Kronika

Kroniki XXXI: Całkowita Konsekracja

Rytuał Całkowitej Konsekracji zmusza Radagasta do oddania się próbie, której stawką jest uwolnienie od Pioruna i dalsza droga do Cytadeli Burz. Krasnoludzkie inskrypcje, Topaz i ograniczenia magii tworzą tło dla jednego z najbardziej ryzykownych eksperymentów drużyny.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Wróciliśmy tam z zamiarem przepisania krasnoludzkich inskrypcji, które później Gotrek, poza Strefą Cichej Magii, miałby za pomocą czarów przetłumaczyć. Goth pokazał nam jeszcze wielki kamień, Topaz, który znalazł na szczycie iglicy, gdzie wcześniej się wspiął. Kiedy doszliśmy na miejsce kapłan pomodlił się do Lorsha o „Chodzenie po Powietrzu” dla nas, po czym wspięliśmy się do tajemniczej jaskini. Przez szczelinę, korytarzem dostaliśmy się do niedużego pomieszczenia, na którego środku stało sporej wielkości kowadło. Wszędzie poustawiane były narzędzia kowalskie, ale mimo tajemniczej lokacji tej komnaty, panował tu porządek. Na ścianach wyryte była krasnoludzkie runy, a w jednym miejscu napis jarzył się błękitnym światłem. Dokładnie odpisałem ciąg znaków, po czym kierowany czystą ciekawością utkałem „Wykrycie Magii”… Ku mojemu zdumieniu czar zadziałał, a jego efekt podpowiadał mi, że panuje tu silna magia przemian, czułem to zewsząd…

Kiedy podzieliłem się informacjami z Gothem i Ziriel, postanowiliśmy wrócić po Gotreka, który mógłby w tym pomieszczeniu utkać „Rozumienie Języków” i odczytać runy wyryte na ścianach. Błękitny napis brzmiał dokładnie tak: „Przekuj swą broń, a mocą KOWALA zostanie natchniona…” Po krótkiej rozmowie postanowiliśmy zapytać o to znajomego krasnoluda Druma. Niestety krasnal nie bardzo nam pomógł, ponieważ jego osobiste tłumaczenie owego tekstu brzmiało identycznie, jak nasze. Mimo tego wiedziony ciekawością począł nas wypytywać o źródło runów. Z początku nie mieliśmy chęci dzielić się z nim naszym odkryciem i komnatą, tym bardziej, że był dla nas całkowicie obcą osobą, a wiedza ta mogła przecież przynieść nam spore korzyści. Jednak w późniejszym etapie rozmowy, okazało się, iż zna on się na kowalstwie i mógłby nas tego nauczyć, dlatego postanowiliśmy podzielić się z nim naszym odkryciem. W zamian miał nam przekuć bronie…

W drodze do skalistej iglicy Drum opowiadał nam o swoich wyprawach i wojnie z Lordem Keth. Jeśli faktycznie nie bajał nas, to zaiste był dzielnym i doświadczonym poszukiwaczem przygód, a sam zaś zacząłem przypuszczać, iż jest zdrów, a tylko pewna chęć odpoczynku doprowadziła go do tego miejsca. Na miejscu Goth zaczął prosić Lorsha o moc chodzenia w powietrzu i ku naszemu zdziwieniu obdarował nią tylko siebie i Druma! Po jaką cholerę szliśmy wszyscy, skoro kapłan po raz kolejny postąpił tak chaotycznie i nieprzemyślanie?! Zdenerwowani tym posunięciem nie mieliśmy innego wyjścia, jak cierpliwie czekać na ich powrót.

