No i kolejny dzień zacząłby się dobrze, gdyby nie Gotrek i jego chciwe, egoistyczne podejście do co poniektórych członków drużyny. Zjawia się niestety po półroczu, a nie roku, i znowu zaczyna wprowadzać swoje chore, przez nikogo niepopierane filozofie… A było tak spokojnie bez niego… Zaraz na dzień dobry zagadnął mnie o moje czary i zażądał ich formuł dla siebie! Takiej bezczelności i arogancji nie było w drużynie… przez ostatnie pół roku! Stwierdził, że dawał mi czary, a ja niewdzięcznik nie odwdzięczyłem mu się w najmniejszym stopniu! Jak szybko zaczął tą rozmowę, tak szybko ja ją zakończyłem, stwierdzając, że nie jesteśmy sobie nic winni. Musiałem go dość mocno tym wyprowadzić z emocji, bo zaczął (jak to u rodziny un Nathreków bywa) mi grozić, i stwierdził (bezpodstawnie zresztą), że nazwałem go kłamcą i oszustem… Nie miałem zamiaru dłużej brać udziału w jego insynuacjach i zakończyłem dyskusję…
Nie wiem co mnie tknęło później, żeby zaczynać ją w towarzystwie jego ojca-fanatyka, ale tak się stało… Oczywiście Goth poparł swojego zmanierowanego, jedynego, dobrotliwego, bez skazy syneczka i „nakazał” mi podzielić się z nim tymi czarami, które zdobyliśmy w ostatnich misjach i wyprawach. Na szczęście nie tylko ja byłem zdania, że to absurd, bo nawet Din poparł moje stanowisko. Wojownik zręcznie, w odpowiednim momencie wtrącił, że sam Gotrek rozstając się na czas szkolenia z nami, bezczelnie zażądał zapłaty za przedmioty, które nam zostawiał, a które z logicznych i technicznych przyczyn nie były mu już przydatne. Din uważał też, że jeśli Gotrek chce dostać czary, które zdobyliśmy bez niego, to musi za nie uczciwie zapłacić. Moim zdaniem powinno być tak, że jeśli będzie chciał użyć jakiegokolwiek „spłaconego” mu przez nas przedmiotu, powinien oddać nam nasze pieniądze! Żeby sprawiedliwości stała się zadość…
Po burzliwej, ale konkretnej dyskusji, poproszony zakonserwowałem zdobyte części ciał lodowych salamandr i ruszyliśmy w stronę Wyklętego Lasu. Tam, według słów kapłanki Baurusa, Estibel Białej, miał znajdować się Wodospad Cudów, a przy nim Sadzawka Oblicza, przy której powinniśmy trzykrotnie wypowiedzieć imię bóstwa „Nanhezgul” i poprosić je o zdjęcie klątwy, którą nas obarczył. Sama nazwa Lasu wzięła się ponoć z tego, że kiedyś pewien mag zakopał w nim serce demona. Natura i imiona demona i owego maga nie są mi znane, ale podobno to tylko legenda… W każdym razie takie zbezczeszczenie powodowało likantropię u wszystkich, którzy wkraczali do lasu… Dość przerażająca wizja naszej misji, ale to tylko legenda…
Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do przydrożnej gospody na granicy dominium Zaihary, żeby zostawić wóz ze szczątkami salamander. Tam wywiązała się nerwowa dyskusja z karczmarzem, który chciał za wszelką cenę wyciągnąć z nas jak najwięcej pieniędzy za przetrzymanie na tydzień naszego „towaru”. Po ugodzie i najmie ruszyliśmy dalej. Pogoda całkowicie się popsuła utrudniając podróż. Zaczęło padać, a temperatura spadła. Jeśli chodzi o mnie to zima przypomniała mi się po raz kolejny, mimo że wydawało się że idzie już wiosna… Byłem zmuszony do przywołania „Wierzchowca”, a i to nie dawało zbytniej ulgi dla ciała, tylko dla mych obolałych nóg. Kiedy zbliżyliśmy się na skraj lasu, postanowiliśmy rozbić obóz. Wtedy pierwszy raz poczułem umarłych, a Morgul rozjarzył się bladobłękitnym światłem. Skupiłem swą wolę na odczuciu i zahamowaniu światła i już po chwili było pod moją kontrolą. Wyszedłem z namiotu, żeby ostrzec drużynę, ale nagle odczucie ustało. Spokojnie położyłem się spać…
Rankiem ruszyliśmy w dalszą podróż. Szliśmy wzdłuż rzeki Mejis kierowani szczątkową wiedzą naszego kapłana. Miał nadzieję trafić tym szlakiem do Wodospadu. Pogoda doskwierała wszystkim, i kiedy tak rozmyślałem nad słabością mego wątłego ciała, nad siłą mego umysłu i mocy, mój wyczarowany koń stanął dęba. Rwał się i wierzgał i tylko moje umiejętności jeździectwa opanowały jego nerwy, ale nie pozwalały skupić się na lasce, które zaczęła intensywnie świecić. Opanowałem wierzchowca i ostrzegłem drużynę, kiedy nagle coś chwyciło Ziriel za stopę. Z podmokłego terenu, na którym obecnie się zatrzymaliśmy szybko zaczęły wynurzać się umarłe istoty. Zaraz rozpoznałem w nich żywotrupy. Było ich mnóstwo i z każdego kierunku napływały inne, jakby wiedziały, gdzie stoimy i tam się kierowały. Dziesiątki trupów zbliżały się do nas z każdego kierunku. Zbiliśmy się w krąg, broniąc swoich pleców. Atak rozpoczął się bardzo szybko…
Zanim jednak do nas doszły, zdążyłem utkać „Unieruchomienie Nieumarłego”, przez co zatrzymałem w sumie sześciu napastników, tym samym szczelnie torując tymi „posągami” dalszych napierających. Kątem oka widziałem tylko jak Goth siłą swych modłów i amuletu niszczy swoich przeciwników, a pozostała część grupy zwarła się z innymi. W kolejnych sekundach walki wspólnie okrzyknęliśmy, że trzeba się przebić w kierunku Wodospadu, inaczej zginiemy tu. Szybko rzuciłem na siebie „Eteralny Pancerz” i zacząłem spinać konia, manewrując w ustalonym kierunku. Zanim jednak przedarliśmy się oczyściłem drogę „Kulą Ognia”. Słyszałem tylko setki plusków, które wywoływały stopami biegnące w naszym kierunku dziesiątki trupów… Nie oglądając się za siebie biegliśmy w wyznaczonym kierunku. Po kilku kilometrach, mogliśmy odpocząć, a Morgul przestał się w końcu jarzyć. Przez chwilę poczuliśmy się bezpieczni…
Gotrek za pomocą „Latania” wzbił się w powietrze i poleciał na zwiady. Bezpiecznie przeprowadził nas przez zwodnicze bagna, aż w końcu dotarliśmy do skalistego terenu. Poczułem gęsią skórkę na myśl o wspinaczce, w dodatku bez konia. Odesłałem wierzchowca i dalszą drogę przebrnąłem pieszo. Gotrek cały czas latał i obserwował dla nas teren. Kiedy wspięliśmy się naprawdę wysoko, mogliśmy w końcu porządnie odpocząć. Okazało się, że Din odniósł rany podczas walki, więc kapłan zaczął modlić się o jego zdrowie. Gotrek odleciał na zwiad i nie było go dość długo, a ja…
