Kronika

Kroniki XXV: Kuźnia Dusz

Goth prowadzi drużynę w Góry Sokole do tajemniczego Kowala Dusz, licząc na wzmocnienie rodowego topora. Test duszy zmusza go do walki z własnym odbiciem, a run wyryty na broni staje się kolejnym krokiem ku większej chwale rodu un Nathrek.

2.05.2026 • Cad • Goth un Nathrek • Kroniki Gotha

Następne kilka dni upłynęło w spokoju. W naszym pokoju zastanawialiśmy się wspólnie co powinniśmy zrobić w najbliższej przyszłości. Ja obstawałem przy wyprawie do Kowala Dusz, bowiem chciałem udoskonalić swój rodowy topór. Radagast przebąkiwał coś o badaniach w laboratorium, które musiał przeprowadzić aby dokończyć jakiś swój eksperyment. Ziriel, Din i Adam zaś powiedzieli, że również chcą odwiedzić Kowala Dusz. Tak więc postanowiliśmy wspólnie wyruszyć w Góry Sokole, aby spotkać tą tajemniczą postać.

Podróż do podnóży gór trwała cztery dni. Tam, w wiosce zostawiliśmy swoje konie i resztę drogi pokonywaliśmy pieszo. Po dwóch dniach ścieżka doprowadziła nas do jaskini. Nad wejściem do jaskini wyryty był symbol młota i tarczy. Żadne z nas nie spotkało takiego symbolu, więc nie wiedzieliśmy co może oznaczać. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, weszliśmy do środka jaskini. W świetle lampy, którą odpaliłem, zobaczyliśmy, że jaskinia jest całkiem spora oraz posiada cztery wyjścia (w tym jedno wejście, którym przyszliśmy). Nad każdym z wyjść wyryty był symbol młota. Dwa boczne korytarze oznaczone były młotem z pozycji poziomej, natomiast korytarz naprzeciw wejściowego oraz jak się okazało korytarz wejściowy oznaczone były młotem w pozycji pionowej. Jedynym przedmiotem w jaskini był spory kamienny blok na środku pomieszczenia, na który padały promienie słońca przedostające się przez spory otwór w suficie.

Spodziewaliśmy się w jaskini spotkać kowala, więc trochę nas to wszystko zaskoczyło, jednak niezrażeni ruszyliśmy do korytarza naprzeciwko wejściowego. Okazało się, że korytarz ten prowadził do wyjścia z jaskini, a za nią biegła dalej ścieżka. Przed podążeniem nią postanowiliśmy sprawdzić pozostałe korytarze. W pierwszym, do którego weszliśmy, poczuliśmy smród zgnilizny. Zaniepokojeni powoli schodziliśmy po schodach, które napotkaliśmy w korytarzu. Po jakimś czasie smród nasilał się i nasze zaniepokojenie rosło. Na końcu schodów znajdowała się komnata z posadzką pokrytą jakimiś dziwnymi symbolami. Podejrzewaliśmy, że może to być pismo krasnoludzie, jednak nie to zwróciło naszą uwagę. Pod drugą ścianą pomieszczenia leżało ciało, które było przyczyną smrodu. Niepewni, czy czasami w pomieszczeniu nie ma pułapek, ostrożnie ruszyliśmy w kierunku ciała mężczyzny. Gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy, że człowiek ten starał się przebić przez ścianę komnaty. Po krótkich oględzinach okazało się, że człowiek ten zginął kilka miesięcy wcześniej i zabiły go trzy mini bełty, które musiały wylecieć ze ściany. Obok niego leżał młot i inne narzędzia do rozbijania ścian, a w ścianie ziała spora dziura, do której mógł się wczołgać człowiek. Radagast za pomocą czaru wyszukał przedmioty magiczne i jak się okazało broń tego człowieka, którą był miecz, posiadała w sobie magię. Zabraliśmy ten miecz i postanowiliśmy się wycofać z tego pomieszczenia. Nie wiem kim był ten człowiek, ale według tego co zobaczyliśmy chciał najprawdopodobniej wykraść cos z tej jaskini. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy zostawić to swojemu biegowi, a sami poszliśmy do drugiego korytarza w głównej Sali.

