Pod wieczór dojechaliśmy do miasta. Gospoda „Pod Leśnym Duszkiem”, w której się zatrzymaliśmy leżała na Wzgórzu Zamorskim, jednej z części miasta. Kiedy weszliśmy do środka zobaczyliśmy nie lada zamieszanie, w którym głównym uczestnikiem była banda zapijaczonych krasnoludów… Bijatyka rozgrywająca się na naszych oczach, wprawiła mnie, nie wiem czemu, w dość dobry nastrój. Poprzewracane stoły, zniszczone i popękane ławy, rozbite kufle i rozlane piwo, a przy tym pełne uciechy mordobicie… Jedna strona gospody, ta część klientów stroniąca od bitki, tępo wpatrywała się w jej przebieg, i druga strona, banda krasnoludów i ludzkich ochlajmord, którzy resztkami sił dążyli do zakończenia burdy… Staliśmy przy wejściu cierpliwie, czekając aż krasnale dokończą dzieła, a poszkodowani i przegrani, wyjdą z karczmy. Ku memu zdziwieniu barman był nad wyraz spokojny i nie psioczył o wyrządzonych szkodach, tylko machnięciem ręki potraktował całe zajście i jeszcze pomógł krasnoludom posprzątać cały syf, który po sobie zostawili…
Kiedy doprowadzili karczmę do ponownego użytku, krasnoludy zamówiły trunki dla wszystkich gości… Widać było na pierwszy rzut oka, że są wojownikami i mimo iż nie znam się na orężu, to ciężkie młoty i topory mówiły same za siebie… Na tarczach mieli wymalowane godło słońca i gór, przedzielonych linią, ale żadne z nas z podobnym się wcześniej nie spotkało. Przy stole porozmawialiśmy jeszcze o identyfikacji bukłaka ze skisłym piwem, po czym udaliśmy się na spoczynek.
Rankiem, schodząc na śniadanie, Goth dostał nagle ostrych i mocnych bólów pleców, które zbiły go z nóg i stoczyły ze schodów… Wszyscy zdziwiliśmy się, bo rosły i silny kapłan nigdy nie miał żadnych dolegliwości innych, niż te zdobyte w walce… Poprosiłem o możliwość obejrzenia jego obolałych pleców i zdiagnozowania bólu, ale dość szorstko i nieprzyjemnie cisnął mi w twarz odmowę… Bezczelny i arogancki cham pozostanie nim do końca swoich dni i chyba w końcu przyjdzie mi się z tym pogodzić… Ogólnie postanowiłem zignorować jego duszności i bóle i mieć go zwyczajnie gdzieś…
Po śniadaniu uzgodniliśmy, że Goth pójdzie na jakieś „tajemnicze” spotkanie ze „znajomym”, a reszta pojedzie do siedziby Ligi i wyśle skrzynię ze szczątkami salamander do alchemika w Adberheim, a potem sprzedamy niepotrzebny już wóz. Załatwiliśmy to dość szybko, sprawnie i zgodnie, po czym udaliśmy się na ulicę Złotą do jubilera po perłę do „Identyfikacji” bukłaka. W karczmie, po powrocie, zagadnęliśmy oberżystę o wczorajszą bójkę, bo zaintrygowało nas jego znieczulenie na rozbój w jego karczmie. Karczmarz spokojnie wyjaśnił, że z Topornikami Ferdinanda, bo tak grupa zbrojnych krasnoludów się nazywała, jest tak często, ale mimo to pochwalił ich za uczciwość i każdorazowe zwrócenie kosztów poniesionych szkód… Ponoć ci niscy najemnicy często pracują dla króla i zapuszczają się w swych misjach w najmroczniejsze zakątki krainy, nawet na samych Czarnych Jeźdźców, sługusów Urukairosa… Gospodarz zagaił nas o demonologa, Astimmora, o którym od nas usłyszał… Wskazał nam Wzgórza Męki, na Skałach Rozpaczy, gdzie ów „demoniczny mag” mieszka. Ponoć ten „czarci pomiot” ma jakieś kontakty w „mordowni” o nazwie „Wronie Oko”… Jeśli będzie trzeba właśnie tam się udamy…