Kiedy wrócili okazało się, że sam krasnolud nie może nam przekuć osobiście broni, a musimy zrobić to sami. Jego zdaniem mógłby narazić się przodkom i swojemu bóstwu, a tego ryzyka nie chciał podjąć. W zamian zaoferował się jako nauczyciel owego rzemiosła i zaproponował szkolenie. To troszkę skomplikowało sprawy, ale po krótkiej rozmowie drużyna postanowiła sprostać temu wyzwaniu. Zachęceni tajemniczością komnaty i możliwością przekucia swych broni na lepsze, uzgodnili, że dwa miesiące szkolenia w niczym nie przeszkodzi naszej misji, ani jej nie opóźni… Ja zwyczajnie nie byłem zainteresowany, bo i też nie miałem zamiaru brudzić sobie rąk, ani uczyć się tak bezużytecznych umiejętności. Za to postanowiłem sobie, że gdy tylko moi kompani zaczną szkolenie, ja udam się do Gerdenburga na umówione spotkanie z Mariusem…

Moi kompani uzgodnili, że Drum wyruszy za kilka dni po narzędzia i poszuka odpowiedniej kuźni w okolicy Zaihary na szkolenie, a w międzyczasie pouczy ich już troszkę teorii. Rankiem następnego dnia poszliśmy do szalonych gnomów budowniczych, obejrzeć tajemnicze 3HK. Długo bracia trzymali nas w napięciu, aż w końcu jednym ruchem ręki opuścili drewniany płot. Naszym oczom ukazał się metalowy obiekt, w kształcie tuby, dość dziwnie wyglądający… Ciężko to opisać, bo i samemu patrząc na ten twór, miałem setki pomysłów na jego zastosowanie, ale pierwsza moja myśl skierowana była ku wodzie, albo i też jej głębinach. I jak się później okazało owa konstrukcja miała służyć do podróży pod taflą wody…

Gnomy niczym nie skrępowane, nawet naszymi rozdziawionymi i uśmiechniętymi gębami, przystąpiły do pierwszych testów. Z początku zaczepili do kadłuba cztery rury, do których później zaczęli wrzucać bliżej nieokreślone rzeczy. Trwało to kilka godzin, podczas których naprawdę entuzjazm nam opadł i zaczęliśmy się nudzić. Na szczęście gnomy wynagrodziły nam sowicie nasze oczekiwania… Kiedy skoczyli zapychać rury, weszli po drabince na pokład, odpalili pochodnie i podpalili, to co do nich napchali… Mogłem się tylko domyślać, co się zaraz stanie, ale ku mojemu zdumieniu fajerwerki były, ale bez ofiar. Jedynie materiał z rur wybuchł odrzucając 3HK z brzegu na wodę. Staliśmy wpatrzeni w tańczące z radości gnomy, na pokładzie 3HK, unoszącego się na wodzie kilkadziesiąt metrów od brzegu. Ale jak to zwykle bywa przy gnomich wynalazkach, szczęście z powodzenia ich stworzenia nie trwa długo…

„Statek” powolutku ściągany był przez prądy i fale ku stromym i ostrym skałom zatoczki. Gnomy miast zacząć temu przeciwdziałać, kłóciły się, a gdy już skończyli, ich twór uderzył w skały i osiadł na mieliźnie, bez szans na dalszy ruch. Nie widziałem, żeby na jego pokładzie były jakiekolwiek wiosła i żagle, toteż z coraz większym zaciekawieniem obserwowałem rozwój sytuacji. Nagle z głównej rury wydobył się czarny dym, a po nim huk i trzask… Resztki 3HK powoli tonęły w zatoczce, a gnomy rzuciły się do wody. Mieli niezwykłe, acz dziwne, kamizelki, które pozwoliły im utrzymać się na powierzchni, dlatego czas dopłynięcia do brzegu poświęcili na gratulowaniu sobie sukcesu! Nigdy nie zrozumiem tej szalonej rasy…

Zapytani o stroje do pływania, przedstawili z dumą kolejny ich udany tym razem projekt, „Zbroja Wodna” A02. Udało nam się ich przekonać o wybudowanie dla nas takich kamizelek, z dodatkowymi poprawkami, które umożliwiłyby nurkowanie, swobodne opadanie na dno i wynurzanie się. W zamian za to wyłowiliśmy im z zatopionego wraku 3HK, YC12 – jądro pieca… Gnomy wyjaśniły nam, że piec, którego użyli przy budowie 3HK, oparty jest na projekcie pieca grzewczo-kopalnianego Ka-510, który wykorzystywany jest w kopalniach Krateru Yish w Dominium. Piec Kae-103b w okręcie 3HK to oczywiście zminimalizowana wersja tego ogromnego kopalnianego pieca…

Po południu zawitał do nas wysłannik od Taurusa, z którym uzgodniliśmy dotarcie do łodzi, zaopatrzenie w sprzęt itp. Przed końcem czerwca czekał nas jeszcze rejs próbny, podczas którego mieliśmy wypróbować gnomie kamizelki, sposób nurkowania i techniki poruszania się pod wodą, żeby w trakcie podróży do Cytadeli nie było niespodzianek.

