Po turnieju spotkaliśmy się przed areną z Gotrekiem, który dołączył do nas po tym jak odebrał nagrodę. Razem z rodem Aragonisów udaliśmy się do naszej siedziby, aby tam świętować zwycięstwo. Na specjalnie zorganizowanej z tego tytułu biesiadzie wszyscy gratulowali Gotrekowi wspaniałej walki, a Tanako, dając wyraz swojej wdzięczności, opowiedział nam o pewnej osobie zwanej Kowalem Dusz. Kowal ten potrafił wykonać Run Zranień na broni, a za swe usługi nie pobierał żadnej opłaty. Aby przekonać go do wykonania runu trzeba przejść jakiś test, nazwany przez niego samego „Test duszy”. Podobno nie podołanie temu testowi kończy się utratą cząstki siebie. Nie wiedziałem co o tym myśleć, jednak postanowiłem spróbować w przyszłości udać się do tego kowala i być może udoskonalić moją wspaniałą, rodową broń. Zapewne pozwoliłoby mi to lepiej zapisać się w historii rodu un Nathrek.
Następnego dnia postanowiliśmy przedyskutować nasze dalsze plany. Spotkanie z Mordokkiem zostało umówione za dokładnie trzydzieści dni i miało się odbyć na przystani przy jeziorze, na którym stoi wieża maga. Zanim jednak zdołaliśmy porozmawiać, do siedziby Aragonisów przybył fechmistrz, szary ork Gordall, który miał szkolić Gotreka. Wyszliśmy wszyscy, aby usłyszeć co ma do powiedzenia i dowiedzieliśmy się, że Gotrek musiał rozpocząć szkolenie najpóźniej w ciągu dwóch lat. Po tym czasie oferta Zakonu Węży miała stać się nieaktualna. Ork jednak powiedział, że poczeka na niego miesiąc czasu w Mieście Mgieł, na wypadek gdyby zdecydował się wyruszyć od razu. Wykorzystując okazję zapytałem go, czy jest możliwość odbycia takiego szkolenia w zamian za opłatę, jednak odpowiedź była negatywna.
Po spotkaniu w orkiem powróciliśmy do naszego pokoju, aby kontynuować naszą rozmowę. A stała się ona bardzo burzliwa. Początkowo na moje pytanie, czy ktoś z drużyny ma plan, według którego mamy postępować z Mordrokkiem, nastała grobowa cisza. Tego też się spodziewałem, te młokosy jedyne co potrafią, to przekrzykiwać się w głupich pomysłach, a jak trzeba obmyślać strategię działania w poważnych sprawach, to tracą język w gębie. Jedynym, który cokolwiek zaproponował, był Adam, który powiedział, że według niego powinniśmy podczas spotkania zabić Mordrokka. Większość drużyny jak zwykle zaczęła się przekrzykiwać i krytykować te słowa, wyszukując setek przeciwności takiego działania, jednak nikt z nich w dalszym ciągu niczego rozsądnego nie proponował. Kolejnym rozwiązaniem, które tym razem przedstawił nam Radagast, było pójście na spotkanie z Mordrokkiem, a następnie, jak to ładnie określił, „pójście na żywioł”. Gdy to usłyszałem, nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy załamać. Okazało się, że wszystko co moja drużyna była w stanie wymyślić to „pójście na żywioł”. Wiedziałem, że nie pozostało mi nic innego, jak po raz kolejny przeprowadzić ich, niczym dzieci, przez czekające nas wydarzenia. Zabrałem głos i powiedziałem im co według mnie jest najrozsądniejszym rozwiązaniem. Zaproponowałem, abyśmy przez kolejny miesiąc postarali się zdobyć jak najwięcej informacji o tym Mordrokku i jeśli się nadarzy okazja, postarali się odebrać mu amulet. Jeśli jednak nie udałoby nam się to, to musimy pójść na spotkanie i postarać się z nim porozumieć i zaproponować wspólną wyprawę do Ogona Diabła. W ostateczności, gdyby Mordrokk próbował czegoś podczas tego spotkania, mieliśmy go zabić. Moi towarzysze w różny sposób zareagowali na te słowa. Jedni stwierdzili, że nie jesteśmy w stanie zabić Mordrokka, który najwyraźniej znajduje się pod opieką Pana Wieży, inni nie chcieli zawierać z nim żadnych układów, ale najbardziej zaskoczył mnie mój syn, który stwierdził, że zabicie tego wojownika będzie niepraworządne i on się z tym nie zgadza i nie ma zamiaru w tym uczestniczyć. Jednocześnie oświadczył, że on w takim razie wyrusza na szkolenie z fechmistrzem i mamy mu zwrócić należną mu część za Amulet-Klucz, który posiadamy. Muszę przyznać, że nie bardzo wiedziałem co mam mówić, a kolejne głupoty przelewały się przez usta mojego syna niczym rwący potok. Reszta drużyny próbowała z nim rozmawiać, jednak nie przynosiło to żadnego skutku. Uparł się niczym osioł i nie dał sobie niczego wytłumaczyć. W pewnym momencie moje nerwy puściły i powiedziałem mu, że może wyruszyć gdzie tylko ma ochotę, jednak niech nie liczy na nasze dalsze towarzystwo w przyszłości. Kłótnie trwały jeszcze sporo czasu, ale po swoim oświadczeniu Gotrek się więcej nie odzywał, co pozwoliło nam ustalić nasze działania. Ja miałem się udać z Yoshim w podróż na północ od Miasta, aby poznać miejsce, w którym przebywa Kowal Dusz, Din miał udać się na szkolenie w parowaniu do Mistrza Chin i tam postarać się wypytać o umiejętności Mordrokka, jakimi ten mógłby nas zaskoczyć w walce. Ziriel miała postarać się odszukać Mordrokka przy Pałacu Namiestnika, w którym podobno mieszkał, a Radagast miał poszperać w bibliotece na Uniwersytecie Olsterów.