Długo jeszcze słuchaliśmy „bajań” gospodarza o Święcie Gwiazd i zbliżającym się Święcie Słońca… Miłe dla miejscowej ludności zabawy, podczas których nabija się na pal najbardziej zwyrodniałych przestępców… No cóż, co kraj to obyczaj… I tak musimy podczas tego święta dostać się do Cytadeli Burz, głęboko zatopionej gdzieś na morzu… Gotrek z Gothem poszli do jubilera na zakupy… Synalek poczuł pełną sakiewkę swego „hojnego dla niego” ojczulka i postanowił popłaszczyć się troszkę i uszczknąć kilka monet dla siebie… Mimo obietnic szybkiego powrotu, raczyli się zjawić po prawie dwóch godzinach, udowadniając przy tym jak „ważne” dla nich jest załatwienie mojej sprawy opętania… Wszędzie czuć hipokryzję i zakłamanie, ale muszę przetrwać ten ciężki i bolesny dla mnie okres… Czuję jak wzbiera we mnie złość i niemoc, bezradność wobec siebie samego, mej „dolegliwości” i tego, że moja pseudo drużyna udaje, że się tym przejmuje… Czuję jak ból trawi me ciało, wnikając w najgłębsze jego zakamarki, po najmniejsze koniuszki, jak trawi mi duszę, powolutku zatracając resztki zdrowego rozsądku i myśli… I najgorsze jest to, że zostałem sam…
Po krótkich przygotowaniach wyjechaliśmy z miasta w kierunku wieży demonologa. Podróż przebiegła dość spokojnie i już koło północy rozbiliśmy obóz, przed wjazdem w las. Nie pamiętam, która była godzina, bo ból przyćmił moje poczucie czasu, w ogóle jakiekolwiek poczucie, z wyjątkiem męki targania mym wątłym ciałem i rozrywania go na strzępy... Ataki, których dostałem późną nocą, były tak bolesne, że po krótkich wstrząsach i konwulsjach straciłem przytomność… Rankiem obudziłem się totalnie wyczerpany, bez sił i chęci do życia… Moja kompanija wpatrywała się we mnie z przerażeniem i zaciekawieniem, ale przerwałem ten cyrk serią krótkich, acz pokaźnych wymiotów… Tego ranka nie miałem nawet siły zjeść śniadania…
A już na pewno nie miałem zamiaru wysłuchiwać wywodów i śmiesznych „przemyśleń” młodego un Nathreka, który ni z gruszki ni z pietruszki uznał, że obecna pora, kondycja i stan co poniektórych członków tej drużyny, wyśmienicie się nadaje do wysłuchania jego bzdurnych wywodów…!!! Gotrek stwierdził, że, jak on to nazwał… „dorósł” do tego, żeby akurat teraz porozmawiać o tym, iż jego zdaniem, jego ukochany ojczulek powinien zostać naszym przywódcą! Ręce mi opadały z braku sił, ale jak usłyszałem tego typu przemowę, to myślałem, że znowu dopadnie mnie agonalny ból…!!! Gotrek mimo zdziwienia pozostałych, nawet samego Gotha, bo wybrał tą rozmowę nie w porę, kontynuował swój śmieszny wywód, tłumacząc, że uważa ojczulka za najbardziej odpowiedzialną osobę, silną duchem i wiarą, nie mylić broń boże z fanatyzmem, by był on naszym przywódcą… Kiedy już powstrzymałem wymioty, które we mnie wzbierały, poprosiłem grzecznie i cierpliwie o przeniesienie tej rozmowy na najbliższą przyszłość, kiedy już mój „problem” zostanie rozwiązany i każdy swobodniej będzie się mógł na ten chory temat wypowiedzieć…
Jak najszybciej podjęliśmy dalszą podróż. Ziriel natrafiła na ślady wozu i czwórki podróżnych, którzy najprawdopodobniej jechali przed nami. Faktycznie po drodze, jakiś czas później minęliśmy w miarę świeże, opuszczone już obozowisko. Następne pół godziny podróży doprowadziły nas do szczątków wozu i czterech trupów… Wóz był cały w strzępach, przepołowiony na pół… Przy nim leżały trzy ciała ludzi i konia… Goth i Gotrek oznajmili nam wówczas, że nocą po moich atakach „padaczki”, kiedy już wszyscy spali, podczas ich warty słychać było z lasu okrzyki i przeciągły ryk… Prawdopodobnie bestia jakowaś napadła tych podróżników i rozszarpała ich ciała na drobne kawałki… Kiedy Gotrek zaczął zdzierać skórę z twarzy trupów, wiedziałem, że poszukuje składnika do jednego z potężniejszych czarów Nekromanckich… Wywołało to oburzenie i obrzydzenie wśród Ziriel i Gotha, którzy potępili ten czyn… Pomyślałem wówczas, jak potraktowałby mnie nasz kapłan, gdybym to ja obdzierał trupy ze skóry, żeby posiąść składnik do czaru, a nie jego synalek…? „Świętoszki” i hipokryci… Obwiniają wszystkich w koło o grzechy i występki, ale boją się konsekwentnie rozliczać z nich samych siebie…!!! W rodzinie ręka rękę myje, jakkolwiek by nie była zepsuta i zdeprawowana…