Rankiem przyszły gnomy ze „sprawdzaczem”, kolejnym dziwnym urządzeniem, dzięki któremu mieli zmierzyć naszą wagę i dobrać odpowiednią ilość materiałów dla każdej kamizelki. Po południu poszliśmy do obserwatorium Armeniasza, który z radością zaprosił nas do środka. Pełno rozmaitych rzeczy i urządzeń walało się w środku, a naszą uwagę przykuł olbrzymi teleskop, Tuleja Hubertusa. Dzięki niej można było obserwować gwiazdy, sklepienie, a nawet słońce, co bardzo mnie zdumiało. Z zaciekawieniem słuchałem opowieści astronoma, o jego badaniach i o tym, co ostatnio odczytał z gwiazd. Powiedział, że według Krwawego Sola wszystko wskazuje na to, iż za niedługo wybuchnie chaos i wojny… Ciężko było dać temu wiarę, tym bardziej, że Armieniasz stwarzał wrażenie raczej kogoś chorego na umyśle, niźli roztropnego i poważnego badacza. Mimo to słuchałem dalej, jak mówił o własnych obliczeniach, z których wynika, że w Święto Słońca, w okolicach Zaihary wydarzy się wielkie zło… Hmm… Nic w tym nadzwyczajnego, zważając na to, iż wtedy to właśnie Ifresh nabije na pal kilkudziesięciu ludzi, ku uciesze zebranych mieszkańców… Ot, takie świętowanie…

Armeniasz pokazał nam jeszcze „Stacjonarną Lunetę”, własny wynalazek, który zbliża dokładnie obiekty. Obraz z niej widoczny jest w lustrze obok lunety, tak genialnego i wymyślnego urządzenia jeszcze nie widziałem! Mimo swej dziwnej i obłąkańczej osobowości, tym wynalazkiem wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Luneta skierowana była na zrujnowaną budowlę na wybrzeżu w zaiharskim lesie, gdzie według astrologa tryska z niej nocą zielonkawe światło. Niestety podczas tych prezentacji coś w lunecie strzeliło i jeden z kryształów pękł. Ponoć gnomy Qerd i Qard mają załatwić mu zastępcze kryształy, z lepszego materiału. Pozwolił nam jeszcze obejrzeć słońce przez Tuleję, a później zaprosił za obserwatorium, gdzie pokazał podobne urządzenie do 3HK, ale wybudowane przez krasnoludów i o innym przeznaczeniu… Arm-ate służyło do wystrzeliwania w powietrze specjalnych substancji, które powodują rozbłyski na niebie. Takie fajerwerki na olbrzymią skalę… Umówiłem się z nim na nocne obserwacje gwiazd, po czym wróciliśmy do apartamentu.

Wieczór u Armeniasza minął spokojnie, a sam, prócz obserwacji konstelacji Wilka i Żaby, nie dowiedziałem się niczego więcej od astronoma. Kolejne dni spędziłem na nauce i odpoczynku, a po tygodniu wrócił do nas Drum. Krasnolud dogadał się z jakimś kowalem z Tronnheim, który zgodził się odstąpić kuźnię na czas ich szkolenia. Krasnolud miał tam wyruszyć wcześniej i w ramach zapłaty będzie pomagał kowalowi w pracy i cierpliwie czekał na nasze przybycie. Kilka dni później dostaliśmy wodne zbroje, które zmodyfikowane, pozwalały na nurkowanie i pływanie pod wodą. Szybko przetestowaliśmy je w zatoczce i z zadowoleniem stwierdziliśmy, że A02 wyśmienicie nadają się do naszej misji.

