Kolejne dni minęły dość spokojnie bez kłótliwego, młodszego un Nathreka, podczas których postanowiliśmy ruszyć do Kuźni Dusz, ażeby zdobyć run, o którym wspominał nam Tanako. Plany dalszej podróży zaczęły nam się klarować, a ja snułem już w myślach pracę nad swoim nowym czarem. Goth wspomniał o wampirze, który zabrał im bransoletę, zdobytą we wcześniejszych podróżach, a którą uparcie chce odzyskać i zmierzyć się z krwiopijcą… Mimo moich rad i prób zaniechania tego spotkania, kapłan stwierdził, iż teraz ma siłę i wiarę, żeby stanąć oko w oko z wampirem i odzyskać przedmiot, a jemu samemu dać „nauczkę”… No cóż… Skoro w swej głupocie i megalomanii zginie, ja za nim nie zapłaczę, z drugiej zaś strony, martwy po raz drugi wampir, to dobry przedmiot do moich badań… Adam natomiast prosił nas o zboczenie z kursu i udanie się do Erdoru, gdzie jak przekonywał pracuje alchemik, który może stworzyć dlań lekarstwo na jego przypadłości. Ponoć sam twórca „Kamienia Filozoficznego”, przedmiotu, który ma moc zamiany przedmiotów w złoto…
Po czterech dniach dotarliśmy do wioski pod Górami Sokolimi. Stamtąd już pieszo weszliśmy na szlak prowadzący do Kuźni. Pół dnia drogi zajęło nam dotarcie do jaskini, nad wejściem której widniały symbole tarczy i młota. Sama jaskinia była olbrzymia, na jej środku stał kamienny stół, a całość oświetlona była dziennym światłem wpadającym przez dziurę w sklepieniu jaskini. Z jaskini prowadziły trzy wyjścia, dwa mniejsze po lewej i przeciwnej stronie, a trzecie po środku, dokładnie takie, jak wejście, którym przyszliśmy. Okazało się ono wyjściem z jaskini na ścieżkę, dlatego najpierw postanowiliśmy zbadać dwa pozostałe…
Ruszyliśmy lewą wnęką i już po chwili doszliśmy do schodów, które ślimakiem prowadziły w dół. Z każdym naszym kolejnym krokiem i stopniem zbliżającym nas do celu, czuliśmy potęgujący się smród rozkładających się ciał. Szliśmy długo, co jakiś czas grupa cierpliwie zatrzymywała się czekając, aż złapię oddech, ale wnioskowałem, że zeszliśmy ponad czterdzieści metrów, kiedy dotarliśmy do kamiennej komnaty. Posadzka wyłożona była płytami z symbolami języka krasnoludzkiego, ale po dłuższym zbadaniu wiedziałem już, że jest to język olbrzymów, dawno wymarły i nieużywany. Na końcu komnaty znajdowała się ściana, z wybitą dziurą, przy której leżało martwe, rozkładające się ciało. „Wykrycie Magii” wskazało na jakiś przedmiot znajdujący się przy zwłokach, ale sama komnata, na magiczną nie wyglądała. Ziriel uważnie przeszukała pomieszczenie w celu wykrycia pułapek, po czym powolutku zbliżyliśmy się do denata. Było to ludzkie ciało i już po krótkich oględzinach, stwierdziłem, że gnije tu co najmniej rok, na jego dłoni znalazłem też tatuaż, trójząb i koronę, a magicznym przedmiotem w jego posiadaniu, okazał się krótki miecz, który postanowiliśmy zabrać. Martwemu się już nie przyda… Trup miał wbite w klatkę piersiową pięć malutkich strzałek, które podczas kopania dziury w ścianie, prawdopodobnie musiały wystrzelić w jego stronę i go zabić. Znaleźliśmy też napis w trzech językach znajdujący się na owej ścianie: „Komnata Medytacji”. Nie zastanawialiśmy się nad eksploracją komnaty zza dziury i szybko postanowiliśmy opuścić te podziemie.
Kiedy wróciliśmy byłem już padnięty, ale postanowiliśmy udać się do przeciwnego wejścia, które po podobnie makabrycznym dla mnie zejściu, okazało się być gruzowiskiem. Długo wchodziliśmy na górę, a z każdym stopniem czułem, jak brakuje mi tlenu i spadam w ciemność. W płucach grzmiało i charczało, a suche od ciągłego przełykania gardło, paliło… Widząc jak się męczę drużyna postanowiła przeczekać troszkę, dopóki nie odpocznę i nabiorę sił do dalszej podróży.
