Ocknąłem się totalnie wyczerpany, ale według Astimmora – wolny! Dusza Fahira, Pioruna, czy jak też „demon” ów się zwał pozostała w Uthe, który leżał obok mnie nieprzytomny. Chcieliśmy porozmawiać z nowym ciałem Fahira, ale demonolog stanowczo odmówił i powiedział, że jak tylko będzie miał pewność, co do niego, to wypuści go z wieży, a wtedy spotkamy go w karczmie w mieście. Gotrek poprosił tylko Astimmora, aby ten przekazał „Uthe” wiadomość o rytuale ze szkoły, w której się uczył, mając nadzieję, że po tym Fahir rozpozna go, jako dawnego ucznia. My natomiast zostaliśmy odprowadzeni przez półolbrzyma na brzeg, gdzie w bezpiecznym miejscu Gotrek utkał „Latanie”, po czym ruszyliśmy nad morze, na miejsce spotkania ze statkiem.
Myślę, że źle bym zrobił, jeśli we własnych pamiętnikach nie wspomniałbym jeszcze o dziwnym i zaskakującym zachowaniu naszego kapłana… Mianowicie Goth, kiedy rytuał dobiegł końca, wyszeptał do mnie, że jeśli tylko zechce, to możemy tu i teraz zabić Uthe, czyli nowego Pioruna! Totalnie mnie zaskoczył i poprzez swoje własne zmęczenie, nie dotarło to do mnie od razu. Chwilę leżałem zdębiały, ale już minuty później odmówiłem tej nieodpowiedzialnej propozycji. Głupim byłoby w domu Astimmora zabijać jego „gościa”, ale podczas lotu uzgodniliśmy, że jak tylko tak zdecydujemy, to mamy wzajemne poparcie…
Szybko dolecieliśmy do statku, który wyraźnie na nas czekał. Słychać było rozkazy kapitana Eryka von Berholda, które echem rozchodziły się po pokładzie Morskiego Pazura. Zapytani przez Ziriel i Dina opowiedzieliśmy przebieg rytuału z dwóch punktów widzenia, po czym zszedłem pod pokład, żeby zregenerować siły. Koło czternastej dopłynęliśmy do granic Otchłani. Kapitan poinstruował nas o dalszych kilkudziesięciu metrach, które musimy sami przepłynąć, bo skały i silne prądy są tu niebezpieczne dla statku. Uzgodniliśmy, że będą na nas czekać trzy pełne dni i do tego czasu mamy wypłynąć na powierzchnię. Rzeczy osobiste i najcenniejsze dla nas zostawiliśmy w kajucie samego kapitana, a wzięliśmy ze sobą tylko najbardziej przydatne. Założyliśmy gnomie kombinezony, przywiązaliśmy harpuny, a ja swojego Morgula, do pasów i związaliśmy się liną. Z Gotrekiem utkaliśmy „Światło”, a Goth wymodlił dla nas „Oddychanie Wodą”, po czym zeszliśmy z pokładu.
Płynęliśmy powoli, lekko zanurzając się w kierunku północnym. Mijały minuty, a my zagłębialiśmy się w ciemności podwodnego świata. Gdzieniegdzie mijały nas nieśmiało ławice przeróżnych ryb i innych morskich stworzeń. Ciemności Otchłani totalnie nas ogarnęły, a głębinowe wodorosty zaczęły utrudniać zanurzanie. W końcu po półtorej godziny dotarliśmy do dna i ruszyliśmy w kierunku Uskoku, a później znowu w dół. Po jakimś czasie w ciemnościach dostrzegliśmy mgliste światło, jakiś malutki jasny punkt, w kierunku którego się zwróciliśmy. Po kilkuset metrach zobaczyliśmy kulę białego światła, które wydobywało się z iglicy podwodnej wieży. Byliśmy na miejscu, a legendarna Cytadela Burz stała majestatycznie, zanurzona w głębinach, na skraju Otchłani, tuż przed nami…
Dopłynęliśmy do wieży, ale światło biło tak mocno, że oślepiało nas nawet w takich ciemnościach. Din przejął od Gotha naszą Maskę, po czym pod przewodnictwem naszego wojownika, zaczęliśmy spływać w dół, wkoło iglicy. Nagle Din zauważył coś i ruchem ręki nakazał szybko spłynąć w dół… Kiedy byliśmy niżej nagle z ciemności wypłynęły i otoczyły nas humanoidalne, rybiopodobne istoty z harpunami. To były Kuo-ta, przed którymi ostrzegał nas kapitan. Szybkim ruchem odciąłem się od reszty, żeby nie zaplątać się w linę, po czym przyjąłem taktykę obronną. Mimo, iż jako jedyny nie miałem harpuna, a bronią mą zawsze był i będzie Morgul, postanowiłem walczyć kijem. Obok mnie Goth powalił jednego i podpłynął bliżej, ażeby dać mi ochronę. Bestie walczyły niewprawnie i wolno, mimo iż było to ich naturalne środowisko, jednak ryzyko zwabienia innych było dla nas zbyt wielkie. Krew rybich istot i ich opadające zwłoki, mogły tylko przyciągnąć inne w większej ilości, więc, jak tylko rozprawiliśmy się z tymi, szybko spłynęliśmy w dół.
