Z samego rana udałem się do „Wroniego Oka”, ażeby w samotności i spokoju poczekać na półolbrzyma. Po kilku godzinach czekania w ciszy, do karczmy przyszli Goth i Din. Dosiedli się do mnie i nagle niespodziewanie Goth zagadał do karczmarza, wypytując o niejakiego kapitana Mardoka. Podobno ów człek zna jakieś opowieści o Cytadeli Burz… Czas nam się dłużył, więc postanowiliśmy zagrać w kości. Był to mój największy błąd tego dnia, bo zwyczajnie ograli mnie do „gołych stóp”… Kiedy zastała nas pora obiadowa, do oberży przyszła Ziriel. W ciszy zjedliśmy obiad i czekaliśmy dalej…
Mardok okazał się podstarzałym marynarzem, o siwych włosach i długim, niezbadanym zaroście. Wyglądał na około sześćdziesiąt lat, szedł lekko chwiejnym krokiem, z wygasłą, ale zadbaną fajką. Dosiadł się do nas, a my gościnnie zamówiliśmy dla niego piwo. Poznał też hojność naszej, ponoć ubogiej, elfki, która to, ku mojemu zdziwieniu, postawiła starcowi obiad… Później jak się okazało była ona święcie przekonana, że wszyscy za niego zapłacimy! Grubo się pomyliła…
Mardok zaczął opowiadać o swoich wyprawach i najważniejszej, interesującej nas, Cytadeli Burz… Kilkadziesiąt minut zajęło nam wysłuchiwanie jego pustych i bzdurnych, pewnikiem zmyślonych, opowiastek, zanim zaczął mówić o Cytadeli. Na wstępie dziad ostrzegł nas, że niebezpiecznym jest rozmawianie o niej, bo Ifresh i jego szpiedzy są wszędzie i sam pan miasta tego nie pochwala…
Ponoć tysiąc lat wcześniej Cytadelę wybudowały olbrzymy, które po upływie półwiecza opuściły jej mury, a sama Cytadela zniszczała i zatonęła. Ale sto lat temu, doszło do wielkiej bitwy morskiej, w której Cytadela wzięła udział… Ludzie opowiadają, że miotała błyskawicami, niszcząc całe miasta, a tylko sam Ifresh potrafił poruszać nią pod wodą… Ojciec marynarza, Jaliosz, służył niegdyś w armii Ifresha na statku Czarna Kotwica. Było to siedemdziesiąt lat wstecz. Jego flota popłynęła do walki na terytorium Legata Burz Stratosa, w okolice wyspy Tangrel (będącej przyczółkiem wojsk Urukairosa). Tam statki gotowały się do bitwy, kiedy nagle coś wynurzyło się z wody… Jakaś budowla… Wówczas było lato, a nad flotyllami rozpętała się wichura i zaczął padać grad! Statki zostały zniszczone, wyspa i armia Urukairosa również. Kiedy flota Ifresha wracała do swego portu, rozgniewany za zniszczenie jednej ze swych wysp Stratos posłał za nią armadę. Stratos ścigał flotę Ifresha aż do Zatoki Zaihary, gdzie doszło do wielkiej bitwy między oboma flotami. Podczas walki znowu pojawiła się Cytadela, aby po tej bitwie zapaść się bez śladu, po dziś dzień…
Za kolejną sztukę złota marynarz zdradził nam sekret lokalizacji Cytadeli. Według niego budowla znajdowała się przy jednej z wysp, która wtenczas nazywana była Wyspą 8, a teraz nosi ona numer czterdziesty czwarty… Jest to numeracja wysp wokół Zaihary stosowana przez kartografów. Więcej informacji od dobrze już pijanego marynarza nie udało nam się zebrać, a kiedy starzec nas opuścił, do karczmy wszedł półolbrzym…
Udałem się z Gothem, wyjaśnić mu moją sprawę i chęć poradzenia się u jego pana demonologa. Po krótkiej rozmowie półolbrzym, który zwał się Kander Khan, nakazał przyjść tutaj za dwa dni, a będzie miał dla nas odpowiedź. Wróciliśmy do gospody, gdzie kolejne dni spędziłem nad Księgami Alchemii. W międzyczasie Gotrek i Ziriel udali się do biblioteki, która jak się okazało zawierała sporo dzieł, ale mocno ocenzurowanych i wychwalających Ifresha, więc z niczym ciekawym nie wrócili. Nocą Gotrek postanowił zidentyfikować Bukłak, więc od rana mieliśmy dzień pełen wrażeń…
Okazało się iż przedmiot ten jest dość silnie nasączony magią i równie ciekawy, jeśli chodzi o jego moce i zastosowanie. Kiedy z bukłaku wlejesz ciesz do wody, zamienia się ona w piwo, a kiedy zrobisz tą czynność odwrotnie, wlewając z bukłaku do piwa, to trunek kiśnie na dobre… Wpadliśmy na genialny pomysł, ażeby sprawdzić to na innych cieczach i zanotować efekty:
Ciecz
Efekt
Woda
Zamieniła się w piwo.