Po kilku godzinach byliśmy już w kolejnej jaskini, podobnej do pierwszej, ale bez bocznych wejść, tylko z jednym głównym takim samym wyjściem. Ponieważ było późno postanowiliśmy się przespać i ruszyliśmy rankiem kolejnego dnia dalej. Minęliśmy kolejną bliźniaczą jaskinię, przeszliśmy przez nią jedynym wyjściem i ruszyliśmy dalej. Droga zaprowadziła nas na wzgórze, a tam znajdowała się ostatnia już, identyczna jaskinia jak wcześniejsze. W środku czekał na nas człowiek, z którym ostrożnie, ale grzecznie przywitaliśmy się, a który powiedział o teście i zaprosił po kolei śmiałków, którzy pragnęli zdobyć run…
Pierwszy poszedł Goth, a po kilkudziesięciu minutach za nim Din i Ziriel. Adam mimo wcześniejszych zapowiedzi zrezygnował z próby, a tym samym zdobycia runu. Ja od początku nie byłem zainteresowany runem na broń, ponieważ żadna broń, nafaszerowana runami, jakie by nie były, nigdy nie będzie równać się z potęgą magii nekromanckiej… Długo czekaliśmy na naszych kompanów i kiedy zapadła noc postanowiliśmy przespać się i rankiem ruszać do miasta bez nich. Stwierdziliśmy, że jak przez półtorej dnia nie wrócą, to ich próba nie udała się i już się nie spotkamy…
Rankiem, ku naszemu zaskoczeniu, wyszli z komnaty prób. Zadowoleni, ale poranieni. Test udał się wszystkim i każdy z nich dzierżył broń z runem. Jak sami stwierdzili nie było ich kilka tygodni, bo ponoć tyle trwało wykucie runu na każdej z ich broni, a dla nas minęło zaledwie półtorej dnia… Postanowiliśmy jeszcze odpocząć i po upływie dwóch dni wróciliśmy do Miasta Mgieł, gdzie ku mojemu niemiłemu zaskoczeniu doszło do potyczki słownej…
Próbowałem wywalczyć dla swoich badań czas w Mieście Mgieł, ale ta banda egoistów zdecydowała, że dla mnie nie pozostanie dłużej niźli to konieczne… Czyli zdobyć run i uciekać z Miasta… Dodatkowym powodem ich zwłoki okazała się być tylko Ziriel, która cały tydzień musiała czekać na maść, dla swojej nie w pełni zregenerowanej dłoni. Natomiast moje potrzeby badań odstawili na dalszy, rzekłbym najdalszy, plan… Po niemiłej wymianie zdań postanowiłem przemilczeć ich egoistyczne zachowanie i zająć się przez ten tydzień badaniami nad mieczem zabranym trupowi w Kuźni. Kupiliśmy perłę, a ja podjąłem się mojej pierwszej poważnej identyfikacji. Nie mogłem przyznać się tym nieukom, że nie jest to proste, ponieważ każda identyfikacja, którą przeprowadzę, prowadzi do perfekcyjności i mistrzostwa…
Zbadanym mieczem okazał się być Kieł Trucizny, miecz wykuwany przez członków Kultu Kła Cienia. Dość specyficzny przedmiot i nie wszędzie tolerowany, ze względu na swoje pochodzenie. Wartość przedmiotu dość wysoka, ale sprzedanie go już nie jest łatwą sprawą. Mimo wszystko postanowiliśmy go opchnąć jak najkorzystniej dla nas, ponieważ żadne z nas nie posługuje się krótkimi mieczami. Dalsze dni przebiegły na przygotowaniach do podróży, podczas których poznaliśmy najemników Mordrokka, z którymi przyjdzie spędzić nam najbliższy rok… Bergen, Ivan i Eskelt, wędrowni najemnicy z północy, z Galii.
Podróż do najbliższego miasta, Dirdighen, zajęła nam dwa spokojne tygodnie. Tam przy braku sprzeciwu postanowiłem rozpocząć prace nad swoim pierwszym czarem. Poszukałem laboratorium i zacząłem testy…