Nie bardzo mnie interesowało, co reszta robiła przez trzy tygodnie, za bardzo byłem pochłonięty swoimi pracami. Po tym krótkim czasie ruszyliśmy w stronę Erdoru. Podróż przez Pleśniowe Ziemie przebiegała spokojnie. Minęliśmy Susten, aż dotarliśmy po kilku dniach do Rzeki Mgieł, przez którą musieliśmy przeprawić się barką. Sama przeprawa była żmudna, długa i nudna. Co jakiś czas wtrącałem się tylko w rozmowę kapitana z Dinem. Po dotarciu na drugi brzeg kapitan postanowił zakończyć prace na ten dzień, a sam zaprosił nas w gości na noc. Przyjęliśmy zaproszenie, ale skorzystanie z niego nie było nam dane…
Pod barkę przyjechała kareta z czterema najemnikami, którzy mimo protestów kapitana, uparcie zmuszali go do przeprawy na drugi brzeg. Późna pora i niebezpieczeństwo z tym związane, nie przekonywało natrętów, którzy postanowili siłą wymusić posłuszeństwo u kapitana. Mimo iż nie interesował mnie ów człek, nie spodobało mi się jednak, jak brutalnie traktują go rzezimieszki i stanąłem w jego obronie. Ku mojemu zdziwieniu tylko ja postanowiłem go wesprzeć, a reszta mojej „drużyny” stała i milczała niczym gapie na ulicy podczas bójki na targu… W końcu pod moją groźbą najemnik puścił kapitana, a z karocy wyszedł niski, fircykowy mężczyzna. Myślę, że swoją butą i megalomanią mógłby zabijać, ale na mnie, mimo gróźb i obraz, nie zrobił żadnego wrażenia. Korciło mnie tylko żeby dać mu wycisk, ale musiałem przyznać, że przed wstrętną iluzją i tchórzliwymi urokami jestem bezsilny… A takowym sposobem niejaki Rendez, który okazał się być magiem, posłużył się w stosunku do kapitana, wymuszając na nim przeprawę na drugi brzeg. W ciszy postanowiłem dać sobie spokój, bo jedynym sposobem na zdjęcie tego uroku był nokaut maga, który go rzucił, albo samego kapitana. Każde rozwiązanie prowadziło do bitki, a do tego mimo wszystko nie chciałem dopuścić…
I tak patrzeliśmy jak zaczarowany kapitan zmusza swoich podwładnych do kolejnego morderczego przepływu, a my sami postanowiliśmy dalej rozbić obóz. Oczywiście doszło do kłótni pomiędzy mną a Gothem, głównie z powodu mojego wtrącenia się w tamtą sytuację… Przemądrzały kapłan próbował wyprowadzić mnie z równowagi, poniżając i karcąc za moją ówczesną „bezsilność”, ale usłyszawszy o obrazach Rendeza w jego kierunku zniżył ton i począł jak dziecko się tłumaczyć, że ich nie usłyszał… Niestety zachowanie Gotreka nie wzięło się z powietrza i swoją kłótliwość i arogancję odziedziczył po ojcu, który dodatkowo wywyższa się rangą, jaką posiada w kościele Lorsha… Z tymi zachowaniami też przyjdzie mi się zmierzyć, ale na wszystko znajdzie się pora…
Minęliśmy wioskę Werden i Katir, i podróżując wzdłuż Śpiącego Lasu weszliśmy na szlak w stronę Erdoru. Podróż zapowiadała się spokojnie, ale niestety było to tylko złudzenie… W pewnym momencie zostaliśmy zaskoczeni i zaatakowani przez nielichych przeciwników, ogry… Bestie, jak później się okazało, posłużyły się lunetą, przez co wypatrzyły nas już o wiele wcześniej i przyszykowały zasadzkę. Przyszło nam zmierzyć się z dziesięcioma groźnymi i trudnymi przeciwnikami.
