Kronika

Kroniki XVI: Śledztwo w Erdor I

Śledztwo w Erdor prowadzi od niepokojącego snu Radagasta przez miejskie kroniki, ciała pozbawione krwi i szalonego Rukiego aż do katakumb świątyni. Kradzież relikwii Azulda i przesłuchanie Perreza wskazują nazwisko Toriela.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Tej nocy miałem dziwny sen… Z początku potraktowałem go „machnięciem ręki”, ale później moje własne odczucia i wewnętrzny niepokój sprawiły, że postanowiłem go odnotować, uwzględniając każdy najmniejszy szczegół… To raczej wizja, przesłanie od samego Wilka, choć sam do końca nie wiem jak mam to rozumieć…


Radagast otarł spocone czoło. Spojrzał na rękę, drżącą, wychudzoną, zabrudzoną ziemią i krwią. Jego oddech pozostawiał opary, które już po chwili ulatniały się sprzed oczu. Serce biło mu szybko i nierównomiernie, a kasłanie nie pozwalało się uspokoić. Adrenalina wrzała… Płuca paliły, od ostrego i gorącego powietrza… Spojrzał na bitwę poniżej pagórka, na którym stał. Zobaczył Dina w ostatniej chwili unikającego pchnięcia, którym jego przeciwnik miał zakończyć pojedynek, ale nie zauważył innego, szybko podkradającego się od tyłu…

– Nieeeee!!!! – krzyki nekromanty cichły w zgiełku bitwy. Din też ich nie usłyszał, instynktownie tylko, jakby kierowany przeczuciem, spojrzał w kierunku wrzeszczącego Radagasta, ale już po chwili chwycił się za gardziel bezskutecznie starając się zatamować krwotok… Szyja trysnęła fontanną ciemnej krwi. Dinowi momentalnie pociemniało przed oczami i jedyne co mógł zrobić, to upaść na kolana i umrzeć. Radagast pospiesznie wyciągnął malutką kulkę zbitej siarki, jednocześnie inkantując zaklęcie… Kątem oka widział leżące, martwe ciało Dina, wokół którego momentalnie utworzyła się kałuża krwi.

– UnLahasssaamn, El HizaamTa Ra Inn… – pospiesznie wymawiał słowa zaklęcia, kreśląc jednocześnie skomplikowane figury i znaki w powietrzu. Jego wzrok skupiony był na wojownikach, którzy powalili Dina, a teraz jakby zmęczeni kierowali się na wzgórek, na którym stał. – …smna La Ish Karhaa!!!! – poczuł jak siła całego wszechświata przenika jego ciało, a energia, którą zgromadził wprawia go w euforię. Lubił to uczucie… Powoli, wypuszczając oddech, rozkładał ręce, jak gdyby niósł wielką tacę z owocami, tyle że zamiast niej w powietrzu uformowała się ognista kula… Jej powierzchnia falowała, a płomienie tliły. Przypominała malutkie słońce uchwycone w szczelnie zamkniętej, przezroczystej kuli. Mordercy Dina zbyt późno zorientowali się w zamiarach maga i kiedy ten wypuścił kulę, było już za późno… Płonąca sfera objęła ich ciała, a wysuszone ubrania szybko zajęły się ogniem. Radagast z nienawiścią w oczach patrzał, jak dwa płonące ciała biegały jeszcze przez chwilę, po czym upadły, wijąc się w agonii. Ich krzyki pozostały głuche…

– Szybko Radagaście, musimy mu pomóc! – Ziriel przebiegła obok maga, kierując się w dół zbocza, gdzie bitwa miała swoje epicentrum. Radagast jakby ocucony okrzykami swej zbiegającej przyjaciółki spojrzał w tamtym kierunku. Pośród pożogi i setek ciał, na spalonej ogniem i zalanej krwią ziemi, rozgrywała się bitwa… Nie, to była wojna…

Goth był już ciężko ranny, kiedy dobiegło doń jeszcze dwóch, cieknących krwią wojowników. Starli się z olbrzymim kapłanem, bez żadnego okrzyku, w milczeniu, po którym myśleli, że zaskoczą rosłego i doświadczonego woja.