Ziriel zajęła się w tym czasie tropieniem i natrafiła na czwartego człowieka, który uciekł w las, oraz na olbrzymie ślady podobne do niedźwiedzich… Szybko ruszyliśmy dalej. Pod wieczór, kiedy dojechaliśmy do wzgórza, z lasu wybiegła na nas bestia, rozbijając nasz szyk i całkowicie zaskakując… Szybko spiąłem konia i pogalopowałem na wzgórze, a kiedy byłem już bezpieczny, z dala od bezpośredniego ataku, zacząłem tkać zaklęcia, by choć trochę pomóc mojej walczącej drużynie…
Zobaczyłem jak kilkadziesiąt metrów poniżej kompanija walczy z sowiniedźwiedziem, wytworem chorych eksperymentów, szalonych magów, krzyżówką zwierząt, które wymknęły się spod kontroli… Były stworzone za pomocą magii, ale same w sobie nie były już magiczne. Rozmnażały się i żyły jak wszystkie inne zwierzęta, chociaż ich występowanie jest naprawdę rzadkie. Znane ze swej wysokiej agresji i zażartości, walczyły do końca, bez strachu, do samej śmierci ich, albo ich ofiary. Były dość odporne i wytrzymałe, dlatego spotkanie całej drużyny z tylko jednym z nich było i tak wielkim i niebezpiecznym starciem.
Zobaczyłem jak Goth upada z konia, który pada martwy po szarży bestii. Din i Gotrek zwarli się bezpośrednio, a Ziriel strzelała z kuszy. Słyszałem tylko, jak młody un Nathrek krzyknął: „To coś ma pancerz, lub jakąś tarczę…!”, i wówczas począłem tkać zaklęcie… Walka była długa i naprawdę zacięta. Na przemian atakowałem bestię „Pozbawieniem Sił” i „Błyskawicą”. Gotrek również „Latając” walił „Błyskawicą” w sowiniedźwiedzia. Widziałem tylko jak z sekundy na sekundę siła ataku mojej drużyny słabnie… Din i Ziriel odnieśli bardzo poważne rany, w końcu nasza wojowniczka zaczęła się wycofywać. Goth zaciekle atakował toporem, ale bestia wydawała się być totalnie nie zmęczona i prawie w ogóle nie zraniona… Zacząłem zastanawiać się czy jakiekolwiek me czary odnoszą sukces, czy w tym przypadku magia nas zawodzi, a może zwyczajnie jesteśmy dla niej zbyt słabi…? Jeśli tak, to nasz los już był przesądzony… Na szczęście myliłem się…
W pewnym momencie kapłan olbrzymim cięciem odrąbał bestii przednią łapę, ale ta nie poddając się wpadła tylko w większą furię… Wykorzystaliśmy to co do ułamka sekundy… Gotrek zleciał na ziemię i zaatakował szablą, ja rzuciłem „Błyskawicę”, czując jak olbrzymi ładunek energii leci w kierunku bestii. Oba nasze ataki były przygważdżające, ale śmiertelny cios oddał Goth dobijając stwora… Krótko po wygranej walce zaczęliśmy się leczyć. Kapłan poprosił Lorsha o pomoc, bo Ziriel i Din byli w krytycznym stanie… Goth wyleczył Dina, a ja „Powstrzymałem Krwotok” u Ziriel, u której dalej rany były bardzo ciężkie. Kapłan bez sił uleczył ją za pomocą stworzonego przez siebie pergaminu z modlitwą, a kiedy to w miarę poskutkowało, dostał kolejnego ataku bólu pleców… Kiedy po raz kolejny zaoferowałem mu pomoc, Ziriel nazwała mnie konowałem! Jakbym to ja na lewo i prawo leczył wszystkich kapłańskimi modłami i nie potrafił w inny sposób nikomu pomóc! Ale przekonają się, kiedy skończy im się „korytko leczenia”, bo ich kapłan straci moc, albo padnie podczas walki… Zobaczymy wtedy, kto będzie miał odpowiednie predyspozycje, umiejętności, wiedzę i moce, żeby pomóc tym niewdzięcznym skunksom! Skala zakłamania, niewdzięczności i zepsucia, sięga zenitu w tej drużynie…