Dotarliśmy do dziury w murze, która dla nas stanowiła wejście do Cytadeli. Niestety poczuliśmy smród ryb i od razu wiedzieliśmy, że tutaj gniazdo mają Kuo-ta. Nie mieliśmy wyjścia jak przedrzeć się przez te mroczne i zalane pomieszczenia, bo czas modlitwy Gotha powoli się kończył. Na czele płynął Din w Masce i prowadził nas przez mroki najniższych poziomów Cytadeli. Widziałem tylko zarysy kamiennych kolumn i ociosanych bloków granitu. Gdzieś wisiały pomosty, jakieś śmigła i wały, możliwe, że stanowiły część jakiegoś mechanizmu, ale tego nigdy się nie dowiedzieliśmy… Pomieszczenia były olbrzymie, bo po osiem metrów wysokości, w sam raz pasowały do wielkości ich twórców – olbrzymów.
W pewnej chwili Din wyrwał się do przodu na zwiady. Przypłynął po kilkunastu minutach i gestem nakazał nam zgasić „Światła”. W zupełnych ciemnościach czułem tylko jak wojownik pływa wokół nas i wręcza nam linę, po czym jakby instynktownie płynęliśmy za naciągiem sznura. Mijały minuty, a ja czułem jak zaczyna brakować mi tchu… Modlitwa dobiegała końca, więc zapobiegliwie chwyciłem za jeden z bukłaków napełnionych powietrzem, żeby w razie potrzeby móc skorzystać z jego zawartości. W końcu podpłynęliśmy pod fosforyzujący mech, spomiędzy którego majaczyły zarysy olbrzymiego włazu. Wszyscy zaparliśmy się i otwarli okrągłe, metalowe drzwi w suficie, ale ciśnienie wody było tak duże, że wyparła nas do góry, do niezalanej komnaty. Niestety woda wlewała się w tak szybkim tempie, że prawie zalało pomieszczenie, nim zdołaliśmy zamknąć właz w podłodze.

[1] Wypłynęliśmy nad poziom wody i zaczerpnęliśmy powietrza. Modlitwa całkowicie przestała już działać, a my byliśmy teraz w praktycznie zalanym pomieszczeniu. Komnata była kulista i prócz włazu w podłodze, z którego się tu dostaliśmy, na ścianach, w każdym kierunku, były jeszcze cztery inne włazy. Ściany zdawały się być stalowe, albo z innego, nieznanego nam metalu. W pomieszczeniu biło łagodne, kolorowe światło i wydobywało się z kamieni, które wtopione były w stalowe ściany. Jednak najgorszym odkryciem okazała się być panująca tu strefa Cichej Magii! Miałem tylko nadzieję, że w tym jedynym pomieszczeniu…, w przeciwnym wypadku, w razie niebezpieczeństwa, potrzeby, będziemy pozbawieni wszelkiej magii…
Zaproponowałem otwarcie pozostałych włazów, żeby wyrównać poziom wody. Goth postanowił wcześniej, na wszelki wypadek, obdarzyć nas jeszcze raz „Oddychaniem Wodą”, ale po krótkiej modlitwie stwierdził, że czuje tu obecność innego, nieznanego mu bóstwa i nie wie, jakie będą skutki jego modłów. Mimo to podjął ryzyko i obyło się bez przykrych niespodzianek. Otwarliśmy pierwszy właz, a prąd wody porwał nas ze sobą. Korytarz się zalał, a my zamknęliśmy za sobą właz. Otwarliśmy następny przed nami. Woda zalała kolejne pomieszczenie, ale jej poziom nie przekroczył naszych kostek…
[2] Pomieszczenie, do którego weszliśmy musiało być kiedyś olbrzymią jadalnią. Na środku stał wielki, kamienny i długi stół. Po obu jego stronach stały duże, metalowe krzesła. Cztery posągi rycerzy w zbrojach płytowych dopełniało imponującego wyglądu tej komnaty. Postanowiliśmy zostawić tu wodne zbroje i przygotować się do poszukiwania amuletu. Mimo iż dalej nie można tu było tkać zaklęć, postanowiłem wziąć ze sobą składniki. Goth tymczasem zaryzykował uleczenie Dina i Ziriel, którzy ucierpieli w pojedynku z Kuo-ta, natomiast Ivana opatrzyłem ja. Kolejny korytarz i następne pomieszczenie…
[3] Komnata była okrągła o kopulastym suficie. Na jej środku stał posążek jakiegoś bożka z marmuru, a pod nim i pod przeciwległą ścianą były działające fontanny… Tryskały, tworząc spektakl wodnego tańca. Wzdłuż jednej ze ścian wisiała donica, z przeróżną roślinnością, a całe pomieszczenie było w kaflach. Obok jednej z fontann stały metalowe, zdobione, okrągłe schody, prowadzące w górę na kilka metrów, do włazu w suficie i zapewne kolejnego poziomu Cytadeli. Prócz tego na jednej ze ścian był inny właz. Nagle światła zgasły i usłyszałem ryk…! Zrobił się półmrok, a my w ostatniej chwili, zobaczyliśmy jak z jednej z fontann wychyla się obrzydliwa i wielka macka, owija się wokół Eskelta i porywa do wody sadzawki… Bergen ze strachu wybiegł zza właz, którym tu przyszliśmy, a Gotrek postanowił powoli założyć Maskę… Okazało się, że w pomieszczeniu tym było pełno półmaterialnych, wijących się macek, które dla naszych oczu były niewidoczne! Szybko wycofaliśmy się do jadalni, zamknęliśmy za sobą właz i teraz z większą ostrożnością, ruszyliśmy do kolejnej komnaty…