– Boże wejrzyj na mnie, kiedy stanę u Twego boku…! – Goth wykrzykiwał modlitwę, dzielnie odpierając ataki wrogów. – …Spraw, by moi wrogowie zginęli od mego oręża, a ich śmierć przyniosła mi siłę…!! – Ziriel biegła najszybciej jak mogła. Zręcznie mijała grupy walczących, starając się przy tym nie potknąć o sterty martwych wojowników. Zaczynała już słyszeć wznoszącego modły kapłana i przyspieszyła tempa. Wiedziała, że chorowitemu magowi, o ile w ogóle przybędzie, zajmie to znacznie więcej czasu. Teraz jedyną pomocą dla Gotha była tylko ona. – …Oceń mój bój w Twoim imieniu i daj stanąć przy Twoim tronie…!!! – Okrzyki kapłana były coraz głośniejsze, a siła tych słów wprawiała przeciwników w zastój, przez co Goth zyskiwał na czasie, by szybciej wyprowadzać mordercze uderzenia.

– Tęskniłeś za mną?! – Ziriel pchnęła napastnika od tyłu, zadając mu śmiertelny cios. Goth kątem oka zauważył przyjaciółkę, co wzmocniło jego ducha walki. Odpierając ciosy i atakując stanęli do siebie plecami, chroniąc się wzajemnie. Wokół nich utworzył się krąg zażarcie napierających przeciwników. Ich liczba wydawała się nie mieć końca, a gdy jeden padał martwy, jego miejsce zastępował następny, walcząc jeszcze bardziej zaciekle.

– Gdzie ten przeklęty mag?! – Goth zapytał Ziriel, ale oboje znali odpowiedź… Radagast biegł słaniając się na nogach. Jego serce miało wyskoczyć z klatki piersiowej, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Próbował stanąć i odpocząć chwilę, ale wdychane powietrze paliło jego płuca. Krew ciekła mu po twarzy, a rana na czole parzyła. Zrobił krok naprzód, po czym upadł bez sił…

– Jeszcze parę metrów… – szeptał do siebie. – …dasz radę, wstawaj! – chwiejnym krokiem ruszył w kierunku otoczonych przeciwnikami przyjaciół. Resztkami sił majaczył słowa zaklęcia, omackiem szukając w sakiewkach przydatnego składnika. Słaniając się na nogach kreślił znaki, ale twardo podążał w kierunku kręgu przeciwników.

– …sharm AlLiia!!! – Mag zakończył inkantację. – Przywitajcie się ze Światem Umarłych… – uśmiechnął się szyderczo, ale gdy już miał wypuścić śmiertelne zaklęcie poczuł ukłucie w piersi… Zaskoczony i otumaniony spojrzał na bełt i szybko rozpływającą się krew po jego koszuli. Czuł jak siły całkowicie go opuszczają, a świat wokół zaczyna wirować. Gdzieś przed nim Goth wznosił swe modły, a wojowniczka Ziriel dźgała sztyletami napierających przeciwników, ale nie on… Nie Radagast…

– Gdzie teraz jesteś, kiedy Cię potrzebujemy?! – wysapał, jak gdyby do siebie, bo wiedział, że i tak nikt go nie usłyszy. – To nie tak miało się skończyć!!! – jego jęki wzbiły się w powietrze, przeszywając echem całą dolinę. Przed oczami obraz walki zaczął ciemnieć, ale Radagast dostrzegł jeszcze, jak Goth biegnie w jego kierunku i krzyczy coś… Jakieś słowa… Modlitwy… Ale ich znaczenia już nie zrozumiał…. Upadł na ziemię….