Ruszyliśmy dalej, gdzie rozbiliśmy obóz i na szczęście noc minęła spokojnie. Koło południa następnego dnia, dotarliśmy na Wzgórze, gdzie obchodzi się Święto Gwiazd i Święto Słońca. Na jego szczycie stało tuzin pali, z powbijanymi na nich truchłami ludzkich szczątków i ciał… Zewsząd dochodził do nas smród rozkładu, fekalii i zapach skrzepłej krwi. Kilkaset metrów poniżej, wśród skalistych brzegów i ostrego klifu, zobaczyliśmy wysoką wieżę demonologa, cel naszej podróży. Opuściliśmy szybko „pogniłe” wzgórze i zeszliśmy na plażę. Goth ostrzegł nas o niebezpieczeństwie, które tu wyczuwa, ale mimo to ostrożnie zjechaliśmy przed skaliste brzegi wód.
Niestety po krótkim rozejrzeniu się po okolicy, okazało się, że żeby dostać się do wieży moglibyśmy użyć tylko łodzi, a i tak byłoby to ryzykowne, bo silne i wysokie fale, niechybnie sprowadziłyby nas na skały i roztrzaskały… Postanowiliśmy, że Gotrek rzuci na mnie i siebie „Latanie” i tylko we dwoje udamy się do wieży. Reszta będzie na nas czekać na plaży, a w razie jakiejkolwiek pomocy, Goth poprosi boga o wsparcie i „dojdzie” do nas po wodzie…
Kiedy zbliżyliśmy się na odległość około stu metrów od wieży, zza niej wyłoniła się przeźroczysta, praktycznie niewidzialna, latająca istota, wyglądem i posturą podobna do węża, jaszczurki lub smoka… Zaczęła krążyć wokół wieży i ostro piszczeć, jak gdyby chciała nas odstraszyć… Ledwo utrzymaliśmy lot, uderzenie siłą tych dźwięków, ale nie przestraszeni ruszyliśmy dalej. Nie wiedzieliśmy czy to cokolwiek da, mimo to cały czas krzyczeliśmy z całego gardła, że przybywamy w pokoju i prosimy o pomoc… Nic się nie działo, więc Gotrek postanowił wrócić na brzeg po lunetę i wówczas zauważył, że przy wieży za skałami czai się zakapturzona postać z wycelowaną w nas kuszą… Kiedy tylko zbliżyliśmy się, postać wystrzeliła w nas bełt, na szczęście niecelnie, ale latający wokół wieży stwór ruszył w naszym kierunku. Leciał szybko, zbliżając się, ale gdy tylko znaleźliśmy się dalej od wieży, jaszczur zawrócił… Powtórzyliśmy taką akcję jeszcze parę razy, ale w końcu załamany, zrezygnowany i bez pomysłów, dałem za wygraną…
Rozbiliśmy obóz na plaży, a nasza sytuacja nie wyglądała zbyt ciekawie… Byliśmy o resztkach jedzenia, bo sama podróż tutaj zajęła nam więcej niż przewidzieliśmy, zrezygnowani, zdenerwowani i bez pomysłów, co dalej… Do tego zebrały się jeszcze nerwy, moje załamanie, brak sił i ogólny „niesmak” drużyny, co do sytuacji, w której przeze mnie wszyscy się znaleźli… Wybuchła poważna, chyba dotąd najpoważniejsza, kłótnia pomiędzy mną, Gothem i Gotrekiem… Zarzucono mi brak planu działania, bezradność i nie przewidzenie takiej sytuacji…!!! Zbesztano mnie za pustkę w głowie, załamanie i ogólnie opętanie, jakbym sam się o to prosił…!!! Wytknięto mi brak poparcia dla wodzostwa Gotha i jego setek „wspaniałych” pomysłów i „umiejętności” rozwiązania każdej sytuacji i problemu…! Nie wytrzymałem i wulkan emocji wezbrał we mnie wylewając lawę setek epitetów i zdań karcących un Nathreków za ich zakłamanie i hipokryzję! Wygarnąłem Gothowi co o nim myślę i co myślę o jego synalku „mącicielu”! Jak bawią się czyimś kosztem, póki nie dotyczy to ich bezpośrednio, jak rozkazują i wydają polecenia, z myślą, że ich decyzje są jedyne i niepodważalne, a innych się nie liczą! I w końcu wykrzyczałem o ich megalomanii. O tym, że kiedy coś się komuś nie uda, jest przez nich wyszydzany i pogardzany, a ich porażki i potknięcia, zawsze muszą pozostać nie komentowane, a broń boże krytykowane…!!!