[4] Następne pomieszczenie wyglądało jak typowa kuchnia. Piece, resztki skrzyń i zapasów, patelnie, garnki i panujący odór stęchlizny. Pomieszczenie bez przejścia, więc wróciliśmy do kolejnych włazów w jadalni…
[5] Komnata ta była bardzo rozległa, prostokątna, z jedną śluzą na bocznej ścianie. Na całej długości pomieszczenia były metalowe sarkofagi, które postawione były w pionie. Miały około trzech i pół metra wysokości i wyglądały jak trumny… Przy każdej z nich stały metalowe, wielkie skrzynie, kufry, które jak się później okazało były puste. Same stojące sarkofagi mogły być miejscem noclegu pradawnej rasy olbrzymów, a szybki położone na wysokości ich głów, ukazywały tylko ciemność panującą z ich wnętrza. Na ścianach pomieszczenia wyryte były rysunki wielkich bitew, które przedstawiały olbrzymy walczące z wielkimi gadami, istotami, które mogłem poznać tylko z legend i zapisków, beholderami i innymi tajemniczymi stworzeniami. Zaczęliśmy przeszukiwać skrzynie i otwierać wszystkie sarkofagi w celu odnalezienia amuletu. Niestety były puste. Opuściliśmy to pomieszczenie, przez jedyny właz w bocznej ścianie…
[6] To pomieszczenie było okrągłe i stwarzało wrażenie przejściowej komnaty… W każdym kierunku na ścianie były w sumie cztery włazy, a pośrodku kręte w górę schody na wyższy poziom. Postanowiliśmy jednak zbadać ten poziom do końca…
[7] Dotarliśmy do trójkątnego pomieszczenia, wysokiego na około sześć metrów. Z pozostałych dwóch ścian wychodziły dwa włazy. Na podłodze wyrysowane były trzy okręgi, które na siebie nachodziły. Na środku każdego z okręgów stał jakoby tron, wszystkie odwrócone do siebie oparciami. Trony miały obręcze na nadgarstki, jakby celem tego było przytrzymanie siłą siedzącego… Zaś z foteli i siedzisk wychodziły różne rury, które kończyły się w podłodze. Wszędzie na „tronach” wyrysowane były runy, których znaczenie i sens znajome były tylko znawcom języka olbrzymów. Postanowiliśmy niczego nie ruszać, bo pomieszczenie wyglądało dziwnie i „niesympatycznie”… Znaczenie tych foteli i wychodzących z nich rur, też dawało do myślenia…
[8] W komnacie prócz schodów w górę i włazu na suficie nie było nic, więc otwarliśmy kolejną śluzę w ścianie…
[9] Pomieszczenie było ogromne, jak „sypialnia” olbrzymów. Zewsząd dobiegało dudnienie i stukanie, jakby gdzieś w pobliżu pracował duży mechanizm. Pełno tu było rur, kołowrotów i wszelakich urządzeń, których pochodzenia, bez znajomości inżynierii i języka olbrzymów, nie byliśmy w stanie rozpracować. Były tu kule, których konstrukcja pozwalała świecić… Stały wielkie lustra z czarnego metalu, w złotych oprawach, do których boków podpięte były wężyki i rury… Były tu tłoki, pompy i pracujące, kręcące się koła zębate. Wszystko to robiło olbrzymie wrażenie, a pomieszczenie wydawało się być „napędem” całej Cytadeli… Na ścianach olbrzymie okna ukazywało mrok i pustkę Otchłani i głębin morskich. Nie wiedzieliśmy za co się tu zabrać, bo całość powalała nas na kolana i przytłaczała geniuszem i wykonaniem… Tutaj poczułem się robakiem, który mógłby tylko pomarzyć o takiej wiedzy… Wróciliśmy do jadalni, żeby wypuścić wodę z pierwszej komnaty. Kiedy zostaliśmy zalani, popłynęliśmy aby otworzyć kolejną śluzę…
[10] Pomieszczenie było całe zalane. Widzieliśmy dwa włazy i gigantyczną dziurę w ścianie. Tutaj Cytadela musiała nadziać się na podwodne, ostre skały i w ten sposób zalało tę część budowli. Wróciliśmy do pomieszczenia przy „sypialni”, skąd schodami do góry weszliśmy ostrożnie na wyższy poziom Cytadeli…

[11] Komnata była duża. Na jej bokach było pięć śluz, a na środku, w pewnej odległości od siebie, schody, te z dołu, którymi przyszliśmy, a które dalej prowadziły na kolejne piętro. Instynktownie wybraliśmy jedną ze śluz na ścianie…