Nadszedł dzień próbnego rejsu i testów na otwartym morzu. Jedynie Eskelt pozostał w ośrodku, żeby przypilnować Rudego. Kiedy dotarliśmy na statek, na jego pokładzie przywitał nas kapitan Eryk von Berhold. Powiedział nam, że w okolicach Otchłani mogą spotkać nas trzy niebezpieczeństwa:

  1. Rafy koralowe i ostre jak brzytwy skały podmorskie;

  2. Eriz-Shad, królowa widmowych statków. Niegdyś człowiek, ale za złe czyny demony zabrały ją do Otchłani. Teraz w tamtych okolicach ma swoją piracką armadę, a ponoć widma są nieśmiertelne;

  3. Rasa Kuo-ta, morskich istot, ludzi-ryb. Pomieszanie humanoidów z rybami, którzy żyją w głębinach Otchłani. Nawet schodzą na ląd, żeby palić, zabijać i niszczyć. Można rozpoznać ich po silnym, rybim zapachu, a na ich usługach są nawet rekiny.

Były to nieciekawe wiadomości, ale specjalnie nie mieliśmy wyjścia. Dopłynęliśmy do miejsca ćwiczeń, po czym ubraliśmy się w A02. Utkałem „Światło” i zeszliśmy po drabince do wody. Wcześniej Gotrek obwiązał wszystkich liną i ustaliliśmy kolejność formacji: Goth – Din – Bergen – Ja – Ziriel – Gotrek – Eskelt – Ivan. Eskelta nie było wtedy z nami, ale postanowiliśmy ustawić go już do naszego szyku. Goth rzucił na wszystkich „Oddychanie pod Wodą” i zaczęliśmy się zanurzać. Około dwudziestu minut nurkowaliśmy do dna, po czym kapłan obdarował wszystkich „Chodzeniem po Wodzie”. Po tej Modlitwie już po chwili byliśmy na powierzchni, stąpając lekko po tafli wody. Doszliśmy do statku i powtórzyliśmy ćwiczenia jeszcze kilka razy. Kiedy dopięliśmy wszystko na ostatni guzik i zgraliśmy ruchy pod wodą, postanowiliśmy wrócić do ośrodka.

Dwa dni później dostaliśmy już komplet wszystkich wodnych zbroi i spotkaliśmy się z wysłannikiem Taurusa. Przyniósł ze sobą mapy morskie, na których dokładnie ustaliliśmy miejsce, gdzie ja, Goth i Gotrek dołączymy do załogi statku, którym popłyniemy nad Otchłań. Pozostała część drużyny będzie już na nas czekać na statku. W końcu nadeszła pora rozstania z drużyną i spotkania z demonologiem. Byłem tym bardzo przejęty i zdenerwowany. O mały włos, a nie dostosowałbym się do reguł, które Astimmor wyznaczył przed rytuałem. W końcu wyruszyliśmy…

28 dnia rankiem wraz z Gothem, Gotrekiem i Rudym wyruszyliśmy w kierunku wieży. Od tego momentu musiałem pościć w sprawach jedzenia i magii, jak również wszystkie swoje przedmioty magiczne pozostawiłem pod opieką Ziriel, która miała zabrać je na pokład statku. Kolejnego dnia byliśmy już na miejscu. Tego popołudnia zaczęli zjeżdżać się już gapie i świętujący Święto Słońca. Nawet kilku próbowało zagadać do nas i prosić do wspólnego posiłku, ale krótko i szorstko wybijaliśmy im to z głowy. Staraliśmy się nie rzucać w oczy, ani też spoufalać z przybyłymi, żeby nie wzbudzać zaciekawienia i podejrzeń. Z minuty na minutę słabłem bez jedzenia, tylko o samej wodzie. Nerwy też dawały mi się we znaki, a co jeśli się nie uda? Zginę? Będę opętanym Radagastem, który po opuszczeniu wieży zacznie zabijać gołymi rękoma? Takie pytania pogłębiały tylko moją frustrację, ale musiałem wytrwać i znaleźć w sobie siłę…

