Na drugi dzień wraz z Gothem udaliśmy się do Eleniasza, do Departamentu Ludności, do Urzędu Wojny. Był to urzędnik, którego polecił nam Astimmor w celu znalezienia „pojemnika” dla Pioruna. Po drodze wziąłem się na odwagę i zagadnąłem Gotha o pomoc dla mnie, jak również rozwinąłem rozmowę, w celu wyjaśnienia wielu dotychczasowych nieporozumień i kłótni… Chciałem w miły sposób załagodzić dość nerwowe ostatnio stosunki pomiędzy nami, ale też wyjaśnić kapłanowi mój złożony tok myślenia, niektóre poglądy i patrzenie na świat… Rozmowa zajęła nam całą drogę i po obu stronach wyczuć można było wzajemne wsparcie, jak i zrozumienie, cierpliwość i chęć pomocy… Moje nadzieje z każdym kolejnym dialogiem wzrastały, a humor ulegał poprawie. Myślę, że obu nam przydała się ta rozmowa i chyba obaj byliśmy zadowoleni z jej przebiegu, jak i zakończenia.
Troszkę czasu i wymiany zdań zajęło nam dostanie się do Eleniasza. W końcu trafiliśmy do tłustego urzędnika, którego jedynym chyba zajęciem w biurze było solidne obżeranie się… Za złotego centara, obiecał nam znaleźć kilku „klientów”, których budowa zewnętrzna, jak i profesja, czy umiejętności, odpowiadałyby opisom moim i Gotreka. Ja kierowałem się wyglądem, który udało mi się zobaczyć podczas hipnozy, a Gotrek opowiedział nam jak dobrze wyszkolonym powinien być „pojemnik” dla mnie, albo raczej dla Pioruna. Te opisy dokładnie z Gothem przedstawiliśmy Eleniaszowi, który do następnego dnia miał podać kilku zgodnych kandydatów.
Wieczorem wszyscy spotkaliśmy się w karczmie. Gotrek powiedział, że naprawa Bukłaka będzie nas kosztować, a sama jego moc znacznie się pogorszy… Kolejny dzień poświęciłem Alchemii, a wieczorem poszedłem z kapłanem do tłustego urzędnika. Nie zdziwiliśmy się zastając go żrącego przy biurku, które bardziej zaczynało przypominać świńskie koryto, niźli miejsce pracy państwowego urzędnika. Podał nam cztery nazwiska:
Leoniden – zawodowy zabójca, osadzony w Lochu Portowym, 210 cm wzrostu na 150 kg wagi;
Bauhar Czarny – fechmistrz hrabiego Gortrata, który został skazany za zabicie oficera, ale szybko wyłgał się i wrócił do swego pana na służbę. 180 cm wzrostu i 70 kg wagi;
Kenzen Ishito – Tesijczyk, umierający na gangrenę w Szpitalu Miłosierdzia;
Uthe Lax – pirat zamaribski, który zabił kilku żołnierzy króla i dostał dożywocie w Orkan Kazar. 190 cm wzrostu na 90 kg wagi.
Od razu rzuciło nam się czwarte nazwisko, bo przecież moglibyśmy „zwędzić” dwie pieczenie na raz. Zaczęliśmy delikatnie wypytywać tłuściocha o obóz Orkan Kazar i panujące tam warunki. Powiedział, że stale znajduje się tam pięć brygad skazańców. Piąta i ostatnia jest najstarszą, znajdują się w niej ci, co odsiadują najdłużej, a pierwsza jest najmłodszą, do niej trafiają najwcześniej skazani. Uthe jest teraz w drugiej brygadzie, gdzie przypuszczaliśmy, że prawdopodobnie jest też Taurus… Eleniasz powiedział nam, że jakieś trzy lata temu kilku więźniom udało się uciec z obozu i od tego czasu wszyscy są skuwani w pary i to jeszcze losowe… Każdy z więźniów jest znakowany, wypalanym piętnem na czole… To bardzo utrudnia nasze zadanie, ale podziękowaliśmy tłuściochowi i wrócili do karczmy.