[12] Mniejsza komnata o kamiennej posadzce. Na jej końcu stały trzy wielkie posągi. Komnata wyłożona była czerwonymi kamieniami, które dawały nikłe światło. Przed każdym z posągów były klęczniki. Wyglądało to na jakieś pomieszczenie modlitewne. Same posągi były z białego marmuru, wysokie na jakieś trzy metry. Pierwszy z nich przedstawiał męża z dwuręcznym toporem, w zbroi. Drugi, kobietę w koronie, z berłem w dłoni, a trzeci, osobę w płaszczu z buławą w dłoni, jakby się modliła… Posągi były idealnie wyrzeźbione i mimo, iż się na tym nie znam, dało się to zauważyć. Ich broń okazała się być ze szczerego złota, a jej wielkość wskazywała na to, iż warta była majątek. Mieliśmy bogactwo w zasięgu ręki, ale dla nas było ono nieosiągalne… Posągi przedstawiały pradawnych bogów. Askariona, uważanego za opiekuna uzdrowicieli i stwórcę świata. Później zmienił on dogmaty na opiekuna zabójców i złoczyńców i odtąd znany był, jako Maskarion. Bóg bogów, którego imię przewijało mi się podczas mojego rytuału…! Dziwny zbieg okoliczności i troszkę niepokojący… Drugi posąg przedstawiał Akadię, boginię żywiołów, burz, wichru, którą ponoć wyznaje sam Ifresh… Trzecim posągiem okazała się być postać Sheini, bogini snów. Kiedy Goth powiedział, że źle się tu czuje, postanowiliśmy opuścić komnatę dawnych bogów. Po przerwie na odpoczynek i posiłek wróciliśmy do dalszej eksploracji…
[13] Komnata była długa, z jedną śluzą na bocznej ścianie. Na podłodze wyłożony był stary i wypłowiały dywan, a na samym końcu pomieszczenia stały dwa wysokie posągi, przedstawiające tesijskich żołnierzy, w odpowiednim dla ich kultury oporządzeniu. Kiedy tylko weszliśmy na środek, znacznie zbliżając się do kamiennych postaci, posągi ożyły i ruszyły do ataku. Wiedziałem już, że są to golemy, magicznie uformowane istoty, strażnicy, których tworzy się z różnych materiałów, a za pomocą czarów „ożywia”. Spróbowaliśmy kulki „Zamiany kamienia w błoto”, ale nie zadziałały… Zwyczajnie golemy te, jak się później okazało, były uformowane z gliny. Na całe szczęście stwory te szybko pokonaliśmy i przeszliśmy przez boczny właz do następnego pomieszczenia…
[14] Komnata była bardzo podobna do wcześniejszej, ale wyróżniał ją piękny i nowiutki dywan, o czerwonym zabarwieniu. Na ścianach wysiały ozdobne gobeliny, a całe pomieszczenie całkowicie kontrastowało ze wcześniej zwiedzonym. Z komnaty wychodziły dwie śluzy, a przy każdej para glinianych golemów. Postanowiliśmy na razie wstrzymać się z dalszymi krokami, dopóki nie dowiem się czegoś o ich strukturze i zaczarowaniu. Wróciłem więc do powalonych dwóch stworów i szczegółowo zacząłem je badać. Odkryłem kilka run nałożonych na nich, i wiedziałem na pewno, że oba zostały stworzone przez jednego twórcę, kilkadziesiąt lat temu…!! Skojarzyliśmy je od razu z samym Ifreshem, bo według nas jedynie on miałby moc i możliwość na odwiedzanie Cytadeli w tamtym okresie, jak i później… Postanowiliśmy zniszczyć cztery golemy, więc przybraliśmy odpowiednią taktykę… Din i Ziriel mieli za zadanie ściągnąć uwagę golemów, reszta miała zaatakować, jak już tamci zwiążą walką istoty z gliny. Wydawałoby się to trudne, ale szybko poradziliśmy sobie z golemami. Weszliśmy przez boczną, następną śluzę…
[15] Podobnej budowy pomieszczenie, jednak ciemne, z całkowicie różniącym się „wyposażeniem”. Jeden właz zamieszczony na bocznej ścianie, identycznie, jak w poprzedniej komnacie z czterema golemami. Przy śluzie, obok nas, stał posąg z ciemnej stali, wmurowany w kamienną podłogę i zwrócony na przeciwległą ścianę. Było tam też przejście, magiczna bariera, portal o niebieskiej poświacie… Ostrzegłem drużynę, kojarząc fakty z golemami i pięknymi, niezniszczonymi komnatami, że może to być przejście bezpośrednio do komnat Ifresha… W końcu nie sądzę, żeby tak potężna istota, dostawała się do Cytadeli za pomocą takich „sztuczek i urządzeń”, jak my… Przy portalu, na ścianie inskrypcje, w trzech językach, krasnoludów, olbrzymów i elfów, a na podłodze dziwny wzór: „I + XI = X”. Ziriel przetłumaczyła napisy ze ściany: „Przejdziesz dalej, gdy Kerhel ujrzy równość”. Nijak nie trzymało się to kupy, ani praw matematyki, więc postanowiliśmy przyjrzeć się wszystkiemu z bliska…