Walka była dość zacięta i dramatyczna. Z początku zaatakowało nas tylko pięć tych bestii. Zanim dobiegły zdążyłem rzucić „Kulą Ognia”, ta jednak nie wyrządziła na stworach większych zniszczeń, a my wiedzieliśmy już, że są bardziej odporne i wytrzymałe. W międzyczasie nasi wojownicy utworzyli bojową formację, Goth i dwóch najemników Mordrokka z przodu, potem Adam i ostatni z ludzi przybocznego Władcy Mgieł, na końcu Ziriel i dzielnie pilnujący mego wątłego ciała Din. Ustawienie poszło sprawnie, a mnie w tym czasie udało się jeszcze uprzedzić atak ogrów i rzucić weń „Pajęczyną”. Czar poskutkował, ale z racji wielkości przeciwników, objął swym działaniem tylko dwójkę z nich. Mimo to do walki stanęło trzech, a pozostali powolutku próbowali przedrzeć się przez nici czaru. Kiedy wydawało się, że od razu otrzymaliśmy przewagę, zza skał wybiegło kolejnych pięć bestii. Walka była długa. Goth i reszta wojów z naszej drużyny dzielnie radzili sobie z nadciągającą falą ogromnych przeciwników. Ja tkałem czary, ale mimo ich mocy, dość skutecznie były odpierane przez wrodzone odporności owej rasy. Tymczasem z boku całego szyku do Ziriel przedostał się jeden maruder i to on sprawił naszej wojowniczce najwięcej kłopotów. Zajęty walką i tkaniem czarów, kątem oka dostrzegłem tylko, w jakie tarapaty wpadła piękna elfka…
W ferworze walki straciła jeden ze swoich śmiercionośnych sztyletów, a drugi zeń połamał się na obronie jej przeciwnika. Musiała więc zwodzić unikami ogra, który usilnie próbował zadać jej śmiertelny cios, skacząc i koziołkując z finezją, jaką tylko widziałem u niej. Postanowiłem pomóc jej, ponieważ najemnicy pod wodzą Gotha powoli, ale skutecznie odzyskiwali przewagę i nie groziło im większe niż Ziriel niebezpieczeństwo. Utkałem „Widmową Dłoń”, w międzyczasie do elfki dobiegł jeden z najemników i Din, później rzuciłem „Wampiryczne Dotknięcie” i jednym tylko ciosem powaliłem desperacko broniącego się ogra. Po walce, jak zwykle, zabraliśmy trupom bardziej wartościowe rzeczy i ruszyliśmy w dalszą drogę…
Kolejnych kilka dni minęło spokojnie. Przeszliśmy bokiem Śpiący Las, aż doszliśmy do Traktu Erdorskiego, który biegł wzdłuż dość niebezpiecznego Lasu Ciernistych Róży i krainy zwanej Złą Trawą. Wiedzieliśmy, że rośliny rosnące w tym lesie, drzewa, kwiaty i krzewy, są bardzo niebezpieczne, ale też na tyle rzadkie i drogocenne, żeby żądni ich alchemicy, opłacali wyprawy w poszukiwaniu tych nietypowych kosztowności… Dziwnym trafem Din został, jako jedyny, pokolony przez jedną z tych roślin, a objawy tego były dość nieprzyjemne, nawet jak się okazało dla tak wytrzymałego wojownika jakim jest. Modlitwy Gotha nie odnosiły skutków, a nogi i palce Dina puchły i pobolewały. Postanowiliśmy poczekać i ewentualnie w mieście znaleźć lekarstwo.
W Erdor Adam od razu udał się do alchemika, Jana z Treoss, o którym wcześniej nam wspominał. My natomiast udaliśmy się do jedynej w mieście świątyni Lorsha, żeby podziękować mu za pomyślne przybycie i opatrzność. Stara świątynia znajdowała się za murami na klifie, do której prowadziła kamienna ścieżka i schody. Budynek z zewnątrz wyglądał staro i na lekko podniszczony. W środku panowała zupełna i niepokojąca cisza. Sala modłów była ciasna na kilkanaście zaledwie osób. Od razu Gothowi nie spodobało się, że w mieście tak zaniedbano jego wiarę i boga… Usiedliśmy, a nasz kapłan udał się za ołtarz, do alkowy, gdzie jak miał nadzieję znajdzie kapłanów Lorsha, piastujących w tej podniszczonej świątyni. Po kilkunastu minutach wrócił w towarzystwie ślepego starca, który usiadł i dołączył do mszy, poprowadzonej przez Gotha. Modliliśmy się w skupieniu, a mnie zaczęło się już nudzić. Myślami odbiegałem do pracowni i czaru, który przyjdzie mi stworzyć, kiedy muzykalnym głosem Goth zakończył nabożeństwo. Stary kapłan rozpłakał się i ku naszemu zaskoczeniu i zdziwieniu wyszedł ze świątyni. Goth poprosił nas o zaczekanie i sam poszedł wysłuchać ślepca…
Przez te kilkanaście minut dokładnie obejrzeliśmy wnętrze świątyni i stwierdziliśmy, że jest niezadbana i zniszczona. Na pewno ma kilkaset lat, a na kamiennej posadzce odkryliśmy zakrzepłe ślady krwi. Całość strasznie nam się nie podobała, a pytania w głowach mnożyły się. Nagle nasze spekulacje i obserwacje zostały przerwane przez Gotha, który wszedł do kaplicy i rozkazał wszystkim wyjść, po czym zapieczętował wejście do świątyni modłami i mocą swego boga. Zapytany o powody i starego kapłana, odparł krótko, że ów ślepiec nie żyje, rzucił się z klifu, a on musi pomścić jego i zbezczeszczoną świątynię… Po czym pędem, nie czekając na nikogo, zaczął schodzić w stronę miasta.