Następnego dnia na plaży i w okolicach Wzgórza przybyłych na Święto było już prawie setka. Rodzin, handlarzy ze swoimi kramikami, ludzi, którzy jakby nie wiedzieli, że będzie się tu nabijać skazańców na pal i patrzeć jak konają w mękach i kałużach własnej krwi i wymiocin… Nie, żeby mnie to przerażało, ale bardziej dziwiło… Bo w końcu nie często widzi się „takich” mieszkańców miasta…

Około godziny dziesiątej wieczorem, Goth i Gotrek ukryli pomiędzy skałami w wodzie swój oręż. Według umowy z demonologiem, nie wolno nam było wnieść do wieży żadnej boni i magii. Koło pierwszej po północy podpłynął po nas półolbrzym i wraz z nim udaliśmy się do Astimmora. Czekał na nas w tym samym pomieszczeniu co wcześniej i na powitanie nakazał obmyć nam swe dłonie… Dziwne, ale nie oponowałem. Czułem, że wisi nade mną katowski topór i jakiekolwiek pogorszenie sytuacji może tylko przechylić szalę na moją niekorzyść. Postanowiłem być potulnym, jak baranek… Mnie demonolog nakazał się położyć na wielkim, kamiennym stole, ołtarzu, który stał na środku ciemnego pomieszczenia. Skuto mi ręce i nogi, i to samo zrobili z Uthe Laxem. Nie zastanawiałem się wtedy, jak przestraszony i zdezorientowany musiał być pirat, ale teraz z czasem mogę sobie to tylko wyobrazić. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, bo „słabszy ginie…”, ale wówczas musiał on przeżywać koszmar… Tymczasem skuci leżeliśmy obok siebie, a Astimmor dał znać półolbrzymowi, po czym ten uruchomił jakiś mechanizm. Nad nami, dokładnie nad „ołtarzem” otwarło się sklepienie i światło gwiazd rozświetliło nasze unieruchomione ciała. Usłyszałem jeszcze głos demonologa, który szeptał do mnie: „…zaśnij…”.


Domyślałem się, że to, co działo się ze mną później, odbywało się tylko w mojej głowie, podświadomie to czułem… Jednak autentyczność i prawdziwość tych wydarzeń nakazywały mi wierzyć, że wszystko to jest prawdziwe i jakiekolwiek zlekceważenie tego skończy się moją śmiercią…

Nagle ocknąłem się pośrodku czarnej pustki. Wokół nie było widać niczego, a jedynie ciemną, jak smoła przestrzeń. Rozejrzałem się ostrożnie, aż moje białe oczy zatrzymały się na pochodni oddalonej ode mnie kilka metrów i człowieka z workiem na głowie, który stał nieruchomo, jak słup… Podbiegłem do niego nie przejmując się tym, że nie widzę podłoża, jakoś wiedziałem, że jest ono pod moimi stopami. Człowiek ten stał nie reagując na moje wołania i zapytania. Próbowałem ściągnąć worek z jego głowy, ale ani siłą, ani magią nie mogłem nic zaradzić, podejrzewałem tylko, że ów mąż to Piorun, dusza, która we mnie siedzi i intuicja podpowiadała mi, że nie mogę go tu pozostawić. Zewsząd zaczęły dochodzić do nas głosy:

„Z Północy, z Południa,

Z Zachodu, ze Wschodu

Wzywam Was, Bogowie z Zewnątrz.

Przybądźcie do mnie, Przeklęte Legiony.

Mascarionie, ojcze ludzi, boże bogów

Spójrz na Swoje dzieci.

Dzisiejszej nocy oddają Ci swą duszę!”