Kiedy tylko weszliśmy na środek komnaty, usłyszeliśmy potężny huk i oszklone wnęki, znajdujące się tuż pod sufitem, runęły na nas. Nie mieliśmy nawet czasu opatrzyć ran po deszczu szklanych odłamków, bo z owych wnęk wyleciały istoty, które momentalnie rzuciły się do ataku! Były to kamienne gargulce, przeciwnicy, z którymi jeszcze nie walczyliśmy, a o których ma wiedza była naprawdę minimalna… Ledwo przeżyłem po upadku odłamków, a teraz przyszło mi, krwawiąc mocno, bronić się resztkami sił przed tymi istotami! Jedyne, co przyszło mi wtedy do głowy, to skorzystanie z magii Morgula, ponieważ nasza moc zwyczajnie, dalej nie działała. Skierowałem laskę i utkałem „Pomniejsze Drążenie…”, czar wyszedł i nagle poczułem, jak siła wysysana z istot, przechodzi na mnie, lecząc moje rany! Drugi i trzeci raz, całkowicie lecząc się od otrzymanych obrażeń, tym samym zabijając gargulca. Kątem oka widziałem, jak pada Ivan z rozszarpaną krtanią, zalewając się krwią… Nic nie mogliśmy zrobić…
Wszystko trwało jeszcze kilka minut, w końcu udało nam się odeprzeć atak i powalić wszystkie gargulce. W całym pojedynku odnieśliśmy wszyscy różne rany, ale życie stracił tylko Ivan i ku naszemu całkowitemu zaskoczeniu, Bergen na widok martwego najemnika totalnie się rozkleił…! Wyszedł załamany z pomieszczenia, niosąc ciało Ivana… Staliśmy zdziwieni i osłupiali nie wiedząc, co powiedzieć, czy się śmiać, czy „popłakać”, jak nasz najemnik…? Postanowiliśmy jednak nie tracić głów i zająć się misją.
W końcu po długich przemyśleniach i wielu kombinacjach Gotrek, jako jedyny, znalazł rozwiązanie dla inskrypcji i równania… Ułożył strzaskane lustra w ten sposób, aby odbijały równanie z podłogi, co w rezultacie dało prawdę matematyczną: „X = IX + I”. Poświata portalu zgasła, a my mogliśmy wejść przez tajemnicze „drzwi”. Goth tymczasem posłał Ziriel za Bergenem, ale dla bezpieczeństwa nakazał jej być ostrożną i sprawdzić, cóż nasz załamany najemnik porabia. Po chwili wróciła i powiedziała, że Bergen z martwym Ivanem poszedł schodami na jeszcze wyższy poziom! Bardzo nam się to nie spodobało i zaczęliśmy wątpić w intencje Bergena, więc poszliśmy za nim.
Właz był otwarty, a schody prowadziły wysoko w górę, mijając po drodze jeszcze jedną klatkę schodową. W końcu doszliśmy do najwyższego pomieszczenia, z oszkloną kopułą. Na środku komnaty leżał olbrzymi sarkofag, mocno przypominający zdobioną, metalową trumnę… Bergen stał nad nim i popłakiwał… Zapytany, powiedział, że włożył ciało Ivana do środka, ponieważ należy mu się godny pochówek, a tu jest najlepsze do tego miejsce… Dziwne, skąd wiedział o tej właśnie komnacie? W jaki sposób otwarł tak ciężką płytę, bo myśmy nie dali rady…?? Coś w naszym najemniku zaczęło nam nie pasować, nie mówił nam wszystkiego i miał widać wiele tajemnic… Od tego momentu stracił moje całkowite zaufanie i zacząłem uważniej mu się przyglądać.
[16] Wróciliśmy wszyscy do komnaty z otwartym przejściem, przez które ostrożnie przeszliśmy. Pomieszczenie było trójkątne, wyłożone kostką, ze schodami w górę. Znowu minęliśmy klatkę schodową i dalej szliśmy w górę. Kiedy doszliśmy do włazu w suficie, po jego otwarciu, oślepiło nas ostre, jasne światło, więc postanowiliśmy poczekać do końca Święta Słońca, aż blask zblednie. Zeszliśmy do komnaty z inskrypcjami i tam otwarliśmy boczną, jedyną zamkniętą jeszcze śluzę…
[17] Pomieszczenie już na wejściu wyglądało jak tropikalny las. Drzewa, liczne i gęste krzewy, jak również nieznane nam gatunki roślin, wzbudziły w nas niepewność, więc postanowiliśmy zwyczajnie nie pchać się do środka…
[18] Komnata wyłożona była puszystym dywanem, na którym stał zdobiony stojak, a na nim lustro ze złotymi ramami. Wyglądało podobnie, jak te z „maszynowni”, ale gabarytowo mniejsze. Przed lustrem stał malutki stojak, a na nim błyszcząca się na niebiesko kula… Była idealna, piękna i pociągająca… Nagle przebłysk na powierzchni lustra, innego pomieszczenia, jakby lustro było swego rodzaju „komunikatorem”… Wzdrygnęliśmy się, bo nie byliśmy pewni, czy ktoś lub coś z przeciwnej strony na nas nie patrzy, czy nie jesteśmy obserwowani…? Ostrożnie podszedłem do kuli… Po krótszym badaniu wiedziałem już, czym jest ów przedmiot. Okazało się, że kula jest olbrzymim „generatorem” antymagii, ona zamieniała ten olbrzymi obszar na teren Cichej Magii!
