Kronika

Kroniki XIII: Mordrokk

Triumf Gotreka kończy turniej, lecz rozmowa z Mordrokkiem odsłania znacznie szerszą grę o amulety i Ogon Diabła. Radagast obserwuje też rozpad więzi między Gothem a synem, gdy sprawa szkolenia Zakonu Węży i prawa do przemocy wypycha Gotreka z drużyny.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Tłum wiwatował. Euforia i ekstaza mieszały się z dzikimi okrzykami wzbudzonej widowni. Patrząc w kierunku loży honorowej zauważyliśmy uśmiechniętego Tanako, który dumnym i spokojnym krokiem opuszczał arenę. Teraz konflikt pomiędzy klanami Aragonisów i Olsterów zupełnie się pogłębił i znacznie pogorszył, ale co nas to obchodziło? My osiągnęliśmy cel… Przed budynkiem cierpliwie czekaliśmy na zwycięzcę turnieju, żeby złożyć mu gratulacje. Gotrek zmęczony, ale uśmiechnięty i dość skromny, jak na swoje osiągnięcie, bez mrugnięcia przyjął nasze gratulacje. Wieczorem w domu Aragonisów urządzono skromne przyjęcie z okazji wygranej, a tym samym wzmocnienia pozycji klanu w mieście. Tanako zagadnął Gotreka, czy ten nie zechciałby zostać fechmistrzem jego klanu, ale szybka, przecząca odpowiedź un Nathreka zakończyła temat. Drugą rzeczą, o której Tanako nam wspomniał była Kuźnia Dusz… Ten temat, jak i propozycja, z początku nas zaskoczyły, ale przykuło to naszą uwagę i zaciekawiło…

Tanako opowiedział nam o Kuźni Dusz, w której mieszka Kowal Dusz, gdzieś w okolicach Sokolich Szczytów. Kowal ten wykuwa potężny Run Zranień, który nałożony na broń wpływa swą magią na jej siłę podczas walki. Jednak zdobyć go mogą tylko ci, którzy przejdą test, ci natomiast, którzy go obleją, stracą cząstkę siebie – cokolwiek to oznacza… W pokoju, Gotrek zgodnie z wcześniejszą umową, podzielił wygraną, którą otrzymał od Tanako, po czym wszyscy udaliśmy się na spoczynek…

Kolejnego dnia, rankiem przyszedł do nas Yamamoto i oznajmił, że za trzydzieści dni na Przystani pod Wieżą odbędzie się spotkanie z Mordrokkiem. W końcu doczekaliśmy się tego, po co przybyliśmy do miasta. Gotrek i Ja poprosiliśmy młodego Aragonisa o rozmowę, ale niestety znalazł czas tylko dla un Nathreka, totalnie ignorując moją osobę. Przyznałem grupie, że korzystając z dobrych stosunków z rodziną pragnę poprosić ich o pomoc i wsparcie w badaniach nad projektami czarów, które chciałbym stworzyć. Przyjęli to dość wyrozumiale, ale poradzili mi też, żebym uważał z tą prośbą, bo mogę ich w ten sposób urazić. Oczywiście dobrze o tym wiedziałem, ale wolałem dla świętego spokoju przyznać im rację, a i tak oczywistym był fakt, że zwyczajnie chciałem wykorzystać nadarzającą się okazję… Niestety nie było mi dane pójść na osobistą rozmowę z przywódcami rodziny. Udało mi się porozmawiać tylko z Yoshim, o czym napiszę później…