Rano postanowiliśmy przyspieszyć sprawy i udać się do miasteczka Itzen, które leży przy obozie, a w którym czekać miał na nas informator Bjorga Stolarza. Po kilku dniach spokojnej podróży dotarliśmy na miejsce. Zatrzymaliśmy się w gospodzie „Pod Małą Wisienką”, w chwili, kiedy oberżysta usiłował zawiesić szyld przed wejściem. Nasza niezłomna i dobrotliwa Ziriel pomogła niezdarnemu gospodarzowi, zdobywając w ten sposób zaufanie i baryłkę piwa dla nas. Zagadnęliśmy o kupca Maurycjusza i jak się okazało informator miał pokój obok naszego… Wykupiliśmy pobyt na kilka dni, a ja w między czasie zaciekawiony podszedłem do tablicy ogłoszeń… Jedno zwróciło naszą szczególną uwagę… „Komendant obozu, Adrian Hogel, potrzebuje woźniców do pracy przy transporcie wydobywanego piaskowca.” Od gospodarza dowiedzieliśmy się, że ponoć panuje tam jakaś zaraza i Orkan Kazar cierpi na brak pracowników z zewnątrz. Resztę dnia spędziliśmy w gospodzie grając w kości i relaksując się. Ostatecznie udało mi się wszystkich ograć, powiększając swoją pustą dotychczas sakiewkę.
Wieczorem udaliśmy się do pokoju obok na spotkanie z „kupcem”… Na wstępie okazał się bardziej kompetentnym spiskowcem, niźli ci, których dotychczas widzieliśmy. Zwyzywał Bjorga od idiotów i pionków, ale później przystąpił do opisywania obozu…
Od jakiegoś czasy obserwuje obóz i okolicę z bezpiecznych miejsc przez lunetę. Wykonał nawet dość dokładny szkic. W obozie przebywa około 250 skazańców, którzy przydzieleni są do pięciu baraków, po pięć brygad podzielonych po 50 więźniów każda. Taurus znajduje się prawdopodobnie w pierwszej brygadzie, ale jako jeden z ostatnich, więc z drugiej strony może już być w drugiej brygadzie. W obozie jest około 30 strażników, nadzorców więzienia… Komendantem jest niejaki Adrian Hogel, okryty niesławą i niechęcią Ifresha, za romanse i dziwkarską przeszłość… W samym obozie jest kilkadziesiąt budynków. Baraki, wychodki, plac apelowy, blokhauz, baraki nadzorców i wieże obserwacyjne. Wszystko ogrodzone dość wysoką, drewnianą palisadą. Pracują tam też inżynierowie krasnoludzcy i inni, jako obsługa obozu. W klatkach trzymane są psy, które zawsze prowadzone są na smyczach i pilnują kajdaniarzy. Sam nasz cel – Taurus – jest w obozie około trzech tygodni. Zawsze gładko się golił, więc teraz nie będzie specjalnie mocno zarośnięty. Same wykopaliska wyglądają już inaczej. Od przeszło 40 lat wydobywa się stamtąd piaskowiec, w bardzo ciężkich warunkach. Eksploatacje polegają na wierceniu, nabijaniu kołkami i późniejszym rozsadzaniu danego materiału. Później wydobyte odłamki transportuje się wozem do obozu. Ostatnio, jak wspomniał „kupiec”, do wydobycia używa się ładunków alchemicznych, ponoć eksperymentalnych, które są niebezpieczne i mocno wybuchowe… Przez to wypadki na miejscu wykopalisk wzrosły… Kiedy materiał trafi już do obozu, tam przez kamieniarzy jest obrabiany i przygotowywany do wywozu do miasta…
Dzień pracy kajdaniarza zaczyna się o świcie od pobudki i porannego apelu, podczas którego wszyscy są liczeni. Jest to stała, codzienna procedura. Potem jest wydawany posiłek i pobierane są narzędzia. Więźniowie są skuwani w pary, kajdanami u stóp, a następnie w obstawie psów i około dwudziestu strażników, prowadzeni na miejsce wykopalisk. Praca trwa nieprzerwanie do południa. Potem następuje półgodzinna przerwa na posiłek wydawany przez kuchnię polową znajdującą się na miejscu, obok pobliskiego strumienia Morheb. Następnie ładowane są bloki na wozy, a jakieś dwie godziny przed zmierzchem kajdaniarze wracają do obozu. Przed bramą są liczeni i zdają narzędzia. W samym obozie mają czas na „toaletę”, a później już tylko na sen.
Pochówki więźniów odbywają się w trakcie robót, zresztą w tym czasie najwięcej ich ginie, głównie z przyczyn eksperymentalnych wybuchów. Ciała martwych wrzucane są do Trupiej Jamy, wielkiej i głębokiej jaskini na terenie wykopalisk. Wykopaliska nocą są opustoszałe, a sam obóz ma zawarte bramy. Nikt nie jest w stanie dojść do płotu obozu nocą, bo raz, że co pół godziny jest obchód z psami, a dwa, że naokoło rozmieszczone są wysokie i dające mocne światło latarnie, a wieżyce są obstawione. W ciągu dnia zaś w obozie jest mało osób, a strażników jest zaledwie kilku. Około dwóch jest na wieżach, dwóch przy bramie od strony miasta, a jeden swobodnie przechadza się po obozie. Pozostała dwudziestka piątka wraz z psami idą pilnować skazańców podczas robót.
