeń z kaplicy. Nieco mnie zmartwiły niespokojne spojrzenia Ziriel i Dina, którzy zamiast ognia zemsty w oczach mieli zlęknione spojrzenia wioskowych kundli. Jak żałowałem, że nie jestem w moich stronach, gdzie na jedno moje skinienie kilkaset wilków wyruszyłoby mordować te zdradzieckie psy Richitera. Dyskusja na temat naszych dalszych działań przeciągała się i zaczęła mnie nużyć. Po kilku kolejnych łykach spirytusu zasnąłem z głową na stoliku. Gdy tylko się ocknąłem, chciałem wyruszać, jednak reszta drużyny starała się mnie przekonać, abyśmy najpierw rozejrzeli się po mieście i zebrali jakiekolwiek informacje, co po chwili przemyślenia uznałem za dobry pomysł.