Okazało się bowiem, kiedy młodszy un Nathrek wrócił, że znowu, na skałach, przemówiła przeze mnie istota… Moje zdziwienie nie byłoby większe niż zwykle, gdyby nie fakt, że nie był nią Wielki Zbrodniarz, którego znaliśmy jeszcze jako Piorun. Przedstawiła się jako Legion…! Powiedziała, że posiadam rozkazy i mają się mnie o nie pytać… Po krótkiej dyskusji moi nieszczerzy towarzysze przyznali się jeszcze, że zeszłej nocy, przy ognisku, też byłem spętany… Napisałem przy ognisku dwa słowa: „Totalna Konsekracja”, co w skrócie oznacza Przemianę, a co dla mnie jednak coś znaczyło… Sięgnąłem pamięcią wstecz, do czasów ksiąg i nauki…
Opowiedziałem im o legendach, dawnych opowieściach i zapiskach, w których Totalna Konsekracja często była opisywana… Ponoć potężni magowie mogli za pomocą długiego rytuału, przenieść duszę istot, nie tylko zmarłych, do innego ciała. Wtedy to ofiara ginęła na zawsze, a przejmująca ciało istota zaczęła w nim zwyczajnie zamieszkiwać, przejmując nad nim całkowitą kontrolę. Zacząłem żałować, że nie poszliśmy od razu do demonologa, który prawdopodobnie byłby w stanie mi pomóc, a tylko zwiedzeni chciwością kapłana i reszty drużyny, ruszyliśmy do Lodowego Miasta i później Wodospadu. Zacząłem czuć, że moje życie powoli dobiega końca, a ja zaprzepaszczam szansę na jego przedłużenie… Mimo iż moi kompani mieli inne zdanie, ja przejąłem się tym poważnie i zmartwiłem… Praktycznie od rozmowy na skałach o niczym innym nie myślałem…
Ruszyliśmy dalej, ponieważ Gotrek oznajmił, że znalazł wodospad podczas swego zwiadu. Na drugi dzień, po spokojnej nocy dotarliśmy na miejsce. Wodospad Cudów był wysoki na kilkanaście metrów, dość wąski, a wpadał szumnie do malutkiego stawu. Zwiedzeni, że to jest Sadzawka zaczęliśmy wzywać imię istoty, która zrzuciła na nas klątwę. Bez skutku… Poczęliśmy poszukiwanie Sadzawki, która według opisu kapłanki miała być w pobliżu wodospadu. Kiedy obeszliśmy teren dość szerokim łukiem bezskutecznie szukając sadzawki, utkałem „Lewitację” i postanowiłem obejrzeć co jest na górze wodospadu. Nic… Zaproponowałem, żeby przejść przez ścianę wody, bo być może nie ma tam skały, a ukryte przejście… Goth poprosił Lorsha o wsparcie i stąpając po wodzie przeszedł przez wodospad. Wyszedł po chwili i okazało się, że po raz kolejny moja intuicja się nie myliła…
