Kronika

Kroniki XXIII: Lodowe Wybrzeże

Na Lodowym Wybrzeżu drużyna szuka miejsca związanego z Malkolmem Niszczycielem, by Goth mógł wykonać kolejny etap błogosławieństwa. Lodowe ruiny Estor przynoszą walkę z salamandrami i cień potęgi, której nawet najodważniejsi nie są gotowi wtedy wyzwać.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Podróż do miasta przebiegła dość spokojnie. Cały czas zajęty byłem „dopinaniem na ostatni guzik” swojego czaru. Wiedziałem, że mogę zakończyć go w każdej chwili, ale chciałem, aby czar był potężny i dość nietuzinkowy. Do tego musiałem zwyczajniej dalej dopracowywać jego najmniejsze szczegóły. Tymczasem Din nauczał Ziriel jakichś sztuk wojennych, ale największą moją uwagę przyciągnęło skupienie i milczenie Gotha… Kapłan większość szlaku do Zaihary zwyczajnie się nie odzywał, co przy jego przywódczym charakterze jest nie do pomyślenia! Milczał i wydawało się, że cały czas hmm… kontempluje. Próbowałem, i nie tylko ja, zagadnąć go o jego zamyślenia, ale zbył mnie tylko wzrokiem i zapadł w jeszcze większą tajemniczość…

Miasto było duże i całkowicie różne od wcześniej odwiedzonych, ale najważniejsze, że przybycie do niego przyniosło nam ulgę i wizję dłuższego odpoczynku. Wiedzieliśmy, że musimy dostać się do Sadzawki w Wyklętym Lesie, bo bez ochrony kapłanki Baurusa, bożek w końcu nas odnajdzie i zacznie znowu nawiedzać. Ale chcieliśmy też troszkę odsapnąć. Niestety i to nie było nam dane…

Kapłan jakby odżył po przybyciu do miasta i zaczął być sobą. Nakazał zakupienie prowiantu i wozu, po czym oznajmił, że po krótkich przygotowaniach wyruszamy na ekspedycję do Lodowego Wybrzeża. Nie powiedział w jakim celu, gdzie konkretnie i na jak długo. Zwyczajnie okrzyknął wyjazd z miasta! Wiedzieliśmy, że owa sroga kraina zamieszkiwana jest przez lodowe salamandry, których ogony, rogi, czy jęzory są wysokiej klasy składnikami dla magów, czy alchemików. Dlatego na wozie postanowiliśmy je gromadzić, bo zakładaliśmy, że do takich spotkań na pewno dojdzie, a później sprzedać i zarobić parę monet. Umówiliśmy się nawet z jednym alchemikiem jeszcze w Adberheim, że zakupi od nas członki tych istot, za dość pokaźną cenę. Skuszeni tym argumentem i chęcią zarobku, więcej Gotha nie pytaliśmy o prawdziwy cel tej podróży.

Lód… Połacie ziemi związane jasno-białym kryształem lodu… Wszędzie wisiały różnej wielkości sople, z których, przy tak niskiej temperaturze, nie skapała ani jedna kropla wody. Drogi, dukty i powyginane drzewa, wszystko to było pokryte chropowatym lodem. Resztki budynków, które w innych warunkach podupadłyby doszczętnie, teraz zlodowaciałe, stały mocno wkomponowane w srogi i biały krajobraz. Im bliżej centrum Lodowego Wybrzeża, dawnego miasta Estor, tym więcej było ruin i zakamarków, które niegdyś tworzyły ulice i rzędy domów. Wtedy to właśnie, zanim krainę pokrył wieczny lód, w Estor rozegrała się druzgocąca i niszczycielska bitwa, pomiędzy demonem Kalroniusem, a władcą Zaihary, Ifreshem. Do teraz dziesiątki, a może nawet setki, lodowych posągów żołnierzy obu walczących stron, stało pomiędzy ruinami, zdobiąc teren. Właśnie magia tych dwóch walczących, potężnych istot, doprowadziła to miasto i większość przylegającego doń terenu, do takiego lodowego stanu. Temperatura tutaj była tak niska, że tylko moc Lorsha i modlitwy naszego kapłana, chroniły nas od zamarznięcia…

Kiedy tylko resztki budowli zaczęły przed nami gęstnieć, postanowiliśmy zostawić wóz i dalej iść pieszo. Nie minęło zbyt wiele czasu, kiedy pośród zlodowaciałych domów, zaczęły z dachów i zza ruin wypełzać na nas lodowe salamandry. Od razu ustawiliśmy szyk, ale istoty zaskoczyły nas i nim zaatakowały, wypuściły w naszym kierunku lodowe stożki. Ich oddechy przypominały potężny czar, o którym niegdyś słyszałem. Na szczęście, chronieni magicznymi pancerzami i mocą Lorsha, uchroniliśmy się przed większymi konsekwencjami, a wtedy rozgorzała walka. Po krótkiej chwili, sześć salamander leżało na lodowym trakcie, przy naszych nogach. Odcięliśmy im części ciała, o które prosił alchemik i zapakowaliśmy do toreb.