O tak potężnym przedmiocie, mogłem tylko pomarzyć, a tutaj miałem go w zasięgu ręki! Gdyby tak wykorzystać jego moc i zwrócić przeciwko naszym wrogom, przeciwko Władcy Mgieł i Mordrokkowi, moglibyśmy raz na zawsze skończyć ich władania! Niestety w podnieceniu i wielkiej euforii wygadałem się z tymi myślami przed Bergenem, który to nagle zrozumiał, jaki jest nasz cel, a nie była nim na pewno współpraca… Najemnik spojrzał na nas przerażony i cofnął się o kilka kroków. Szybko poprawiłem swoje „klepnięcie jęzorem”, „swoiste przejęzyczenie”, ale woj nie dawał już wiary… Goth próbował poprawić i złagodzić atmosferę i sytuację, ale Bergen miał już minę trupa, zaskoczonego, który tuż przed śmiercią, zdziwił się, że zabił go „członek rodziny”… My też już wiedzieliśmy, że najemnik nie wróci żywy z tej wyprawy, nie może wrócić…
[19] Komnata była podobna do szeregu ostatnich z golemami. Tu też na środku stał gliniany posąg tesijskiego żołnierza. Taktyka podobna, Din i Ziriel zajmują go walką, a reszta naciera za nimi. Niestety nie zauważyliśmy, że w pomieszczeniu są dwa inne golemy, dość dobrze ustawione po rogach komnaty… One również zaatakowały nasze dwie „przynęty” i zaczęła się walka. Kiedy wojownicy powalili pierwszego golema, zapytałem stojącego ze mną z tyłu Bergena, dlaczegóż im nie pomaga i w tej chwili najemnik z obłędem w oczach rzucił się na mnie…!
Nie wiem czy totalnie zwariował, czy też wiedział, że i tak zginie i chciał ze sobą zabrać jednego z nas, ale wybrał pozornie tylko tego „najsłabszego”… Zanim wyprowadził pierwsze cięcie utkałem z Morgula „Pozbawienie sił”. Przez ułamek sekundy widziałem skrzywiony grymas na jego twarzy, a później zmarszczki, których momentalnie mu przybyło. Wiedziałem, że zaklęcie odniosło oczekiwany skutek, a tym samym opóźniło jego reakcje i zaskoczyło go na tyle, żebym mógł ponownie je rzucić. Wykorzystałem tą chwilę, znowu celnie… Bergen ugiął się na nogach, a jego ciało, wychudłe i pomarszczone, nie przypominało już dawnego najemnika. Resztkami sił, w akcie ostatniej desperacji, wojownik rzucił się do ucieczki, ale nie mogłem na to pozwolić, w przeciwnym razie skryłby się gdzieś i mógłby narobić nam kłopotów… Wycelowałem zaklęcie w jego plecy… Truchło pozbawione sił, wyssane do cna, głucho upadło na podłogę. Podszedłem tylko, żeby się upewnić. Bergena nie było już wśród nas…
W międzyczasie moi towarzysze pokonali pozostałe golemy. W krótkim opisie wyjaśniłem im moje zajście z najemnikiem, po czym weszliśmy do komnaty. Na ścianach widać było runy w języku olbrzymów, a po bokach pomieszczenia śluzy. Nad każdą widniał rysunek, Słońca i Księżyca. W jednej ze ścian usadzone były białe kamienie, diamenty! Po dłuższych oględzinach Ziriel zauważyła przy nich runy… Zacząłem je dokładniej badać i w końcu wywnioskowałem, że magia w nich zawarta łączy tę komnatę z esencją żywiołu ziemi. Mijały minuty, a ja czułem jak Morgul wysysa ze mnie siły, żeby zregenerować zużytą moc. Przez dłuższy czas udawało mi się to kontrolować, ale później stopniowo przestawałem opierać się żarłoczności mej broni i pozwoliłem na „czerpanie” ze mnie…
W pewnym momencie do komnaty wszedł Din, którego w międzyczasie wysłaliśmy na dół po jedzenie, i powiedział, że Ivan żyje i siedzi w pomieszczeniu ze schodami w obu kierunkach! Nie chcieliśmy uwierzyć. Całkiem niedawno zginął w walce z gargulcami, a później został zamknięty w dziwnym sarkofagu! Targani ciekawością wróciliśmy tam [11], Ziriel stała już oparta o wrota śluzy, a na jednych schodach faktycznie siedział Ivan! Głowę opartą miał na zakrwawionych dłoniach, ale po ranach nie było ani jednego śladu! Po krótkiej rozmowie wiedzieliśmy, że coś jest nie tak… Nic nie pamiętał, zachowywał się „nieobecnie”, a dodatkowo oświadczył, że słyszy głos Eskelta, który go przywołuje…!! Ziriel na te słowa wspomniała, że słyszała odgłos zamykania i otwierania śluz z dolnych pomieszczeń… Przecież nikogo za nami nie było. Czyżby Eskelt żył? A może ktoś lub coś zwyczajnie grasowało po Cytadeli. Czyli nie bylibyśmy sami…?
