Kronika

Kroniki XXVIII: Alarm w Orkan Kazar

Plan ataku na Orkan Kazar coraz mocniej odsłania różnice między ostrożnością Radagasta a wojennymi odruchami Gotha. Alarm w obozie zamienia misję w chaos, w którym magia, pożar, żołnierze i brak pełnego zaufania grożą pogrzebaniem całego przedsięwzięcia.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Zanim poszliśmy spać przedstawiłem im kolejny pomysł na atak. Zrobiłem to bardziej ze względu na lojalność wobec Gotha, a bardziej wbrew swoim zamiarom i dążeniom… W każdym razie przyznałem im się, że jestem na tyle potężnym magiem, iż potrafię „Animować Martwych”, czyli przywracać do nie-życia martwe ciała… Dzięki temu moglibyśmy powołać za pomocą mej magii kilku wcześniej zabitych banitów, których truchła pewnie teraz rozrywane są przez żerujące w lasach zwierzęta. I tak jak myślałem wywołałem oburzenie i zniesmaczenie tym pomysłem, albo raczej mymi możliwościami, u naszego świętobliwego kompana… Od razu Goth zbeształ mnie za takie pomysły, dezaprobując je, a później nawet, w moim osobistym odczuciu, zagroził, że mu się to nie podoba i wszelkie „próby” takiej magii będą przez niego tępione! Powiedział, że ingerowanie w dusze zmarłych jest sprzeczne z przykazaniami i religią Lorsha… No cóż, wyjaśniłem mu tylko jak płytkie i ograniczone jest jego pojęcie natury magii i tego czaru, jak również spraw życia i śmierci, których widać kompletnie nie rozumie… Ja zwyczajnie na tym zakończyłem rozmowę, ale u Gotreka wywołało to wręcz frustrację.

Syn był tak zdziwiony zmianą nastawienia na te sprawy u ojca, że zaczęła się pomiędzy nimi kłótnia… Miło było posłuchać jak to Gotrek argumentuje morderstwa i znęcanie się nad ludźmi, których niejednokrotnie dopuścił się kapłan, a teraz nagle według niego sprzecznym by było skorzystać z pomocy trupów… Przynajmniej z ich strony nie groziłaby zdrada, albo niesubordynacja… W każdym razie Goth, mimo iż nie miał racji, twardo upierał się przy swojej wcześniejszej decyzji, popartej zwyczajnym brakiem wiedzy. W końcu poszliśmy spać.

Rankiem ustaliliśmy, że ja i Gotrek wrócimy na miejsce wczorajszej walki i zdobędziemy potrzebne nam składniki… Din i Ziriel mieli za zadanie iść z Ivanem na miejsce, które znalazł i skoordynować trasę ucieczki i ewentualnie wprowadzić zmiany. Goth poszedł na spotkanie z kupcem Maurycjuszem, zaznajomić go z naszą obecną sytuacją. Tak więc wziąłem zapasowe ubranie, ponieważ „zbieranie” interesujących nas składników wiązało się solidnym ubrudzeniem od krwi… Pożyczyliśmy od Gotha siekierkę i ruszyliśmy za miasto.

Na miejscu zastaliśmy tylko sześć, a nie czternaście ciał… Wokół było pełno krwi i to nie tej po naszej bitwie, więc domyślaliśmy się, że sprawcą tego są zwierzęta i żeby uniknąć z nimi kontaktu wziąłem się do „pracy”, a Gotrek pilnował otoczenia. Minuty dłużyły się, kiedy odcinałem trupom głowy i garbowałem ich czaszki ze skóry… Używałem wszystkich swoich sił do tak ciężkiej pracy, a później wszelkich umiejętności i wiedzy z dziedziny anatomii i medycyny, żeby uzyskać praktycznie czyste czaszki, bez zbędnych wnętrzności. Dodatkowo udało mi się wygarbować skóry z twarzy, ponieważ były to główne składniki do czaru, jaki posiadał Gotrek, a nad jakim wkrótce zacznę prace… Dobrze, że byliśmy sami i nie zostaliśmy zauważeni, bo w każdym cywilizowanym zakątku tego kontynentu, takie „czyny” od razu karane są śmiercią. Podobna kara czeka niestety tych magów, którzy właśnie posiadają tego typu czary nekromanckie, ale tu wychodzi tylko i wyłącznie niewiedza i strach przed magią tych niewyuczonych ludzi, którzy tworzą takie prawa…