Wino
Zamieniło się w przeźroczysty płyn o słodkawym smaku, który później postanowiliśmy zbadać u alchemika.
Wódka
Zamieniła się w czysty spirytus.
Mleko
Zamieniło się w płyn wodopodobny, po czym zaczął śmierdzieć i wyparował gazem, pozostawiając owy smród w pokoju. O mało nie zwymiotowaliśmy…
Oliwa
Zrobiła się zielona i zaczęła dymić, po czym ciecz zaczęła roztapiać wszystko, niczym silny kwas.
Miód
W nic się nie zamienił.
Miód pitny
Zmienił się na czerwono, przybierając barwę buraków. Ziriel po długiej namowie odważyła się spróbować, a efektem były lekko ścierpłe usta i język… Din nalał buraczaną ciecz na palec, a ten mu zesztywniał – tą ciecz też postanowiliśmy zabrać do alchemika.
Herbata
Zmieniła się w rzadką, białą i śmierdzącą ciecz. Dina nie trzeba było namawiać do kolejnych poświęceń, więc wypił głąb, po czym stwierdził, że kręci mu się w głowie, a sam jest lekko „oszołomiony”. Ta ciecz też poszła do alchemika.
Ocet
Zamienił się w czarną, gęstą ciecz. Bez zapachu i chłodną w dotyku. Po raz kolejny nasz dzielny, acz głupi wojownik zakosztował, ale stwierdził jeno smak gorzko-kwaśny, niczym grejpfrut. Ciecz poszła również do alchemika.
Kiedy tak bawiliśmy się w testerów i eksperymentatorów, do głowy przyszedł mi inny pomysł: „…a może by tak przetestować te ciecze na jakimś żebraku?” Ku mojemu zaskoczeniu drużyna z uśmiechem i pełną aprobatą przyjęła takie rozwiązanie… Jednak po krótszej, acz intensywnej dyspucie zmieniliśmy zdanie i wysłaliśmy Dina na zakupy…
Wojownik wrócił po kilkudziesięciu minutach z nowymi składnikami do testów. Przyniósł spirytus, owoce, a nawet kota i kilka myszek… Skoro nie z żebrakiem, to ze zwierzętami… Wróciliśmy do naszej, jak się później okazało, niebezpiecznej zabawy…
– Słona Woda zamieniła się w kryształ lodu, po czym rozsadziła kufel;
– Mocz Dina (tego nie należy komentować, ni opisywać, więc tylko formalnie wymieniam…) – na szczęście nic się nie stało…
Tego dnia wykończyliśmy magię bukłaku, więc postanowiliśmy cztery interesujące nas substancje zanieść do alchemika. Później poszliśmy na spotkanie z półolbrzymem. Istota mocno mnie zaskoczyła, acz pozytywnie, bo demonolog zgodził się na spotkanie ze mną, ale jeszcze tego samego dnia… Postanowiliśmy, że wraz z un Nathrekami udam się za półolbrzymem, a Ziriel i Din zostaną w mieście. Warunkiem było pozostawienie wszelkiej formy magii w karczmie, wliczając w to Morgula, składniki i nasze księgi. Z oporem, ale zgodziliśmy się, w końcu nie my tu stawialiśmy warunki…
Tempo podróży było tak szybkie, że niejednokrotnie musiałem resztkami sił, przywoływać „Wierzchowca”. Pogoda nam nie sprzyjała, i kiedy nocą dotarliśmy do Wzgórza Męki, mocno już padało. Przemoczeni obeszliśmy to ciekawe miejsce i udaliśmy się w kierunku plaży. Wieża demonologa nocą majaczyła zielonkawą poświatą, tworząc wrażenie strachu i przerażenia. Doszliśmy do łodzi, gdzie półolbrzym ostrzegł nas przed używaniem jakiejkolwiek magii, jeśli chcielibyśmy opuścić wieżę żywi… Mimo mocno wzburzonych fal istota bezpiecznie dopłynęła z nami do wieży…
Ciemny i cichy przedsionek powitał nas kręconymi schodami w górę. Na drugim piętrze weszliśmy do przyciemnionej komnaty. Tam, plecami do nas, stał człek wpatrzony w rozszalałą wichurę nad Wzgórzem. Był dość skromnie przyodziany, w ciemno czerwone szaty. Jego pomarszczona twarz zdradzała sędziwy wiek, a on sam spojrzał na nas i zaprosił do okna, przy którym stał. Wskazał Wzgórze Męki wyraźnie zafascynowany widokiem, gdzie widać było mgłę, która lekko unosiła się nad nim, ale gdzieś dostrzegłem też jakoby cienie tańczyły przy palach…