Kilka kilometrów dalej, dotarliśmy do placyku, który kiedyś mógłby być ryneczkiem. Teraz było to tylko zamarznięte skrzyżowanie dróg, nawet nieprzypominające rynku. Od razu w oczy wpadły nam obfite ślady krwi, których rozmazany szlak ciągnął się pod bramy miasta… Słyszeliśmy w mieście o plotkach, w których mowa była, o karmieniu ludźmi salamandr przez Ifresha, więc teraz mogliśmy w nie spokojnie uwierzyć. Goth twierdził, że najprawdopodobniej dwa dni wcześniej, przybył tu wóz ze świeżą dostawą ludzi. Salamandry musiały ich zabić i zaciągnąć ciała do jaskini, do której podąża nasz kapłan… Owe przypuszczenia potwierdziła Ziriel, która dokładniej przyjrzała się śladom.

Nietrudno było iść dalej, ponieważ szlak mieliśmy pod stopami. Pośród zmarzliny i bieli czerwona krew aż raziła po oczach… Kiedy dotarliśmy do bram, Gotrek utkał „Latanie” i udał się na zwiad. Minęło kilka chwil, gdy młody un Nathrek wrócił i zdał nam relację z obchodu. Zauważył w pobliskiej części miasta, najprawdopodobniej Lodowego Giganta, dzierżącego włócznię, wokół którego gromadziło się wiele salamandr. Kiedy tylko Goth usłyszał o pięciometrowym olbrzymie, od razu zaproponował walkę z nim! Nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom! Wariat cisnął się na pewną śmierć, „…w imię Lorsha!”, tylko dlatego, że wcześniej nie udało się to jakiemuś innemu fanatykowi religijnemu! Ponoć owa włócznia właśnie była jego własnością… Wspólnie odpowiedzieliśmy mu, że jak chce, to „droga wolna”, bo my samobójcami nie jesteśmy! Długo jeszcze mruczał pod nosem, że nie rozumiemy jego nauk i wiary w Lorsha, i takie tam… ale kiedy za każdym razem spotykał się z docinkami i dezaprobatą, co do jego wcześniejszego, chorego pomysłu, w końcu zamilkł.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do jaskini. Zeszliśmy po linie, a potem korytarzem. Było bardzo zimno i co chwila Goth musiał chronić nas modlitwą. Niestety cały czas milczał i pytany nie udzielał odpowiedzi. Nie wiedzieliśmy czego szukamy i dokąd zmierzamy, ślepo prowadzeni przez fanatycznego kapłana, który był podejrzanie milczący i jakby nieobecny… Po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy przed wejście do większego pomieszczenia, ale dalej Goth, srogim i stanowczym tonem, zabronił nam iść dalej! Tłumaczył, że temperatura w środku komnaty jest tak niska, że tylko siebie jest w stanie przed nią uchronić… Nie pytaliśmy o nic więcej, bo i tak wiedzieliśmy, że nic nam nie powie, więc spokojnie czekaliśmy w progu.

Kiedy wrócił, widać było, że jego twarz rozpromieniała i czegokolwiek szukał w środku pomieszczenia, na pewno to znalazł. Był weselszy, mniej zmartwiony i zamyślony, z wyrazem nadziei i ulgi na twarzy… Dalej nie pytaliśmy, czekając, aż sam zacznie mówić, jednak to nie nastąpiło… W skupieniu, milczeniu i z wielką ostrożnością opuściliśmy jaskinię i wróciliśmy przez zamarznięte miasto do wozu. Załadowaliśmy doń zdobyte szczątki salamandr i spokojnie, zostawiając Lodowe Wybrzeże za plecami, ruszyliśmy w kierunku Wyklętego Lasu. Musieliśmy raz na zawsze zakończyć sprawy z klątwą, którą nałożył na nas Nanhezgul…