Kronika

Kroniki XXXVI: Zaihara i Demonolog I

Droga do demonologa Astimmora prowadzi Gotha przez rozbity wóz, stalowego sowiniedźwiedzia i kłótnię z Radagastem pod wieżą na morzu. W Zaiharze okazuje się jednak, że większym problemem od klątwy nekromanty jest rozbita siatka Mordrokka i więzień Orkan Kazar.

2.05.2026 • Cad • Goth un Nathrek • Kroniki Gotha

Po ponownej wizycie w Zaiharze, postanowiliśmy udać się wprost do demonologa. W trakcie jednej z rozmów przy stole w gospodzie, karczmarz podsłyszał jak wymawialiśmy imię Astimmora i ostrzegł nas, że jest to bardzo niebezpieczny człowiek. Podobno jeden z jego ludzi kontaktuje się z karczmarzem we Wronim Oku, gdzie kupuje żywność. Póki co nie mieliśmy ochoty na zwiedzanie kolejnej karczmy, tak więc po zaopatrzeniu się w racje żywnościowe ruszyliśmy w drogę.

Podróż wzdłuż wybrzeża nie była przyjemna, od strony morza wiał spory wiatr, który utrudniał przemieszczanie się. Nasz pierwszy postój odbył się na skraju lasu, który mieliśmy przebyć. Podczas warty z Gotrekiem usłyszeliśmy z głębi lasu przeraźliwy ni to pisk ni to ryk. Spojrzeliśmy po sobie, ale żaden z nas nie wiedział co mogło wydać taki odgłos. Sprawa wyjaśniła się następnego dnia. Ziriel co jakiś czas sprawdzała czy ktoś podróżował przed nami ścieżką i rzeczywiście przed nami jechał ktoś wozem, jednak jak się okazało jego podróż zakończyła się przedwcześnie. Po kilku godzinach podróży zobaczyliśmy na szlaku rozwalony wóz i porozrzucane koło niego ciała. Ziriel zbadała ślady i powiedziała, że coś wielkiego i ciężkiego wypadło z lasu i uderzyło w wóz kompletnie go niszcząc. Później bestia ta rzuciła się na ludzi i porozrywała ich ciała. Nie wiedzieliśmy co za zwierzę jest w stanie coś takiego zrobić, jednak jego siła musiała być ogromna.

Zostawiliśmy ciała w spokoju i ruszyliśmy dalej, ale nasza czujność została dodatkowo wzmocniona. Okazało się, że to być może uratowało nam życie. Po jakimś czasie usłyszeliśmy jak coś wielkiego przedziera się przez las w naszym kierunku. Nie zwlekając pomodliłem się do Lorsha o wzmocnienie mnie przed walką i obróciłem konia w tym kierunku z toporem w ręce. Niestety dla mojego bojowego rumaka potężny sowiniedźwiedź zaszarżował właśnie na niego.

Sowiniedźwiedź ze stalowym pancerzem

Po tym uderzeniu wyleciałem z siodła i przekoziołkowałem kilka metrów dalej. Walka rozgorzała na dobre. Spodziewałem się szybkiego jej zakończenia, biorąc pod uwagę naszą przewagę liczebną i arsenał umiejętności, jednak srogo się przeliczyłem. Gotrek wzniósł się w powietrze i zaczął razić bestię „Błyskawicami”, Radagast odjechał kilkanaście metrów i z bezpiecznej odległości rzucał swoje czary, natomiast Ziriel i Din rozpoczęli walkę wręcz. Spodziewając się, że walka zaraz dobiegnie końca, pomodliłem się do Lorsha o karzące płomienie, aby spopieliły tą istotę, jednak ani pierwszy, ani nawet kilka następnych „Słupów ognia” nie odniosło zamierzonego efektu. Zacząłem podejrzewać, że bestia jest odporna na magię, więc wyszukałem wzrokiem mój topór i ruszyłem do boju wznosząc pieśni do Lorsha. Przybyłem w dobrym momencie, ponieważ Din i Ziriel byli już nieźle poranieni. Uderzyłem z furią w sowiniedźwiedzia, jednak mój topór zetknął się z jakimś metalem w ciele bestii. Zrozumiałem, że samą siłą nie uda mi się jej pokonać, toteż zacząłem szukać jej słabych punktów. W trakcie walki sowiniedźwiedź trafił we mnie kilkoma ciosami, gdyż starałem się chronić Dina i Ziriel, jednak zrozumiałem, że do wygrania tej walki będę potrzebował innego wsparcia. Wycofałem się na chwilę i wyciągnąłem pergamin z Modlitwą o uleczenie moich ran. Po chwili moc Lorsha wpłynęła do mnie i uleczyła zranienia, a gdy tylko to się stało wypowiedziałem słowa w języku Zanzibarru aktywujące moc amuletu, który nosiłem na szyi. Od razu rzuciłem się do walki, ponieważ wiedziałem, że nie mam dużo czasu. Jako że nie musiałem martwić się obrażeniami, przed którymi broniła mnie moc amuletu, miałem czas, aby solidnie przycerować w jedną z kończyn bestii. Po pierwszym ciosie łapa sowiniedźwiedzia została odrąbana, po kilku następnych bestia leżała u moich stóp.