Ostatecznie mieliśmy już pięć czaszek i nad szóstą właśnie pracowałem, kiedy postanowiliśmy wrzucić te już „zrobione” na dwa dni do mrowiska, ażeby wygłodniałe owady zajęły się „polerką”… Kiedy Gotrek wrócił z mrowiska zobaczyłem, że jest ranny i była to rana cięta, na pewno nie spowodowana przez tutejsze zwierzęta. Okazało się, że znowu Piorun przejął kontrolę nad moim ciałem i zaatakowałem mojego kompana… Nie mogłem uwierzyć, kiedy mówił mi o tym i przyznał, że nawet moje ciało, kierowane duchem zmarłego wojownika, totalnie górowało zdolnościami i umiejętnościami nad Gotrekiem! Mocno go raniłem i gdyby nie celowa bierność Gotreka i typowa defensywa w walce, to mógłby mnie zabić, a tak wziął mnie, albo raczej Pioruna na przetrzymanie i zwyczajnie poczekał, aż moje wątłe ciało, padnie ze zmęczenia… Teraz już wiedziałem, dlaczego te sześć czaszek tak mnie wyczerpały do cna. Postanowiliśmy zakończyć na pięciu czaszkach już wrzuconych w mrowisko i szybko udałem się myć do pobliskiego strumyka. Cały czas czułem bystry i czujny wzrok Gotreka na swoich plecach, ale zwyczajnie nie mogłem i nie chciałem mu się dziwić, ani go za to winić. Sam też nie czułem się winny, bo tak naprawdę niczego z tego co mi opowiedział i się wydarzyło nie pamiętałem…

Gotrek wyczarował „Wierzchowca” i czym prędzej wróciliśmy do karczmy. Jak tylko znalazłem się w pokoju padłem na łóżko totalnie wyczerpany… Ocknąłem się w momencie kiedy wszyscy siedzieli i rozmawiali, a Gotrek chwalił się swoim nowym czarem obronnym „Kamienna Skóra”. Opisywał im korzyści z mocy tego czaru, jednocześnie starając się ich naciągnąć na wspólne koszta zakupu składnika do tego zaklęcia. Stwierdził, że skoro mamy kilka dni na inwigilację obozu, to on udałby się do Zaihary po owy składnik. Ja nie skorzystałem z oferty, ale poprosiłem o zakup kilku zestawów do przepisywania czarów. Rankiem wyruszył…

Tymczasem posępne miny pozostałych członków drużyny nie wróżyły nic dobrego, ale wiedziałem, czego teraz będzie dotyczyć rozmowa… Kiedy ja spałem, Gotrek zwyczajnie opowiedział im co zaszło w lesie. Ziriel musiała poważnie wystraszyć się „moich” umiejętności szermierczych, bo stwierdziła, że mam przeprowadzić się do osobnego pokoju! Uśmiechnąłem się tylko na tą tchórzowską propozycję i bez słowa wyszedłem z pokoju. Z gospodarzem załatwiłem przeniesienie i czułem tylko, jak elfka zaczyna się obawiać „ataków” wątłego czarodzieja… Ich tłumaczeń i usprawiedliwień tej decyzji też nie słuchałem, bo zwyczajnie nie lubię żałosnego skamlenia i strachliwego argumentowania…

Później poszliśmy porozmawiać z Eskeltem o jego pracy woźnicy w Orkan Kazar. Opowiedział, że na terenie obozu za dnia zostaje komendant, który praktycznie cały czas siedzi w kantynie i pije. Poza nim zostaje pięciu lub sześciu strażników. Dwóch lub trzech zawsze stoi na straży przy bramie prowadzącej do miasta, jeden jest na wieżyczce i jeden swobodnie kręci się po obozie. Ogólnie panuje tam spokój i raczej nie spodziewają się ataku.