Budynki pokryte są strzechą, mało które dachówką. Większość jest drewniana, a kilka ważniejszych murowana. Osobom postronnym za dnia nie można zbliżyć się do kamieniołomów, a woźnice wjeżdżają pod załadunek, nie dalej.

Więcej informacji Maurycjusz-Arsten już nie miał, a naszym zdaniem to było i tak dużo. Teraz reszta zależała już od naszego działania. Z nietęgimi minami wróciliśmy do pokoju obok, gdzie bardzo długo ustalaliśmy plan dalszych naszych poczynań…
Ustaliliśmy, że tej nocy Gotrek poleci na zwiad nad obóz i zinfiltruje okolice. Użyje do tego celu Maski Widzenia w Ciemnościach. Pogoda nam sprzyjała i wieczorem zrobiło się pochmurnie. Kiedy młody un Nathrek poleciał, ja z Gothem udaliśmy się drugiej karczmy w mieście, aby znaleźć najemników Mordrokka, którzy mieli tu na nas czekać. Około dziesiątej wieczorem znaleźliśmy ich w gospodzie „Pod Gwiazdą i Księżycem”. Tam spokojnie kapłan wyjaśnił im naszą sytuację i to, czego już zdążyliśmy się dowiedzieć, a po wszystkim wróciliśmy do karczmy.
Gotrek wrócił nad ranem budząc nas wszystkich. Opisał dokładnie noc w obozie, łącznie z nakreśleniem mapki z rozstawieniem budynków i prawdopodobną ich przynależnością.

Długo i burznie rozmawialiśmy, starając się wypytać Gotreka o najdrobniejsze szczegóły i w końcu postanowiliśmy, że dalej będziemy obserwować obóz. Gotrek tej nocy miał się jeszcze udać do kamieniołomów, pozostać tam i za dnia zaobserwować prace więźniów i strażników. My pod wieczór następnego dnia poszliśmy jeszcze do „kupca”, żeby wypytać go o sposób, w jaki mamy rozpoznać skazańca-Taurusa. Dowiedzieliśmy się, że „Biały Żagiel” i „Mordrokk”, to dwa hasła, na które powinien zareagować i je rozpoznać. Kiedy mieliśmy już wychodzić, Maurycjusz nagle przypomniał sobie o prawdopodobnej inspekcji Ognistej Salamandry, która według daty miała być kolejnego dnia…!!! No znowu ciśnienie mi się podniosło, że o tak ważnym wydarzeniu mówi nam się tak późno! Ale teraz było już za późno… Wizyta maga bojowego na usługach Ifresha, jakim są Ogniste Salamandry, z pełną obstawą ciężkich i dobrze wyszkolonych zbrojnych, troszkę nam skomplikowała jutrzejszy rekonesans… Po długim debatowaniu postanowiliśmy, że Gotrek i tak poleci, aby z rana przyjrzeć się pracy w kamieniołomach…
Nocą już młody un Nathrek poleciał do kamieniołomów, a my rankiem wstaliśmy i zeszliśmy do jadalni na śniadanie. Ciężko nam było uwierzyć, kiedy w progu karczmy ujrzeliśmy Dina, szeroko uśmiechniętego, dość żałośnie wyglądającego z ręką na temblaku… „Błyskotliwy” i „mądry” wojownik postanowił „nie rzucać” się w oczy i przyjechać do nas, ażeby, jak to nazwał, „zabić nudę i oferować swoją pomoc”… Mnie już dawno przeszła chęć komentowania jego poczynań, więc i teraz nie będę tego robił. W pokoju opowiedzieliśmy mu wszystko czego sami się dowiedzieliśmy i wdrożyliśmy kalekę w plan działania. Po godzinie dziesiątej rano, gospodarz poinformował nas, że do miasta zjechała inspekcja i w obstawie zbrojnych udali się do obozu. Był z nimi Lord i oficer Ognistych Salamandr i dziesięciu zbrojnych.