Szorstki język lizał jego policzki, a temperatura ciała znacznie się obniżyła. Radagast ocknął się po chwili. Przed nim stał biały zwierz. Z początku mag przestraszył się, lecz po chwili jego oddech się uspokoił, a czarodziej poczuł ulgę i ukojenie… Wielki, długowłosy, śnieżnobiały wilk siedział spokojnie i czekał. Przez chwilę Radagast wpatrywał się weń z zaciekawieniem, ale już po chwili jego uwagę przykuła postać wyłaniająca się z oparów chłodu, tuż zza siedzącego wilka. Nawet do głowy magowi nie przyszło biec dalej z pomocą do swoich przyjaciół, patrzał tylko na olbrzymiego wojownika, który całym swoim majestatem przykuł jego uwagę. Mężczyzna stanął nad nim i uważnie mu się przyglądał. Mag poczuł się jak mały chłopiec, tuż przed karą, wymierzoną przez ojca… Mąż był dobrze umięśniony i potężnie zbudowany. Tors miał nagi, pokryty niezliczonymi, błękitnymi bliznami. Nadgarstki, jak i pas przewinięte były śnieżnobiałym futrem o krótkim włosiu. Jego twarz była dojrzała, a mina groźna. Ale czarodziej nie umiał jej rozpoznać, ani tym bardziej zapamiętać jej rysów. Wiedział tylko, kto przed nim stoi…

– Pamiętaj o mnie, jak ja o Tobie, poprzez Gotha, zawsze pamiętam… – głos tysiąca śnieżnych lawin zagrzmiał w głowie Radagasta. – Idź i staw im czoła, a droga do świetności będzie przed Tobą stać otworem. Dla każdego jest miejsce…!!! – jak ujadanie wilków słowa wyły w skroniach czarodzieja…

Chwilę jeszcze Radagast wpatrywał się w odchodzącego wojownika, miał tyle pytań bez odpowiedzi. Wilk parsknął i też czmychnął za swoim panem… Powietrze ociepliło się znaczniej, a mag dalej siedział na ziemi i tępo wpatrywał się w postać nadbiegającego doń Gotha, która zlała się z odchodzącym Bogiem…

– Nic Ci nie jest?!! – Goth pochwycił wiotkie ciało Radagasta. – Wyjdziesz z tego, On Cię uratuje…!!! – kapłan z przejęciem patrzał we wbity w pierś czarodzieja bełt i krew wypływającą z ust nekromanty. Zaczął wznosić modły…

– Przyszedł do mnie… – mag z trudem wypowiadał słowa. – Lorsh… Przyszedł do mnie… – końca tej modlitwy Radagast już nigdy nie doczekał…


Tego ranka udaliśmy się do medyka, do szpitala miejskiego, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o wydarzeniach z przeszłości. Mną cały czas targały uczucia spowodowane snem zeszłej nocy. Nie dawały mi spokoju, może czas bym zwrócił się ku bogu?... Niestety w szpitalu medyk przeprowadzał operację, tak więc umówiliśmy się na późniejszą godzinę, a sami postanowiliśmy nie tracić czasu i szukać sierżanta, który prowadził wtedy śledztwo dotyczące ataku na świątynię Lorsha. W rozmowie z innym wojskowym okazało się, że takowy jest na emeryturze i mieszka za miastem, a za odpowiednią opłatą sierżant Torn miał zebrać dla nas informacje dotyczące jego obecnego pobytu. Wróciliśmy więc do medyka. Okazało się, że pracował on wówczas jako lekarz wojskowy, kiedy doszło do morderstw na mieszkańcach. Ofiarami byli różni, niezwiązani ze sobą ludzie, z różnych miejsc, ale wszyscy z dzielnicy Niskiego Miasta. Poproszony, medyk obiecał na drugi dzień przejrzeć swój dziennik i dać nam znać.