Podczas gdy Gotrek rozmawiał z Yamamoto, my debatowaliśmy w pokoju o trzydziestu dniach, które musieliśmy przeczekać do spotkania. Wszyscy zgodziliśmy się, że w tym czasie moglibyśmy udać się do owej Kuźni po Run Zranień. Rozmowę przerwał Yoshi, który wezwał nas na dziedziniec, ponieważ fechmistrz Zakonu Węży przybył po swojego przyszłego ucznia… Potężny Szary Ork przedstawił się jako Gordall i bez wahania zapytał Gotreka o jego plany podjęcia nauk. Gotrek nie był jeszcze zdecydowany, dlatego ork podarował mu Kryształ Lodu, który miał nie stopić się przez dwa najbliższe lata, pod warunkiem, że nie będzie poddany pod działanie magicznego ognia. Do tego czasu przyszły uczeń musi przybyć do Gór Lodowych, do Groty Trzech Sopli. Tam w Stawie Księżyca musi zatopić ów Kryształ i pościć przez następne trzy dni, aż zjawi się po niego posłaniec. Muszę przyznać, że takie warunki są tylko dla ludzi niespełna rozumu… Dla mnie to totalnie idiotyczne, nic wartościowego niewnoszące, ale na szczęście nie mnie przypadło towarzystwo orków, mających nauczyć mnie popisowego machania żelastwem… Ponadto, prócz tych idiotycznych warunków, „wybraniec” musi udać się tam zupełnie sam, tylko z jednym przedmiotem… Tak więc nie ma to jak podróż w wysokie, śnieżne ostępy, bez towarzystwa, z porcją żarcia i szpadą przy pasie… Cudownie, marzenie każdego tępego wojownika… W końcu, chyba dotarły do Gotreka te bzdurne warunki i młody un Nathrek umówił się z orkowym fechmistrzem, żeby ten poczekał na niego miesiąc i wyruszą razem. Po tej krótkiej, ale rzeczowej wymianie zdań wróciliśmy do pokoju. Tam Yoshi oznajmił nam, żebyśmy przed spotkaniem z Mordrokkiem nie zapuszczali się do Kuźni, bo jeśli nie zdążymy wrócić, a wszystko może się zdarzyć, to pan Tanako będzie bardzo niezadowolony. Wysłuchaliśmy jego rady i odłożyliśmy podróż do Kowala na później…

Resztę dnia spędziliśmy na zakupach, a ja w tym czasie porozmawiałem z Yoshim o pomocy w moich badaniach. Niestety mała, tesijska gnida w niczym mi nie pomogła, bo czegóż się spodziewać po słudze. Jedyne co zrobił, to doradził mi, gdzie mogę znaleźć potrzebne mi laboratoria. Jedno posiadał ponoć Idżi Khan, kolejne znajdowało się na pewno w Akademii Olsterów, ale jako że Aragonisowie byli w tym czasie w bardzo złych stosunkach z Olsterami, więc odpuściłem. Ostatnie laboratorium posiadał podobno jakiś mag-rzezimieszek w Pozamieście, zwący się Vesker, jednakże tą wizytę też sobie podarowałem. Po rozmowie ze sklepikarzem-zagadką udało mi się ustalić cenę za wynajęcie jego laboratorium, ale czasowo nie zmieściłbym się w tych trzydziestu wolnych dniach, które miałem, więc ograniczyłem się tylko do zakupu „Kuli Ognia” i dalszych studiach nad wcześniejszymi czarami. Tego wieczora podjęliśmy wspólną rozmowę na temat spotkania z Mordrokkiem, która niestety, jak zwykle przerodziła się w ostrą kłótnię…

Najpierw Adam ni stąd ni zowąd oznajmił nam, że wydaje mu się, iż Aragonisowie coś szykują w związku ze spotkaniem, bo zdobyli teraz pozycję dominującą wśród rodzin… Zaskakujące wtrącenie, tym bardziej, że człek ten, odkąd go spotkaliśmy, albo zachowywał się jak obłąkaniec, niespełna rozumu, albo zwyczajnie całymi dniami potrafił się nie odzywać… Teraz natomiast ku mojemu zdziwieniu i podejrzliwości, dość intensywnie podejmował tematy i podawał propozycje, nawet namawiając do bardziej brutalnych i radykalnych rozwiązań… Ale po kolei…