Kolejnego dnia udałem się po czaszki i skóry dla Gotreka. Pozostałe trzy dni oczekiwania na powrót maga spędziliśmy na planie ataku, jak również poświęcałem się pilniej nauce alchemii. Czułem, że niedługo opanuję tą wiedzę i znacznie poprawi to moje umiejętności. Po tych czterech dniach wrócił Gotrek. Powiedział nam, że elfy z Leredeonu wszczęły powstanie i król wysłał tam wojska… Jednak nie mieliśmy czasu zastanawiać się nad wydarzeniami z głębi kraju, tylko wzięliśmy się za układanie planu. Wyszło nam całkiem nieźle…

Ustaliliśmy, że Eskelt, który z obozu wyruszy z wydobytym kamieniem do miasta, w drodze powrotnej do Obozu zabierze nas. Na wozie dość szerokim, bo przystosowanym do przewozu wielkich odłamków skalnych, skryjemy się za płachtą i poczekamy, aż strażnicy z obozu zatrzymają wjeżdżającego do środka woźnicę. W tym czasie Ziriel i Gotrek z wcześniej rzuconym czarem „Latania” wzbiją się w powietrze i zajmą się strażnikiem na wieży, jak również obserwacją terenu i znalezieniem patrolu. My tymczasem zaatakujemy straż bramy, a jednego ze strażników ja mam za zadanie sparaliżować, bo będzie nam potrzebny… To samo zrobimy z komendantem. Kiedy pozbędziemy się strażników i psów, zostanie nam dwóch zakładników i tu Gotek ma za zadanie za pomocą „Sugestii” zachęcić ich do dalszej współpracy… Komendant wyda rozkaz na piśmie, wydania z kamieniołomów podanych przez nas więźniów – Taurusa i Laxa, i trzech innych, żeby nie było podejrzeń. A schwytany strażnik, grzecznie wręczy ten rozkaz i przetransportuje ich do obozu. Kiedy dotrą na miejsce zabijemy wszystkich, prócz naszych celów, a ja rozmieszczę po obozie „Eksplodujące Czaszki”. Będą one w miejscach, gdzie wcześniej drużyna wyleje oliwę i wszystko, co łatwopalne, ażeby, kiedy obóz wróci z prac w kamieniołomach, zrobić im „niespodziankę”… Po rozmieszczeniu ich w odpowiednich miejscach mieliśmy udać się do prowizorycznego obozu w lesie, który wcześniej przygotowali Ivan, Din i Ziriel. Tam miałby czekać na nas Din z końmi, ciuchami i sprzętem do ucieczki. Stamtąd mieliśmy drogą okrężną wrócić na szlak do Zaihary i ruszyć do miasta…

Wieczorem spotkaliśmy się poza miastem z najemnikami i wtajemniczyliśmy ich w owy plan. Rzuciłem na Eskelta „Zbroję”, bo jako jedyny, będąc woźnicą, nie będzie miał na sobie żadnego pancerza podczas akcji. Rankiem wyprowadziliśmy się z miasta z jedzeniem i wszystkimi rzeczami i udaliśmy się na jedną noc do „obozu” w lesie. Przez dwa dni obozowaliśmy w lesie, aż w końcu trzeciego dnia o świcie udaliśmy się za miasto, na pola zbóż, przy drodze pomiędzy Itzen, a Orkan Kazar. Tam czekaliśmy na wóz Eskelta…

Nad ranem najemnik minął nas bezwiednie, w drodze do pracy do obozu. Cierpliwie, przyczajeni w polu, czekaliśmy, aż wozem z urobkiem Eskelt będzie jechał już z miasta. Kiedy koło jedenastej w południe nasz woźnica jechał do Itzen. Poczułem wtedy znajomy przypływ adrenaliny. Minuty mijały szybciej i w końcu ujrzeliśmy powoli jadący, pusty już wóz w kierunku Orkan Kazar. Usłyszałem jak Gotrek tka zaklęcia „Latania” na siebie i Ziriel, zgodnie z umówionym planem. Szybko wskoczyliśmy na wóz i przykryliśmy płachtą. Kazałem Eskeltowi chrząknąć, w momencie, kiedy będziemy już przy strażnikach, aby wtedy utkać dwa czary. Jechaliśmy kilkanaście minut w milczeniu i lekko podnieceni, aż w końcu usłyszałem charakterystyczny dla mnie znak od powożącego najemnika i zacząłem rzucać „Widmową Dłoń”. Wóz zatrzymał się, a spod płachty słyszeliśmy głosy trzech strażników. Utkałem „Dotyk Ghula” i nałożyłem czar na lewitującą obok mnie dłoń…

W tym momencie zerwaliśmy płachtę, a Eskelt krzykiem wskazał nam jednego ze strażników, którego mieliśmy wziąć żywcem. Gotrek i Ziriel szybko wzbili się w powietrze i od tego czasu nie miałem już z nimi kontaktu. Najemnicy i Goth rzucili się na trzech strażników przy wozie. Ja momentalnie wypuściłem Dłoń w kierunku „celu”, od razu go paraliżując, a tym samym oszczędzając czas reszcie na zbędną walkę… Po krótkiej walce Eskelt został ze sparaliżowanym strażnikiem, a ja, Goth i Bergen wbiegliśmy na teren obozu, od razu kierując się do kantyny.