Po obiedzie zawitał do nas Gotrek. Zaobserwował prace na wykopaliskach i dokładnie nam przekazał swoje spostrzeżenia. Według niego więźniowie pracują parami, skuci u nóg metrowym łańcuchem. Nie pracują barakami, tylko pary kajdaniarzy są rzucane do różnych, losowych prac. Jest 25 strażników na miejscu, a co drugi z nich ma kuszę. Pięć psów, stale pilnuje skazańców. W warsztacie i kuchni polowej pracują gnomy, albo krasnoludy, Gotrekowi ciężko było dojrzeć… Koło godziny dwunastej w południe skazańcy idą na posiłek do kuchni polowej. Cały czas pilnowani są przez strażników, którzy posiłkują się swoimi, oddzielnymi racjami. Po posiłku wracają do pracy… Jednak Gotrekowi obserwację przerwała dziś inspekcja, więc prace skazańców skończyły się i wszyscy szybko wrócili do obozu… Wcześniej un Nathrek wspomniał jeszcze o eksperymentalnych wybuchach przeprowadzanych na terenie kamieniołomu. Wybuch ten zabił jednego ze skazańców. Ciało zabitego, dwóch innych więźniów w obstawie strażników, zaniosło do Trupiej Jamy i tam wrzuciło… Jedyną jeszcze informacją było to, że więźniowie dochodzą z obozu do wykopalisk w kolumnach, po dwie osoby w rzędzie.
Zaczęliśmy „burzę mózgów”, intensywnie zastanawiając się nad planem. Nie obyło się bez kłótni pomiędzy ojcem i synem, gdzie jeden drugiemu wypominał sarkazm i cynizm, brak powagi i przede wszystkim brak szacunku…!!! Muszę nieskrycie przyznać, że odrobinę podsycałem sytuację, nie mogąc przy tym nacieszyć się ich stanem totalnej frustracji i później furii… Ubaw po pachy. Jaki ojciec, taki syn… Kłótnia zakończyła się, kiedy Goth, wysokiej rangi kapłan Lorsha, oznajmił, że ma nas i cały ten plan „w dupie” i obraził się… Poważna decyzja…
W każdym razie bez Gotha ustaliliśmy, że jeden z najemników Mordokka pójdzie jeszcze tego dnia, do obozu i tam postara nająć się do pracy, jako woźnica. A my, odpowiednio podzieleni na role, dalej będziemy obserwować wykopaliska, żeby utwierdzić się w dokładnych działaniach strażników i kajdaniarzy. Poszedłem poinformować o tym najemników, ale te buce mnie zlekceważyły mówiąc, że bez wyraźnego polecenia Gotha nie zrobią nic! Ahh, ależ byłem wściekły…! Przekazałem to naszemu kapłanowi, po czym ustaliliśmy, że tej nocy ja, Ziriel i Goth udamy się w okolice kamieniołomów, aby obserwować pracę więźniów za dnia, a Goth nakaże jednemu z najemników udać się po pracę do obozu. Załatwiłem prowiant dla naszej trójki, a kapłan poszedł przekazać „bucom” plan…
Nocą wymknęliśmy się z oberży. Wyszliśmy za miasto, na pastwiska i łąkami ruszyliśmy w kierunku Borowego Lasu. Stamtąd, wzdłuż linii brzegowej lasu, szliśmy w stronę rzeki na południe. Goth z Ziriel na zmianę nosili Maskę Widzenia w Ciemnościach, kiedy to nagle elfka poinformowała nas, że ktoś może nas obserwować z koron drzew… Przykucnęliśmy i w ciszy zaczęliśmy obserwować wskazane drzewa. Goth poprosił mnie o ochronę dla Ziriel, więc utkałem dla niej „Eteralny Pancerz”, po czym kapłan dał jej Maskę i poprosił o zwiad. Szybkimi i zręcznymi ruchami wspięła się na drzewo. Chwilkę czekaliśmy w ciemnościach, nasłuchując. Po kilku minutach zjawiła się Ziriel i oznajmiła, że ów „ktoś” siedzi na drzewie i prawdopodobnie obserwuje obóz Orkan Kazar. Utkałem „Zbroję” i skierowałem siłę czaru na Gotha, który po chwili podkradł się pod drzewo jegomościa. Widziałem jak wznosi modły do Lorsha, a po chwili mógł już chodzić w powietrzu, więc zakradł się za „podglądacza” i z zaskoczenia obezwładnił go… Chwilę przesłuchiwał, ale ani ja, ani elfka nie mogliśmy nic widzieć i dobrze słyszeć, więc tylko domyślaliśmy się…
Kapłan po chwili zawołał nas, tak więc oboje udaliśmy się pod odpowiednie drzewo. Ziriel wspięła się po nim, a ja za pomocą „Lewitacji” uniosłem na odpowiednią wysokość. Na górze Goth trzymał skrępowanego Jorga, bo tak ów nieudacznik nam się przedstawił, ale prócz tego zbytnio rozmownym nie chciał być. Zeszliśmy na dół, w głąb lasu i tam zaczęliśmy go przesłuchiwać… Teraz miałem okazję dokładnie mu się przyjrzeć i ocenić. Mężczyzna miał około trzydziestki, wyglądał na banitę i takim też był, dodatkowo brak ogłady i ogólna głupota wyzierała z każdego milimetra jego ciała… Wydawało mu się, że to on kontroluje sytuację i aż się uśmiałem, kiedy zaczął nas zastraszać i grozić, tłumacząc, jak to jego szef Gordan nas wybatoży… Kiedy daliśmy mu do zrozumienia, że jest w wielkim błędzie i źle, o jakieś 180 stopni, ocenił swoją marną sytuację, zaczął treściwiej i szybciej odpowiadać na nasze pytania…