Tego samego dnia Goth udał się jeszcze do świątyni, a my w spokoju oczekiwaliśmy wieczoru. W gospodzie wydawało mi się, że ktoś nas uważnie obserwuje, ale po chwili wyszedł i jak się później okazało już więcej się nie pojawił, więc moje podejrzenia rozmyły się. Wieczorem poszliśmy na posterunek i umówione spotkanie z sierżantem. Torn powiedział nam, że sprawą kapłanów zajmował się Ruki, ale ponoć postradał zmysły i odesłali go na emeryturę. Stało się to kilka lat temu, gdy okazało się, że żona Rukiego nie żyje, a jej rozkładające się i śmierdzące ciało znaleźli sąsiedzi. Zarzucono mu wtedy, że udusił żonę, ale nigdy nie udowodniono winy. W czasie prowadzenia sprawy kapłanów był bardzo agresywny i skory do bójek, więc odsunięto go od sprawy, a akta utajniono. Po sprawie z żoną odesłano go na emeryturę, a on sam bez zmysłów zamieszkał u rodziny za miastem w wiosce Ard. Sierżant Torn powiedział nam jeszcze, że parę tygodni po mordzie w świątyni, do miasta przybył oddział Wilków z Adberheim, którego zadaniem było dojść prawdy o tej tajemniczej napaści, mordach i zbezczeszczeniu świątyni.

Następnego dnia, bez Gotha, który nie wrócił jeszcze ze świątyni, wróciliśmy do medyka. Ten opowiedział nam, że w tamten czas znaleziono dwanaście ciał i to on dokonywał sekcji zwłok. Wszystkie ciała były bez krwi, a na nich znaleziono ślady zębów, jak gdyby sprawcami tych mordów miały być wampiry… Na szczęście dla nas, medyk powiedział, że przy sekcji ostatnich dwóch ciał doszukał się maskarady. Mianowicie według jego wiedzy, rany po ugryzieniach były sztuczne, co oznaczało, że ktoś próbował zwalić robotę na wampiry, a wnioski swe z tych sekcji umieścił w protokole. Niestety nie wiedzieć czemu, raport ten został odrzucony przez jego ówczesnego przełożonego, oficera wojskowego, i wszystko zwalono na działalność wampirów…

Wszyscy się zgodziliśmy, że było to i jest wielce podejrzane, i wygląda na to, że ktoś starał się zatuszować jakieś niewyjaśnione działania. Podobnie jak sprawa sierżanta Rukiego, jego stanu psychiki, niewyjaśnionej śmierci jego żony i wcześniejszej emerytury… Cuchnie z dala padliną…

Zapytałem medyka czy można „podrobić” efekty wampiryzmu i o dziwo okazało się, że tak… Takie pozbawienie krwi może być dokonane za pomocą odpowiedniej aparatury, dość drogiej, i obsługiwanej przez fachowca. Jest to trudne, skomplikowane i czasochłonne, ale możliwe. Wiedzieliśmy, że wszystkie ofiary zginęły w tym samym czasie, więc taka operacja wymagałaby wielu aparatów i fachowców, chyba że tylko te dwie ofiary były ofiarami maskarady. No cóż… Mimo wszystko sprawa była dziwna i moim zdaniem grubymi nićmi szyta…

Wróciliśmy do karczmy, w której czekał już na nas Goth. Miałem ochotę opowiedzieć mu o mojej nocnej projekcji, ale postanowiłem zatrzymać obraz dla siebie, a zapytać o wiarę i religię Lorsha. Sam musiałem uporać się z sensem tego snu i ewentualnym przesłaniem, jakie mi przyniósł… Musiałem sam to przemyśleć…