W środku zastaliśmy trzech mundurowych. Byli totalnie zaskoczeni naszym widokiem, a jeden z nich zaczął krzyczeć, abyśmy się przedstawili! Goth zapytał o komendanta, a gdy ten się przyznał, momentalnie go sparaliżowałem… Pozostali widząc nasz atak, rzucili się do broni. Nie zdołali nic zdziałać, bo naparcie kapłana i najemnika, szybko zakończyło ich żywoty. Usłyszeliśmy zza pleców kroki… Okazało się, że ze schodów w przedsionku, które bezmyślnie ominęliśmy, zbiegła niska i krępa postać. Prawdopodobnie był to krasnolud, za którym szybko wybiegliśmy na zewnątrz…

Widzieliśmy tylko kątem oka jak wbiega do Blokhauzu. Próbowałem jeszcze wysłać za nim Dłoń, ale ta chybiła celu. Krasnolud zabarykadował się w komnacie i mimo próśb i gróźb, nie chciał wyjść. Mało tego zastraszył nas, że wysadzi siebie i obóz w powietrze, jak spróbujemy wedrzeć się do niego siłą. Podejrzewałem, że krasnal blefuje, ale żadne z nas nie chciało zaryzykować jego kłamstwa. W końcu zostałem go troszkę popilnować, a reszta poszła przeszukać obóz. W międzyczasie Ziriel zabiła pozostałe psy, ktoś dopadł ostatniego strażnika ukrywającego się w magazynie z narzędziami, a potem udaliśmy się do pokoju komendanta poszukać spisu więźniów…

W końcu udało nam się znaleźć Uthe Laxa i Taurusa, a listę uzupełniliśmy jeszcze o trzech innych losowo wybranych. Wpierw poszliśmy do ocalałego strażnika, a „Sugestia” Gotreka przeszła nasze najśmielsze oczekiwania… Mag przekonał go, żeby pojechał po pięciu podanych na liście więźniów, a ocali siebie i komendanta, jednak do tego wszystkiego dalej potrzebował on pisemnej zgody szefa. Komendant również łatwo poddał się działaniu tego czaru i w ten sposób Gotrek zyskał wręcz „sojuszników”. Łatwo dostaliśmy zgodę o wydanie więźniów i mogliśmy wysłać po nich chętnego już strażnika. Kiedy ten pojechał, Gotrek próbował jeszcze za pomocą przychylnego komendanta wywabić krasnoluda, ale okazał się być nieugięty, nieufny i uparty jak każdy krasnolud i nic nie wskóraliśmy. Udało się jednak przekonać zarządcę obozu, aby wydał nam pieniądze, które trzymał w obozie na wypłaty dla załogi… Ubawiłem się po pachy, kiedy słyszałem, jak z pełną powagą komendant oświadcza Gotrekowi, że zawsze chciał mieć takiego syna… Tymczasem reszta drużyny, przeszukiwała obóz za oliwą i latarniami…

W końcu przyleciała Ziriel i ostrzegła nas o zbliżających się dwóch strażnikach i pięciu więźniach. Postawiliśmy na środku obozu „zaprzyjaźnionego” komendanta, a wszyscy skryliśmy się, aby gdy tylko wjadą, chwycić ich w pułapkę. Kiedy wjechali, od razu zabiliśmy strażników, włącznie z niepotrzebnym już komendantem. Kajdaniarze patrzeli na nas zdziwieni i przestraszeni, a ja zacząłem wypytywać o ich imiona. Udało nam się zidentyfikować Taurusa, a kiedy doszedłem do Uthe, wielkiego i groźnego pirata, ten uderzył głową w moją twarz. Padłem nieprzytomny…

Kiedy się ocknąłem, pirat był już ogłuszony i skrępowany, a ja miałem złamany nos! W furii i złości rzuciłem „Wampiryczne Dotknięcie”, z chęcią zakończenia jego marnego żywota, ale w ostatniej chwili opamiętał mnie Gotrek. Złość i czar skierowałem na innego kajdaniarza, uśmiercając go, a tym samym lecząc siebie… Kiedy troszkę się opamiętałem i wyładowałem, zabiliśmy pozostałych więźniów…