Milczeli jakiś czas, „zbici z tropu”, to oznaczało, że mój wybuch gniewu i desperacja dała im się we znaki… Załamany, niezadowolony z siebie, za szczerość i gniew opuściłem obóz… Nazbierałem drwa i rozpaliłem ognisko… Ręce mi drżały, kiedy czerpałem moc z ognia, wypełniając nią swoje zużyte i wyczerpane ciało… W końcu bez resztek sił położyłem się spać, zapominając o niebezpieczeństwie ze strony podstępnego i nienawistnego Gotreka, albo chęci zemsty ze strony jego „dotkniętego” ojczulka, „wrażliwego na obelgi w jego kierunku” kapłana… Usnąłem od razu…
Nie wiem ile spałem, ale w środku nocy obudziła mnie Ziriel i Din. Ucięliśmy sobie krótką rozmowę o tym co zaszło i jak to bardzo pozbawiłem szacunku naszego kapłana, przecież on, biedak, na to nie zasługuje… Nie tłumaczyłem się wcale, potwierdziłem tylko swe słowa, zatracając w swoim cierpieniu jakiekolwiek uczucia szacunku do un Nathreków i ich występków… Jeśli ktoś gardzi innymi, nie bacząc na ich uczucia, to jakim prawem żąda szacunku wobec siebie?! Prawo boskie zostawiam kapłanom, a nie normalnym, mniej fanatycznym istotom…
Rankiem bez słowa ruszyliśmy w stronę miasta. Wspólnie wszyscy postanowiliśmy wrócić i udać się na spotkanie z wysłannikiem demonologa w gospodzie, o której wcześniej nam mówiono… Szkoda tylko, że jak się wtedy o tym dowiedzieliśmy, nasz szacowny Goth to zakwestionował i machnięciem ręki zwyczajnie olał… Ciekawe czy jako nasz „przywódca” też by tak zrobił, czy zwyczajnie z zemsty, bo sprawa go nie dotyczy, wywarł na reszcie taki nacisk…?? Ja nie mam siły przebicia, bo cokolwiek powiem jest zawsze kwestionowane i degradowane przez un Nathreków…. Nie było Gotreka „Mąciciela”, było lepiej i Din i Ziriel potwierdzili me słowa zeszłej nocy, kiedy rozmawialiśmy o tej kłótni… Szkoda tylko, że nie mają cywilnej odwagi czasami się im przeciwstawić… Tchórze…
Do miasta dotarliśmy dość szybko i zaraz udaliśmy się do owej gospody „Wronie Oko”. Ku naszemu zdziwieniu nie była to żadna melina i mordownia, jak nas informował nasz gospodarz. Zagadnąłem oberżystę na osobności o Astimmora… Ten powiedział, że co trzy dni do karczmy zjawia się jego pomocnik, po jedzenie i z nim należałoby się zmówić. Sam demonolog nie lubi niezapowiedzianych gości, czego już zdążyliśmy doświadczyć. Jutro właśnie przybywa sługa, więc postanowiliśmy tu jutro wrócić. Tymczasem udaliśmy się do gospody „Czarny Tulipan”, gdzie mieliśmy się spotkać z szefem siatki Mordrokka, Taurusem w sprawie zdobycia kolejnego klucza w Cytadeli Burz.