Zwrócił się do nas, a ja przedstawiłem siebie i swoich kompanów, po czym wyjaśniłem swój „problem”, zręcznie unikając szczegółów. Nagle poświatę na zewnątrz rozświetliła błyskawica, a mnie jakoby dopadła przerażająca wizja wielkiej istoty z olbrzymimi mackami, która stała za plecami Astimmora… Zrobiłem krok do tyłu poważnie zlękniony, a demonolog, jakby bawił się mym strachem. Uspokoił mnie jego głos, który zaproponował hipnozę, w celu porozumienia się z duszą Pioruna, który mnie opętał… Półolbrzym przyniósł krzesła i inne, nieznane mi materiały. Usiadłem, patrząc jak Astimmor przyodziewa szaty wyhaftowane różnymi wzorami i znakami, których znaczenia nie rozumiałem i nie znałem… Pamiętam jedno, atmosferę, która zaczęła mnie przytłaczać i przerażać. Kiedy założył na dłonie rękawice, ostatni element stroju, skropił mnie cieczą. Siedziałem sparaliżowany strachem, a po chwili moje zmysły zaczęły ode mnie odchodzić. Pamiętam jeszcze jak zakładał na mnie czarny szal i powoli zawijał go wokół mojej szyi. Powoli ciemniało mi przed oczami…
Radagast spojrzał na swoje dłonie. Były blade i trzęsły się niemiłosiernie. Komnata, w której stał była w kamieniu, a zeń prowadziły dwoje dębowych, okutych drzwi. Przy jednych z nich stał młody, zmęczony mag, a przy drugich jakiś człek na wpół przyodziany… Z początku Radi nie zwrócił nań uwagi, zajęty kołataniem mosiężną klamką, ale kiedy zmęczony i zrezygnowany zaprzestał, spojrzał na męża. Człowiek ten był wysoki i potężnie zbudowany. Każdy jego krok wprawiał wyrobione mięśnie w stan pełnego napięcia, gdzie można było zauważyć sprężone żyły, w których biła krew. Radagast przez chwilę uważnie obserwował mężczyznę kroczącego tam i z powrotem po komnacie. Jego świadomość zaczynała zdawać sobie sprawę z sytuacji i miejsca, w którym się znajdował.
Mag wiedział, pamiętał zapaść, że jest teraz pod wpływem hipnozy i zdał sobie sprawę, że tylko dwa wyjścia prowadzą do jej zakończenia. Olbrzymie, okute drzwi, z których jedne na pewno są zamknięte, a przy drugich stał teraz zły duch Pioruna… Radi patrzał, jak postać niebezpiecznego wojownika rozmawia z kimś, lub czymś zza judasza w drzwiach. Wsłuchiwał się w język i tonację głosów, ale ani jednego, ani drugiego nie był w stanie rozpoznać. Piorun zakończył rozmowę, po czym wrócił do krążenia po kamiennej komnacie. Radagast rozpoznał zniecierpliwienie i złość po minie wojownika i sam przez chwilę zastanawiał się, jak przebiegła hipnoza…? A może coś poszło nie tak i mag został uwięziony wraz z Piorunem we własnym ciele, bez możliwości jego kontroli? Dłużej nie mógł stać i się zastanawiać… Powoli, mijając wojownika podszedł do drzwi naprzeciwko…
Ostrożnie odsunął judasza i spojrzał przez zakratowane okienko. Z początku ciemność… Po chwili ujrzał kilkadziesiąt ciał, bezładnie idących w kierunku drzwi. Wiedział, czym są te ciała, ale nie zdawał sobie sprawy, co robią za tymi drzwiami. Szybko odsunął się od judasza, w ostatniej chwili wyrywając się od szponów jednego z trupów. Był tak przerażony, że nawet nie zauważył, jak drzwi zaczęły dudnić i giąć się od uderzeń martwych dusz… Po chwili z mocno okutych, dębowych drzwi nie zostało już nic, prócz strzaskanego drwa i odłamków…