Tymczasem kapłan opowiedział nam dość ciekawe wydarzenia ze starożytnej historii. Ponoć na ziemiach północnej Tragonii, przed przybyciem tu Zanzibarru, żyła kiedyś półboska istota o wielkiej mocy, której armie siały wielkie zniszczenie. Nazywał się Azuld i był on wielkim wrogiem wyznawców Lorsha. Był synem pradawnego boga Zaltazara, pana zbrodni. Jednak został przez nich zniszczony, jego ciało poćwiartowano, a kawałkami nakarmiono Śnieżne Wilki, potężne istoty, broniące wtenczas świątyń Lorsha. Przez to zyskały one część mocy półboga, a same stały się Wilkami Mrozu, awatarami, istotami znacznie potężniejszymi, które do teraz służą tylko najwyższym kapłanom Lorsha. Jedyną częścią, jaka została po rozćwiartowanym Azuldzie, była jego dłoń, która z czasem stała się relikwią i jak się okazało przechowywana była w świątyni Lorsha w Erdor. Ona też została skradziona podczas napaści na świątynię, a te wiadomości utwierdziły nas tylko w przekonaniu, że napaść na świątynię na tle religijnym, była tylko przykrywką. Prawdopodobnie chodziło o samą relikwię, a śmierć kapłanów i próba zrzucenia winy na wampiry miały być tylko tłem zamazującym prawdziwy charakter tamtej zbrodni…

My też opowiedzieliśmy Gothowi o naszym śledztwie i wspólnie postanowiliśmy, że pójdziemy popytać tutejszych wyznawców Lorsha o ich zdanie na temat tamtych wydarzeń. Nazwiska tych osób Goth zdobył z księgi ze świątyni. Od małego kręgu wiernych dowiedzieliśmy się, że tamtego dnia zamordowano trzech kapłanów, a jednego okaleczono. Był nim owy ślepiec, który po naszej wizycie rzucił się ze skały… Po tym wydarzeniu wierni wysłali list do świątyni Wilka w Adberheim z prośbą o pomoc, stąd oddział Wilków, o którym wcześniej się dowiedzieliśmy. W międzyczasie wiernym i prowadzącym śledztwo udało się dowiedzieć, że sprawcami napaści byli wyznawcy Richitera, tego psa, bo ponoć znaleziono jego symbol w pobliżu świątyni. To także zaprotokołowano w aktach sprawy. Wtedy śledztwo to już prowadził starszy sierżant Perrez, który już z góry założył, że to napaść na tle religijnym… Inni wierni kojarzyli te mordy z morderstwami na dwunastu osobach, jako akcja jakiegoś czarownika, albo faktycznie samych wampirów. Czarodziej, który pomagał wówczas w śledztwie stwierdził, że jeśli byłyby to wampiry, to mogły później chcieć się wzmocnić… Dlatego zabiły dwanaście osób… Strasznie to wszystko zagmatwane…

Później w mieście zjawiły się woje Lorsha i chcieli wejść do katakumb, ale omamieni wersją z wampirami, szybko wyjechali kończąc śledztwo… Tak mijały lata bez wyjaśnień, podczas których do świątyni całkowicie zaprzestano przychodzić, a okaleczony, stary kapłan, został całkowicie sam… Jeden z wiernych, zapytany o Rukiego, powiedział nam, że wtedy był on zastępcą Perreza. Tak więc tego samego dnia postanowiliśmy odwiedzić obłąkanego emeryta.

Pod wieczór byliśmy już we wiosce, a na drugi dzień pod domem Rukiego. Faktycznie okazał się wariatem, a Gotha uznał za swojego porucznika. Bełkotał coś o człowieku krwi, który wyszedł z krwawiącego ołtarza. Zabił kapłanów i wypił ich krew. Adam, który czytał w myślach Rukiego, przerwał tą bezowocną rozmowę. Nasz tajemniczy kompan powiedział nam, że widział obrazy w głowie Rukiego. Widział jak Perrez i Ruki spotkali się z kimś w karczmie „Wesoły Wisielec”, gdzie nieznajomy typ dziękował im za zwalenie wszystkich wydarzeń na wampiry. Ponoć nieznajomy mógł być z wywiadu królewskiego. Mało tego, uczucia i myśli Rukiego zdradziły, że bał się on Perreza, bo ten był zdolny do wyrządzenia krzywdy jemu i jego żonie. Kiedy Adam nam to opowiedział, zaczęliśmy wysnuwać kolejne wnioski i powoli sprawy stawały się dla nas jaśniejsze… Postanowiliśmy odwiedzić innych wyznawców Lorsha i wypytać o Perreza.