Zaczęło się od upartości Gotha, który unosząc się „dumą” nie chciał podać swojej propozycji działania. Adam upierał się przy zabraniu Amuletu-klucza siłą i zabiciu Mordrokka… Ja preferowałem zdrowy rozsądek, tłumacząc, że jedynym dobrym rozwiązaniem jest podjęcie dyskusji i próba „odkupienia” od niego owego amuletu. Typowo logiczne wydawało mi się, że każde agresywne działanie wobec przybocznego Władcy, skończy się naszą śmiercią, a nawet jakbyśmy przeżyli, to krwawą vendettą ze strony Aragonisów, których tym czynem narazilibyśmy na gniew klanów i samego Władcy. Din jak zwykle nie wniósł niczego w dyskusję, tylko wtrącał niezrozumiałe kwestie, a skończył na poparciu planu Adama… Pusty, aż do śmierci… Ziriel podała jedną z rozsądniejszych propozycji, ażeby wykorzystać dane nam dni i zebrać jak najwięcej informacji o Mordrokku i wówczas porządnie się do spotkania przygotować. Apogeum kłótni osiągnęliśmy po wtrąceniu się weń Gotreka…

„Ostoja Sprawiedliwości” i „Sumienie Drużyny”, jak został nazwany po kłótni Gotrek przez własnego ojca, stwierdził, że jeśli naszym celem jest zabicie Mordrokka, to on nie idzie na spotkanie! Nagle i nieoczekiwanie dla wszystkich Gotreka ruszyło jego spaczone i chore sumienie! Człek, który dotychczas bez skrupułów i ze ślinotokiem zarzynał dziwki, przy okazji je okradając, który za najlepszą zabawę uważa rzucanie w ludzi toporami i bezlitosne uśmiercanie ich, nagle dostał wyrzutów sumienia przy planie ewentualnej próby zabójstwa Mordrokka… Przybocznego Władcy Mgieł, który ze swoimi wojskami mordował kapłanów przeróżnych bóstw, wprowadził terror i dyscyplinę w mieście do tego stopnia, że ludzie zapytani o niego boją się cokolwiek powiedzieć, przeświadczeni, że staną w płomieniach… Z przykrością stwierdziłem, że Gotrek nic nie zmądrzał, wręcz przeciwnie, jest przemądrzały, z wielkim ego, dalej arogancki, któremu tylko wydaje się, że cała drużyna jest w błędzie, a tylko on ma „świętą” rację… Zaczął się zachowywać jakby to on był głosem i sumieniem Lorsha, a nie jego ojciec, wieloletni kapłan, który znacznie mądrzej potrafi zapewne interpretować prawa ich boga… W bezsilności, upierając się przy swoich pustych i głupich argumentach, Gotrek jak zwykły smarkacz, w nerwach, oświadczył, że ma nas dość i nie chce już więcej z nami podróżować. Przestał nam ufać i jesteśmy „źli”, bo zamierzamy zabić „biednego” Mordrokka… Powiedział, że nie uda się z nami do przystani na spotkanie i ma zamiar szybciej wyruszyć na nauki do „szkoły orków”… Ironia, czy zwykła głupota, jakoś nie mam słów, żeby dalej to komentować… Przyznam, że ulżyło mi, bo wraz z jego nieobecnością, skończą się bezsensowne nieporozumienia w drużynie i nikt nie będzie stosował dziecinnych docinek i niekonsekwentnych kapryśnych argumentacji, które zwykle miały miejsce, kiedy nagle Gotrekowi się coś przysłowiowo „odwidziało”… Rozwścieczony młodzian opuścił pokój i nagle nastała cisza… Wszyscy, prócz Gotha, który milczał, pewnikiem wstydząc się za swego głupiego syna, stwierdzili zgodnie, że nie poznają już Gotreka i tego w jaką osobę się zmienił. Pomyśleliśmy, że prawdopodobnie szukał on tylko pretekstu do opuszczenia drużyny, na której dawno już przestało mu zależeć i podjęciu szkolenia, które wygrał… Ale tego długiego wieczoru kolejnych absurdów nie zabrakło…