Kiedy zaczęliśmy wypytywać Taurusa o pewne, tylko nam, wiadome sprawy, okazało się, że ma on niepokojące „kłopoty” z pamięcią, ale tym postanowiliśmy martwić się później. Zacząłem przygotowywać „Eksplodujące Czaszki”, bo oliwa i materiały łatwopalne były już porozrzucane po budynkach, które mieliśmy podpalić. W międzyczasie musieliśmy zabić jakiegoś woźnicę, bo pechowiec akurat przyjechał z materiałem z kamieniołomów do obozu… Kiedy skończyłem z czaszkami, a nasyciłem magią aż sześć sztuk, wszyscy opuścili obóz, a ja ostrożnie rozmieściłem moje wybuchowe pułapki...

Po kilkunastu minutach byliśmy już w drodze do lasu i obozu, w którym czekał na nas Din. Związany pirat leżał na „Dysku Tensera”, który wyczarował Gotrek, żebyśmy nie tracili tempa, a on sam celowo nie opóźniał marszu. Doszliśmy do lasu, a dalej prowadził nas Ivan, wcześniej upatrzoną ścieżką. Próbowaliśmy w międzyczasie dogadać się z piratem, ale jak się okazało obcokrajowiec nie znał naszego języka, więc Gotrek spróbował porozumieć się z nim za pomocą magii. „Rozumienie Języków” pomogło i młody un Nathrek wyjaśnił Uthe, że nie zrobimy mu krzywdy, pod warunkiem, że nie będzie więcej sprawiał kłopotów i będzie szedł spokojnie. Ten się zgodził, więc spętaliśmy go wokół szyi jak psa i ciągnęliśmy za sobą.

Po zmroku i kilku godzinach wędrówki doszliśmy do Dina. Najpierw zajęliśmy się czyszczeniem i doprowadzeniem więźniów do ładu, a później Ziriel zajęła się ich charakteryzacją. Głównie skupiła się na znamieniu na czole obu skazańców, bo jeśli ktokolwiek by ich z tym przyuważył, od razu skojarzyłby ich z Orkan Kazar. Na koniec daliśmy kajdaniarzom niedawno zakupione ubrania i byliśmy już gotowi do drogi…

Przywołaliśmy z Gotrekiem po dwa wierzchowce, ponieważ nie każdy z nas miał swojego konia i ruszyliśmy w drogę. Uthe mimo swojej obietnicy i tak został przywiązany do siodła, ale przez resztę podróży nie sprawiał żadnych kłopotów. Po pięciu godzinach wjechaliśmy na główny szlak do Zaihary. Za nami zobaczyliśmy wielką łunę pożaru, jaki ogarnął całe Itzen i doszło do nas, że wybuchy i pułapki wyzwoliły chęć ucieczki więźniów, a kolejnym ich celem ataku stało się miasteczko… Cieszyłem się, bo cały ten pomysł był mój i wygląda na to, że wyczułem intencje i pragnienia kajdaniarzy, którzy zwyczajnie dostali szansę na wolność. Wątpię by cieszyli się nią długo, ale zamieszanie, jakie wywołaliśmy, da nam wiele czasu i praktycznie brak podejrzeń, co do naszego pobytu w miasteczku… A sam Ifresh dostanie czerwonej gorączki, kiedy dowie się, że jego więźniowie i dochód z piaskowca, jak również pobliskie miasteczko, poszło z dymem…

Rankiem ruszyliśmy w dalszą drogę i postanowiliśmy w jej trakcie wypytać Taurusa o wiele interesujących nas spraw… Niestety jego „amnezja” i „głupkowatość” potwierdziły się i wzmogły nasze obawy, co do zakończenia misji z Cytadelą. Chłopina musiał podczas przesłuchań stracić pamięć, albo był ofiarą jej wymazania… Goth spróbował zdjąć klątwę, ale to również nie przyniosło żadnego skutku. W końcu poddaliśmy się i liczyliśmy, że gdy dojedziemy z nim do Bjorga, to ten coś zaradzi…

Przed miastem postanowiliśmy się podzielić na dwie grupy, z której jedna pojedzie z Taurusem do „Dwóch Sióstr”, a druga ze mną i Uthe, do demonologa. Mieliśmy się spotkać po kilku dniach, w Zaiharze…