Korytarzem doszliśmy do małej jaskini, gdzie na jej środku znajdowała się Sadzawka Oblicza. Kapłan trzykrotnie wypowiedział słowo: „Nanhezgul” i już po chwili z jej dna wynurzyła się głowa. Z czarnej jak smoła tafli wody, powstała nijaka istota o białej twarzy, a wargach i włosach czarnych jak woda. Zapytała nas o cel przywoływania jej pana, a kiedy wyjaśniliśmy, z powrotem zanurzyła się w sadzawce. Ta zaczęła przybierać barw, aż jej tafla zmieniła się w obraz, w którym staliśmy nad Torielem, w opuszczonym budynku i znęcaliśmy się nad jego ciałem podczas przesłuchania. Projekcja nie była w żaden sposób przekłamana i obserwując to z „zewnątrz” pojąłem, jak obrzydliwym czynem dla Nanhezgula musiało się to wydać. Obraz przyspieszał, groteskowo pokazując nasze „prace”, ale nie chodziło tu bynajmniej o ośmieszenie, a szybkie zakończenie projekcji. Nie umiałem ukryć uśmiechu na zasłoniętej kapturem twarzy, ale widziałem, jak inni też śmieją się skrycie. Wizja dobiegła końca i już po chwili ponownie z tafli czarnej wody wynurzył się wysłannik Nanhezgula…
Istota stwierdziła, że nie zrozumieliśmy „przesłania”, choć sprawa Toriela była dla mnie zwykłym przesłuchaniem ze szczęśliwym zakończeniem dla oprawców. Chodziło jednak teraz głównie o zdjęcie z nas kłopotliwej klątwy. Nanhezgul jednak dał nam szansę i przekazał posłańcowi swą wolę. Pierwszym trzem osobom, które napotkamy, i które poproszą nas o pomoc, bezinteresownie pomożemy, wtedy to wówczas klątwa zostanie z nas zdjęta… W przeciwnym razie wzmocni się na sile… Nie dyskutowaliśmy z „wyrokiem” i zwyczajnie opuściliśmy Sadzawkę. Korzystając jeszcze z okazji postanowiliśmy wrzucić monetę do Wodospadu Cudów i wypowiedzieć życzenie, które ponoć spełnia się za każdym razem. Życzyłem sobie jednego: „Chciałbym, żeby istoty we mnie nie wyrządziły mi żadnej krzywdy, chciałbym żyć…” Mam nadzieje, że spełni się tylko to jedno moje życzenie…
Rankiem znowu dałem popis opętania, tym razem słysząc własne słowa, wypowiedziane bezwiednie i mimo swej woli. Zwróciłem się do Gotreka: „Ty Gotreku zrobisz selekcję Katet…” Wszystkich łącznie ze mną wmurowało, bo żadne z nas nie miało pojęcia o czym powiedziałem, żadne prócz… Gotrek spojrzał na mnie z niedowierzaniem, bo jak się okazało nie miałem prawa mieć wiedzy o danej selekcji, ponieważ była to ścisła tajemnica Zakonu Węży, w którym młodszy un Nathrek był na półrocznym szkoleniu… Mowa tu była bowiem o rekrutacji, która pozwalała wybrać najlepszego kandydata do Zakonu. Coś jak turniej, który wygrał Gotrek, a który był swojego rodzaju selekcją…
Kiedy doszliśmy do końca skał, a początku podmokłego, bagiennego terenu, Gotrek uraczył nas hojnością i rzucił na wszystkich „Latanie”, skracając i ułatwiając dalszą wędrówkę, podczas której znowu moglibyśmy zostać zaatakowani przez hordy żywotrupów… Po kilkudziesięciu minutach lotu, resztę wędrówki spędziliśmy w siodłach i pieszo. Kiedy podróżowaliśmy dalej, nagle z lasu wyskoczył na nas dziwny, niski i obdarty dzikus… Wyglądał tak nietypowo, że aż przerażająco. Nosił pióropusz i był na wpół nagi, cały umorusany i rozszalały. Zachowywał się jakby właśnie uciekł z hospicjum dla umysłowo chorych i pogoń deptała