Nasza droga do Zaihary przebiegła bez większych przygód. W trakcie jej trwania Ziriel praktykowała u Dina sztukę parowania ciosów, a ja przez cały czas rozmyślałem o moich pierścieniach. Nie byłem pewien czy po powrocie do Adberheim będę posiadał odpowiednią moc, aby nasycić pierścienie mocą mojego boga. Jednak podążałem ścieżką, którą sobie wytyczyłem już kilka lat temu…
Po przybyciu do miasta postanowiliśmy nie zatrzymywać się w nim na długo i po zakupieniu prowiantu i wozu wyruszyliśmy dalej. Na wozie planowaliśmy przetransportować ciała lodowych salamander, które zamieszkują Lodowe Wybrzeże. Niektóre części ciała owych salamander, takie jak ogon, rogi, jęzory, są poszukiwane przez wielu alchemików i kucharzy, a my mieliśmy zamiar je sprzedać i trochę się wzbogacić.
Lodowe Wybrzeże to zlodowaciały teren kilkunastu kilometrów wzdłuż i wszerz. Wszędzie wokół nas był lód. Lodem pokryte były drogi, lasy, a temperatura była tak niska, że bez Modlitw ochronnych zamarzlibyśmy. Miejsce, w którym znajdowała się jaskinia, której poszukiwałem, było oddalone od miasta Estor o kilkaset metrów. Miasto Estor to centrum Lodowego Wybrzeża, miejsce głównej bitwy między demonem Kalroniusem i władcą Zaihary Ifreshem. To właśnie ich magia spowodowała powstanie wiecznego lodu w całej tej krainie. Setki walczących wojowników w owej bitwie i mieszkańców miasta Estor stoi w bryłach lodu.
Zostawiliśmy wóz przed miastem i ruszyliśmy przez nie na północ. Rozglądaliśmy się czujnie i nasza ostrożność się opłaciła. Po kilku kilometrach zauważyliśmy poruszenie na dachach domów, wzdłuż ulicy, którą szliśmy. Zamaskowane wcześniej salamandry zaczęły schodzić po dachach na dół, do nas, starając się nas okrążyć. Nie daliśmy się jednak zaskoczyć, a Ziriel natychmiast przycelowała w kierunku jednej z bestii i wystrzeliła ze swojej ciężkiej kuszy. Chwilę później rozpoczęła się walka. Salamandry zaskoczyły nas jeszcze raz, ponieważ tuż przed atakiem zatrzymały się i każda z nich wypuściła w naszym kierunku stożek lodowatego oddechu. W sumie zaatakowało nas sześć bestii, jednak to my wyszliśmy z tej walki zwycięsko. Przy okazji mogłem przyjrzeć się postępom mojego syna w posługiwaniu się szablą i zauważyłem, że jego styl walki się zmienił. Teraz wyprowadzał bardzo mocne ciosy, poparte całą siłą jaką posiadał. Gdyby tylko nie był taki chudy…
Po walce odcięliśmy te części ciał salamander, które alchemik z Adberheim zobowiązał się odkupić od nas. Po kilka słowach modlitwy ruszyliśmy dalej. Znalezienie jaskini nie było trudne, ponieważ od rynku ciągnął się krwawy ślad. Okazało się, że plotki jakoby władca Zaihary, Ifresh, dokarmiał salamandry jest prawdziwa. Jakieś dwa dni temu do miast przybył najprawdopodobniej transport z ludźmi, którzy zostali pozostawieni na rynku na pożarcie salamandrom. Salamandry zabiły te osoby i zaciągnęły ich ciała do jaskini. Podążaliśmy za tym śladem aż do bram miasta, gdzie Gotrek rzucił na siebie czar „Latania” i wzniósł się w powietrze, aby sprawdzić co jest przed nami. Po chwili Gotrek zleciał niżej do nas i przekazał nam kilka ciekawych informacji. W innej części miasta na sporym placu siedziała jakaś ogromna istota otoczona przez kilkanaście salamander. Istota ta miała około czterech, może pięciu metrów wzrostu, z wyglądu przypominała nieco giganta i dzierżyła w ręce jakąś włócznię. Domyśliłem się, że najprawdopodobniej ta istota zabiła wyznawcę Lorsha, Malkolma Niszczyciela, którego ciało znajduje się w komnacie do której się udawałem. Malkolm, kilkadziesiąt lat temu, przybył do tego miejsca, aby zgładzić ją, jednak nie sprostał zadaniu i teraz jego ciało znajduje się w podziemnej komnacie, w bryle lodu. Przez chwilę przyszło mi do głowy, abyśmy postarali się zabić tą istotę, gdyż chwała po takim uczynku na pewno byłaby wielka, jednak moi towarzysze nie podzielili mojego entuzjazmu. Widzę, że ich głowy chylą się ku Lorshowi, jednak jeszcze sporo czasu minie zanim ich serca podążą tą samą drogą. U mnie na samą myśl o stoczeniu takiej walki krew krąży szybciej, a oni zastanawiają się tylko czy nic im się nie stanie…
Tak czy inaczej dotarliśmy do jaskini i schodząc po linie weszliśmy do środka. Zgodnie z opisem jaki znalazłem w księgach, tuż po wejściu pojawił się korytarz po prawej stronie. Ruszyliśmy nim i po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy do wejścia sporego pomieszczenia. Powiedziałem, że dalej już pójdę sam i ostrzegłem drużynę przed podążaniem za mną. Zrobiłem to tylko dlatego, że wiedziałem, że temperatura w środku jest tak niska, że nikt, kto nie jest chroniony mocą Lorsha, tego nie wytrzyma. Pomodliłem się o ochronę i ruszyłem w głąb pomieszczenia. Po jego drugiej stronie znalazłem Malkolma zakutego w lodzie. Me oczy cieszyły się na ten widok i z powagą uklęknąłem, aby oddać mu cześć. Wyciągnąłem też przedmioty, o których błogosławieństwo prosiłem, a po chwili – a przynajmniej wydaje mi się, że to była chwila – usłyszałem jakiś dziwny trzask przed sobą, a kiedy spojrzałem w tym kierunku, okazało się, że Malkolm wyciągnął w moim kierunku rękę, która wystawała za bryłę lodu. Natychmiast położyłem na niej przygotowane przedmioty i kończąc modlitwę wycofałem się.
Po tych wydarzeniach opuściliśmy Lodowe Wybrzeże i ruszyliśmy na południe, w kierunku Wyklętego Lasu.