Zbliżały się z każdej strony, a wśród wersów, które rozumiałem, dało się słyszeć wrzaski, sapania, wycia i ujadanie… Tylko nieumarli wydobywają z siebie takie odgłosy, a z sekundy na sekundę, były one coraz bliżej! Gdzieś w oddali, z czarnej pustki, zamajaczyło do mnie malutkie światełko, jakby przejście, wyjście z tego „obszaru”. Nie zastanawiałem się dłużej, tylko chwyciłem Fahira za rękę i pognaliśmy w tamtym kierunku. Legion dosłownie deptał nam po piętach, coś chwyciło mnie za rękę, ale szybkim machnięciem zdołałem się uwolnić. Czułem ich gnijące ciała i nieświeże oddechy na swoich plecach, to potęgowało tylko moje siły na dalszy bieg i jak najszybsze opuszczenie tego miejsca. Wiedziałem, że trupy są tuż za nami, więc szybko utkałem zaklęcie, odwróciłem się i wypuściłem przed siebie „Kulę Ognia”. Osiągnąłem swój cel, jakim było spowolnienie pościgu za nami. W końcu udało nam się dobiec do dziwnie pulsującej komnaty. Moje zdziwienie było jeszcze większe, kiedy tam wbiegliśmy…

Byli tam wszyscy moi kompani! Stali jak słupy z rozdziawionymi ze zdziwienia gębami, a kiedy wpadliśmy dosłownie na nich ich szok tylko się pogłębił. Nie wiedzieli, skąd się tu wzięli i mimo moich szybkich tłumaczeń, co do tego dziwnego miejsca i tego, co nas goni, ich zaskoczenie tylko narastało. Nie było jednak czasu na dalsze dysputy, bo i oni usłyszeli w końcu zbliżające się zastępy trupów, które, jak im pokrótce wyjaśniłem, nie były przyjazne… Puściliśmy się dalej korytarzem, do światła przed nami, aż w końcu dotarliśmy do kolejnej komnaty…

Głosy Legionu nagle ucichły, a przed nami stały cztery zgniłe, rozkładające się ciała… Żywotrupy, prócz naturalnego stanu rozkładu, były zmutowane i zmasakrowane, a największy z nich przypominał nam wyglądem dawnego kapitana Perreza, którego kiedyś torturowaliśmy w Erdor, a wszystko dla niego skończyło się śmiercią. Trupy momentalnie ruszyły do ataku. Szybko utworzyliśmy szyk i zaczęła się zacięta walka. Żywotrup Perrez wypowiadał słowa, z których wynikało, że zostaniemy „tu” z nimi na wieki, ale jak się szybko okazało, grubo się pomylił. Padł od ciosów i więcej już nawet nie jęknął… Znowu usłyszeliśmy zbliżający się zewsząd Legion i czym prędzej pobiegliśmy dalej… Światła migające w ciemnościach, jakby wskazywały nam drogę, którą musimy przebyć…

Dobiegliśmy do jaskini, która dokładnie przypominała Koryto z Twierdzy na Skarpie, miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Przy machinie wyciągowej stała elfka, podobna do naszej Ziriel, tyle że martwa… Wskazała windę i dno Koryta. Długo nie staliśmy w miejscu i już po chwili truposz opuszczał nas na dół. Dno dokładnie przypominało tamto sprzed kilku miesięcy naszej podróży, gdzie zostałem opętany. Trupy, bród i zgnilizna tarzały nam się pod stopami. Larwy, które żywiły się tymi „rarytasami” sunęły po podłożu, czekając tylko na okazję, żeby nas sparaliżować. Gotrek wyczarował „Dysk Tensera” i w miarę bezpiecznie przebyliśmy na nim ten spaczony obszar. Dotarliśmy do kolejnej komnaty…

Widok wielkiego rycerza w pełnej zbroi płytowej kompletnie nas zaskoczył. Spod przyłbicy jarzyły się ogniste ślepia. Patrzał się na nas i nie chciał przepuścić, torując nam drogę do drzwi i dalszej części mojej „wędrówki”. Bez zastanowienia zaatakowaliśmy go. Okazało się, że martwy rycerz odporny jest na działanie magii, skutecznie ją rozpraszając. W jego obecności nawet nasz kapłan nie potrafił się pomodlić. Niestety takie osłabienie odbiło się na walce i przechyliło szalę na rycerza. Goth od potężnego ciosu otrzymał śmiertelne cięcie przez tors i padł martwy. Ten widok na szczęście wzmógł w nas adrenalinę i chęć przeżycia, bo szanse na zwycięstwo powoli malały. Kilka minut męczyliśmy się z ciężkozbrojnym rycerzem, aż w końcu Gotrek skutecznie pomścił śmierć swojego ojca… Z ciała umarłego rycerza wzięliśmy klucz do drzwi, a młody un Nathrek wyczarował dla ciała kapłana magiczny dysk… W milczeniu przekroczyliśmy próg drzwi…