Radagast z przerażeniem i bezradnością patrzył jak horda rozwścieczonych żywotrupów ruszyła w jego kierunku. Piorun wykrzykiwał coś w nieznanym języku, a młody czarodziej próbując ratować resztki swojej świadomości rzucił się w kierunku drzwi za sobą. Nie pamiętał już, że wcześniej nie mógł ich otworzyć, teraz chciał uciec. Nim zdołał zrobić krok w tył, najbliżej znajdujący się trup chwycił go za rękę i pociągnął do gromady nieumarłych. Radi szarpał się, ale bezskutecznie, w duchu przeklinając swoje słabe, wątłe ciało, wyniszczone chorobą i magią… Pazurzasta, pogniła i na wpół rozłożona łapa, rozpłatała przedramię czarodzieja, wywołując agonalny ból…
Radagast upadł na kolana i więcej już nic nie poczuł. Słyszał tylko sapanie nad uchem, kiedy trup wgryzł mu się w krtań rozszarpując aortę… Poczuł ciepło od własnej krwi… Zamknął oczy…
Ocknąłem się i zdałem sobie sprawę, że jestem ciągnięty. Gotrek wraz z ojcem nieśli mnie po schodach w dół wieży. Na wpół przytomny zapytałem, co ze mną, czy mogę porozmawiać z Astimmorem, ale stanowczo mi odmówiono, a un Nathrekowie tłumaczyli, że wszystko mi powiedzą… Na łódce, w drodze na piaszczysty brzeg, Goth opowiedział mi przebieg mojej hipnozy i ewentualne możliwości, jakie mi pozostały…
Okazało się, że siedzi we mnie kilkadziesiąt dusz, a nie tylko Piorun, a przewodzi nimi właśnie on, z którym sam Astimmor sobie nie poradzi. Jeśli spróbowałby siłą go wypędzić, to dusza wojownika mnie zabije, a poza tym demonolog stwierdził, że jest ona na tyle potężna i silna, że mogłaby to zrobić w każdej chwili… Piorun zażądał Rytuału Całkowitej Konsekracji i do tego czasu, obiecał pozostawić mnie w spokoju. Kiedy słuchałem tych relacji, poczułem się jakbym miał nad głową katowski topór. Rytuał może być przeprowadzony tylko pierwszego dnia miesiąca Lipca, właśnie wtedy, kiedy mieliśmy udać się do zatopionej Cytadeli Burz, w Święto Słońca… Wszystko się komplikuje za sprawą mojego opętania. Zacząłem poważnie żałować, że zjechałem wtedy windą do Źródła…
Demonolog oznajmił, że zna pewnego urzędnika wysokiego rangą, który może wskazać nam więźnia, który nadawałby się na „pojemnik” do Rytuału. Sam koszt tego procesu będzie nas kosztował 200 zC, chyba, że Goth w zamian zgodziłby się pobłogosławić pewien przedmiot, nad którym pracuje teraz Astimmor, a do którego potrzebuje właśnie kapłańskich mocy boga wojny… Poczułem jak pętla na szyi coraz bardziej mi się zaciska i teraz muszę wybłagać tego zadufanego w sobie aroganta, żeby mi pomógł, bo uzbieranie takiego majątku jest zwyczajnie niemożliwe…
Astimmor dodał, że najlepiej by było, jakbyśmy poznali prawdziwe imię duszy, która jest we mnie, bo samo „Piorun” nic nam nie daje… Słuchałem wszystkiego w milczeniu, ale moje załamanie było na tyle widoczne wśród ciemnego nieba i blasku gwiazd, że patrząc na mnie Gotrek powiedział tylko jedno, ale jakże trafne zdanie: „Jesteś w dupie…” Bezpiecznie półolbrzym wysadził nas na brzegu, a my czym prędzej wróciliśmy do miasta. W karczmie przekazaliśmy wszelkie wieści Dinowi i Ziriel, którzy też nie byli zadowoleni, ale bynajmniej się nie przejęli. W końcu to mój, a nie ich problem…
Tymczasem Ziriel i Din opowiedzieli nam o właściwościach cieczy, które oddaliśmy do identyfikacji. I tak:
– Wino staje się eliksirem leczącym lekkie rany;
– Miód pitny jest substancją paraliżującą przy dawce 100 ml / 100 kg, a podwójna zabija;
– Herbata przyśpiesza ruchy i ma właściwości narkotyczne, a po skończeniu działaniu osłabia organizm;
– Ocet staje się odtrutką na wszelkiego rodzaju zatrucia i ukąszenia;