Szczęściem w Erdor trafiliśmy na Adriana, strażnika miejskiego, gorliwego i lojalnego wyznawcę Lorsha. Obiecał spotkać się z nami w gospodzie „Pod Spaloną Czarownicą” i opowiedzieć wszystko co wie o Perrezie. Rankiem wziąłem się na odwagę i przełamałem swoje osobiste opory. Poprosiłem Gotha o rozmowę na temat wiary i religii Lorsha. Ten był dość zdziwiony i zaskoczony, mimo to chętnie udzielał mi odpowiedzi i tłumaczył sam sens wiary. Wszystko to dla mnie jest nowe, ale odczucia mówią, że wypełni to moją pustkę, ale czy zostanę zaakceptowany? Czy moja dziedzina i wiedza nie będą kolidować z wiarą w tak charakterystycznego Boga? Czy z czasem nie dojdzie do kolizji pomiędzy moimi skrytymi pragnieniami, a Lorshem, który wskazuje nam drogę? Ponoć dla każdego jest miejsce… Ale czy mag i nekromanta też je może „tam” znaleźć? Dręczący się tymi pytaniami, bez szans na odpowiedzi, postanowiłem wsłuchać się w głos naszego kapłana i znaleźć wewnętrzny spokój…

Około południa poszliśmy do karczmy na umówione spotkanie z Adrianem, który opowiedział nam, że porucznik Perrez często przebywa w gospodzie „Pod Jadłem i Sadłem”, gdzie zapija się do nieprzytomności. W pracy zaś jest skurwysynem, sadystą i oprawcą, który znęca się nad podwładnymi. Można powiedzieć, że opis myśli sierżanta Rukiego pasował do jego profilu… Resztę dnia spędziłem nad swoimi badaniami, Goth wrócił do opuszczonej świątyni, a Ziriel z Dinem poszli na przeszpiegi do „Jadła i Sadła”. Po południu, po powrocie naszego kapłana, dalej zagadnąłem go o prawa wiary w Lorsha i jego przykazania. Z chęcią i nieukrywaną wyższością udzielał mi informacji i swych mądrości. Nie chciałem nawet kłócić się z nim o jego zadufane i aroganckie zachowanie, bo jakoś zacząłem się przyzwyczajać – te typy tak mają…

Później wraz z Dinem poszliśmy do miejscowego nekromanty, gdzie doszliśmy do porozumienia w sprawie sprzedaży magicznego miecza, który był w naszym posiadaniu, i umówiliśmy się za dwa dni. Wieczorem spotkaliśmy się ponownie z Adrianem. Powiedział nam, że Perrez wplątany jest w przestępcze sprawki i intrygi i ponoć ochrania bandytów zwanych Mackami Nocy… Ponoć pobił kiedyś młodzika, który nakrył go na cmentarzu podczas interesu z jakimś magiem, a cały czas ktoś okrada i plądruje tutejsze groby… Mówi się, że niecny porucznik współpracuje też z królewskim wywiadem… Tyle informacji zdobył dla nas Adrian, które ukazały nam prawdziwe oblicze porucznika Perreza i jego mrocznych machlojek. Przekonało to nas, że najwyższy czas dobrać mu się do krtani…

Po spotkaniu z Adrianem Din i Ziriel poszli śledzić Perreza, a ja z Gothem wróciliśmy do karczmy, do naszych duchowych rozmów… Z każdą chwilą moja ciekawość i chęć poznania tej specyficznej i bogatej religii była coraz silniejsza. Słowa Gotha wpływały na mnie kojąco i łechtały moją nieograniczoną ciekawość. Moje myśli powoli układały się w kolejności, bez błądzenia i plątania się. Powiedziałem wtedy sobie, że nadszedł czas, by zwrócić się ku Bogu, bo być może On też będzie miał wpływ na moją magię i naukę o mocy…