W pewnym momencie, jakby czytając w naszych myślach, Gotrek zdzielił szablą Ivana, powtórnie go zabijając. Nie wiedzieliśmy, na jakich „zasadach” przywrócono go do życia i kto lub co było za to odpowiedzialne, ani jaki skutek wywarło to na Ivanie, więc zwyczajnie nie chcieliśmy ryzykować. Krótka rozmowa zadecydowała, że trzeba sprawdzić owe podejrzane odgłosy z dołu. Kiedy zeszliśmy, nagle właz prowadzący do jadalni [2], zaczął powoli się odkręcać! Aby uniknąć zalania wodą, wróciliśmy na górę. Jednak coś było na dole, śluza sama nie mogła się odkręcać…! Ciarki przeszły po mym ciele. Stwierdziliśmy, że wracamy do pomieszczenia z ostrym światłem [16] i może będziemy mogli już do niego wejść…
Wracając przez kolejne pomieszczenia znowu musieliśmy zmierzyć się z golemami, ponieważ okazało się, że zwyczajnie się odbudowują po kilku godzinach! W końcu po kilku krótkich walkach dotarliśmy do pomieszczenia z gargulcami [15]. Te na szczęście leżały martwe, a lustra i zdjęta bariera były takie, jak je pozostawiliśmy… Jednak na wszelki wypadek Din i Gotrek pozostali w tej komnacie, a ja, Ziriel i Goth weszliśmy do góry. Kiedy otwarliśmy śluzę, w pomieszczeniu było już tylko lekkie światło, więc powoli weszliśmy do góry…
[16] Komnata była duża, w kształcie kopuły, której kopulaste ściany łączyły się na szczycie pomieszczenia i były oszklone. Siedem gigantycznych okien stanowiło ściany i sufit pomieszczenia. Praktycznie całe pomieszczenie było, jak wieża widokowa, z tym że jedynym, co mogliśmy zobaczyć była mroczna, podmorska Otchłań. Po lewej stronie komnaty stała metalowa tuba, długa i szeroka na kilka metrów i przypominała okrągły sarkofag, do którego prowadziły schodki. Na środku pomieszczenia było siedem dźwigni, a po drugiej jego stronie kamienny stół i cztery krzesła. Ten widok przyciągnął nas do reszty, ponieważ nad stołem wisiała niebieska sfera, kula energii, w której środku lewitował poszukiwany przez nas srebrny amulet! Dalej były jeszcze stojące sarkofagi, ale im zwyczajnie się już nie przyglądaliśmy.
Poleciłem Ziriel spojrzeć przez Maskę, bo być może coś ukrywa się przed naszym wzrokiem, ale jedyne, co nasza elfka zobaczyła, to zarysy olbrzymiego stwora, który swoimi mackami zaczynał otaczać Cytadelę! Prawdopodobnie wcześniej widział go Din, kiedy tu podpływaliśmy… Ziriel weszła po schodkach do metalowej tuby i stwierdziła, że w środku są kolejne dźwignie i kołowroty, a całość wyglądała jak pomieszczenie sterujące…
Podjąłem się zbadania płomienistej sfery, co jak się okazało, bez użycia magii, skończyło się moim poparzeniem… Ręka została raniona wyładowaniem, a rzucona weń srebrna moneta, została zdezintegrowana… Na krzesłach przy stole, wyryte były kolejno symbole: smoka, lwa, gryfa i jednorożca. Zawołaliśmy Gotreka i całą czwórką usiedliśmy na krzesłach. Ku naszemu zaskoczeniu kula przygasła! Tak więc po krótkich próbach doszliśmy do wniosku, że waga i wielkość siedzących ma znaczenie, więc zaryzykowaliśmy obecność Dina i zaczęliśmy kombinować dalej… Niestety po wielu próbach i kombinacjach sfera przygasała, ale nie gasła całkowicie, a rzucona przeze mnie moneta była już tylko przypalana.