Przysłał go niejaki Gordan Korbacz, herszt banitów z tej strony lasu, którzy zwą się nad wyraz oryginalnie, Dzikusy… Kazał mu obserwować obóz i kiedy złapaliśmy go na śnie („obserwacji”), myślał, że jesteśmy ludźmi od Johana Drwala, herszta banitów z Zielonego Lasu, naprzeciwko… Troszkę to skomplikowane mi się wydawało, ale oceniając inteligencję Jorga, całość była przejrzysta, jak szkło… W każdym razie Gordan chciał odbić jednego ze skazańców, który był jednym z członków tej „zacnej” bandy leśnych ludzi… Poprosiłem Gotha i Ziriel na bok, żeby podzielić się z nimi pewnym pomysłem…
Wymyśliliśmy, żeby wykorzystać tą sytuację na naszą korzyść, a mianowicie wesprzeć się bandą banitów, żeby łatwiej i w miarę bezboleśnie odbić naszych skazańców… Wyczarowałem „Wierzchowca”, po to by Ziriel udała się szybko do miasta po Gotreka, Dina i trzech najemników. Po jakimś czasie zjawiła się cała ekipa. Dina posłaliśmy na obserwację kamieniołomów, a cała nasza reszta, wraz z opornym Jorgiem, udała się na spotkanie z banitami i ich hersztem Gordanem… Prowadzeni podpowiedziami banity szliśmy wzdłuż rzeki, na południe, do kamieniołomów. Doszliśmy na wzgórza za wykopaliskami i tam opuściła nas Ziriel, ponieważ jej zadaniem było śledzenie Jorga, gdy tylko go wypuścimy. Goth starał się wytłumaczyć zastraszonemu banicie nasze zamiary i wspólne intencje i mieliśmy tylko nadzieję, że charyzma kapłana nie ujdzie z wiatrem…
Na wzgórzach wypuściliśmy banitę, który wsparty moim „Światłem” uciekł w stronę swojego obozu. Liczyliśmy na to, iż przekaże kompanom o naszym wspólnym celu i wzajemnej pomocy. Czekaliśmy cierpliwie, aż w końcu koło piątej nad ranem wróciła Ziriel i oznajmiła, że w naszym kierunku idzie 15 zbrojnych. Kiedy doszli kilkadziesiąt metrów od nas, szybko rozstawiliśmy się na strategicznych pozycjach na wzgórzach, po czym Gotrek zawołał: „Negocjujemy, czy walczymy…?!!!” Banici w dalszym ciągu podchodzili wzgórza z zamiarem dania nam nauczki. Chwilę później Goth skinął na mnie. Nie zastanawiałem się w ogóle i rzuciłem w kierunku grupki banitów „Ognistą Kulę”, żeby dać oprychom do zrozumienia, że z byle kim nie zadzierają… Musiałem zrobić na nich niemałe wrażenie, bo Gordan odzyskał zdolność mowy, ale nie była to mowa powitalna, tylko dalej groźnie brzmiące pogróżki rzucane zza jednego z głazów, za którym się ukrył. Krzyknąłem w jego kierunku, żeby solidnie się zastanowił, bo jednak straci wszystko, atakując, a tak może jeszcze zyskać sojuszników… Sekundy mijały, po czym doszliśmy do porozumienia i na warunkach Gordana, Goth jako nasz „herszt” wyszedł do wspólnych negocjacji, które odbyły się w połowie drogi, pomiędzy naszymi grupami…
Czekaliśmy cierpliwie w milczeniu, aż w końcu udało się kapłanowi namówić banitów do rozmów. Po chwili cała banda ruszyła w naszym kierunku. Goth ostrzegł nas jeszcze, aby baczyć na słowa, bo można łatwo wpaść w konflikt, który u takich ludzi rozwiązywany jest tylko w jeden sposób… Gordan Korbacz okazał się wielkim i potężnym mężem. Krótko ścięty, nieogolony i mocno owłosiony, stwarzał wrażenie bestii niedźwiedzio-podobnej, którą matki zwykły straszyć nieposłuszne dzieci… W zbroi łuskowej i z wielkim, dwuręcznym korbaczem łatwo mu przyszło zostać hersztem tej śmiesznej i żałosnej bandy… Prócz tego potwornego wyglądu okazał się typowym głąbem i imbecylem, prostakiem, który batożyłby każdego, kto ośmieliłby mu się sprzeciwić…
Okazało się, że pomysły na dotarcie do obozu i wydostanie z niego swego towarzysza miał niewiele głębsze, a o samym Orkan Kazar i wykopaliskach nie wiedział nic… Podejrzewam, że podobnie jak o swoich rodzicach… Z minuty na minutę rozmowa o „ataku” stawała się coraz bardziej groteskowa, a Gordan co chwila wysnuwał plany „oswobodzenia” i „przejęcia” wszystkich kajdaniarzy do swojej bandy… Dodatkowo twardo upierał się, żebyśmy to my poszli „na pierwszy ogień”, a oni z pewnością by nam pomogli i z dala ostrzelali wrogów… Zacząłem zastanawiać się, czy nie popełniłem błędu, podsuwając pomysł o połączeniu sił. W końcu wśród bzdurnych i idiotycznych propozycji i pomysłów herszta doszło do kłótni. To było nie uniknione, ale konsekwencje tego mogły okazać się bardzo złe… Herszt nakazał Gothowi ukarać nas za pyskowanie i nie słuchanie „przywódców”, co jeszcze bardziej podniosło nam ciśnienie!