Rankiem pierwszy stawiłem się do porannej, wspólnej modlitwy. Wszyscy byli zdziwieni i nawet zaczęli zadawać dziwne pytania. Faktycznie moje relacje do Lorsha i jego wiary uległy raptownym zmianom, ale czy nie powinni się cieszyć? Czy kapłan nie powinien uśmiechnąć się z dumy, że ktoś „dołączył”? No cóż… Przestało mnie to interesować…

Ziriel i Din opowiedzieli o śledztwie i zachowaniach Perreza. Następnie zbadaliśmy okolice karczmy, w której często gościł porucznik i ustaliliśmy plan działania. Jednak tej nocy Perrez się nie zjawił…

Następnego dnia poszedłem do nekromanty zakończyć interesy. Dzięki wspólnym uzgodnieniom i chęciom sklepikarza, sprzedałem mu magiczny miecz, który wspólnie zdobyliśmy z drużyną i w zamian otrzymałem kolejne czary, których treści i moce mają dla mnie znaczną wartość. Nie mogłem się doczekać chwili spokoju, żeby zacząć nad nimi badania i naukę. Tego wieczora zrobiliśmy drugie podejście na Perreza…

Wszyscy zajęliśmy odpowiednie pozycje i już po kilkunastu minutach oczekiwań wpadła Ziriel, a za nią zwabiony, pijany porucznik. Momentalnie utkałem ”Widmową Dłoń”, a na nią nałożyłem ”Dotyk Ghula”. Kiedy nasza wojowniczka minęła mnie, utkałem ”Pajęczynę”, w którą wplotło się dwóch pierwszych towarzyszy Perreza, goniących Ziriel. Kolejna dwójka widząc, że to zaplanowana pułapka, odwróciła się chcąc uciec, ale ich drogę zagrodzili im Din i Adam, rzucając się do ataku. Zaraz na początku, potężnymi ciosami Din i walczący przy mnie Goth powalili po jednym ze znajomych Perreza. Ja swoją Dłoń skierowałem do ataku na Perreza, jednak pod wpływem walki i adrenaliny, oparł się magicznemu paraliżowi, ale otrzymał sporą ranę. Kolejnym jednak atakiem unieruchomiłem porucznika, a już po chwili Ziriel i reszta zaczęli go wiązać. Pozostałe ciała jego martwych towarzyszy wciągnęliśmy do opuszczonego domu, który wcześniej przygotowaliśmy do przesłuchania pojmanego Perreza.

Od przesłuchania zaczął nasz kapłan… Widać było, że porucznik jest ciężko już ranny, a Goth strasznie długo informował go o jego obecnym, jednoznacznym położeniu i dość ciężkiej sytuacji. Troszkę nerwy i zniecierpliwienie dało mi się we znaki i postanowiłem przejąć inicjatywę… Niestety plan się nie udał… Kolejne moje zaklęcie doprowadziło Perreza do stanu ciężkiej agonii i jedyne, co mogliśmy zrobić, to patrzeć jak porucznik umiera. Goth próbował go jeszcze uleczyć, ale bezskutecznie. Resztkami sił umierający porucznik wyszeptał nam dwa słowa: „…Toriel, Wesoły…”, po czym skonał… Adam poinformował nas, że w umyśle umierającego Perreza dojrzał twarz tego Toriela, siedzącego w karczmie „Wesoły Wisielec”, tak więc mieliśmy kolejny trop… Dla pewności poderżnąłem Perrezowi gardło, a nasz drużynowy „rzeźnik” Din dołożył od siebie kilka uderzeń mieczem. Nie bardzo wiem, dlaczego to zrobił, ale podejrzewam, że Din ukrywa jakieś chore zboczenia i swoją własną zgniliznę moralną, która czasami wymyka mu się spod kontroli i wychodzi na jaw…

Cichaczem opuściliśmy dom i wróciliśmy do karczmy. Po porannej mszy Goth zapytał Adriana, jednego z wiernych wyznawców w Erdor, o Toriela i dowiedzieliśmy się, że ponoć jest oficerem tajnych służb królewskich i musimy na niego bardzo uważać.