Okazało się jednak, że kilka metrów w głąb korytarza był on zasypany przez kamienie. Nie pozostało nam nic innego jak wyruszyć dalej ścieżką za jaskinię. Po kilku godzinach wędrówki ścieżka ta zaprowadziła nas do bardzo podobnej jaskini co wcześniejsza, jednak z niej prowadziło tylko jedno wyjście. Postanowiliśmy w niej odpocząć, ponieważ pora była już późna. Rankiem ruszyliśmy dalej na poszukiwania Kowala Dusz.

Minęliśmy jeszcze jedną pustą jaskinię, zanim dotarliśmy do tej właściwej. Gdy tylko do niej weszliśmy, poczułem dreszcz podniecenia. W jaskini stał człowiek ubrany w szarą szatę, która zakrywała jego twarz. Gdy się zbliżyliśmy, po kilku słowach powitania powiedział, że jeśli chcemy otrzymać run, musimy przejść test naszej duszy. Dowiedzieliśmy się również, że przegrana będzie kosztowała nas cząstkę siebie. Po tych słowach kowal wszedł do następnego pomieszczenia.

Spojrzeliśmy po sobie i widząc niezdecydowanie na twarzach moich towarzyszy pierwszy ruszyłem za Kowalem Dusz, którym ten musiał prawdopodobnie być. Gdy tylko przekroczyłem próg pomieszczenia, zobaczyłem po swojej lewej stronie wagę, a z przodu usłyszałem głos, który powiedział abym na wadze postawił jedną z cech, które sprawiają że jestem tak dobrym wojem. Mogłem zaryzykować swoją zręczność, siłę swoich ramion, bądź też moją kondycję fizyczną. Zaskoczył mnie ten wybór, przed którym stanąłem, ale po chwili zastanowienia powiedziałem, że wybieram mą zręczność. Gdy tylko to zrobiłem naprzeciw mnie stanął mój sobowtór z bronią gotową do uderzenia. Muszę przyznać, że na to nie byłem przygotowany, bowiem nie ma trudniejszego zadania niż walka z samym sobą. Zarówno ja, jak i mój przeciwnik znaliśmy wszystkie swoje mocne i słabe strony. Powiem tylko, że walka była zacięta, jednak to ja wyszedłem z niej zwycięsko.

Gdy tylko skończyłem walczyć ruszyłem w kierunku migającego światła z kolejnego pomieszczenia. Jednak zanim tam doszedłem na swej drodze napotkałem Ziriel i Dina. Byli bardzo poranieni, więc przystanąłem i razem z nimi pomodliliśmy się o uleczenie ich ran przez Lorsha. Gdy razem weszliśmy do następnego pomieszczenia, przy kowadle stał człowiek ubrany w fartuch ze skóry, chroniący przed iskrami, które spadały z wielkiego kowadła, na którym kuł swoje dzieła. Człowiek ten był bardzo wysoki, nie mogłem ocenić dokładnie, ale chyba był nawet wyższy ode mnie. Jego postura wzbudzała podziw w oczach moich towarzyszy. Kowal Dusz powiedział, abyśmy położyli swoją broń na skórze leżącej na ziemi. Oddaliśmy swoją broń i patrzyliśmy jak kowal bierze każdą po kolei i dokonując sobie znanego rytuału, kuje na nich specjalny run. To wszystko pamiętamy jak sen. Gdy kowal zakończył czynności związane z nałożeniem runu, oddał nam broń, a my niczym zaczarowani zawróciliśmy do wyjścia. Tam spotkaliśmy czekających na nas Adama i Radagasta, którzy powiedzieli, że nie było nas cały dzień i noc. I rzeczywiście po kilku chwilach poczuliśmy wszyscy niesamowite zmęczenie.

Gdy tylko odpoczęliśmy udaliśmy się powrotem do Miasta Mgieł. Po krótkiej dyskusji na temat naszych kolejnych losów postanowiliśmy poczekać tylko, aż alchemik wykona dla Ziriel specjalną maść na jej ciągle regenerującą się rękę, a następnie wyruszyć do Dirdighen, a potem na północ. Pożegnaliśmy się z Tanako i Yamamoto, dziękując za gościnę i wyruszyliśmy na szlak.