Kilka chwil po zakończeniu walki nadszedł czas spłaty za użycie Amuletu Cieni. Przez moje ciało przebiegł ogromny ból i czułem jakbym był rozrywany od środka. Jednak nie chciałem pokazać słabości po sobie i chwilę później leczyłem moich towarzyszy, którzy również byli nieźle pokiereszowani. Po walce odpoczęliśmy i udaliśmy się dalej w podróż.

Jakiś czas później dotarliśmy do Wzgórza Męki. Już wcześniej czuliśmy smród zgniłych ciał, które ukazały nam się po wejściu na owo wzgórze. Stało na nim dwanaście pali, na których nabite były ciała złoczyńców. Nie przejąłem się tym zbytnio, gdyż spotkał ich zasłużony los. Ze wzgórza mogliśmy zobaczyć morze i wieżę, w której mieszkał demonolog. Stała ona jakieś 300 metrów od brzegu, a naokoło niej można było dostrzec wraki statków, które pomyliły drogę i zamiast do Zaihary skierowały się w te rejony. Czym prędzej udaliśmy się w jej kierunku.

Gdy stanęliśmy na plaży, uzmysłowiliśmy sobie, że dotarcie do wieży może być bardzo ciężkie. Fale były spore i z głośnym hukiem rozbryzgiwały się o wystające z wody skały. Zaproponowałem, aby Gotrek i Radagast za pomocą magii dolecieli do wieży, a my poczekamy na nich na plaży. Tak też zrobiliśmy, jednak gdy tylko magowie wzbili się w powietrze, z wieży wyleciała jakaś przeźroczysta bestia i zaczęła krążyć naokoło wieżycy. Gdy tylko nasi magowie zbliżyli się do wieży, ktoś wystrzelił w ich kierunku z kuszy, a latająca bestia zaczęła pikować w ich kierunku. Sytuacja ta ponowiła się jeszcze dwa razy, aż w końcu Radagast z Gotrekiem wrócili do nas.

Widziałem, że mag nie ma pomysłu co zrobić, jednak nie chciałem się wtrącać w sposób w jaki się skomunikuje z demonologiem. Po krótkiej rozmowie Radagast powiedział, że nie ma pojęcia co dalej robić i postanowiliśmy rozbić obóz na plaży. Pomysł oczywiście był absurdalny, jednak mag poirytowany swoją porażką nie przyjmował tego do wiadomości. Zaczęliśmy rozmawiać na temat naszych dalszych poczynań i nikt nie miał rozsądnego pomysłu co dalej. Widząc, że nic mądrego nie zostanie powiedziane, postanowiłem zabrać głos. Zaproponowałem, aby magowie po zregenerowaniu swoich sił ruszyli do miasta wykorzystując moc czaru „Latanie”. My tymczasem mieliśmy poczekać na nich. W mieście mieliby udać się do karczmy Wronie Oko i postarać skontaktować z kimś, kto ma kontakt z demonologiem. Wydawało mi się to logiczne, jednak Radagast wpadł w jakiś szał i zaczął coś bełkotać o hipokryzji kapłanów. Muszę przyznać, że krew się we mnie zagotowała, jednak uspokoiłem się i postanowiłem przeczekać, aż mag będzie w pełni świadom swoich czynów. Ostatecznie stanęło na tym, że wszyscy razem na drugi dzień mieliśmy wrócić do miasta.

Z samego rana czym prędzej ruszyliśmy w podróż powrotną do Zaihary. W mieście udaliśmy się z Radagastem do karczmy, gdzie mag dowiedział się, że następnego dnia przybędzie półolbrzym, który służy demonologowi. Od razu poszliśmy również w miejsce, gdzie mieliśmy spotkać się z człowiekiem Mordrokka, który miał nam pomóc w dotarciu do Zatopionej Cytadeli, która kiedyś była zwana Cytadelą Burz. Jednak na miejscu, w gospodzie „Czarny Tulipan” napotkaliśmy większe problemy niż się spodziewaliśmy. Po małym przedstawieniu wyszliśmy szybko z karczmy z jednym z agentów Mordrokka, który zaprowadził nas na spotkanie z tymczasowym szefem tamtejszej siatki szpiegowskiej, niejakim Bjorgiem. Okazało się, służby Ifresha wykryły działającą grupę Mordrokka i prawie wszyscy trafili do obozów pracy, więzień lub po prostu powieszono ich. Gospoda „Czarny Tulipan” była cały czas pod obserwacją agentów Ifresha i mieliśmy szczęście, że i nas nie pojmano. Niestety dla nas, do ciężkiego obozu pracy, zwanego Orkan Kazar, trafił też człowiek, który miał znać położenie Cytadeli Burz. Wszystko więc wskazywało na to, że będziemy musieli się do niego dostać…