Drugą i ostatnią na szczęście kłótnią, był absurd w jaki popadli członkowie tej drużyny. Według pozostałej części drużyny, każdy kto odchodzi z drużyny powinien dostać pieniądze, jako rekompensatę za przedmioty, z których musi zrezygnować, bo zostaną one do wykorzystania w drużynie… Jednym, prostym słowem, jeśli ktoś będzie miał kaprys i będzie chciał odejść, jak teraz Gotrek, to ta banda baranów będzie się zrzucać ze swoich pieniędzy, żeby zapłacić mu za przedmioty, z których on, co dla mnie jest logiczne, musi zrezygnować, bo zostają w drużynie… Okazało się, że tylko ja jako jedyny byłem innego zdania i to ja stanąłem w szranki z nimi, aby rozwiązać ten problem. Szczyt absurdu i niestety głupia argumentacja reszty drużyny uświadomiły mi, jaką nędzną bandą najemników i materialistów są moi kompanii, zamiast prawdziwej drużyny, która dąży do wspólnego dobra i korzyści… A poszło o to, iż Amulet-klucz, który nosił ze sobą Goth, należał po części także do Ziriel i Gotreka, ponieważ razem go zdobyli. Zatem skoro Gotrek odchodził z drużyny to ja, Din i Adam musieliśmy mu zwrócić równowartość jednej trzeciej. I nie chodziło tu o to, że nie mieliśmy pieniędzy lub że nie chcieliśmy mu go spłacić. Chodziło o sam fakt, że Gotreka wkrótce nie będzie w drużynie i o to czy dalej chcemy tworzyć taką drużynę, która zawsze ze wszystkiego się rozlicza, czy też taką, która w końcu zacznie współpracować dla wspólnego dobra, wspomagając się nawzajem, a nie obdzierając do ostatniego grosza… Prawdę mówiąc byłem święcie przekonany, że jak tego aroganta zabraknie, to bez jego kapryśnych i bezpodstawnych argumentów, drużyna będzie w końcu zadowolona z siebie i ze swoich działań… Podobnymi słowami zakończyłem kłótnię, prosząc Gotha i Ziriel o przemyślenie mych słów…

Od następnego dnia zacząłem studia nad „Błyskawicą”. Ciężka praca pozwalała mi tylko na spotkania z drużyną wieczorami i podsłuchania raportów ze spędzonych przez nich dni. Okazało się, że Gotrek nie zmienił zdania i postanowił odebrać magiczną nagrodę, którą ponoć miał ufundować sam Władca Mgieł i faktycznie nas opuścić. I dobrze… Jednak w posiadłości Namiestnika rozmawiał z najwyższą kapłanką Władcy Mgieł, niejaką Yisabel i niestety okazało się, że ową nagrodę otrzyma podczas naszego wspólnego spotkania z Mordrokkiem… Los bywa nieubłagany, sadystyczny i bezlitosny… Kapłanka ponoć dopytywała się jeszcze o Gotha, którego jak podejrzewamy nie żywi sympatią, bo wszyscy kapłani prawdziwych bóstw w tym mieście są wrogo traktowani.

Minęło kilka kolejnych dni, podczas których Ziriel wypytywała w wielu miejscach o Mordrokka i dowiedziała się, że ów może już mieć ponad osiemdziesiąt lat, zaś w ogólnodostępnych księgach i zapiskach w Ratuszu Mordrokk i Władca są przedstawieni jako dobroczyńcy tego miasta i obrońcy jego ludności… Istna groteska… W międzyczasie Goth wyruszył z Yoshim w podróż, gdzie miał poznać szlak prowadzący do Kuźni Dusz. Tak na wszelki wypadek.

Minęło kolejnych parę dni, aż wrócił kapłan. Tego samego dnia udaliśmy się do Pozamiasta, do maga Veskera, żeby Gotrek mógł zakupić czary. Spotkanie odbyło się dość spokojnie i w normalnej atmosferze, mimo okolicy, w której się odbyło i tamtejszego towarzystwa. Na drugi dzień podjąłem się pracy nad czarem „Kula Ognia”. W końcu po długich i intensywnych studiach mogłem z satysfakcją stwierdzić, że dwa nowe czary, które posiadłem przydadzą się drużynie na dalsze dni, tym bardziej, że Gotrek od niej odchodzi. Dzień przed spotkaniem z Mordrokkiem poczęliśmy się doń przygotowywać. Rzuciłem na siebie „Zbroję”, a Goth nas wszystkich pobłogosławił i ochronił mocą Lorsha. Przed północą następnego dnia udaliśmy się z Yamamoto i szesnastoma uzbrojonymi Tesijczykami do Przystani…