Tam zaczepił Gotha jakiś nieznajomy z głupiutkim tekstem o kapłanie, na którego już długo czeka i jego umierającym bracie, któremu Goth ma udzielić ostatniej spowiedzi… Oczywiście od razu nam to podpadło, bo i gra aktorska jegomościa była na niskim poziomie, więc wszyscy udaliśmy się za nieznajomym. Przedstawił się jako Jander i wprowadził nas w tajniki jego kiepskiej maskarady…
Okazało się, że agenci Ifresha rozbili całą siatkę Mordrokka w mieście… Tych, którzy przeżyli obławę umieszczono w obozach pracy, a Taurusa w najcięższym i najbardziej strzeżonym. Niedobitki natomiast utworzyły nową siedzibę z nowym szefem siatki, do którego właśnie nas prowadził… „Szpital Dwóch Sióstr” był zwykłym szpitalem, który prowadziła pani Natalia von Eik. Obok niego był sąsiadujący dom, w którym była nowa siedziba siatki. Przybytek dla biedoty również był prowadzony przez panią Natalię, która poprowadziła nas do naszego pokoju… Po chwili zjawił się Jander i zeszliśmy do kuchni, w której czekał już na nas Bjorg Stolarz, nowy szef siatki Mordrokka w mieście… Wyglądało to jak totalnie zawalona maskarada i bardzo podejrzanie, ale weszliśmy w tą „grę”, czekając na rozwój wydarzeń…
Stolarz zaczął opowiadać o wydarzeniach w mieście. Podzielił się z nami obawami, co do zdrady w szeregach siatki, gdzie podczas akcji Czerwonych Salamander, agentów Ifresha, wszyscy zostali złapani i zdemaskowani… Najemnicy, z którymi wcześniej podróżowaliśmy, a mieliśmy się tu spotkać, ponoć są w naszym zasięgu i zawsze możemy się z nimi zobaczyć, ale póki co pozostają w ukryciu. Zaczęliśmy wypytywać o Cytadelę Burz i naszą misję, nie zdradzając przy tym żadnych szczegółów, ale Bjorg nic nie wiedział… Kluczył w odpowiedziach i robił głupie miny… Stwierdził, że zwyczajnie nie został wprowadzony w tajniki tej misji, bo nią zajmował się właśnie Taurus… Zapytaliśmy czy Mordrokk jest świadomy tej sytuacji, po czym Stolarz oznajmił, że posłali posłańca z wieściami, ale dotarcie tam zajmie mu tygodnie… Tłumaczył nam, kiedy wpatrywaliśmy się w niego jak w idiotę, że tylko Taurus znał sposoby szybszej komunikacji z Mordrokkiem i tylko pojmany, dawny szef siatki zna koordynaty zatopionej Cytadeli…
Znowu sytuacja, jak w Gerdenbergu, kiedy to myśmy mieli wszystko załatwić i dowiedzieć się wszystkiego, za otępiałych i zidiocianych „przywódców” pseudo organizacji, walczących o „wolność”…!! Znowu stek pustych, nic nieznaczących i niewnoszących odpowiedzi, z których tylko nam pozostało coś wywnioskować, bo banda durniów nie potrafiła sobie dać z tym rady…!! Znowu, jak na bohaterską drużynę przystało, pozostało nam wziąć sprawy we własne ręce, żeby, kiedy je rozwiążemy i zakończymy, zatuszować nieudolność tych organizacji i ich przywództwa…
Taurusa zamknięto w najbardziej strzeżonym i najcięższym obozie pracy, Orkan Kazar. Wydobywa się tam piaskowiec, a on sam jest tam już prawie od miesiąca! A ci kretyni czekają na nas…!!! Obóz leży przy rzece, skąd jest transportowany do miasteczka Itzen, a następnie spławiany rzeką do Zaihary lub Adberheim. Nakazaliśmy mu zdobyć, niech się w końcu wezmą do jakiejkolwiek roboty, jak najwięcej informacji o obozie i sposobach kontaktu Taurusa z Mordrokkiem. Umówiliśmy się na spotkanie za tydzień…
Na „do widzenia” zapytałem jeszcze o Astimmora, a Bjorg potwierdził tylko bajki o niebezpiecznym demonologu i jego krwawych rytuałach… Powiedział, że po jedzenie do „Wroniego Oka” przychodzi jego sługa, półolbrzym… Kander Khan, bo tak się nazywa ów półolbrzym, jest dość niebezpieczny i Stolarz ostrzegł nas przed nim… Bjorg powiedział nam jeszcze, że za sowiniedźwiedzia może udać nam się zdobyć nagrodę, ale o niej musimy porozmawiać z porucznikiem straży miejskiej odpowiedzialnego za tamten rejon… Po rozmowie wróciliśmy do gospody na należny nam odpoczynek…