Chwilowo zakończyliśmy rozmowy, żeby kłótnię wyjaśnić pomiędzy sobą. Okazało się, że Goth wyjaśnił hersztowi podczas ich rozmów, że jest naszym hersztem i wodzem i wszyscy jesteśmy mu podporządkowani i go słuchamy. Dlatego Gordan wzburzył się, że którykolwiek z nas zabiera głos, kiedy on wciska naszemu kapłanowi plan najazdu na Orkan Kazar, który był chyba najgłupszym planem ataku w historii! Brakowało mi słów i w złości na Gotha na usta cisnęły mi się tylko przekleństwa, ale te powstrzymałem… Niestety Gotrek nie umiał się opanować i „swobodnie” wypowiadał zdania, na temat „negocjacji” Gotha i Gordana w naszym imieniu i wspólnej sprawie. Niejednokrotnie dał do zrozumienia ojcu, że ten zawiódł nas, stawiając się jako nasz herszt i tak kiepsko walcząc o wspólny plan… Ale w końcu złość w nas zelżała, bo teraz musieliśmy wytłumaczyć ten wewnętrzny konflikt Gordanowi, ażeby ten nie uznał nas za nic nie wartych, a samego Gotha za niewiarygodnego…
Wróciliśmy do banitów, gdzie Goth szybko przedstawił „błyskotliwy” i nieprzemyślany plan ataku na kamieniołom. Mieliśmy zaatakować już następnego poranka, więc została nam tylko doba na przygotowania. Po rozmowie udaliśmy się w milczeniu do Dina, gdzie jeszcze przed przybyciem kajdaniarzy do pracy, mogliśmy w spokoju omówić dalsze działania…
Rankiem zauważyliśmy poruszenie z obozu. Pogoda nam nie dopisała, bo pochmurne niebo i chłodny wiatr, dawały się we znaki, ale mimo to postanowiliśmy twardo obserwować kamieniołomy. Uważnie obserwowaliśmy, jak więźniowie się gromadzą i ustawiają w kolumny, gotowi do wymarszu, kiedy nagle nasze skupienie przerwał Gotrek zapytaniem do swego ojca. Pytał o niejakiego Vargasa, czym zadziwił Gotha i chyba zakłopotał. Gotrek tłumaczył, że od pewnego czasu ma przedziwne sny i wizje i podejrzewa, że sam Lorsh do niego przemawia…
Ponoć kiedyś Goth, co wynikało z opowieści wizji Gotreka, poświęcił syna Lorshowi… Nie rozumiałem o czym rozmawiali i czego dotyczyła ta gra słów, ale postanowiłem opowieść Gotreka przelać do swoich pamiętników. Z wizji Gotreka wynikało, że wzywał on owego Vargasa do boju. Widział bitwy o starożytne królestwo, które czeka na jakiegoś proroka… Totalnie chaotyczne i mało dla mnie zrozumiałe. Widział straszliwe walki orków, elfów i wojowników Lorsha. Nie rozpoznawał krain, gdzie miały one miejsce. Słyszał głosy, które potwierdzały Vargasowi o gotowości Legionów, które czekają na niego. Głosy pytały Gotreka, czy jest gotowy na „poświęcenie” poniesienia sztandaru do boju. Gotrek wspomniał coś o Górze Piorunów, która czeka na niego… W końcu po takiej plątaninie i strzępach opowieści, Goth się odezwał z wyjaśnieniami.