W nerwowym oczekiwaniu, we mgle nas otaczającej, napięcie się podnosiło… W końcu dźwięk podpływającej Smoczej Łodzi oznajmił nam, że Mordrokk przypłynął. Żołnierz w zielonej zbroi z łusek czekał na nas na końcu pomostu. Był sam… Wcześniej ustaliliśmy, że Adam swoimi telepatycznymi zdolnościami wyczuje intencje Mordrokka, a całą z nim rozmowę będzie prowadził kapłan. Przyjazne nastawienie przybocznego Władcy troszkę nas zaskoczyło, ale i uspokoiło. Gotrek po krótkiej wymianie słów odebrał z wnętrza łodzi swoją nagrodę, długi, zawinięty w płótno przedmiot. Po tym Goth przedstawił mu naszą propozycję…

Cóż za ironia… Mimo trzydziestu dni przygotowań, kłótni, okazało się, że Mordrokk chętnie podejmie z nami współpracę przy znajdowaniu kolejnych Amuletów-kluczy. Według niego, pokazaliśmy już jak silną i groźną jesteśmy drużyną, skoro zdobyliśmy już jeden amulet i dalej nosimy go przy sobie, w zdrowiu, poszukując następnych. Powiedział również, że zdradzi nam położenie trzeciego klucza, amuletu wody i do jego poszukiwań przydzieli najemników, którzy mają nam w tym pomóc. Sam nie mógł po niego wyruszyć, bo amulet znajdował się w miejscu, gdzie moc i magia Władcy Mgieł mogłaby być wykryta, a każdy, który ma z nią coś wspólnego, zabity… Trzeci amulet znajduje się na terenie Zaihary, miasta, którym włada Legat Burz, wróg Władcy Mgieł, Ifresh. Ponoć leży na dnie morza, w zatopionej Cytadeli Burz, do której można dostać się tylko za pomocą magii lub modłów kapłańskich. Znajdziemy go łatwo, ponieważ raz do roku w dniu pierwszego lipca, amulet rozbłyska silnym światłem. Do misji tej mamy więc prawie rok, a do współpracy dostaniemy trzech dobrze wyszkolonych najemników Mordrokka. Zgodziliśmy się na te warunki i spokojnie wróciliśmy do pokoju… Kolejnej kłótni o pieniądze i rozliczenie za przedmioty nie będę opisywał, bo na głupotę Gotreka nie ma już środków leczniczych…

Mogłem jeszcze obejrzeć dokładnie broń, jaką wręczył mu Mordrokk w nagrodę, ponoć od Władcy Mgieł, a była nią szabla. Ponoć dokładnie taka o jakiej zawsze marzył i jaką osobiście zaprojektował na Akademii podczas nauk. Dziwny zbieg okoliczności, ale jak ludzie z miasta mawiali, Władca widzi myśli każdego… Szpada nazywała się Alastor, była wykonana z Azurytu, który tak precyzyjnie i kunsztownie mogą wykuć tylko gnomy. Rękojeść wykonana była z kości wojownika Naurodorra, a chroniła posiadacza przed jakąkolwiek formą strachu. O samym legendarnym wojowniku później im opowiedziałem, bo żadne z nich nie miało wiadomości na ten temat. Na samym ostrzu wykute były dwa runy, pierwszy był Wolnym Runem Ochrony, na który Gotrek mógł nałożyć ochronny czar i uaktywnić go w walce, zaś drugi run wykraczał poza moją wiedzę i zapewne poza wiedzę un Nathreka. Długi czas zajmie mu poznanie jego mocy…

Wieczorem Tanako odprawił pożegnalną imprezę, na której było osławione i uwielbiane już przez rodzinę un Nathreków Koło Życia… Wtedy jakoś sumienie Gotreka nie ruszyło… Przy hucznej i dobrej zabawie, nawet Tanako rzucał toporami. Podczas „gry” uśmierciliśmy dwóch niewolników, a trzeciemu Tanako darował życie. Tak pożegnali swojego mistrza i reprezentanta domu Aragonisów, po czym wszyscy udaliśmy się na spoczynek…

Następnego dnia po Gotreka zjawił się Gordall… Pożegnałem go chłodno, z nadzieją, że już się nie zobaczymy…