mu po piętach… Goth nakazał nam szybko milczenie i spokój, bo jak się później okazało ów szaleniec był kapłanem Tuluntusa, boga szaleńców… Nie dziwota, że dziad pierwsze co zrobił, to chwycił mojego wyczarowanego wierzchowca za przyrodzenie… No cóż… Nawet Tuluntuss ma swoich wyznawców… Dziad zniknął i na całe szczęście nie musieliśmy dyskutować z nim o globalnej ekspansji mrocznych elfów na południe, albo o integracji zacofanych ludów podczas wojen i mrocznych dziejów, czy też apokaliptycznych wizjach umierania ze śmiechu, podczas dnia sądu Tuluntusa nad zbyt mało szaloną planetą…
Kolejnego dnia doszliśmy do gospody, z której zabraliśmy wóz z naszym pakunkiem i mimo mojej niechęci i pragnienia pilnego udania się do demonologa, znowu ustąpiliśmy zachciankom i chciwości naszego kapłana... Egoizm w drużynie sięgnął zenitu, ale postarali się bzdurnymi argumentami „wyperswadować” mi, że dzień w te, czy we w te nie ma znaczenia… Wróciliśmy do Lodowej Jaskini, żeby Goth mógł odebrać swoje tajemnicze i magiczne świecidełka… Kapłan otoczył nas ochroną przed zimnem, po czym weszliśmy w Lodowy Las. Widok po raz kolejny zaparł dech w piersiach. Wojny pomiędzy demonem Kalroniusem i władcą Zaihary Ifreshem doprowadziły to miejsce do takiego stanu… Lodowe Wybrzeże całe pokryte było zmarzliną. Temperatura była tam tak niska, że nawet ochrona magii i Lorsha niewiele pomagała…
Kiedy minęliśmy Las, weszliśmy do miasta Estor, którego zlodowaciałe resztki murów, świeciły w blasku słońca. Staraliśmy się unikać salamander i jakiegokolwiek starcia, bo zależało nam na czasie. Mi zależało na czasie… Doszliśmy do Lodowej Jaskini i dalej korytarzem w dół. Do komnaty wszedł tylko nasz kapłan, ponieważ warunki tam panujące były gorzej niż skrajne, a temperatura sprawiała, że wydychało się sople lodu… Wrócił po chwili poważny, ale oczka śmiały mu się z zadowolenia… Widać zyskał to po co przyszedł i spełnił swoje tajemnicze zachcianki… Opuściliśmy to miejsce i czym prędzej Lodową Krainę… Wieczorem dotarliśmy nad brzeg jeziora, gdzie postanowiliśmy się przespać… Życzenia do spełnienia przyszły do nas same i to w najmniej oczekiwanym momencie…
Nie zdążyliśmy się położyć, kiedy nagle do obozu wpadł młodzieniec krzycząc do nas: „Mam Cię Skrzacie Zmieniaczu! Chcę, abyś znalazł dla mnie Naszyjnik Aurelii…!” Młodzieniec zamilkł i patrzał się tępo w nasze rozdziawione ze zdziwienia gęby, po czym opuścił ręce i chciał opuścić nasz obóz… Tknięty naszym przymusem spełniania najdurniejszych życzeń i przysług, od razu go zatrzymałem i zbeształem od stóp do głów! No kto normalny wpada do obozu wędrowców, całkiem obcych ludzi, bierze ich za jakichś bajkowych skrzatów, po czym wykrzykuje życzenia?! No jasna cholera, musieliśmy przez tego idiotę szukać jego amuletu! Jak się później okazało nie było to wcale trudne… Ale i tak miał mnie szlag trafić…!!!