W końcu Gotrek pchany intuicją wziął Amulet Ziemi od Gotha i zbliżył go do sfery… Ta znikła całkowicie i mogliśmy zabrać drugi amulet, po który właśnie tu przybyliśmy! Coś walnęło w kopułę, Cytadela aż się zatrzęsła. Wziąłem od Ziriel Maskę i spojrzałem w głębię Otchłani… Ujrzałem „Istotę”, od razu rozpoznałem jej wygląd, wielkość i emanację siły i energii… To był Cień! Prawdziwy Cień, mityczny wręcz stwór, stworzony przez samych bogów! Istota pradawna i wieczna! Ta akurat przybrała postać wielkiego, podwodnego stwora z olbrzymimi mackami…
Kiedy im to powiedziałem, czym prędzej postanowiliśmy uciec z Cytadeli. Po drodze wróciliśmy tylko do komnaty z diamentami [19], bo uzgodniliśmy, że jakiekolwiek bogactwo musimy ze sobą zabrać. Kiedy nasi zręczni szubrawcy, Din i Ziriel wydłubywali z powodzeniem diamenty, ja czułem, jak Morgul całkowicie wysysa ze mnie siły, samemu się regenerując… Kiedy skończyli, nagle z dziur po nich zaczął bardzo szybko sypać się piasek. Jego ilość rosła tak szybko, że wybiegliśmy z komnaty i zamknęliśmy za sobą śluzę. Coś uderzyło we właz ze środka pomieszczenia i w tym momencie skojarzyłem, dlaczego diamenty związane są z żywiołem ziemi, wysypujący się piasek i walenie we właz… Jeszcze sekunda, a musielibyśmy walczyć z żywiołakiem ziemi, a nie są to łatwi przeciwnicy…
Mimo iż mocno nalegałem, żebyśmy kontynuowali eksplorację Cytadeli, moja kompanija uznała, że czas „wycofać” się na powierzchnię. Wróciliśmy więc do oszklonej komnaty [16], gdzie wywnioskowaliśmy, że dźwignie w podłodze otwierają szyby z kopuły. Goth pomodlił się dla nas o „Oddychanie Wodą”, a Ziriel zaczęła ciągnąc wajchy… Kiedy woda przez otwierane okna zaczęła wlewać się do środka, kapłan wznosił modły o „Chodzenie po Wodzie” dla nas… W ułamku sekundy pomieszczenie zalało się całe, a modlitwa Gotha wyparła nas na powierzchnię. Dzięki mocom Lorsha po raz kolejny nie zabiło nas zabójcze ciśnienie na tej głębokości.
Przez gapiostwo i pośpiech zapomniałem przymocować Morgula i zwyczajnie po drodze go straciłem! Na szczęście chodząc po powierzchni wody, za pomocą „Wykrycia Magii” udało mi się go odzyskać. Nie wiem, co bym zrobił, bez mej laski… Powoli szliśmy w kierunku statku, uzgadniając działania, w razie gdyby kapitan okazał się być zdrajcą, a siatka Mordrokka próbowałaby zabrać nam amulet… Mimo, iż przywitano nas wycelowanymi kuszami, na ich szczęście była to tylko przezorność. Po kilku godzinach podróży byliśmy już w Sanatorium Armeniasza.
Poszliśmy spać. W nocy obudził nas Niziołek i jak się okazało spaliśmy już drugą dobę… Czułem jak siły do mnie wróciły, a moc się zregenerowała. Umówiliśmy spotkanie z agentem od Taurusa i uzgodniliśmy, że za trzy dni ja, Goth i Gotrek, wracamy do Zaihary, żeby spotkać się z Adamem i Fahirem… Spotkanie z agentem było krótkie i mimo jego prób wypytania się nas o wszystko, zbyliśmy go i powiedzieliśmy to, co naszym zdaniem powinien wiedzieć. Czyli niewiele…
Rankiem wyruszyliśmy do miasta, podzieleni na dwie osobne grupy. Ucharakteryzowani przez Ziriel, staraliśmy się nie rzucać w oczy, w końcu uważani byliśmy za martwych dla „pewnych” ludzi. Niestety na placu targowym, przy tablicy ogłoszeń okazało się, że Adam nie zostawił nam żadnej notatki… Trudno, dalszą część misji musimy dalej odbyć bez niego…
Poszliśmy więc we trójkę do „Wroniego Oka” na spotkanie z Fahirem. Długo czekaliśmy na kogokolwiek, aż w końcu pokazał się dawny Uthe. Na znak rozpoznania Gotrek wyciągnął doń rękę, gdzie wytatuowany miał symbol zakonu, po czym podjęliśmy rozmowę. Niestety ku naszemu zdziwieniu Fahir zachowywał się jak gdyby nigdy nic się nie stało i fakt, że poprzez nas, przeze mnie, otrzymał nowe ciało i szansę na dalsze życie, nic nie znaczył…!! Nawet Gotrek, ignorowany i nierozpoznany przez dawnego mistrza, był nieco rozczarowany i zdenerwowany. Zwyczajnie niewdzięcznik nie pałał chęcią współpracy! W końcu po kilku zdaniach przekonania buraka, że mimo poglądów i innych spraw, cel rozprawienia się z Randalfem, jest naszym wspólnym, porozmawiał z nami. Powiedział nam więc, że w najbliższym czasie wraca do Gerdenburga i tam na miejscu ma zamiar dokładniej zaplanować zamach na sześciopalcego. Stwierdził jednak, że potrwa to około półtorej roku! Umówiliśmy się na pozostawienie wieści od Uthe Laxa w „Czarnej Oberży”. W ten sposób dojdzie do spotkania pomiędzy nami. Po tej nerwowej rozmowie opuściliśmy Zaiharę…
Nasz szlak prowadził do wioski Tronnheim, w której czekał na nas Drum i gdzie moi kompani mieli podjąć się szkolenia w kowalstwie. Ja miałem już inne plany, ważniejsze i chciałem tylko, aby wszystko poszło po mojej myśli…