Ze słów kapłanki Baurusa, Estibel, z którą rozmawialiśmy jeszcze w Adberheim, wynikało, że w Wyklętym Lesie będziemy w stanie ściągnąć klątwę, którą rzucił na nas bożek Nanhezgul. Musieliśmy tylko znaleźć Sadzawkę Oblicza, która podobno znajduje się w pobliżu Wodospadu Cudów, w samym środku lasu. Z Wodospadem związana jest pewna legenda, którą zasłyszeliśmy od pewnego bajarza. Podobno jeżeli stanie się przy nim i wymówi życzenie oraz wrzuci do wody monetę to życzenie się spełni. Znając tylko te szczątkowe informacje ruszyliśmy w kierunku mostu, pod którym przepływała rzeka Mejis, która to przepływała przez cały Wyklęty Las. Idąc w górę rzeki mieliśmy nadzieję dotrzeć do Wodospadu Cudów.
Po dotarciu do rzeki zostawiliśmy nasz wóz w karczmie, która znajdowała się nieopodal mostu. Dalej ruszyliśmy pieszo kierując się w górę rzeki. Dotarcie do lasu zajęło nam kilkanaście godzin, po tym czasie zobaczyliśmy pierwsze drzewa. Obóz rozbiliśmy na skraju lasu, ale od razu wzmożyliśmy naszą czujność, ponieważ Radagast poinformował nas, że wykrywa w pobliżu nieumarłych. Nie była to dla nas najlepsza wiadomość, jednak nie było wyjścia, bo jedyna znana nam droga do naszego celu prowadziła wzdłuż rzeki. W nocy jednak nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Jednak co się odwlecze…
Po kilku godzinach podróży przez las Radagast ostrzegł nas ponownie i tym razem jego ostrzeżenie miało swoje potwierdzenie. Po kilku chwilach z bagnistego podłoża, po którym podróżowaliśmy, zaczęły wyłaniać się żywotrupy. Zbiliśmy się w grupę i przygotowaliśmy do obrony. Ja wyciągnąłem swój amulet i rozpocząłem modlitwę do Lorsha. Już po kilku wersach mój medalion rozświetlił się bladoniebieskim światłem i gdy tylko padło ono na żywotrupy, te rozpadały się w proch. Pomimo moich starań liczba wrogów nie zmniejszała się, cały czas przybywały nowe istoty. Rozejrzałem się i mieliśmy tylko jeden wybór, należało się przebić i liczyć na zostawienie żywotrupów z tyłu za nami. Wydałem odpowiednie rozkazy i wraz z Gotrekiem przełamaliśmy linię naszych wrogów. Ruszyliśmy biegiem wzdłuż rozlanej rzeki. Największe problemy jak zwykle miał Radagast, który już po chwili nie miał siły biec, jednak na wpół niosąc go biegliśmy przed siebie. Po paru kilometrach zostawiliśmy nieumarłych za sobą. Teren zrobił się skalisty, więc postanowiliśmy rozbić obóz i nieco się osuszyć. Kilka kilometrów dalej znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Gotrek udał się na zwiad przy pomocy czaru „Latanie” i gdy wrócił powiedział nam, że niecałe pół dnia drogi dalej jest wodospad i droga do niego nie powinna przysporzyć nam problemów.
Następnego dnia, z rana ruszyliśmy do wodospadu, podejmując ostrą wspinaczkę po stromych skałach, a gdy już byliśmy na miejscu, rozpoczęliśmy poszukiwania Sadzawki Oblicza. Początkowo myśleliśmy, że małe jeziorko, gdzie wpada woda z wodospadu, jest tym, o którym mówiła kapłanka, jednak trzykrotne wymienienie imienia bożka, który nas przeklął, nie dało żadnego efektu. Tak więc zaczęliśmy się rozglądać po okolicy szukając sadzawki.