Kiedy już wszyscy ochłonęliśmy i opanowaliśmy negatywne emocje w stosunku do narowistego młodzieńca, ten wyjaśnił nam istotę życzenia i postać skrzata, którego poszukiwał. Okazało się, że przedmiotem jego zachcianki był stary medalion jego babki, który jej mąż schował z innymi przedmiotami i zatopił w tym właśnie jeziorze… Lorein, bo tak zwał się ów młodzian, powiedział, że na tych ziemiach niegdyś żyło wielu Skrzatów Zmieniaczy, istot, które potrafiły przybrać każdą postać, a które, gdy się je złapało, spełniały każde życzenie… Brzmiało to, jak historia z bajki o złotej rybce, ale w końcu nie nam było to oceniać, bo w tym wypadku to my robiliśmy za „złotą rybkę”…
Zanim przystąpiliśmy do poszukiwań, zapytałem miejscowego chłopca o demonologa Astimmora. Powiedział jak mamy do niego trafić, plus dodatkowe, śmieszne i wieśniackie historie, jakim to demonolog jest złym magiem i przeprowadza „zakazane” rytuały… Ale to uszło naszej uwadze, po czym skupiliśmy się na poszukiwaniach amuletu. Kiedy już przekonaliśmy Gotha do nurkowania i „brudzenia” sobie jego „świętobliwych” rączek takim „poniżającym” zadaniem, podjęliśmy odpowiednie środki i zanurzyliśmy się w jeziorze. Ja, Din, Ziriel i Goth, wspierani wolą Lorsha zanurkowaliśmy w poszukiwaniu owej zatopionej skrzyni, a Gotrek wsparty „Lataniem” obserwował z góry i kierował nas na bardziej prawdopodobne miejsca na dnie…
Po półtorej godzinie brodzenia po trudnym dnie jeziora, kiedy to czułem wygasającą już siłę modłów Gotha, natknąłem się na poszukiwaną skrzynię. Znajdowała się na zatopionej łodzi, albo raczej jej wraku, a najdziwniejsze było to, że owa łódka miała strzaskane dno, w taki sposób, jakby coś rozbiło jej deski od spodu… Wezwałem na pomoc Ziriel i Gotha, bo ci najbliżej mnie się wówczas znaleźli i długo nie zastanawiając się zaczęliśmy wyciągać skrzynię na brzeg. Domyślaliśmy się, że coś zamieszkałego w tym jeziorze rozbiło dno łodzi zatapiając ją wraz z pływakiem, dlatego pospiesznie ciągnęliśmy ciężką skrzynię… Nagle coś oślizgłego przepłynęło obok pięknej zabójczyni, to tylko wzmogło naszą desperację i siłę pociągu… Na szczęście bez przeszkód dostaliśmy się z ładunkiem do brzegu i wyszliśmy z jeziora…
Okazało się, że nie tylko mnie zdarza się popełnić błąd podczas czarowania, bo Gotrek w wyniku nieokiełznania mocy „dostał” kocich wąsów, co wprawiło nas wszystkich w dobry, wręcz wesoły humor… Przycisnęliśmy chłopaka na temat zatopionej łodzi, szkieletu dziadka i kufra pełnego przeróżnych przedmiotów. Powiedział, że ponoć dziadek znalazł figurkę, która przyniosła wiele nieszczęść w rodzinie, doprowadzając do różnych wydarzeń. Dlatego dziadek postanowił zatopić ją i resztę podejrzanych przedmiotów na dnie tego jeziora… Dość naciągana historia, ale ważne, że pierwsze życzenie zostało spełnione…
Rzuciłem na skrzynię „Otwarcie”, a zaraz potem „Wykrycie Magii”, na przedmioty w niej leżące. Jedyne, co emanowało magią był zawinięty w płótno posążek przedstawiający znajomą mi istotę… Biło z niego magią cieni i to dość silnie… Już planowałem w myślach jak okiełznam cień i zagłębię wiedzę tej magii, kiedy Goth kategorycznie nakazał zwinięcie go z powrotem i ponowne zatopienie w jeziorze… Widać nasz kapłan zorientował się, co jest grane i stanowczo, pewnie ze strachu i niewiedzy, się temu przeciwstawił… Trudno, ważne, że wiem, gdzie zatopiliśmy skrzynię… Mimo zaproszeń młodzieńca do siebie, odmówiliśmy i ruszyliśmy czym prędzej w stronę Zaihary, a później do demonologa.
Po drodze do miasta, w lesie na gałęzi, znaleźliśmy zawieszony na drzewie bukłak z literką ”S”… Nie byłoby to dziwne, czy podejrzane, ale bukłak emanował silną magią przemian, a piwo w nim cały czas się wylewało, jakby pojemnik był bez dna… I tak fajna zdobycz, cokolwiek to oznacza, więc postanowiliśmy go zabrać. Wieczorem zatrzymaliśmy się w wiosce Tronnheim. Kiedy weszliśmy do gospody znowu zdarzyła się rzecz niespotykana i troszkę dla nas irytująca… Karczmarz na nasz widok zaniemówił, a wtedy wiedziałem już, że ma to coś wspólnego z życzeniem. Jakbyśmy, cholera, byli jakimiś skrzatami…!!!