Zgodnie z planem udałem się do podnóża Gór Sokolich i tam dowiedziałem się jak trafić do Kowala Dusz. Zapamiętałem to miejsce na przyszłość, aby wrócić tam w wolnym czasie z drużyną. Po powrocie dowiedziałem się od naszej drużyny jeszcze kilku ciekawych informacji. Okazało się, że dodatkową nagrodę za zwycięstwo w turnieju, którą był przedmiot magiczny od samego Władcy Mgieł, Gotrek miał odebrać od Mordrokka na spotkaniu, które wynegocjował dla nas Tanako. Z tego powodu Gotrek został niejako zmuszony do udania się z nami na spotkanie z Mordrokkiem, pomimo wcześniejszych zapewnień, że nie ma najmniejszego zamiaru tam iść. Natomiast informacje na temat samego Mordrokka, które zdobyła Ziriel, były nieco niewiarygodne. Podobno postać ta przewijała się w historii miasta już od ponad 70 lat, a każdy kto naraził się temu człowiekowi lub działał przeciwko Panu Wieży, ginął z jego ręki, bądź też żołnierzy Namiestnika. Większość z tego to były plotki i nic pewnego, ale mimo wszystko nie były to informacje, które poprawiły morale mojej drużyny. Ja jednak mimo wszystko cieszyłem się na myśl o czekającej nas być może walce.
Gdy nadszedł dzień spotkania, ustaliliśmy jeszcze ostatnie szczegóły. Zostałem też wyznaczony przez całą drużynę, abym przemawiał w ich imieniu, zdając sobie sprawę, że będzie to rozsądniejsze, niż gdybyśmy zaczęli tam się jeden przez drugiego przekrzykiwać. Na spotkanie wyruszyliśmy w obstawie kilkunastu wojowników rodu Aragonisów, którzy mieli w razie kłopotów służyć nam swoim orężem. Gdy dotarliśmy na miejsce, na zamglonej całkowicie przystani nie było jeszcze nikogo, więc w absolutnej ciszy czekaliśmy na nadchodzące wydarzenia. Po jakimś czasie usłyszeliśmy cichy plusk w wodzie oraz odgłos dobijania łodzi do przystani. Łódź była niezwykła, ponieważ nie miała wioseł, a poruszała nią jakaś magiczna siła. Była długa na 9 metrów, a oba jej końce były zakończone smoczymi łbami. Po chwili, gdy mgła nieco opadła, na końcu pomostu na jeziorze zauważyliśmy stojącą, zwróconą plecami do nas postać. Gdy razem z kompanami zbliżyliśmy się do niego, człowiek w zbroi z zielonych łusek, który okazał się być Mordrokkiem, odwrócił się i rozpoczęliśmy rozmowę. Pierwszy odezwał się Gotrek, który zapytał o swoją nagrodę. Mordrokk powiedział, że jest ona w łodzi, a Gotrek wszedł do niej i po chwili wyłonił się ze sporej wielkości skrzynią pod pachą. Nadeszła nasza chwila, więc przedstawiłem zgodnie z naszym planem propozycję, którą wcześniej uzgodniliśmy. Mordrokk początkowo niedowierzał, że posiadamy amulet, jednak, gdy mu go pokazałem, zgodził się, że powinniśmy połączyć nasze siły i postarać się odnaleźć pozostałe amulety. Nie wiedzieliśmy, że jest ich więcej, jednak nie dałem tego po sobie poznać i kontynuowałem nasze negocjacje. Ostatecznie ustaliliśmy, że ja oraz moi kompani, udamy się w podróż po trzeci amulet, który miał się znajdować w Zaiharze. Zaihara to Państwo-miasto, rządzone przez Legata Burz Ifresha, który to jest w konflikcie z Władcą Mgieł, dlatego jego słudzy nie mogą stamtąd wykraść Amuletu-klucza. Ustaliliśmy, że gdy uda nam się zdobyć Amulet Wody, wspólnie zdobędziemy ostatni, czwarty klucz i udamy się do Ogona Diabła. W naszej wyprawie mieli nam towarzyszyć trzej najemnicy, którzy mieli reprezentować Mordrokka. Gdy już wszystko było jasne wróciliśmy do siedziby Aragonisów.
Po tym wszystkim widziałem, że ze wszystkich zeszło napięcie, które towarzyszyło nam przez ostatnich kilkanaście dni i teraz każdy myśli tylko o czekającej nas wyprawie. Następnego dnia pożegnaliśmy Gotreka, który wyruszył z fechmistrzem na szkolenie w Lodowe Szczyty. Umówiliśmy się z nim, że spotkamy się w Zaiharze, gdzie ma przybyć po zakończeniu swojego szkolenia.