Vargas był wspaniałym wojem, który żył w czasach istnienia Zanzibarru. Władał ziemiami, które teraz należą do Królestwa Arkanii. Bardzo mocno przestrzegał przykazań Lorsha i tego oczekiwał od mieszkańców swoich ziem. Vargas prowadził ciągłe wojny z zachodnimi granicami Zanzibarru, a jego główna armia, zwana była Legionem Kelimdaru. Legion Vargasa posiadał swój sztandar, podarowany ponoć przez samego Lorsha, a legenda mówiła, że tak długo, jak chorąży Legionu dzierżyć będzie owy sztandar, tak długo Legion Kelimdaru będzie odnosić zwycięstwa i pozostanie niezwyciężony. Mówi się, że Vargas wszedł w pakt z krasnoludami z Zachodu i zamierzał stworzyć wielki sojusz z niskim ludem, aby rzucić światu wyzwanie i poprowadzić największą w dziejach krucjatę przeciw niewiernym. Plany te pokrzyżowała Bitwa na Ziemiach Klęski, które armia Vargasa przemierzała podczas kolejnej jego kampanii wojennej. Vargas planował z zaskoczenia zaatakować Dolinę Arkent, która należała do Zanzibarru, dlatego wybrał wędrówkę przez tą straszną krainę. Niestety wielki wojownik musiał zostać zdradzony, ponieważ pewnej nocy to armia Vargasa została zaskoczona i napadnięta. Nieoczekiwany najazd rozbił szeregi Legionu, a dowódca armii wroga skradł Sztandar Legiony. Legiony poszły w rozsypkę w czasie tej bitwy, a opowieść nie precyzuje co się stało z Vargasem. W kolejnych latach słuch o Vargasie zanikał i jego wielkie wizje przepadły, ponieważ potomkowie wojownika i kapłani nie byli skorzy do kontynuowania radykalnych pomysłów wodza i jego kolejnych krucjat przeciw niewiernym.
Oderwaliśmy się od zadumy i historycznych opowieści Gotha, bo do kamieniołomów zaczęły zbliżać się kolumny więźniów. Uważnie obserwowaliśmy ich kolejne poczynania i przydział zadań i na bieżąco staraliśmy się wprowadzać poprawki do wcześniej ustalonego planu. W międzyczasie doszło do sprzeczki i późniejszej bójki pomiędzy dwoma skazańcami, która zakończyła się śmiercią jednego z nich. Widać było, że strażnicy świetnie się bawią przy takich okazjach i ani myślą przerywać takiej rozrywki. Martwego wrzucono do Trupiej Jamy. Potem był posiłek, a po południu byliśmy świadkami próby ucieczki jednego ze skazańców… Puszczono za nim psy, a widok rozszarpywanego żywcem człeka, nie był zbytnio przyjemny…
Cały czas rozmawialiśmy o jutrzejszym ataku i w końcu zdrowy rozsądek wziął górę. Postanowiliśmy przełożyć akcję na później i poinformować o tym tego wieczoru banitów i ich głupiego herszta. Przecież w ogóle nie mieliśmy przygotowanego planu ucieczki, ubrań, koni i drogi ewakuacji… Kompletnie nic… a mimo to Goth umówił się na atak kolejnego poranka… Na szczęście pod wpływem naszych argumentów przyznał nam rację i zmienił zdanie.