Wcisnął nam kit, że śniliśmy mu się i mamy dla niego spełnić jego życzenie! Ręce mi opadły i zwyczajnie poddałem się w tej sytuacji. Kompletnie bezbronny i poirytowany wysłuchałem, jak oberżysta śliniąc się z podniecenia, bo w końcu zobaczył zjawę ze snu, opowiadał, jak ukradziono mu głowę niedźwiedzia i mamy ją odzyskać… Ponoć głowa wisiała na ścianie od lat przynosząc mu szczęście i dobrobyt, a od czasu kiedy skradli ją bandziory i zakapiory z wioski, jego piwo cały czas kiśnieje… Podał nam namiary na rabusiów i imię ich herszta, po czym poprosiliśmy, w dług wdzięczności, o strawę i pokój, a nazajutrz byliśmy już w drodze na spotkanie ze złodziejami…
Aber, bo tak oberżysta się nazywał, opowiedział jak to kiedyś Skrzat Zmieniacz (zacząłem faktycznie wątpić czy to aby na pewno bajkowa postać) powiedział mu, że gdy ubije zwierza i zawiesi jego głowę na ścianie, to nigdy nie zabraknie mu dobrego piwa. W przeciwnym wypadku trunek będzie mu kisł. Dziwne warunki skrzacik mu dał, bo słyszeliśmy, że „dobrą wróżką” jest i spełnia życzenia, a nie warunkuje ich… No cóż, jak mus, to mus…
Rankiem kolejnego dnia udaliśmy się w kierunku polany, na której mieliśmy spotkać Teorna i jego złodziejską świtę. Niestety, jak to w bajkach z życzeniami bywa, znowu zostaliśmy zaskoczeni przez „los”… Przy drodze bowiem napotkaliśmy pijanego herszta bandy, który na nasz widok rozdziawił gębę… Wiedziałem już, że jest to „gest”, który nam ostatnio nie sprzyja i teraz też się nie pomyliłem… Teorn oświadczył nam, że śniliśmy mu się i ma do nas prośbę…!!! Stanęliśmy jak wryci, a może załamani… Sam nie wiem, ale po chwili nawet nasz kapłan zrezygnował ze zbędnych rozmów, tylko od razu przeszedł do rzeczy….
Łotr poprosił nas o odzyskanie dla niego pierścienia, który był w posiadaniu karczmarza Abera, a który to przegrał w jakiejś grze… Żeby wszystko zakończyło się szybko i bezboleśnie, bo nasz kapłan i jego syn z nerwów, poirytowani całą sytuacją, zaczęli mu grozić, co stawiało nas w dość ciemnym świetle, jako „rozjemców” kłopotliwej sprawy, poprosiliśmy go o głowę Meara, niedźwiedzia oberżysty, a w zamian obiecaliśmy mu dostarczyć jego zafajdany pierścień… Po kilku godzinach kolejnych argumentacji, odzyskaliśmy pierścień, tym samym zyskując zaufanie i „przyjaźń” karczmarza, a następnie usatysfakcjonowaliśmy Teorna, który również „rzucił nam się w ramiona” w podzięce…
Mimo iż sytuacja była irytująca, a spełnianie życzeń wprawiało mnie w zły nastrój, to czułem po wszystkim satysfakcję i zadowolenie… Ale nie z tego, że dzięki mnie ktoś coś odzyskał, czy poprawiłem mu żywota, tylko dlatego, że pozbyłem się uciążliwej klątwy, i byłem bliżej demonologa…
Udaliśmy się w kierunku Zaihary, a później w planach było odwiedzenie siedziby Astimmora. Oby tylko starczyło mi czasu…