Wkroczyliśmy na olbrzymi ciemny obszar. Przed nami stał duży kamienny stół, do którego prowadziły schody z czterech jego stron. Na kamiennym blacie leżało ciało Ute Laxa. W tym momencie ciało Fahira, którego cały czas prowadziłem ruszyło w tamtym kierunku. Piorun położył się obok Rudego i wówczas usłyszeliśmy głos, prawdopodobnie Astimmora: „Nie pozwólcie, aby umarli dostali się do ołtarza, dopóki proces pojednania się nie skończy!!!” W tym momencie oba leżące obok siebie ciała zaczęły się jakby łączyć i rozrywać jednocześnie, tworząc ruchomą mozaikę, splatających się ciał…

Usłyszeliśmy odgłosy nieumarłych, którzy szybko zaczęli się zbliżać z każdego kierunku w stronę schodów. Były to szkielety z cienistymi mieczami, na nasze szczęście nie w dużych ilościach. Szybko rozstawiliśmy się po każdej z czterech stron i zaczęliśmy bronić ołtarza przed nadciągającymi falami nieumarłych. Grupy za każdym podejściem były liczniejsze i potężniejsze, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle jest możliwe, żebyśmy w nieokreślonym czasie dłużej stawiali zaciekły opór przed tak licznymi przeciwnikami. Co chwila wypuszczałem w ich kierunku czary bojowe na przemian z „Unieruchomieniem…”, a gdy tylko któryś z atakujących stawał, zajmowałem się przeciwnikami od moich pobliskich kompanów. Pojedynki były zaciekłe, a fal atakujących nas trupów nie było końca. W końcu zaczęło brakować mi potencjału magicznego, więc wsparłem się mocą Morgula. Kątem oka zauważyłem tylko, jak Ziriel i Din padają martwi od ciosów szkieletów. Wiedziałem, że gdy tylko trupy dotrą po schodach do ołtarza, rytuał się nie skończy, a ja przepłacę to ciałem i duszą…

Szybkim gestem i wypowiedzianymi słowami unieruchomiłem nadciągającą w moim kierunku falę szkieletów. Nie zastanawiając się długo, odwróciłem się do tych, którzy powalili moich przyjaciół, a którzy byli już na ostatnich stopniach. Udało mi się po chwili ich unieruchomić, ale nie mogłem już zauważyć, cięcia cienistym mieczem zza moich pleców. Padając na kamienne schody, jak przez mgłę widziałem, resztkami sił, zaciekle broniącego się Gotreka… Końca tej masakry nie doczekałem…


Ocknąłem się na stole u demonologa. Obrazy w mojej głowie jeszcze długo mydliły mi wzrok i widok sprzed oczu. Czułem się jakby mnie godzinami łamano kołem, a w gardle paliło od braku śliny… Konałem z bólu i zmęczenia, jakby wydarzenia, których przed chwilą doświadczyłem odbyły się naprawdę. Astimmor siedział zmęczony na swoim krześle, a obok siedzieli Goth i Gotrek i o dziwo nic im nie było! Kapłan jakby nigdy nic, patrzał z uwagą na mnie i lustrował wzrokiem. Żył i miał się dobrze, a przecież widziałem, jak pada martwy od potężnego cięcia! Widziałem jego wnętrzności, które powolutku wypływały z rany zadanej od miecza! Świat wokół nagle zawirował, a w głowie pękło tysiące myśli i obrazów. Usłyszałem tylko szept demonologa, który skierowany był do mnie: „…jesteś wolny!”. Na krótką chwilę znowu straciłem przytomność…