Jak się później okazało, szukane przez nas miejsce było bardzo blisko, a mianowicie za ścianą wody z wodospadu znajdowało się wejście do małej jaskini. Gdy tylko znalazłem to przejście, pomodliłem się do Lorsha o błogosławieństwo „Chodzenia po wodzie” i razem z resztą drużyny weszliśmy do jaskini za wodospadem. Na środku jaskini znajdowała się niewielka sadzawka. Tak jak kazała kapłanka Baurusa, wymówiliśmy trzykrotnie imię Nanhezgul i czekaliśmy co się stanie. Tym razem się nie pomyliliśmy, bo po chwili z wody wyłoniła się jakaś istota, która zapytała nas czego oczekujemy od jego pana. Wyjaśniłem powód naszej wizyty, na co istota ta skinęła głową i ponownie zanurzyła się w wodzie. Kilka chwil później, dowiedzieliśmy się co mamy zrobić, aby nocne koszmary przestały nas męczyć. Nanhezgul uznał, że w dalszym ciągu nie zrozumieliśmy błędu jaki popełniliśmy, jednak postanowił pozwolić nam zmyć swe winy wobec niego. Aby to zrobić mieliśmy pomóc trzem osobom, które nas o to poproszą. Nie spodobało mi się to, jednak wiedziałem, że nie ma co dyskutować.
Ruszyliśmy w drogę powrotną, zastanawiając się do czego zostaniemy zmuszeni. Wracając jeszcze przez las, po raz pierwszy napędził nam stracha kapłan Tuluntusa – boga szaleńców. Gdy szliśmy, to w pewnym momencie między nas wyskoczył mały człowieczek, ubrany w komiczny strój i zaczął między nami biegać. Po chwili podbiegł do konia Radagasta i chwycił go za przyrodzenie… Dobrze, że mag potrafi utrzymać się na koniu, bo rumak nie był tym zadowolony. Całe szczęście cała drużyna zachowywała się spokojnie i człowieczek ten pobiegł dalej w drogę, którą wskazywał mu jego szalony bóg. Na szczęście owy kapłan nie poprosił nas o żadną przysługę…
Po opuszczeniu Wyklętego Lasu postanowiliśmy wrócić do jaskini na Lodowym Wybrzeżu, aby odebrać zostawione przeze mnie przedmioty, a następnie poszukać demonologa Astimmora, który być może byłby w stanie wypędzić ducha, który zamieszkiwał ciało Radagasta. Jednak nasza pierwsza próba, o której wspomniał sługa bożka Nanhezgula, nastąpiła bardzo szybko. Gdy obozowaliśmy nad małym jeziorkiem, po powrocie z jaskini na Lodowym Wybrzeżu, między nas wskoczył jakiś człowiek i wykrzyknął „mam cię Skrzacie Zmieniaczu!” Na początku osłupieliśmy, ale po chwili moje przypuszczenia się spełniły. Człowiek ten, który przedstawił się jako Loren, poprosił nas, abyśmy wyłowili z jeziora, które znajduje się nieopodal, naszyjnik jego dawno zmarłej babki, Aurelii. Podobno kilkanaście lat temu, jego dziadek w przypływie rozpaczy po śmierci Aurelii, spakował jej rzeczy i zatopił w tym jeziorze. Oczywiście nie mieliśmy wyboru, tak więc z samego rana przygotowaliśmy się do pływania. Kilka godzin zajęło nam przeczesywanie dna, ale w końcu udało nam się znaleźć skrzynię. Gdy tylko wyciągnęliśmy ją na brzeg, przeszukaliśmy jej zawartość i okazało się, że w środku oprócz naszyjnika znajdował się jeszcze jeden interesujący przedmiot. Była to figurka Cienia. Nie rozpoznałem jej od razu, jednak po przyjrzeniu się wiedziałem na pewno, że jest to figurka przedstawiająca Cień. Dobrze wiem jak niebezpieczne mogą być takie przedmioty, więc powiedziałem, że trzeba ją razem, z resztą przedmiotów, ponownie zatopić i powiadomić o tym fakcie elfy, które są strażnikami wiedzy o Cieniach.
Gdy tylko pożegnaliśmy się z Lorenem, ruszyliśmy dalej. Jednak jeszcze przed Zaiharą zostaliśmy przetestowani ponownie. Tym razem o przysługę poprosił nas pewien karczmarz ze wsi Tronnheim, Aber. Okazało się że ktoś ukradł łeb niedźwiedzia, który wisiał w karczmie i który przynosił mu szczęście. Znaleźliśmy złodzieja na polanie, leżał cuchnący cały alkoholem. Jakby tego było mało okazało się, że miał sen, w którym zjawiliśmy się i odzyskaliśmy dla niego rodowy pierścień od karczmarza. Ręce nam powoli opadały, jednak nie było wyjścia trzeba było pomóc i jemu. Po kilku wycieczkach udało nam się dojść do porozumienia i z karczmarzem i z owym złodziejem, który zwał się Teorn.
Tak więc klątwa została z nas w końcu ściągnięta i mogliśmy ruszyć w poszukiwaniu demonologa…