Bogatsi o taką wiedzę poszliśmy na spotkanie do „Szpitala Dwóch Sióstr”. Troszkę dowiedzieliśmy się o samym obozie i pobliskim miasteczku. Orkan Kazar jest największym i najcięższym obozem pracy w Lansgardzie. Od ponad czterdziestu lat wydobywa się tam piaskowiec. Obok leży miasteczko Itzen. Bjorg ma tam swojego człowieka, który nam pomoże w inwigilacji obozu i znalezieniu samego Taurusa. Arsten, bo tak ów agent ma na imię, podaje się w miasteczku za kupca Maurycjusza, i takiego imienia mamy dlań używać. Zapytałem Stolarza o sposoby komunikacji Taurusa z Mordrokkiem, a ten stwierdził, że komunikowali się magicznie i podejrzewa, że Taurus był magiem…! „Podejrzewa”…!!! Brak mi słów, bo przez siedem dni niczego się nie dowiedzieli, też mi siatka agentów…
Rankiem postanowiliśmy kontynuować „zabawę” z bukłakiem, ponieważ jego moc się zregenerowała. Niestety, jak pisałem wcześniej, owe eksperymenty musiały w końcu skończyć się tragicznie… Ale po kolei…
– Sok jabłkowy zrobił się gęsty, gorzki i śmierdzący;
– Sok gruszkowy zmienił zapach i smak na rumiankowy, ale innego działania nie znaleźliśmy;
Postanowiliśmy iść krok naprzód, więc Gotrek skręcił kotu kark i poderżnął gardło, żeby upuścić krwi… Kiedy dolaliśmy cieczy z bukłaka do kociej krwi z początku nic się nie działo, a po chwili kubek pękł i krew wsiąkła w drewno stołu. Momentalnie ku naszemu zaskoczeniu stół zamienił się w drewnopodobnego potwora! Wyrosły mu nogi i paszcza z zębiskami, i mimo groteskowego wyglądu, jego rozmiary uległy powiększeniu, a on sam nas zaatakował!
Wycofałem się do tyłu na bezpieczną odległość od monstra, a pozostali próbowali porąbać go na drzazgi. Nie zastanawiając się, instynktownie utkałem „Płomienie Agannazara” i skierowałem wiązkę w cel. Momentalnie zajął się płomieniami i ruszył na mnie. Gotrek sprawnie i szybko odciął mu odnóże, a monstrum upadło, niestety zajmując płomieniami cały pokój…! Zaczęliśmy go gasić, a ja zbiegłem na dół do gospodarza po wodę i pomoc. Zaskoczony był niemiłosiernie, kiedy „poinformowałem” go, że zaraz jego cały dobytek i majątek życia może stanąć w płomieniach, jak nie ruszy dupska! Szybko ocknął się z zadumy i chyba zrozumiał, w jakiej jesteśmy sytuacji. Udało nam się ugasić pożar, nie wypuszczając płomieni poza nasz pokój… Niestety gospodarz nie był „zadowolony”… ale po krótkiej, acz burzliwej rozmowie i naszemu nieudacznemu tłumaczeniu, udało nam się zapłacić za szkody i nie wylatywać z karczmy… Sytuacja mimo powagi była dość groteskowa i nawet teraz, jak ją wspominam, śmiać mi się chce…
Nie wszystkim jednak było do śmiechu. Nasz pechowy wojownik znowu skończył z poważnymi obrażeniami… Szybko rzuciłem nań „Powstrzymanie Krwotoku”, a stan Dina powoli zaczął się stabilizować. Okazało się, że w walce doznał otwartego złamania prawej ręki! Nie wiem jak on to robi, ale zawsze, zawsze, kończy walki z najgorszymi obrażeniami, a niejednokrotnie Goth, a czasami ja, ratowaliśmy go od śmierci…! Z takim pechem, człek może wyjść na trakt i nie zauważyć jadącej furmanki… Katastrofa…
Medyk operował kilka godzin, na szczęście dla Dina z powodzeniem. Ręki nie stracił, a kości dało się nastawić i poskładać. Na nieszczęście rekonwalescencja będzie trwała kilka miesięcy, a i tak pełne odzyskanie sprawności w ręce stoi pod znakiem zapytania. Troszkę przykra sprawa, bo wyklucza to przydatność Dina jako wojownika w naszej drużynie… I osłabia nasz skład… Chociaż z drugiej strony…
Wróciliśmy do karczmy. Tam czekał już na nas oberżysta z nietęgą miną… Jeszcze raz podjęliśmy próby przeprosin i udobruchaliśmy go, do tego stopnia, że zgodził się na zamianę pokoju… Szybko przenieśliśmy ocalałe rzeczy i poszliśmy spać, po długim i emocjonującym dniu…