Wieczorem udaliśmy się do obozu banitów. Z uwagi na to, iż ostatnio pokłóciliśmy się przy Gordanie, wtrącając się w negocjacje Gotha, tym razem wszyscy milczeliśmy, dając możliwość naszemu „hersztowi” na popis kunsztu negocjacji… Banici nie byli zadowoleni z przymusowego opóźnienia ataku, a kapłan zamiast wyjaśnić prawdziwą przyczynę zwłoki, zaczął kłamać coś o Ognistej Salamandrze i jej przybyciu, plątać się w wyjaśnieniach, do tego stopnia, że nawet upośledzony Gordan się połapał… Dziwiłem się strasznie, nie mogąc uwierzyć w to co robił i mówił Goth, ale konsekwentnie milczałem, pozwalając na totalną klapę tych negocjacji. „Gwoździem do trumny” głupich wyjaśnień kapłana, była nasza propozycja rozmieszczenia ludzi podczas ataku. Hersztowi nie spodobały się te zmiany i zaczął podniesionym tonem odpierać argumenty i propozycje Gotha. W końcu poszło o szybkość biegu wojownika z górki i skończyło się na poważnej już kłótni, do której dołączyła się Ziriel i Gotrek. Instynktownie wyszukałem składnik do czaru…
Wymiana zdań była krótka, bo wściekły Gordan wyzwał Ziriel na pojedynek i żadne argumenty i uspokojenie sytuacji nie pomagały. Niestety cymbał zamachnął się na naszą wojowniczkę i nie zdążył nawet wykrzyknąć słowa, kiedy ta, sztyletem rozpłatała mu krtań! Tyle, jeśli chodzi o udane, kapłańskie negocjacje… Momentalnie utkałem „Ciernie” i rzuciłem na grupkę zaskoczonych całym zajściem banitów, którzy znajdowali się tuż przed najemnikami. Zaraz potem wywiązała się walka, ale przewaga, jaką mieli banici, ku ich niezadowoleniu, szybko malała… Nie miałem czasu rozglądać się i oceniać sytuację, bo zostałem zaatakowany i tylko dzięki szybszej reakcji uniknąłem śmiertelnego cięcia. Rzuciłem na siebie „Eteralny Pancerz”, a zaraz potem zza drzew wystrzelono we mnie z kuszy! Muszę przyznać, że gdyby nie wprawa i coraz większe doświadczenie w walce i jej rozgrywaniu, pewnikiem nie ochroniłbym się czarem, a wtedy walka dla mnie byłaby zakończona. Na szczęście cały czas się uczę, bo nauka to klucz do potęgi. Bełt, mimo iż utkwił w mym ciele, nie wyrządził większych ran. Przynajmniej dalej mogłem szybko reagować i brać udział w walce. Gotrek widząc, że odpieram jednocześnie ataki w zwarciu i stanowię swojego rodzaju tarczę dla strzelców, postanowił pomóc mi i ściągnął najbliższego przeciwnika na siebie. Szybko się z nim uporał odrąbując mu głowę, a ja mogłem rozprawić się z tchórzem zza drzew. Wyciągnąłem składnik i zanim przeciwnik zdążył załadować kolejną strzałę, wypuściłem „Błyskawicę” w jego kierunku. Siła uderzenia była tak duża, że odrzuciła jego martwe ciało na kilka metrów. Teraz miałem chwilkę, żeby ocenić naszą sytuację i od razu zwróciłem się do walczącego Bergena. To właśnie ten najemnik odpierał ataki banitów, którym udało się już wydostać z moich cierni, a którzy walczyli teraz stojąc pomiędzy nimi, a Bergenem. Krzyknąłem do wojownika, żeby zepchnął ich na obszar mego niszczycielskiego czaru i po kilku udanych atakach, gnijące ciernie dokończyły sprawę… Walka dobiegła końca i ze wszystkich piętnastu banitów, tylko jeden zdołał nam uciec, reszta leżała martwa u naszych stóp.
Pogratulowaliśmy Gothowi udanych negocjacji i zaczęliśmy zbierać łupy z martwych banitów. Każdy srebrnik się przyda… Późnym wieczorem wróciliśmy do pokoju, gdzie zaczęliśmy, nie wiem, który to już raz, układać plan ataku od nowa… Ustaliliśmy w końcu, że przeprowadzimy go nocą, ale najpierw poświęcimy kilka dni na inwigilację obozu z wewnątrz i do tego miał przydać się jeden z najemników pracujących tam jako woźnica.
Rankiem Ziriel podzieliła zabrane łupy i wszyscy wzięliśmy się do pracy. Przy śniadaniu gospodarz opowiedział nam usłyszane od flisaków wieści ze świata. Ponoć krasnoludy z królestwa Rokh, zeszły z gór i ruszyły na wojnę ku zachodowi. Elfy z Tragonii opuściły Leredeon, gdzie też zaczyna być „ciepło” i może dojść do jakiegoś ruszenia. Gotrek ruszył swoją wyobraźnią i zaczął kojarzyć owe wydarzenia ze swoimi „boskimi” wizjami, ale nie znalazł u nas zainteresowania… Goth udał się do najemników, przekazać im plan i zachęcić do podjęcia pracy jako woźnica w Orkan Kazar. Ziriel starała się sprzedać zdjętą Gordanowi zbroję, ale w tej małej mieścinie jedynym rzemieślnikiem okazał się kowal… Ja udałem się na cmentarz w poszukiwaniu składnika do swojego czaru. Din jak zwykle nie robił nic, a Gotrek, jeśli coś robił, to zwyczajnie się do tego nie przyznał…
Wieczorem wrócił Ivan, tropiciel i jeden z najemników, który znalazł odpowiednie miejsce na przygotowanie ucieczki i przejściowego obozu, a Eskeltowi udało zatrudnić się jako woźnica i pracę miał zacząć następnego dni… Póki co, wszystko szło jak po maśle. I kto by pomyślał…