Niestety po tym wydarzeniu moje mniemanie o naszym kapłanie uległo całkowitej zmianie. Goth opętany rządzą zemsty i zabójstw na niewiadomo kogo, przestał racjonalnie się zachowywać i mówić… Z trudem utrzymywałem tempo zejścia, żeby dogonić kapłana i już po chwili dałem sobie spokój. Ziriel i Din, widząc jak ciężko dyszę i cierpię, schodząc też postanowili zaprzestać pościgu za opętanym Gothem… Dotarliśmy do „Zielonego Jaszczura”, gdzie mieliśmy wynajęty pokój, a w nim Goth siedział i zapijał się na umór. W końcu mogliśmy się go wypytać o wydarzenia i jego stan uniesienia…
Jak się okazało stary ślepiec powiedział Gothowi, że świątynia została napadnięta przez niejakiego Randalfa, wyznawcę Richtera Wielkiego, który ponoć ze swoimi poplecznikami wtargnął doń siłą, mordując kapłanów Lorsha i bezczeszcząc jej świętość. Sam stary kapłan próbował ponoć walczyć w obronie świątyni, ale złoczyńcy oślepili go i pozostawili żywego i schańbionego. Czekał długo na kogoś, komu mógłby o tym opowiedzieć i kto mógłby pomścić świątynię i martwych kapłanów. Kiedy tylko natrafił na Gotha przekazał mu tą niesmaczną „prawdę” i rzucił się ze skarpy, odbierając sobie schańbione życie… Niestety bez sprawdzenia informacji Goth uwierzył starcowi na słowo i postanowił dokonać tej zemsty…
Oznajmił nam w pokoju, że ma zamiar z rana wyruszyć do Gerdenburga, miasta gdzie panuje plaga wampiryzmu i ponoć skrywa się owy Randalf, żeby zabić jego i jemu podobnych i zniszczyć wszystko, co będzie miało z nimi styczność… Już wtedy, po tych słowach wiedzieliśmy, że nasz kapłan postradał rozum, a jego zmysłami i rozsądkiem rządzi zemsta i fanatyzm. Wdawanie się w dyskusję z lekko podpitym Gothem nie przynosiło skutku, a odwodzenie go od przyszłego zamiaru tym bardziej. Poczekaliśmy cierpliwie, aż pijany zaśnie i postanowiliśmy wspólnie dowiedzieć się jak najwięcej o tym Randalfie i wydarzeniach w świątyni, ażeby rankiem przemówić mu do resztek rozsądku i przekonać go, żeby zaniechał zemsty i nagłego wyjazdu…
Jeszcze tego samego dnia podzieliliśmy się na grupy i poszliśmy dowiedzieć więcej o tamtych wydarzeniach. Ja udałem się wpierw do alchemika, przy okazji dowiedzieć się o specyficznych i rzadkich białych różach, których Adam potrzebuje do swojego lekarstwa, a które to ponoć ciężko zdobyć. Niestety Jan z Treoss nie był zbytnio rozmowny, kiedy powiedziałem, że Adam poinformował nas o lekarstwie i specyfikacji jego leczenia. Zwyczajnie udawał, że nie wie o czym mówię, tak więc nie zwlekałem dłużej i nie traciłem więcej u niego czasu tylko od razu poszedłem szukać ważnych dla nas informacji. Każdy z nas, z wyjątkiem pijanego Gotha, dowiedział się paru ciekawych informacji, ale na najważniejsze dane przyszło nam poczekać do rana, ponieważ to wówczas mieliśmy umówione spotkanie z pewnym księgarzem, który obiecał poszukać dla nas interesujących wzmianek.
Księgarz opowiedział nam, że osiem lat wcześniej, czyli wtedy, gdy napadnięto na świątynię Lorsha, w mieście miały miejsce dziwne wydarzenia, których konkretnych wyjaśnień do teraz się nie doczekano. Z niewiadomych przyczyn w różnych miejscach miasta znaleziono w sumie dwanaście ciał bez krwi, które mogły być ofiarami wampirów, a w międzyczasie na świątynię napadli niezidentyfikowani sprawcy mordując jej kapłanów, a jednego oślepiając zostawili na pastwę swojego szaleństwa. To był właśnie ten kapłan-starzec, który podczas naszej wizyty rzucił się ze skarpy… Na niebie ponoć pojawiały się „błyski” i dziwne „światła”… Zapytaliśmy o późniejsze śledztwo i księgarz podał nam dwa nazwiska: medyk Jurgen, który wówczas zajmował się badaniem i sekcją zwłok dwunastu ofiar wampiryzmu, i niejaki sierżant Ruki, który prowadził śledztwo napaści i mordu w świątyni…
Te informacje mocno przekonały Gotha, żeby zostać na miejscu i poszukać wyjaśnień, nim wyruszymy do innego miasta i zaczniemy mordować wszystkich, których nasz zaślepiony i chory zemstą kapłan wskaże…